Alma (6)

Lech Milewski

Pieśń Almy

Wygląda na to, że Alma wzięła swój los we własne ręce. Teraz inni będą tańczyć tak jak ona zagra. Jako podkład muzyczny proponuję zatem pięć pieśni jej autorstwa…


Z książki Almy:
Pod koniec roku 1914 moja znajoma wspomniała, że pewien młody architekt, niejaki Walter Gropius, osiągnął ogromny sukces na wystawie Deutscher Werkbund. Walter Gropius… moja krótka, poważna przyjaźń z Tobelbad rozpłynęła się gdzieś w mgle czasu, ale nigdy nie wątpiłam w jego talent. Napisałam list z gratulacjami… Otrzymałam odpowiedź, że porucznik Gropius, z takiego to regimentu, przebywa w szpitalu lecząc kontuzje, których doznał podczas działań wojennych” – bibliografia (2).

Niejaki Walter Gropius? Według Francois Giroud – bibliografia (1) – Alma nigdy nie straciła kontaktu z Gropiusem. Dowodem są jej listy, które Gropius skrupulatnie przechowywał. Alma przeprowadziła drastyczną cenzurę swojego archiwum korespondencji, ale nie przewidziała, że Walter zachował nie tylko otrzymane od niej listy, ale również kopie swoich listów do niej.

Przenieśmy się na chwilę na solidniejszy grunt oficjalnych faktów.

W 1914 roku Deutscher Werkbund – stowarzyszenie artystów, architektów, projektantów – zorganizowało w Kolonii, przy wydatnej pomocy wiceburmistrza miasta Konrada Adenauera, pierwszą swoją wystawę – KLIK. Architekci Walter Gropius i Adolf Meyer zaprezentowali tam swoją modelową fabrykę.

Czytając powyższą informację przetarłem oczy ze zdumienia – Konrad Adenauer?!
Konrad Adenauer – ten sam, którym często nas straszył towarzysz Wiesław Gomułka?
Ten sam.
Dopiero ten fakt uświadomił mi, jak bliskie czasowo są opisywane tu historie.

Walter odpowiedział na list z gratulacjami chyba dość chłodno, gdyż Alma skomentowała to tak:
Luty 1914: „Czuję, że mnie nie kocha. Będę musiała zrobić wiele, żeby znowu zaistnieć w jego oczach. Ten Niemiec nie będzie tak niewierny jak Oskar Kokoschka (…). Nie powinno zająć mi zbyt długo żeby go znowu zdobyć„.

Pojechałam do Berlina z bewstydnym zamiarem odzyskania tego syna muz z wyższych sfer. Spędziliśmy dni na bolesnych pytaniach i noce na płaczliwych odpowiedziach. Walter Gropius nie może przejść do porządku nad moim związkem z Oskarem Kokoschką„.

Tak minęło kilka dni. Pożegnalny wieczór spędzili w restauracji. Stamtąd pojechali na stację kolejową odprowadzić Waltera, który wyjeżdżał odwiedzić matkę w Hanowerze. Przy pożegnaniu Walter trzymał Almę tak mocno w uścisku, że musiała wskoczyć do pociągu. „…bez koszuli nocnej, bez neseseru. Stałam się jego łupem. I podobało mi się to„.

Po kilku dniach spotkali się znowu. Gropius wyglądał bardzo dobrze w oficerskim mundurze.
Nagle zaczął się zachowywać, jakby był moim mężem – robił wszystko żeby mnie poślubić, a ja dostaję dreszczy na myśl, że to może się rzeczywiście zdarzyć„.

Walter Gropius in his sergeant uniform in World War I.jpgZa kilka dni Walter pojechał na front. W liście napomknął o zazdrości, jaką nadal budzi w nim jej związek z Kokoschką. Komentarz Almy:
Oskar miał prawo być nietaktowny, ale nie ten człowiek, ten tak zwyczajny człowiek„.

Walter Gropius – tak zwyczajny człowiek?

19 sierpnia 1915 roku Alma zapisała w swoim pamiętniku:
18 sierpnia wzięłam ślub z Walterem Gropiusem. Nic nie odwiedzie mnie z mojego kursu. Moja wola jest jasna – nie pragnę niczego tylko uczynić tego człowieka szczęśliwym. Niech Bóg ochrania moją miłość„.

Urlop z okazji ślubu trwał tylko kilka dni. Walter musiał przy okazji uzupełnić swoje wyposażenie. „Było duszno, wyszłam na zewnątrz. I wtedy przytrafiło się, że zauważyłam ulicznego handlarza książkami. Kupiłam magazyn literacki a ten otworzył się na poemacie Franza Werfla – Der Erkennende”.

Ten przypadek jest na tyle istotny, że przytoczę wiersz w całości:

Ten, co rozpoznał

Ludzie nas kochają, nieszczęśliwi
Wstają od stołu, by płakać przez nas.
A my wciąż siedzimy pochyleni nad obrusem,
Tak, jesteśmy chłodni, możemy ich zanegować.

Odrzucamy to, co nas kocha
Nawet zimno nas nie zmiękczy ni o jotę.
To, co kochamy wyzwoli się od słów i miejsc,
utwardzi się i nigdy już nie będzie nasze

A słowo, najważniejsze, znaczy – samotnie
płoniemy ku sobie w bezsile.
Wiem jedno – nic nigdy nie będzie moje.
A com posiadł jedynie, to tego rozpoznanie.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Tekst oryginału tutaj – KLIK.

Przypadek na tyle istotny, że Alma wykorzystała wiersz do jednej ze swych pieśni – proszę przestawić wideo na 9 min 6 sek.

Następne miesiące to czekanie na kolejne krótkie wizyty Waltera. Po kilku miesiącach małżeństwa Alma zaszła w ciążę – to już po raz siódmy.

Latem 1916 roku gazety podały wiadomość, że Oskar Kokoschka zginął w bitwie pod Łuckiem. Alma miała klucze do pracowni, więc pospieszyła tam i zabrała wszystkie swoje listy. Po chwili zastanowienia zabrała również kilkaset rysunków i szkiców.
Ale Oskar nie zginął. Miał płuco przebite bagnetem i postrzał głowy. Uznany za zabitego, spędził noc na polu bitwy, lecz następnego dnia został zabrany do szpitala. Po kilkunastu dniach przewieziono go do szpitala w Wiedniu. Za pośrednictwem przyjaciół dał Almie znać o swoim miejscu pobytu i poprosił o wizytę. Alma stanowczo odmówiła. Widocznie wzięła sobie do serca nietzscheańską zasadę, której nauczył ją Burckhard – jeśli ktoś potrzebuje pomocy to znaczy, że na nią nie zasługuje.

W październiku 1916 roku urodziła się córka, której nadali imię matki Waltera – Manon.
Walter był na froncie i nie mógł odwiedzić Almy, ale kupił jej w prezencie obraz, który bardzo lubiła – Edward Munch – Nocne Słońce…

Munch - The Night Sun

Spotkanie nastąpiło kilka dni później. Walter jechał lokomotywą całą dobę z frontu zachodniego. W pierwszym odruchu Alma nie pozwoliła mu zobaczyć dziecka. Dopiero po długich prośbach pozwoliła mu popatrzeć na córkę z odległości. Walter powiedział jej później, że wyglądała jak tygrysica stająca w obronie swoich dzieci, Alma tłumaczy to inaczej:
…prawda leży głębiej. Sama nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, ale to nie była kwestia higieny. Nie chciałam mu pozwolić na dostęp do dziecka gdyż instynktownie czułam, że to już zmierzch naszego związku, że nie potrafię żyć w tym małżeństwie dużo dłużej„.

Jednocześnie:
Czy ja jestem tą samą kobietą, która chciała się wznieść z Gustawem Mahlerem? Wszystko wokół zadziwia mnie. Opiekuję się dzieckiem i nie potrafię zrozumieć tej zmysłowości, której nauczyło mnie życie„.

To jest rzeczywiście zupełnie inna Alma, ale jednak :
Czasem mam dosyć tej prowizorycznej egzystencji i mam ochotę zrobić coś złośliwego. Och, odrobina złośłiwości. Moja miłość do Waltera ustąpiła miejsca znużeniu małżeństwem. Małżeństwo nie może funkcjonować na odległość„.

Alma prowadziła nadal ożywione życie towarzyskie. W jej salonie, dotychczas odwiedzanym głównie przez ludzi związanych z malarstwem lub muzyką, zaczęłi pojawiać się również literaci.

Franz Werfel

Pewnego dnia Franz Blei – wydawca i krytyk literacki – ” …przyprowadził swojego znajomego, masywnego mężczyznę o zmysłowych wargach i pięknych niebieskich oczach pod goetheańskim czołem. To był Franz Werfel„.

Tak – autor wiersza Der Erkennende, który wpadł Almie przypadkowo w ręce tuż po ślubie.

Mój zachwyt jego twórczością spowodował, że od razu poczuł się swojsko. Był nieprzeciętnie muzykalny, kochał muzykę Mahlera i wyznał, że chciał mnie już wcześniej poznać z tego powodu. Miał piękny głos i był nadzwyczajnym mówcą, wykładowcą, gawędziarzem„.

Franz Werfel, młodszy od Almy o 11 lat, był typowym wiedeńczykiem, chociaż urodził się w Pradze, gdzie jego ojciec posiadał fabrykę rekawiczek. Nonszalancki, dogadzający sobie, spędzał czas w kawiarniach, palił za dużo, za bardzo lubił wino, kochał kobiety i wszelkie przyjemności życia.
Powołany do wojska, podczas pierwszego urlopu doznał kontuzji, za co zostal postawiony przed sądem wojennym. Dzięki wstawiennictwu wpływowego admiratora został oczyszczony z zarzutów i przeniesiony na najlepsze możliwe stanowisko – oficer prasowy z siedzibą w Wiedniu.

Wkrótce stał się stałym gościem w domu Almy.

Któregoś dnia w listopadzie (1917), gdy Gropius był na przepustce w domu, odbyło się urocze spotkanie towarzyskie. Przybyli Blei i Werfel – grali, śpiewali. Wieczorem nadeszła burza, goście nie mogli powrócić do domu, impreza przeciągnęła się do późnej nocy…
…staliśmy się nagle tak intymnie połączeni; to było duchowo-muzyczne cudzołóstwo na oczach wszystkich. Franz Werfel jest cudownym skarbem. Gdy w końcu udałam się z mężem do sypialni miałam bardzo dziwne uczucia.

Dwa miesiące później:
Jestem szalona… Werfel też. Gdybym była 20 lat młodsza rzuciłabym wszystko, żeby iść za nim. A tak muszę pozostać z płaczącym sercem, gdy on zajmuje się swoją karierą wybrańca bogów„.

Alma odwiedzała Franza codziennie w jego apartamencie w hotelu Bristol. Kochali się, po czym Alma pilnowała, żeby wziął się do pracy i spędził nad nią przyzwoitą ilość czasu.
W ramach swych obowiązków wojskowych Franz został wysłany z misją do Szwajcarii. Miał tam wygłosić serię prelekcji, promujących zaangażowanie Austrii w wojnę. Franz był jednak zdecydowanym pacyfistą i dał temu wyraz w swoich prelekcjach, wywołując oburzenie lokalnych Austriaków i entuzjazm szwajcarskiej klasy robotniczej. Został w trybie pilnym odwołany do Wiednia.

Walter walczył na froncie zbyt odległym od Wiednia, żeby mógł odwiedzić Almę. Na początku 1918 roku Alma pojechała spotkać się z mężem w Berlinie. Miała mu do zakomunikowania istotną wiadomość – jest w ciąży.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ausstellung / Exhibition / Wystawa: Bruno Schulz

Lidia Głuchowska

Foto oder Grafik? »Kabinett der historischen Fototechniken« von Mariusz Kubielas bei dem Europäischen Monat der Fotografie in Berlin 2014

Der Fotozyklus „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ ist das Ergebnis eines 2004 initiierten Kunstexperiments, das vom literarischen und bildkünstlerischen Werk des polnisch-jüdischen Künstlers Bruno Schulz aus Drohobytsch (früher Österreich-Ungarn und Polen, heute Westukraine) inspiriert wurde. Sein Effekt bilden inszenierte und auf dem Negativ festgehaltene Szenen aus dem Grenzbereich zwischen Performance und Pantomime, die an eingefrorene Bildausschnitte aus einem Stummfilm erinnern.

Schulz 1Dieses transmediale Projekt, das auch durch Auszüge aus Schulz’s Prosa und die metaphorischen Titel der Arbeiten bereichert wird, dient der Aktivierung des internationalen und generationsübergreifenden Diskurs über das multinationale und multikonfessionelle Kulturerbes Mittelosteuropas.

Schulz 2Die größte Attraktion dieser Fotoschau ist jedoch das »Kabinett der historischen Fototechniken«, welches ca. 20 einmaliger Aufnahmen umfasst, welche Zeichen des persönlichen Stils des Künstlers tragen. Wie kaum einem zeitgenössischen Fotografen ist es Kubielas (geb. 1953) gelungen, einige um die Wende des 19. und 20. Jahrhunderts verwendete manuelle Techniken der Fotografie und deren Varianten zu rekonstruieren. Damit erreichte er Effekte von genauester Wiedergabe der Wirklichkeit sowie schärfster Licht-Schatten-Kontraste oder bis zur „impressionistischen“ Körnigkeit und edlen Matts der Bildoberfläche.

Der Realisierung des Kabinetts gingen Kubielas Studien zur Rekonstruktion archivalischer Technologien zur Schaffung von Lichtbildern voraus, die er 2004 an der Hochschule für Fotografie in Jelenia Góra/Hirschberg begann und bis heute in Zusammenarbeit mit führenden polnischen Experten, wie Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki und Rafał Warzecha weiterführt. Der Initiator dieser Arbeiten war Andrzej Pytliński, Patron des informellen Freundeskreises der historischen Fototechniken.

Das „Kabinett der historischen Techniken” von Mariusz Kubielas ist ein offenes Projekt: auch nach Ablauf des Europäischen Monats der Fotografie wird es fortgeführt und um weitere Varianten derselben Motive in weiteren Techniken ergänzt. In näherer Perspektive ist die Präsentation des Zyklus in Belgrad, Helsinki, Brüssel, Bratislava und Prag geplant – vorbereitet von dem Künstler in Zusammenarbeit mit der Kuratorin Dr. Lidia Głuchowska.

Ausstellung Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu

Kuratorin: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Donnerstag, 2. Oktober 2014, 19.00 Uhr
Ausstellungsdauer: 4. Oktober bis 14. November 2014

Begleitpublikation:
Lidia Głuchowska (Hg.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Über das Projekt wurde schon auf diesem Blog berichtet
http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/18/bruno-schulz-reloaded/
http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/22/kobieta-i-kon-rewers/

Ein Projekt im Rahmen des Europäischen Monats der Fotografie Berlin
http://www.mdf-berlin.de
und des Berliner Kunst- und Kulturfestivals Kunstkreuz: 10. bis 12. Oktober 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Vorbereitet vom Kultur- und Kunstzentrum OKiS in Wrocław
Mitfinanziert aus den Mitteln der Woiewodschaft Niederschlesien
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Öffnungszeiten: Di, Mi, Fr, Sa 14 bis 18 Uhr, Do 10 bis 18 Uhr
Tel. (030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- und U-Bahnhof Warschauer Straße, Tram M10 und M13

Abbildungen

1. Mariusz Kubielas, Das große Glas oder Damals war die Mutter noch nicht da, jedoch…, 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Aufnahmen aus dem „Kabinett der historischen Techniken”
2. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (Im Rahmen).
2a. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (ohne Rahmen)

***

Photo or Graphics? “Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas during the European Month of Photography in Berlin 2014

Schulz2aThe photography cycle „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ is a result of an artistic experiment inspired by the literary and fine arts oeuvre of the Polish-Jewish artist of Drohobycz (previously Austria-Hungary and Poland, today located in Western Ukraine). Its result are scenes from the edge of performance and pantomime, recorded on the negative, which resemble the stopped frames of a silent movie.
That trans-media project also comprises fragments of Schultz’s poetry and metaphorical titles of the works. It aims at activating an international and beyond-generational discourse about a collective future, and the future of the multicultural and multi-confessional cultural heritage of Central-Eastern Europe.
The very special attraction of the show is the „Cabinet of Historic Techniques”, to which belong c. 20 versions of the unique photographs, which carry the hallmarks of inimitability as well as the artist’s style. Unlike many contemporary artists, Kubielas (1953) has managed to reconstruct numerous photographic methods from the turn of the 19th and 20th centuries, as well as their abbreviations. Using traditional manual techniques, he achieved not only a precise reflection of details of the reality or the sharp light-shadow effects but also the sophisticated mat of the picture’s surface up to its “impressionist” graininess.
The development of “Cabinet” was preceded by Kubielas’ study on the reconstruction of archival methods of creating photographs which he had started in 2004 at the Photography Professional School in Jelenia Góra and has continued up to today in cooperation with leading Polish experts, such as Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki and Rafał Warzecha. The initiator of these works was Andrzej Pytliński, patron of the informal Society of Historic Photographic Techniques.

„Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas is an open project: also continued after the end of the European Month of Photography it will be enriched by further variants of the same motifs in other techniques. In the nearest future it will be shown in Belgrade, Helsinki, Bratislava and Prague prepared by the artist in cooperation with the curator Dr. Lidia Głuchowska.

Curator: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Thursday, Oktober, 2nd, 2014, 7 pm.

4th of October until 14th of November 2014

Related publikation:

Lidia Głuchowska (ed.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Projekt in the framework of the European Month of Photography Berlin
http://www.mdf-berlin.de
and the Berlin Art- and Culture Festival „Kunstkreuz“: 10- 12. Oct. 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Prepared by the Culture and Art Office OKiS in Wrocław
Supported by the of the Województwo Lower Silesia
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Opening times: Tuesday, Wednesday, Friday, Saturday 2-6pm, Thursday 10am-6pm
Tel.
(030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- and U-Station Warschauer Straße, Tram M10 and M13

Images
1.
Mariusz Kubielas, The Great Glazing – The Mother Was Still not Present Then, Though 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Photographs from the “Cabinet of Historic Techniques”
2.
Mariusz Kubielas, Bathed, gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2009/14 (in the frame)
2a. Mariusz Kubielas, Bathed,
gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2011/14 (without the frame)

Opublikowano Lidia Głuchowska, Mariusz Kubielas | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Lusatia alias Vita 6

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Czy może ktoś powiedzieć, iż wie naprawdę, czym jest Hornja Łužica, jeżeli nie odwiedził Budyšina? Nie może, rzecz jasna. Ruszamy przeto na południe. Już po chwili opuszczamy ostatnie, puste zazwyczaj, blokowiska Běłej Wody. Już za nami one zostały. A przed nami? Widok znajomy ten… Na horyzoncie znowu pojawiają się, i wkrótce zaczynają w nim dominować, ogromne dymiące kominy. Boxberg czyli Hamor. Kolejna elektrownia. A więc i kolejna kopalnia. Przysłowie łużyckie mówi: Bóg stworzył Łużyce, ale diabeł podłożył pod nie węgiel. Coś w tym jest…

Dopóki węgiel ten wydobywano jedynie na obszarze Łuku Mużakowa, problem nie był wielki: tam złoża kopaliny, jakkolwiek przez lodowiec wypchnięte niemal na powierzchnię i łatwo dostępne, zostały też przez aktywność glacjalną poszarpane na małe porcje. Kopalnie siłą rzeczy też musiały być małe. Wybranie do czysta złóż powodowało zapadanie się ziemi i powstawanie, wspomnianych już poprzednio, ponad dwustu jeziorek. Jak mówią geolodzy, całe pojezierze antropogeniczne, czyli ręką ludzką uczynione. Ale wokół moreny czołowej Jego Wysokość Lodowiec już tak nie narozrabiał. Węgiel zalega równomiernie na dużych obszarach i na tej samej mniej więcej głębokości. Toteż zamiast małych podziemnych szybów powstały tu wielkie odkrywkowe kopalnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATagebau Nochten. Zaiste, efekt diabelskiej działalności! A zdjęcie oczywiście pożyczone. Gdzieżby Viator był w stanie wykonać tak sugestywne ujęcie.

Zniknęły pola uprawne, lasy i jeziora. Wysiedlono mieszkańców licznych wiosek. Pozostały i wciąż się rozrastają wielkie dziury w ziemi. Tak jest wokół Chóśebuza, nie inaczej rzecz się ma na Górnych Łużycach.

Zdążając z Běłej Wody do Budyšina warto zatrzymać się w wiosce Wochozy. Ona, w porównaniu do tak wielu sąsiednich osad, miała naprawdę wiele szczęścia. Nie zrównano jej z ziemią. Otoczona kopalnią, na kształt półwyspu pośród wyrobisk, trwa. Dlaczego?

2 NochtenKościół w Wochozach, dla Niemców – w Nochten. Ocalał. Ilu, równie pięknych, już nigdy nie zobaczymy?

Wochozy istnieją, bo Wielki Przemysł też czasem musi, ze względów wizerunkowych, pokazać inną, ludzką twarz. Tak, kopiemy w ziemi koszmarne doły. Tak, stawiamy dymiące kominy. Ale na wrażliwości nam bynajmniej nie zbywa! Cóż nam szkodzi? Oszczędzimy Wochozy. Więcej: pokażemy wam coś, o czym nawet nie śniliście.

Co prawda, to prawda. Trzeba sporej dozy wyobraźni, żeby coś takiego stworzyć. Tam, gdzie się kończy Nochten, a zaczynają tereny nieczynnych już wyrobisk, stworzono obszar wzorcowej rekultywacji. Lausitzer Findlingspark Nochten. Czasem zwany po polsku dziwacznie Parkiem Znalezisk, ale nazwa Park Głazów Narzutowych jest zdecydowanie bardziej trafna. Bo i w rzeczy samej, na kilkunastu hektarach ziemi zrytej łopatami gigantycznych koparek, zgromadzono tu kilka tysięcy głazów zebranych we wszystkich okolicznych odkrywkach kopalnianych. Obsadzono je wrzosami, skalniakami, iglakami oraz rozmaitymi przerośniętymi bonsaiami, zaaranżowano stawy i strumyki szemrzące. Powstał park surrealistyczny nieco, ale przecież na swój sposób fascynujący. Do tego stopnia, że Viator odwiedził go już kilkukrotnie, zawsze wizyty swe bogato dokumentując fotograficznie. Jednak, gdy przyszło do działania i gdy zasiadł nad czystą kartą pliku Word, aby kolejny reportaż poetyzujący stworzyć, spostrzegł ze zdumieniem, że te zdjęcia albo się nie nadają do publikacji, albo kadr zawiera postacie krewnych i znajomych królika, którzy być może niekoniecznie chcieliby się na blogu pojawić własną osobą. Musiał przeto, lubo niechętnie, po raz kolejny sięgnąć do zasobów Wielkiej Sieci. Problemu z tym nie było żadnego, bo Surrealpark Nochten stał się ostatniemi czasy niezwykle popularny. Czemu się Viator, jak zaznaczono, nie dziwi. Podzielać jego przychylnej opinii nie trzeba. Wierzyć w czyste intencje Wielkiego Przemysłu nie należy. Ale zobaczyć warto.

3  kominyMoże i brzydkie nasze kominy, ale w głębi duszy tęsknimy za pięknem…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA…może i zryliśmy prastarą łużycką ziemię, ale czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie…

5 ludzie…dajemy prąd elektryczny, możemy dać i estetyczny.

 Ruszaliśmy w naszą podróż, mając na sztandarach (no, powiedzmy, na proporczykach) wypisane ambitne hasło: Lusatia alias Vita. Łużyce czyli Życie. Łużyce jako życia metafora… Stańmy się więc godnymi naszych szczytnych ideałów.

Niestety, Viator czuje, że już się dłużej powstrzymywać nie zdoła: skłonność do pajacowania znów bierze w nim górę. Zasiada wędrowiec na jednym z głazów, ręką podpiera brodę (zbieżność z Myślicielem Rodina oczywiście zupełnie przypadkowa), marszczy czoło i zaczyna roztrząsać samą esencję ludzkiej natury. No bo, myśli sobie, to faktycznie wspaniała metafora! Czasem nasze życie dewastują źli ludzie, ślepy los, albo własna głupota. Potrafią je przeorać tak gruntownie i niszczycielsko, jak odkrywka kopalni pejzaże łużyckie. I co wtedy? Można siąść i płakać. Ale Park Głazów delikatnie sugeruje, że katastrofę życiową warto potraktować jako szansę. Na gruzach naszych uczuć i nadziei należy zbudować coś nowego. Coś, czego wcześniej nie byliśmy sobie nawet w stanie wyobrazić. A teraz voila! Niemożliwe staje się możliwe.

Łepetyna dymi Viatorowi, ale on się nie poddaje. Brnie dalej w tę nośną metaforę. Eksploatuje ją bezlitośnie i śmiało, jak Wielki Przemysł łużyckie złoża węgla brunatnego! Bo między tymi Łużycami i tym węglem jątrzy się bolesne rozdarcie. Jak, nie przymierzając, w duszy każdego, przeciętnie chociaż wrażliwego, człeka. Bo tu nie ma jednego oczywistego i dobrego rozwiązania. Nie będzie kopalni, będą wioski. Ale ludzie i tak z nich wyjadą za chlebem. Można być integralnym ekologiem, ale wtedy trzeba zdjąć ubrania, które produkowane są w fabrykach, wyłączyć internet, bo ciągnie energię, a i mikroprocesory też potrzebują kopalni surowców. No i trzeba zsiąść z rowerów – każdy metal powstaje w hucie. Zawsze jest coś za coś. Czysty ideał jest piękny, lecz nieosiągalny. I może o naszej wartości moralnej nie świadczy wcale fakt realizowania tego ideału, a po prostu odczuwanie bólu rozdarcia?

Ależ się wysilił Viator. A efekt rozmyślań, by użyć eufemizmu, nie poraża oryginalnością, niestety! Nie ma co, czas ruszać dalej. Przecież Budyšin wciąż trwa nie zdobyty.

Opublikowano Tomasz Fetzki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ukraina

Tekst ukazał się przedwczoraj na Facebooku.

Bożena Ptak

Raport z Krzemieńca

Od kilkunastu lat w pierwszych dniach września odbywa się w Krzemieńcu  konferencja „Dialog Dwóch Kultur”, dla której pretekstem są urodziny Juliusza Słowackiego. Biorą w niej udział naukowcy polscy i ukraińscy, muzealnicy, artyści, animatorzy życia kulturalnego i społecznego, a miejscem wymiany doświadczeń i poglądów jest Muzeum Juliusza Słowackiego oraz Instytut Pedagogiczny im. Tarasa Szewczenki / niegdysiejsze liceum założone przez Tadeusza Czackiego zwane Krzemienieckimi Atenami/.
W ubiegłym roku zostałam po raz pierwszy zaproszona na tę imprezę. Nie znałam osobiście żadnego z uczestników, ale bacznie obserwowałam wszystko i wszystkich, a w krzemienieckiej aurze zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Historia od lat jest moją pasją, więc na stosunki polsko-ukraińskie w swych obserwacjach byłam szczególnie uczulona, prawie nie wyobrażałam sobie dialogu miedzy reprezentantami dwóch stron, tak mocno poranionych, sobie nie ufających. I ten brak zaufania, dystans był odczuwalny w każdym referacie i bezpośrednim kontakcie. Jakby nikt nie chciał uderzyć w bolesną strunę, gość nie chciał urazić gospodarza a gospodarz gościa. Wśród polskich uczestników było kilka osób, których rodziny bezpośrednio dotknęła rzeź wołyńska, a wśród Ukraińców pewno nie brakowało dzieci sprawców tej rzezi. Ofiary i kaci, których potomkowie uważali za patriotów, a strona polska za barbarzyńców i ludobójców. Trudny dialog, ale dla przyszłości obu narodów, szczególnie dzisiaj, dialog konieczny.
Zdarzało się, że w wystąpieniach polskich wyczuwałam zarozumialstwo, jakby traktowanie Ukraińców z góry /my cywilizowani europejczycy/ i kozacki rewanż drugiej strony. Jakby powrót historii znanej mi z dzieł Sienkiewicza i różnych dawnych podręczników czy lektur. Potępialiśmy na zapisanych kartach okrucieństwo tych samych Kozaków, których determinację dzisiaj podziwiamy. I której nadal boimy się… Nieobliczalni Ukraińcy… My i oni… My i Zachód…
A jak postrzegał nas Zachód niegdyś? Dzisiaj? Szukając odpowiedzi na to pytanie, myślę o bardzo niepopularnej w naszej rodzinie ciotce ze Szwecji, która w latach siedemdziesiątych chciała uczyć mojego wizytującego ją brata, jak posługiwać się widelcem i nożem, jak otwierać okno, spuszczać wodę w klozecie, jak otworzyć gaz w kuchence. Sama pochodziła ze Złotowa. U moich pradziadków w gdańskiej dzielnicy Oliwa już w 1918 podłączono elektryczność.
Czkawka kulturowych podziałów, które czasami dotyczyły różnych regionów tego samego kraju. Ciągle jacyś oni i zazwyczaj lepsi „my”. Prymitywy i oświeceni. Wojowałam z rodzicami, którzy przeżyli swoje w czasie drugiej wojny światowej, a ja broniłam Rosjan, ich punktu widzenia. Ile pokoleń ofiar i katów musi wymrzeć, aby stało się możliwe stworzenie wspólnej Europy? Na czym ma polegać ta wspólnota europejska? Tym bardziej, że historia wraca nie tylko w naszym regionie. Wszak wydawałoby się, że sprawy drugiej wojny światowej już jakoś udało nam się załatwić, kat uderzył się w piersi, gdy tymczasem pojawiają się w obcych mediach „polskie obozy koncentracyjne”, rosną w siłę neofaszystowskie organizacje i marzą o powrotach do niebezpiecznych ideologii. Niby jedna Europa, a czują się w niej zagrożeni Szkoci, Baskowie, mieszkańcy Bałkanów. I myślę, że niewiele wiemy o aspiracjach ludów z dalekiej Syberii i Kaukazu. Jaka siła jątrzona ambicjami Putina i asekuracyjnymi działaniami UE wygra na Ukrainie i co z tego wyniknie? Obawiam się, że trudno przewidzieć. Czasami jeden zdolny populista jest w stanie zniszczyć najpiękniejsze plany i idee. Jak pogodzić ambicje małych i większych narodów z ideą zjednoczonej Europy? Jak pogodzić przy tych różnicach nie tyle obyczajowych co ekonomicznych, kiedy każdy bogaty kombinuje, żeby na nieudolnego biedaka płacić jak najmniej podatków? Z ludzką naturą nie poradziły sobie piękne w założeniu myśli Engelsa i Marksa… O tym wszystkim myślałam przed i w czasie mojej drugiej podróży do Krzemieńca.
Na szczęście nie jestem politykiem i historykiem tylko blondynką, w dodatku ciemną i poetką podpisującą się nazwiskiem z ptasim móżdżkiem w tle. Państwo wiedzą, że poetka to takie coś, co niewiele ma wspólnego z racjonalną oceną rzeczywistości i zamiast patrzeć w przyszłość, spogląda w gwiazdy i z nich wróży? Poza „ptasim móżdżkiem” mam ludzkie odruchy i robię wszystko, aby idealizmu nie degradowano współcześnie do pojęcia infantylizmu. Wcale nie muszę rozumieć tych politycznych gdybań, bo jako kobieta, matka, żona i babcia, i jako poetka, i jako człowiek przede wszystkim jestem uczulona na przemoc, agresję, łzy, niesprawiedliwość. Dzisiaj gryzę się w język historii – co z wybaczeniem niewiele ma wspólnego – i patrzę na współczesną ambitną Ukrainę, Ukrainę krwawiącą i płaczącą, Ukrainę borykającą się z szukaniem własnej tożsamości, uwikłaną w przeszłość chlubną i wstydliwą, gdzie ciągle żywa jest pewno mentalność sowiecka, kozacka.
Nie wnikam, kto tam kombinuje, manipuluje, gra na emocjach i nacjonalistycznych wspomnieniach. Ja widziałam tam determinację i patriotyzm, a w całości zobaczyłam nadzieję na mądrą, merytoryczną dyskusję dotyczącą wspólnej historii. I co z tego, że Niemcy niegdyś uderzyli się w pierś po drugiej wojnie światowej, kiedy dzisiaj wracają ze swymi hasłami nazistowskie organizacje i „polskie obozy zagłady” w propagandzie i mediach. Tak, boję się ukraińskiego prawego sektora i pomników Bandery ale…
Patrzę na poczynania Rosji, w której dobre intencje nikt nie nauczył mnie wierzyć, a ona sama przede wszystkim. Patrzę na siebie, swój rząd i Europę, a i tu z wiarą mam problemy.
Postawiłam na siebie, ciemną blondynkę z ptasim móżdżkiem, której idealizm własne dzieci od dawna nazywają naiwnością i głupotą. Marzy mi się sąsiedztwo wolnej Polski z autonomiczną Ukrainą. Wierzę, że czasami zło wymyka się spod kontroli, a knowania polityczne nie kończą się sukcesem ich autorów. I za cholerę nie potrafię odczepić się od polskich doświadczeń historycznych…
Przed wyjazdem do Krzemieńca przekonałam kilka osób, aby mi zaufały i dały kilka groszy na ukraiński szlachetny cel. Wiedziałam, że najbardziej potrzebne są kamizelki kuloodporne, hełmy, noktowizory i takie tam frontowe rzeczy, o których zdobyciu nie miałam pojęcia. Zresztą, o czym gadać, jak uzbierałam tylko tysiąc złotych? Wzięłam więc ze sobą tę skromną kwotę, planując, że w autokarze naradzimy się, co z nią zrobić. Wiedziałam, że będą ze mną ludzie lepiej znający sytuację na Ukrainie. Byłam świadoma, że Krzemieniec od wojny daleko, ale nie miałam pojęcia, czy na przykład medykamenty lepiej kupować tam czy w Polsce? Jak wygląda zaopatrzenie sklepów?
Z medykamentami poszło łatwo, bo farmaceutka w aptece w Chełmie poinformowała nas, że „na stanie” posiada niewielkie ilości bandaży, środków dezynfekujących, przeciwbólowych i musi zamówić, a przez granicę i tak nie wolno. Na pytanie, która strona tworzy problemy, nie uzyskałam odpowiedzi. Postanowiłam zawieźć pieniądze. Pozostawał problem, komu je dać w kraju słynnym z korupcji. Księdzu? A może lepiej w cerkwi? Komuś z władz miasta? Do mojej akcji charytatywnej członkowie naszej delegacji odnieśli się z rezerwą. Doświadczenia rzezi wołyńskiej nie były udziałem mojej rodziny, która ma swoje porachunki z Litwinami, ale dla nich też kwestowałam pod kościołami w Gdańsku w 1991 roku. Nie podoba mi się ich dzisiejsza postawa wobec mniejszości polskiej, ale kwestowania nie żałuję. Taka natura ciemnych blondynek o ptasich móżdżkach.
Tylko rok minął od mojej poprzedniej wizyty w Krzemieńcu, a jakby wiek cały. Przede wszystkim zmniejszył się dystans: my – oni. Jakby więcej ufności i wiary, cieplejsze międzyludzkie stosunki. „A ty im wierzysz? Teraz nas potrzebują” – skomentował ktoś z naszych moje pozytywne refleksje. Dmytro Pawłyczko swoim proeuropejskim przemówieniem przekonał mnie do siebie już w ubiegłym roku, a w tym wzruszył, mówiąc o obecnej sytuacji Ukrainy. On płakał, ja płakałam, a tymczasem ktoś sączył mi jad w ucho: „Nie wzruszaj się, on był w UPA”. Popatrzyłam na faceta i policzyłam, ile wtedy mógł mieć lat. Podsumowałam wszystko, co zrobił w wieku dojrzałym. Przypomniał mi się nie tylko Gunter Grass, ale też chłopcy z historycznymi etykietkami, którzy zapisywali się do wszystkiego, co było w ich zasięgu, aby walczyć o wolność ojczyzny. Tak, tak, wiem, Grass inna kategoria, ale dla naszego pojednania wiele zdziałał, tak jak Pawłyczko zresztą. W język historii skutecznie ugryźć się nie da, zdaję sobie sprawę, pomagając dzisiejszej Ukrainie.

Krzemieniec – zdjęcie Dariusz Kostecki 2013

Trzymam w Krzemieńcu te kilka uzbieranych groszy i zastanawiam się, komu je dać. Spodobał mi się młodziutki polski ksiądz, ale… wyda je na parafialne potrzeby, a moi ofiarodawcy nie wszyscy może byli z kościołem katolickim związani. Od cerkwi odrzuciło mnie wyznanie spotkanej na ulicy kobiety, od której nie chciano przyjąć pieniędzy za mszę w intencji syna walczącego na wschodzie, a z jej relacji zrozumiałam, że bez Boga z Putinem nie zwycięży Ukraina. Bardzo prosiłam Mariusza Olbromskiego, inicjatora Dialogu, który serce, czas, życie poświęca idei naszego ukraińsko-polskiego pojednania, abyśmy z tą niewielka sumką zadziałali rozważnie i niezbyt pochopnie. Zainteresował mnie nowy burmistrz miasta. W ubiegłym roku był inny. Kim jest ten nowy? Skąd taki młodzik na urzędzie?
Gdzie podział się dawny mer? Jak wyglądają stare i nowe układy władzy w mieście? Moje pytania nie bez kozery, bo brały się własnych doświadczeń posierpniowych w Polsce. Na pewno nie wniknęłam w niuanse, ale dowiedziałam się, że dawny burmistrz Krzemieńca złożył dymisję, buntując się przeciw polityce Partii Regionów /plus dla dawnego/, potem Krzemieniec był pozbawiony szefostwa. Wrócili chłopcy z Majdanu z Kijowa, ale jeden w trumnie, przyjaciel i rówieśnik obecnego burmistrza i odbyły się wybory. W Krzemieńcu ceniono go nie tylko jako „gieroja z Majdanu”, bo wcześniej dał się poznać jako działacz społeczny, który założył kilka pozarządowych organizacji, organizował akcje ekologiczne /np. „Sprzątamy Krzemieniec”/. I znowu ktoś z polskiego prawego sektora szepnął mi jak diabeł w ucho, obok którego ptasi móżdżek: Czy wiesz, że to prawy sektor, banderowiec?
Kiedyś, co uwieczniłam w jednym ze swych wierszy, znany pisarz polski na mojej przepięknej imprezie z okazji sześćdziesiątych urodzin zadał mi w ucho pytanie: Czy twój ojciec był endekiem? – Zabrzmiało, jakby był wyżej kapo w obozie. Tak, z historią musimy wziąć się za bary, ale pewno nie każdy narodowiec dzisiaj chce tworzyć wyniszczającą inne narodowości politykę, nie każdy z NSZ i, mam nadzieję, z UPA był mordercą. Trzeba rozważać przyczyny i skutki. Miotam się w tej przeszłości, a chciałabym lepszą tworzyć przyszłość, czasami gryząc się w język historii.
Wierzcie mi, że ci idealiści z Majdanu, którzy objęli stanowiska burmistrzów miast i starostów, stawiają sobie za cel walkę z ukraińską korupcją. Są jej świadomi. Przyjęcie moich gównianych 1000 zł podpisał cały „pułk”. Nie ma z łapki do szufladki, mer pilnuje, a na jego biurku złoty chlebek – symbol walki z korupcją. Smutno mi tylko, że ja wiem dalej. Tacy jak on albo ulegną deprawacji, albo pójdą w nieznane. Nie ma kraju z miejscem dla idealistów…
Poznałam też kulisy wojny, która w XXI wieku toczy się tuż, tuż. Ile kilometrów dzieli dwa miasta na „L”, Lublin i Lwów? Niektórzy w Polsce nie mają pojęcia o ukraińskich przestrzeniach i żegnali mnie jak bohaterkę wyruszającą na front. Nie, tam gdzie byłam, sklepy, kawiarnie, hotele jak w Polsce. Chodniki bardziej garbate, ukraińskie flagi widoczne nie tylko na budynkach administracji, ale też w prywatnych domach, samochodach, wszyscy śledzą na ekranach telewizyjnych wieści płynące ze wschodu Ukrainy. Tyle wojny. I aż tyle. Krzemieniec na wschodzie ma swój oddział, który musi wyposażyć i utrzymać. Wysyłając chłopaka na wschód musi go ubrać i odpowiednio wyposażyć /kamizelka kuloodporna, hełm, medyczne środki, itd…/ – tylko broń otrzymują na miejscu. Jeżeli mer twierdził, że za nasze 1000 zł on wyposaży czterech żołnierzy… Największy problem z kamizelkami i hełmami. Zobowiązałam się pomagać krzemienieckiemu oddziałowi, ale zupełnie nie wiem, jak sobie Dialog z tym zobowiązaniem poradzi. Cała nadzieja, że wszystko szybko się skończy. Za 1000 złotych czterech? Jakie to jest wyposażenie? Odpowiedź otrzymałam cholernie szybko, bo kiedy siedziałam w gabinecie mera, odezwał się telefon. Został raniony w głowę jeden z krzemienieckiego oddziału. Nie miał hełmu. Szybko zapytałam, czy można w Polsce zorganizować jakąś pomoc medyczną. Nie nadawał się do transportu. Będzie operowany w Kijowie. -Może rehabilitacja w Polsce? – Może… Jak przeżyje…
– Chcecie wygrać tę próbę sił z sowietami?
– Oczywiście, innego wyjścia nie ma – odpowiada mi młody idealista, majdańczyk, burmistrz Krzemieńca.
– Europa wam pomoże?
– Na to liczymy, w tym nasza nadzieja.
– A jeżeli was zawiedzie?
– Nie będzie Ukrainy, wykrwawimy się do końca.
Wiem, że udało się znieść z tej ziemi małe nacje. Nie ma Mazurów, Słowińców i wielu, wielu innych języków, kultur. Ukraińcy, podobnie jak my Polacy, nawet gdybyśmy jedni i drudzy zdeterminowani gotowi byli się wykrwawić, nie wykrwawimy się do końca. Jednak nasze konflikty, niezapomniane krwawe długi to trele morele w stosunku do wroga wspólnego, który nijak nie chce być w naszej Europie człowiekiem, a Europa jak naiwna dziewoja w uczłowieczenie małpy wierzy. Nie, nie chcę obrażać Rosjan z małpą porównując, bo to tylko metafora, która ma pokazać, że mentalnie dzielą nas kulturowe przestrzenie. Ta ich przestrzeń pochłania moją ciekawość, ale dla mnie, ciemnej blondynki, ptasiego móżdżku jest otchłanią nie do pokonania. Pozostawia mnie bez złudzeń.

Opublikowano Bożena Ptak | Otagowano , | 4 komentarzy

Kukra i jolki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Były takie wakacje, spędzone w osadzie domków kampingowych nad kaszubskim jeziorem Wdzydze,  kiedy lało bez przerwy i również bez przerwy Mama, Kasia i ja grałyśmy w kukrę. Kukra to gra podobna do kanasty czy remika, ale znacznie bardziej skomplikowana i trudniejsza. Jeśli akurat nie lało, Mama się opalała, a my mogłyśmy robić, co nam się żywnie podobało.

To błahe wspomnienie wróciło do mnie ostatnio z uderzającą siłą, każąc się zastanowić nad pytaniem, dlaczego była to kukra, a nie kanasta czy remik? Myślę, że sprawę da się wyjaśnić następująco: Mama lubiła tylko trudne zadania i to takie, których trudność łączyła się z elegancją formy. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego Mama uznawała tylko jolkę z Gazety Wyborczej, choć nie rozwiązywała żadnej innej krzyżówki. Bo to była inteligentna jolka, tworzona przez inteligentnego, trudnego partnera. Do jolki zaraz wrócę, ale jednak, by nie rozbijać nadmiernie toku narracji, najpierw zajmę się kukrą. Bo kukra wymaga detektywistycznej żyłki, jako że, witajcie w naszej bajce, gry tej nie ma. Bo oczywiście jest tak, że jeszcze niedawno wszystko co było, było również w google’u, albo nawet Wikipedii. Teraz Internet się skomercjalizował i to, że czegoś w nim nie ma, może oznaczać, że owszem jest, ale najpierw muszą się pojawić wszystkie wpisy o hotelach, i że Xanadu to nie jest tajemnicza stolica Kublaj-Chana lecz oprogramowanie, a Avalon nie jest wyspą króla Artura lecz stacją metra. Kukra jest miastem w Nikaragui, a po polsku przede wszystkim pseudo eleganckim zastępstwem internetowym za wulgarną kurwę.

A zatem – kukra przypominała kanastę lub remika i doprawdy nie wiem, czym się od nich różniła. Zapytana o to Ciocia Janka, kuzynka Mamy, udzieliła takiej oto odpowiedzi:

Po wojnie grywaliśmy w „kukrę”, której nazwa pochodzi od pierwszych sylab zdania „Ku Krakowu szło trzech głupich”. Był to lekko zmodyfikowany remik lub remi. Modyfikacje zapożyczono z madżonga, w którego namiętnie grywali nasi Rodzice, a Ojciec zdobył tę grę w czasie okupacji i graliśmy w nią w domu w Zielonce.

O madżongu już pisałam. TU.

Przy okazji, dr Maciej Malinowski, mistrz ortografii polskiej, wyjaśnia, że to ku Krakowu jest poprawne. Jeśli przed nazwą miasta w trzecim przypadku użyjemy przyimka „ku”, nie będzie błędne – o dziwo! – wyrażenie ku Krakowu, a także: ku Tarnowu, ku Ostrowu, ku Tczewu, ku Sochaczewu. Tę przestarzałą konstrukcję językoznawcy dopuszczają (obocznie) do użytku, preferując rzecz jasna współcześnie o wiele lepsze ku Krakowowi, ku Tarnowowi, ku Ostrowowi, ku Tczewowi, ku Sochaczewowi.

No tak, moja Ciocia, moja siostra, a nawet mój siostrzeniec twierdzą, że wiedzą, jak się gra w kukrę, a ja nie. No, nie wiem i już. I jak dotąd nie udało się nam zebrać razem, bym mogła sobie przypomnieć. Pozostają tylko wspomnienia. Widzę ustawiony pod oknem stół w wilgotnym domku kempingowym. Szyby są zlane strugami deszczu, za oknem widać ciemny, mokry las sosnowy. Kasia siedzi po lewej pod ścianą, ja pośrodku, tyłem do drzwi, Mama po prawej, koło okna. Tasujemy dwie talie kart o różowych i niebieskich koszulkach, rozdajemy je, reszta zostaje w zakrytym stosie, jedna karta ze stosu leży wyłożona obrazkiem do góry. I… I co?

Zastanawiam się, czy jest możliwe, że kukra to wynalazek rodzinny i że poza nami nikt go nie zna?

pudelkonakartyTo zapewne były te same karty, w domu używane do pasjansów, na wyjeździe również do gry.

Oceniam, że jako rodzina stawiamy tylko trudne pasjanse, gramy tylko w trudne gry, a jeśli są za łatwe, utrudniamy je sami, rozwiązujemy tylko trudne i inteligentne krzyżówki. Sądząc z wypowiedzi Cioci w sprawie pasjansów i kukry, to nie Mama była autorką zasady, że tylko trudne i piękne jest warte uwagi, lecz raczej ojciec Cioci czyli Dziadek Wiktor. Wydaje mi się, że zanim nastała jolka w Gazecie Wyborczej, Mama rozwiązywała krzyżówki w Przekroju, a może również w gazecie Świat.

Jolka, jak podaje Wikipedia, to  rodzaj krzyżówki, w której określenia do haseł wypisane są bez podania miejsca wpisywania. Określenia wypisane są najczęściej w kolejności losowej, rzadziej w alfabetycznej kolejności odgadywanych wyrazów. Ja dodam, że w jolkach w Wyborczej, na diagramie umieszczone były jakieś litery, np. L albo H.

Te dawne wspaniałe jolki w Wyborczej układał Jacek Szczap. My wprawdzie w domu wierzyliśmy, że ich autorem był syn Władysława Kopalińskiego, ale nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej tezy. Szczap umarł w roku 2010, czyli Mama znała tylko jego jolki, a i my wszyscy – moja siostra, jej syn i ja – przywiązaliśmy się do nich tak bardzo, że wysyłaliśmy je sobie za granicę i zabieraliśmy kartki z jolkami w podróże. My bardzo lubiliśmy rozwiązywać jolki wspólnie, choć Mama raczej tego nie praktykowała. Siedziała sama w swojej pracowni i rozwiązywała krzyżówkę, aż ją rozwiązała. Czasem mogło to nawet trwać trzy dni, ale Mama nigdy nie porzucała jolki nie rozwiązanej. Jej jolki bywały tak pobazgrolone, że były praktycznie rzecz biorąc nieczytelne.

jolkiTe jolki też są jeszcze autorstwa Jacka Szczapa. Rozwiązała je Kasia. Są pobazgrolone, ale w żadnym wypadku nie tak, jak to robiła kiedyś Mama.

Zauważmy jednak, że teraz nie trzeba już aż tak bazgrolić, bo gdy nam zbraknie słowa, albo wręcz przeciwnie wpisaliśmy słowo, np. awal, ale nie mamy pojęcia, do czego by się mogło odnosić, prędzej czy później sięgniemy po pomoc do internetu i dowiemy się, że awal to rodzaj podżyrowania weksla. Jednakże za Mamy czasów, gdy własna inteligencja zawiodła, pozostawały tylko encyklopedie i słowniki, opasłe papierowe tomiszcza, ciężkie do dźwignięcia, w których nie zawsze było wiadomo, czego szukać. Bo czy miałby to być basior czy Hasior, jeśli brakowało pierwszej litery, trzeba było przestudiować całą encyklopedię lub, niestety również, słownik a tergo, bo tylko on mógł pomóc stwierdzić, czy to, czego szukamy, to godło czy może rodło, żeby na końcu i tak się przekonać, że chodziło o sadło.

Gdy Jacek Szczap zmarł, Gazeta przestała po prostu drukować jolki. Podejrzewam, że Redakcja musiała walczyć z wiernymi Czytelnikami, którzy wielkim głosem żądali przywrócenia jolek. Wróciły więc po kilku latach, układane przez Leszka Rydza. Nie są złe, ale to już jednak nie to. W tych dawnych były nie tylko nadzwyczaj podchwytliwe hasła, ale i zabawy właściwie po nic, rodem doprawdy jak z zasad gry szklanych paciorków według Hessego albo jak wpisanie tzw. motywu Bacha (b-a-c-h) w utwór skomponowany przez jego następców, wielbicieli i naśladowców. Podobno robił to sam Bach, a po nim niepoliczone rzesze twórców, w tym Schumann, Liszt, Rimskij-Korsakow czy Reger.

I tak w przestrzeni krzyżówki przecinały się Afrodyta z Herą, albo gęsia steczka graniczyła z aleją żurawi. W jednej linijce biegli ku sobie Amor i Psyche albo Herakles uciekał od Dejaniry. Widać było, że autor się świetnie bawi i sam, układając jolki, i z nami, podsuwając nam swoje żarty do rozgryzienia. Pamiętam do dziś taką jolkę, gdy w diagramie zostały dwa wyrazy – kieł i basa, podczas gdy w hasłach było tylko jedno bez przydziału, może być suszona albo spod Krakowa. Zajęło mi ze trzy dni myślenia, zanim olśniło mnie odkrycie, że bezpański wyraz jest jeden, kreskę pomiędzy kłem i basem sama osobiście „dobazgroliłam” i że jest to kiełbasa krakowska. Ot, stupor wegetariański.

Uwaga: jolki w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej nie są nic warte! mogą, jak każda potoczna rozrywka, posłużyć tylko do zabijania czasu.

***

Poszukując informacji o jolkach znalazłam w sieci blog Jacka Kowalczyka Listy Ateisty, a w nim wpis: Żył szybko i umarł za szybko.

Zmarł Jacek Szczap, fachman od łamania głowy, wszelkich konkursów, krzyżówek i gier umysłowych. Swoją pomysłowością zabawiał czytelników wielu gazet i czasopism, był m.in. współtwórcą zawsze niezwykłej krzyżówki Przekroju (od kiedy to pismo wylądowało w Warszawie).

Nie należał z pewnością do grona tych, którzy nadmiernie dbają o swoje zdrowie. I to się na nim zemściło. Miał 56 lat – zaledwie – gdy dopadł go wylew.

Był człowiekiem wesołym, dowcipnym, pozytywnie wykorzystującym swoją niezwykłą inteligencję. Takim go zapamiętam. Takim go pamiętajmy. To jedyna forma nieśmiertelności, w którą wierzę.

Piękne podsumowanie.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 2 komentarzy

Droga do Santiago de Compostela. Calzadilla de la Cueza

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 20 września

Po mszy w kościele świętej Klary idę do normalnej kawiarni na normalne śniadanie – kawa, jogurt, ciepły croissant z masłem, marmolada.
Pyszne.

Jest godzina 9:20, gdy z powrotem wyruszam w drogę. Przede mną 17 kilometrów do Calzadilla de la Cueza. Obliczam, że o wpół do drugiej powinnam być na miejscu. I taka też jest godzina, gdy młody ciemnoskóry chłopak zapisuje mnie w schronisku. Wciąż jeszcze wstrząsam się na myśl o tych dopiero co przebytych 17 kilometrach, bo był to jawny koszmar. 17 kilometrów słońca na pustej porośniętej trawą wyżynie. Już raz był taki odcinek, ale wtedy wiał wiatr i pędził nam nad głowami wielkie chmury. Dziś było niebieskie nieruchome niebo i słońce, słońce, słońce, słońce. Znikąd cienia.  Choć nieprawda – przez godzinę towarzyszył nam po lewej śliczny szpaler młodziutkich topoli, rzucający nam pod nogi przejrzysty, filigranowy cień. Gdy drzewka wyrosną, za parę lat, będą radością pielgrzymów, ale są jeszcze małe, młode, słabiutkie.

Gdzieś w oddali kępy krzewów i klasztor z XIII wieku, możnaby pójść, obejrzeć, ale te 17 kilometrów bez cienia odbiera człowiekowi chęć zwiedzania czegokolwiek. Wszystkie przewodniki ostrzegają przed trudami tego odcinka. Będziemy zmęczeni jak psy, bo na mesecie lepiej iść niż siadać w lejących się z nieba strumieniach upału. Trzeba iść, iść, iść. Mamy koniecznie zabrać odpowiednią ilość wody i jedzenia, bo po drodze nic nie będzie. Tymczasem…

Tymczasem mniej więcej w połowie drogi jest BAR! Błogosławiony niech będzie Bask z Navarry, który wpadł na pomysł i przed kilkoma miesiącami założył ten bar w cieniu ogromnych parasoli i wysokich topoli. Ciekawe, skąd je wziął? Może posadził. Ten bar to jakiś raj, nowy raj,  nie uwzględniony na żadnych planach i mądrych karteczkach. Facet z baru mówi, że teraz dziennie przechodzi tą drogą około 250 ludzi. Latem było ich oczywiście znacznie więcej, nawet parę tysięcy. Wtedy jego bar nie nastarczał i lodówki nie nadążały z chłodzeniem.

Niestety nie można tu siedzieć wiecznie, trzeba wstać i iść dalej. Z nieba żar, ziemia pali w stopy, po lewej i po prawej trawa, albo dla odmiany – pola, z tyłu nic, z przodu nic. Nic. Nic. Nic.

Wreszcie z dala coś majaczy na horyzoncie. Być może to nasz cel, nasza nadzieja. Póki na horyzoncie nie ma nic, to nigdzie nie możesz dojść, możesz tylko iść. A jak coś jest, to coś jest, taka jest prosta prawda Drogi. Wprawdzie nie łudź się, człowieku, jeśli widzisz coś na horyzoncie, to zajmie ci jeszcze co najmniej godzinę, zanim tam dojdziesz. Ale z  drugiej strony – jednak za godzinę tam dojdziesz.

No tak, mamy schronisko bez kuchni, ba, nawet bez nieśmiertelnego automatu z kawą firmy Nestlé, w mieście bez sklepu, czyli nie mamy wyjścia – wszyscy musimy iść na lunch, podwieczorek i kolację do baru. Tak to działa. Zmowa? Mietek wędrujący z prymusem i kocherkiem, wie, co robi. My wszyscy jesteśmy gorzej przygotowani, ale ja bym nie dała rady ponieść plecaka cięższego niż ten, który niosę. Waży siedem kilo, na kobietę, która (wówczas) ważyła 55 kilo, plecak jest i tak o 1,5 kilograma za ciężki, bo nie powinno się nieść więcej niż 10% wagi ciała. A jeszcze trzymana w garści lub pod pachą nieodzowna butelka wody, która waży kolejny kilogram. Francuzi, którzy mają na podorędziu więcej pielgrzymkowych gadżetów niż jakakolwiek inna nacja – ręczniki z mikrofibry, latarki do zapinania na głowie, kapelusze z chustą osłaniającą kark – mają też takie poręczne urządzenie: wkładany do kieszeni plecaka szeroki płaski szlauch na wodę, od którego prowadzi rurka podwieszona na uchu. Jakaś taka kroplówka, pozwalająca popijać w drodze, nie męcząc rąk noszeniem, ale też bez konieczności zatrzymywania się za każdym razem, kiedy trzeba wyjąć butelkę z plecaka. Bardzo praktyczne, wręcz przemyślne rozwiązanie, ale jakoś paskudne, szpitalne. Nikomu z nas nie zależy, żeby sobie skompletować francuskie wyposażenie.

W schronisku nie mamy kuchni, ale za to mamy basen! Błękitny basen, jakbyśmy byli jakimiś bogaczami z Miami na Florydzie. Moczę nogi w lodowatej wodzie, a dysza wypluwająca wielkie bąble powietrza, masuje mi podeszwy stóp.

Jest też duże lustro, przeglądam się i widzę, że schudłam.

Spałam po południu, śniła mi się moja szwagierka – Ewa Maria Slaska. Pracowałyśmy obie w tej samej firmie i Ewa zażądała dla pracownic służbowego stroju – dżinsów i granatowych jedwabnych marynarek. Ewa wyraźnie była tam szefową czy przywódczynią. Obudziłam się z myślą, że Ewa umarła przed rokiem, a zatem miejsce, w którym ją spotkałam, to niebo.

Zabrałam w drogę kamień, który niosę ze sobą od Berlina. To kamień dla Ewy. Zamierzam go donieść do katedry w Santiago de Compostella i złożyć u stóp mistrza Mateusza, architekta, który wzniósł tę niezwykłą świątynię.

PS. O tym, że byłyśmy dwie, już wspominałam we wpisie „Ewa Śląska jesienią”. Byłyśmy dwie takie same, studiowałyśmy obie archeologię i gdy wyszłam za mąż za jej brata, tak samo się nazywałyśmy. Niezła jazda na kierunku studiów liczącym wszystkiego 30 studentów na 5 rocznikach.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano | 1 komentarz

Reblog: Hiszpańskie dzieci

It’s About Time – hier the same in English

Kilkakrotnie już odwiedzaliśmy wspólnie ten niezwykły blog o sztuce, odkryty parę lat temu przez moją siostrę. Dziś XVI i XVII-wieczne hiszpańskie dzieci, i nie myślmy, że skoro znamy infantki w czarnych i białych sukniach oraz obraz ze służącymi, to już znamy hiszpańskie dzieci. Blog prowadzi

Zanim jednak podążymy tropem hiszpańskich obrazów wybranych przez Barbarę, spójrzmy na dwa obrazy namalowane przez Włoszkę – Sofonisbę Anguissolę.

Rok 1555. Trzy siostry Anguissola przy partyjce szachów (nota bene – obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu!) Jakie te dziewczynki są tu żywe, wesołe, przekorne i filuterne. Malarka miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. W cztery lata później wezwano ją na dwór królewski w Toledo – została nadworną malarką Filipa II i nauczycielką jego młodziutkiej, smutnej żony Izabeli. Izabela, a właściwie Elżbeta Walezjanka, była trzecią żoną Filipa – miała 14 lat, gdy wysłano ją jako królową do Hiszpanii.

Gdy w roku 1570 Sofonisba namalowała infantki hiszpańskie, Clarę Eugenię  i Catalinę Micaelę, dziewczynki nie były ani figlarne, ani ożywione, jak siostry Anguisolla, tu już mamy rzeczywiście dzieci złapane w pułapkę. Portrety dzieci Filipa II zostały namalowane przez Alonso Sancheza Coello, malarza hiszpańskiego (1531-1588). Barbara przypisuje mu również i ten podwójny portret księżniczek hiszpańskich, o którym ja wiem, że namalowała go Sofonisba. Ale jakaż różnica między wesołymi siostrami włoskimi, a smutnymi infantkami z Hiszpanii.

Dzieci renesansowych władców – pisze Barbara – ubierano jak małych dorosłych, a ich strój świadczył o statusie majątkowym i społecznym rodziców. Portrety te powstawały być może jako informacja dla rodziców przyszłego małżonka. Był to czas, gdy małżeństwa, zwłaszcza królewskie, kojarzono gdy kandydaci do ślubu byli właściwie jeszcze dziećmi. Takie kontrakty małżeńskie miały cementować koalicje społeczne, polityczne i majątkowe obu królewskich rodów. Portret infanta zaświadczał więc o zamożności, pozycji i wysokim urodzeniu. Zwyczaj portretowania dzieci przeszedł z rodów królewskich do kręgów arystokracji. Tu już jednak nie można było aż tak przechwalać się luksusem, w którym pławią się dzieci królewskie. W wieku od XVI do XVIII w całej niemal Europie obowiązywały surowe prawa, dozwalające poszczególnym grupom społecznym noszenie odpowiadających ich stanowi strojów i biżuterii. Bogate tkaniny, koronki i biżuteria miały być zastrzeżone dla arystokracji, były więc jeszcze jednym elementem podkreślającym zróżnicowanie społeczne. Jednak niestety, a może raczej „stety”, prawa te były nader trudne do wyegzekwowania. Miłośnicy literaury polskiej na pewno przypomną sobie, że na owe surowe prawa skarżyła się piękna pani Flora, wdowa po majstrze passamonniku, w gdańskiej powieści Deotymy „Panienka z okienka”.

Ale oczywiście drakońskie prawa nie dotyczyły królów i ich dzieci.

Ciekawy komentarz do tego wpisu znalazł się na Facebooku, tak ciekawy, że postanowiłam go tu dołączyć. Piotr Loch napisał mianowicie:

Sofonisba Anguissola ciekawie sportretowana została w książce Roberta C. Davisa i Beth Landsmith „Ludzie renesansu – Umysły, które ukształtowały erę nowożytną”. Próbują oni tłumaczyć tę dość niezwykłą umiejętność oddania emocji na twarzach portretowanych dzieci. Sofonisba, ze względu na to, że była kobietą nie mogła wynajmować obcych mężczyzn w charakterze modeli przez co nie mogła podejmować poważniejszych tematów religijnych czy historycznych. Z konieczności zajmowała się malarstwem portretowym – odpowiednim dla szanowanej arystokratki. „Początkowo oznaczało to malowanie bez końca członków własnej rodziny i samej siebie, dzięki czemu wypracowała własny styl, w którym na plan pierwszy wysuwała się charakterystyka psychologiczna postaci ukazanych z czułością dbałością o szczegóły. Na niektórych jej rodzinnych portretach widać upodobanie do żartobliwych scen z życia codziennego, w czym o ponad pokolenie wyprzedziła twórczość holenderskich malarzy rodzajowych zwanych bamboccianti.” Sofonsba korespondowała z Michałem Aniołem. Hołd złożył jej osobiście Peter Paul Rubens, który zajął jej miejsce nadwornego malarza na dworze Hiszpanii, a także Antoon van Dyck. Jej życie to gotowy scenariusz filmowy. Ostatni autoportret namalowała w wieku 90 lat. Malując infantki w Hiszpanii chyba poddała się sztywności etykiety. A może te hiszpańskie córy tak wcześnie weszły w swoje monarsze role – i Sofonisbie nie pozostało nic innego jak je w nich odmalować. I jeszcze jedna ciekawa (tak sądzę) informacja. Skąd to dziwne imię?. „Anguissolowie, ród drobnej szlachty z położonej na północy Italii Cremony, mieli zwyczaj nazywać swych potomków na cześć starożytnych kartagińskich bohaterów. Hamilkar Anguissola, syn Hannibala, nazwał swojego syna Hazdrubalem, a córkę Sofonisbą.”

Po lewej u góry datowany na rok 1550 portret Carlosa, księcia Asturii (Don Carlos, szalony infant), dziedzica króla Filipa II. Po prawej – Rudolf II, cesarz świętego cesarstwa rzymskiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę austriacki (portret z roku 1560). Poniżej infantki Izabela oraz Izabela Clara Eugenia z małpką, córki króla Filipa II, te same, które kilka lat wcześniej sportretowała Sofonisba. Również Coello namalował podwójny portret obu dziewczynek.

 

Infanci Don Diego i Don Felipe na portrecie podwójnym, a poniżej sam infant Filip, synowie czwartej żony króla, Anny Austriaczki. Nota bene, król był wujkiem swej małżonki.

Infant Filip został rzeczywistym następcą tronu Filipa II i odziedziczył po nim największe państwo na świecie, obejmujące Hiszpanię, Austrię, Bałkany i Niederlandy, Burgundię, całe południowe Włochy, posiadłości w Nowym Świecie i Filipiny, nazwane tak zresztą na cześć jego ojca. W ciągu swego panowania postradał większą część schedy znajdującej się poza Półwyspem Iberyjskim, zdobywając za to Portugalię. Przegrał też większość wojen, z których do historii przeszła zwłaszcza wojna z Anglią (pamiętamy, oczywiście, Francis Drake, golibroda króla Hiszpanii). No ale też przyznajmy, miał z kim przegrywać – królowa Elżbieta, król francuski, Henryk IV (ten, który stwierdził, że Paryż wart jest mszy) i wreszcie Wilhelm Orański. Miał pecha, biedny Filip.

Filip ożenił się z Małgorzatą Austriaczką. Dano mu do wyboru trzy siostry. Spodobała mu się najmłodsza, jednak ojciec zadecydował, że najstarsza siostra bardziej się nadaje. Czyli wybór był taki raczej pozorny. Na szczęście, jeśli można to nazwać szczęściem, najstarsza księżniczka umarła i królowi pozwolono ożenić się z wybranką. Urodziła mu ona ośmioro dzieci. Portretowali je już jednak inni malarze. Po śmierci królowej Izabeli wyjechała z Hiszpanii Sofonisba, a Coello zmarł w roku 1588. Filip został królem w roku 1598 i rządził do roku 1621. Jego dzieci malowali Juan Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé González y Serrano (1564–1627).

Pokażę je następnym razem.

Opublikowano Barbara Wells Sarudy | Otagowano , , , | 1 komentarz

Alma (5)

Lech Milewski

Narzeczona wiatru

Jako akompaniament proponuję utwór napisany w czasie, gdy rozgrywała się akcja tego wpisu, będący całkowitym zaprzeczeniem muzyki Gustawa Mahlera, natomiast w swojej gwałtowności zgodny z charakterem bohatera dzisiejszego odcinka – Święto Wiosny Igora Strawińskiego…

Spełniając życzenie zmarłego męża Alma nie nosiła żałoby. Zgodnie z konwencją przez sześć miesięcy trzymała się z dala od życia towarzyskiego i kulturalnego. Koniec okresu żałoby wypadł późną jesienią, w pełni sezonu kulturalnego. 32-letnia Alma znalazła się w zupełnie nowej sytuacji. W każdym towarzystwie, na każdej imprezie, stawała się centrum zainteresowania – wdowa po słynnym kompozytorze.

Oczywiście nie zapomniała o Walterze Gropiusie. Ich spotkanie po wielu miesiącach rozłąki było pełne wspomnień i wzruszeń. Zresztą Walter był też w żałobie po niedawno zmarłym ojcu, rozumieli się więc doskonale. Snuli plany małżeńskie. I wtedy Gropius zadał o jedno pytanie za dużo – czy w czasie romansu z nim Alma miała również fizyczny kontakt z Mahlerem? Alma nie chciała, może nie potrafiła kłamać. To był cios. Gropius czuł się oszukany, zdradzony, wykpiony. Rozstali się chłodno. Po kilku dniach Alma wznowiła kontakt korespondencyjny.

W międzyczasie odbierała hołdy jako wdowa i jako kobieta. Nie minęło wiele czasu a otrzymała kilka propozycji małżeństwa. Na marginesie wspomnę, że jej sytuacja materialna była dość dobra. Dostawała cesarską rentę po mężu, miała spore oszczędności w bankach i posiadłość w Semmeringu. W swojej książce wspomniała, że w momencie ślubu z nią Mahler tonął w długach. Nie znalazłem nigdzie wzmianki czy wniosła coś w posagu. Niewątpliwie ascetyczny styl życia z Mahlerem pozwalał na zrobienie oszczędności.

Jednym z jej gorących wielbicieli był znany biolog Paul Kammerer – KLIK. Nie mógł zaproponować jej małżeństwa, bo był żonaty, ale żeby mieć stały kontakt z Almą zaproponowal jej pracę (bezpłatną) w swoim laboratorium. Alma przyjęła tę propozycję. Codzienne spotkania służbowe nie wystarczały Kammererowi; pisał do Almy długie listy, w których zwracał się do niej „moja ukochana Almo” i groził, że jeśli nie odwzajemni jego miłości, popełni samobójstwo na grobie jej męża.
Na marginesie dodam, że Kammerer był wielkim miłośnikiem muzyki Mahlera i że popełnił samobójstwo, chociaż z zupełnie innego powodu.
Mnie zainteresowało jedno zdanie z jego pamiętnika – „Wiem, że każde spotkanie z Almą Mahler odświeża zapasy energii potrzebne do mojej pracy„.

W styczniu 1912 roku Alma spotkała się z Gropiusem w Berlinie. Walter zaprezentował się jej jako pan domu, człowiek oddany rodzinie, czuły syn. Matka Waltera poczuła do Almy niechęć od pierwszego wejrzenia. I wzajemnie. Po wyjeździe Walter długo nie odpisywał na jej listy. Wreszcie napisał:
Nic już nie będzie tak jak przedtem. Wszystko się zmieniło od podstaw„.

Wkrótce potem Alma poznała w pracowni malarskiej swojego ojczyma kogoś nowego. Według relacji Almy ubrany był w wytarty garnitur, buty miały zdarte obcasy, często wycierał usta chusteczką, na której pozostawiał ślady krwi. Miał przy sobie arkusz papieru i zaczął szkicować jej portret. Alma pozowała przez chwilę nieruchomo, wreszcie wstała, żeby przejść do fortepianu. W tym momencie młody człowiek objął ją. Alma zachowała spokój i wyzwoliła się z tych objęć.

Relacja drugiej strony jest nieco inna:
Zaprowadziła mnie do swojego pokoju, gdzie grała na fortepianie i śpiewała dla mnie Śmierć Izoldy. Gdy powiedziała, że chce, żebym ją malował w jej domu, poczułem się szczęśliwy i zmieszany. Po pierwsze, nie malowałem nigdy kobiety, która się we mnie zakochała od pierwszego wejrzenia. Po drugie byłem trochę przestraszony – jak można być szczęśłiwym, jeśli się ma zastąpić kogoś, kto niedawno umarł?”

Po powrocie do domu młody człowiek napisał do Almy list, w którym nie widać zmieszania ani strachu: „Jeśłi chcesz zachować respekt do mnie i być tak czysta jak byłaś wczoraj, to poświęć się dla mnie i zostań moją żoną. Będziemy to trzymać w sekrecie tak długo jak będę biedny„.

Oskar Kokoschka był prawie zawsze biedny…. Ooooops, sekret się wydał.

Wysoki, ze skośnymi oczami, odstającymi uszami i czerwonymi dłońmi nie wyglądał atrakcyjnie. Jednak niefrasobliwość jego zachowania stwarzała klimat pewnej elegancji. Jego malarstwo było brutalne i gwałtowne, podobnie jak charakter.

Wojownik

Żył w biedzie i nie wahał się tego demonstrować. W Wiedeńskiej Szkole Sztuki wyjął nóż i zagroził samobójstwem, jeśli nie dostanie stypendium.
W 1909 roku odbyła się w Wiedniu duża międzynarodowa wystawa malarstwa, na której wystawiono dzieła Klimta, Gaugina, Matissa, Vlamincka, Van Gogha. Dzięki rekomendacji nauczycieli przydzielono tam wstępnie jedną małą salę Kokoschce. Natychmiat zamknął ją na klucz i zapowiedział, że nie otworzy, jeśli komisja kwalifikacyjna zdecyduje umieścić tam czyjeś inne prace. Klimt, który przewodniczył komisji powiedział – zostawcie chłopaka w spokoju, niech go rozszarpią krytycy.

Poszarpali. Pojawiły się komentarze: wódz dzikusów, oszalały Gaugin, izba koszmarów. Ale znaleźli się też admiratorzy, wśród nich znany architekt Loos, który zakupił autoportret Oskara – rzeźbę Wojownik – patrz wyżej.

Kokoschka próbował również sił jako dramaturg. Jego sztuka Morderca, nadzieja kobiet wywołała awanturę, która przekształciła się w bitwę, trzeba było wzywać policję – KLIK. Wyjaśnienie Kokoschki – nie stać mnie na bilet do teatru, więc napisałem sztukę, żeby się tam dostać.
Na marginesie dodam, że Święto Wiosny wywołało podobnie gwałtowne protesty chociaż Igor Strawiński nie mial problemów z zakupem biletu do teatru.

Co połączyło Almę, która twierdziła, że jedyna rzecz, której teraz potrzebuje to spokój, z takim gwałtownikiem?

Bo połączyło.

W swojej książce (bibliografia – 2) Alma pisała:
Miał wszystko, czego potrzebuje człowiek, żeby byc wielkim. Kochałam go za to, a także za to , że był jak niesforne, uparte dziecko. Byliśmy ze sobą zgodni do ostatniego włókna naszych istot. Nasz katolicyzm pochodził z tych samych źródeł. W ten sam sposób odbieraliśmy Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nie jako radośc z prezentów i ozdób, ale z przenikającej nas mistycznej światłości.

Alma spędzała całe dni w pracowni Kokoschki, gdzie na przemian – kochali się lub Oskar malował jej portrety. Kłócili się często, ale Alma była przekonana o niezwykłym talencie Kokoschki i trwała przy nim, nie szczędząc pomocy finansowej. Spędzili razem kilka tygodni we Włoszech. Potem krążyła między kochankiem i własną córką, która spędzała wakacje nad morzem. W międzyczasie poddała się aborcji. Oskar o tym nie wiedział. On z kolei wykradł jej świadectwo urodzenia i wykorzystał je do opublikowania zapowiedzi ich ślubu. Alma ukarała go limitując spotkania – jedno na trzy dni.

Matka Oskara nie znosiła Almy do tego stopnia, że wysłała jej ostrzeżenie – jeśli nie przestanie Pani spotykać się z Oskarem, to Panią zastrzelę. Rzeczywiście, kilka dni później pojawiła się pod domem Almy, kryjąc pod płaszczem coś długiego. Oskar pospieszył ją rozbroić – był to kawałek drewna.

Alma nie rezygnowała jednocześnie ze swej roli wdowy po geniuszu. Była zapraszana na wiele koncertów, na których wykonywano utwory jej zmarłego męża. Gdy proponowała Oskarowi, by jej towarzyszył ten wybuchnął:
„Almo, nie zaznam spokoju, dopóki wiem, że ktoś inny jest w Tobie, żywy czy martwy. Dlaczego zaprosiłaś mnie do tańca śmierci i każesz mi godzinami patrzeć jak Ty, jak duchowa niewolnica, naginasz się do rytmu narzuconego przez człowieka, który był Ci obcy.”

I jeszcze:
Jeśłi nie zostaniesz moją żoną, mój talent zgaśnie. Karmisz mnie energią podczas wspólnie spędzonej nocy. Tylko wtedy mogę pracować cały dzień, przetwarzając to co wchłonąlem w nocy„.

Alma – źródło energii – nie pierwszy raz to słyszę. Nie na darmo imię Alma znaczy żywicielka.

Odpowiedź Almy:
Wyjdę za Ciebie jak namalujesz arcydzieło„.

I Oskar namalował…

'Bride of the Wind', oil on canvas painting by Oskar Kokoschka, a self-portrait expressing his unrequited love for Alma Mahler (widow of composer Gustav Mahler), 1913.jpg
Źródło tutaj – KLIK.

Gdy arcydzieło wyłaniało się spod pędzla Oskara, Alma była skłonna dotrzymać swej obietnicy. Była w kolejnej ciąży. Oboje przyjęli ten fakt z radością. Alma wprowadziła się właśnie do nowego domu. Trwało urządzanie. Oskar malował freski na gzymsie kominka – Alma w płomieniach wznosiła się do Raju, pozostawiając Oskara w piekle, otoczonego wężami.

W tym czasie nadeszła niespodziewana przesyłka – maska pośmiertna Gustawa Mahlera. Oskar wpadł w gniew – nie będzie tolerował trwałych wspomnień przeszłości. Alma postawiła maskę na honorowym miejscu. Wybuchła awantura. Kilka dni później Alma pojechała do kliniki dokonać aborcji. Oskar nigdy nie pogodził się z tym faktem.

Kilka tygodni później wybuchła I Wojna Światowa.
Komentarz Almy – czasem sobie wyobrażam, że to ja spowodowałam ten cały zamęt.
Reakcja Oskara – nie będę czekać na pobór, zgłoszę się jako ochotnik.

Na swoje 35 urodziny – 31 sierpnia – Alma zapisała w pamiętniku:
Chciałabym zerwać z Oskarem. Odbiera mi energię. Musimy to zakończyć… ale ja go tak lubię, za bardzo go lubię„.

Wigilię 1914 roku spędzili razem, była to noc pełna pasji, ale zaraz potem Alma zaczęła naciskać Oskara, żeby się zgłosił do wojska.
To nie było takie proste. Nie przyjęto go do piechoty ze względu na słabe zdrowie. Nie przyjęto do artylerii ze względu na brak zdolności do matematyki. Pozostała kawaleria – prestiżowy pułk dragonów. Kłopot w tym, że ochotnik musiał mieć własnego konia, mundur i całe wyposażenie. Oskar zdobył pieniądze na konia sprzedając Narzeczoną Wiatru aptekarzowi z Hamburga. Mundur uszył mu krawiec, który lubił malarstwo.

Przed założeniem munduru… ale oddajmy głos Almie:
Przed założeniem munduru dał mi pożegnalny prezent niewyobrażalnej piękności: siedem wachlarzy. W jarzących sie kolorach, z delikatnością, o którą nikt by go nie podejrzewał, namalował historię naszej miłości na siedmiu kawałkach papieru.”

Wachlarz

Alma pożegnala go z pewnym roztargnieniem, w głowie układała list do Waltera Gropiusa.

PS. Obszerne uzasadnienie mojego wyboru akompaniamentu można znaleźć tutaj – KLIK - pierwsze 6 minut.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , | 2 komentarzy

Rodzina Berlinerblau. Aniela

Tomasz Prot, ze słynnej polsko-żydowskiej rodziny chemików Berlinerblau, pisał już u mnie na blogu o swym powolnym i bolesnym dochodzeniu do żydostwa. Publikowałam już też trzy wpisy o rodzinie Berlinerblau – jeden: wspólne dzieło moje, Tomasza i Wikipedii, a dwa autorstwa Michała S. Balasiewicza. Dziś kolejny wpis o tej niezwykłej rodzinie:

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau

anielastreinsbergowa-maturaNajstarszą córką Józefa była Aniela urodzona 27 czerwca 1896 roku w Wiedniu. Data ta nie jest pewna, być może w okresie okupacji odjęła sobie parę lat. Dzieciństwo i młodość spędziła w Warszawie. Po skończeniu szkoły średniej, studiowała w Krakowie prawo i jako pierwsza w Polsce kobieta-prawnik została adwokatem i otworzyła własną kancelarię. Jej mężem, którego poślubiła w wieku 24 lat był również adwokat Emil Steinsberg. W okresie międzywojennym, Aniela mając przekonania lewicowe, broniła komunistów i robotników, między innymi oskarżonych o krwawe zamieszki w krakowskiej fabryce wyrobów gumowych „Semperit”.

W czasie okupacji niemieckiej ukrywała się w Warszawie. W tym czasie opiekowała się swoją osieroconą bratanicą Julką, oraz pielęgnowała swoją dawną nauczycielkę, chorą Stefanią Sempołowską, aż do jej śmierci w 1944 roku. Pracowała w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”, razem z Władysławem Bartoszewskim, wyszukując kryjówki dla ukrywających się Żydów oraz przekazując im pomoc finansową. Holocaust nie oszczędził najbliższych Anieli, w latach 40-tych, z rąk okupanta zginął jej mąż i siostra, a brata Tadeusza zamordowali we Lwowie nacjonaliści ukraińscy. Natomiast drugiemu bratu Adolfowi – inżynierowi chemikowi, który skrócił nazwisko Berlinerblau na Berli, udało się już po wybuchu wojny w 1939 r. wyjechać do USA. Jego żona Amelia z domu Goldfinger zginęła w 1942 roku przy próbie odzyskania swoich rzeczy pozostawionych u rodziny polskiej, a ich córką Julką, jak już wspomniałem, opiekowała się Aniela. Brat Anieli, Adolf zmarł w Stanach Zjednoczonych w 1978 roku.
anielastreinsbergowaPo wojnie, w styczniu 1945 Aniela przyjeżdża do Lublina i tam zostaje mianowania z nadania Rządu Lubelskiego, wicedyrektorem Biura Prac Ustawodawczych przy Prezydium Rady Ministrów. Wkrótce, razem z Julką, osiedla się w Warszawie i pracuje dla Rządu, ale, pomimo przynależności do PPS, a po zjednoczeniu w 1948 r. do PZPR, zostaje wkrótce wyrzucona z pracy. Po dłuższych staraniach, przypuszczalnie dzięki poparciu premiera Cyrankiewicza, otrzymuje pozwolenie na otwarcie praktyki adwokackiej. Jako adwokat występuje w obronie AK-owców, bierze także udział, razem z mecenasem Winawerem, w obronie Kazimierza Moczarskiego. W 1955 roku Aniela wystąpiła z PZPR ’u i związała się z opozycją wobec komunistycznych rządów. Nadal broniła w procesach politycznych m. in. Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Wrażenia z przebiegu tamtych procesów spisała w swojej kronice „Widziane z ławy obrończej”, wydanej przez paryską „Kulturę” w 1977 r. Zajmowała się też tłumaczeniami, przekłada „Smutek tropików” i „Totemizm dzisiaj” Claude’a Levi-Straussa, „Biologię twórczą” Jean Rostanda, a także w latach 50 jest redaktorką pism zebranych swojej nauczycielki i przyjaciółki – Stefanii Sempołowskiej.
Aniela była zawsze bardzo aktywna politycznie i społecznie. Po 1956 roku brała często udział w spotkaniach Klubu Krzywego Koła, do którego wprowadziła dwóch uczniów – Jana Grossa i jego przyjaciela Adama Michnika. Niespełna dziesięć lat później broniła ich kolegów, studentów aresztowanych w marcu 1968 r. W rezultacie po marcu 1968 roku, na skutek obrony studentów wyrzuconych z uczelni, została zawieszona w prawach wykonywania zawodu i wkrótce skreślona z list adwokatów. W wieku 74 lat przechodzi na emeryturę, ale nadal chętnie udziela porad prawnych, szczególnie członkom struktur opozycyjnych.

W 1975 podpisała List 59, petycję przeciwko projektowi zmian w Konstytucji PRL (pomysł listu powstał w jej mieszkaniu). W czerwcu 1976 sygnowała list solidaryzujący się z robotnikami represjonowanymi w Radomiu i Ursusie. Była członkiem–założycielem Komitetu Obrony Robotników.

W jej niewielkim mieszkaniu przy okrągłym XIX-wiecznym stole obradowała komisja redakcyjna odpowiedzialna za przygotowywanie komunikatów Komitetu. Młodsi działacze KOR-u wspominają, że Starsi Państwo – pani Aniela, prof. Edward Lipiński, Ludwik Cohn, Jan Józef Lipski i ks. Jan Zieja chronili ich swoim autorytetem przed agresją władz. Jednak ta ochrona nie była w pełni respektowana i świeżo po osiemdziesiątce pani Aniela musi się oswoić z rewizjami, które do tej pory były codziennością jej klientów. Już poważnie chora, co najmniej raz w tygodniu gościła u siebie komisję redakcyjną KOR odpowiedzialną za przygotowanie ostatecznej wersji publikowanych oświadczeń.

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau zmarła w 1988 roku na dwa miesiące przed „Okrągłym Stołem” i została pochowana na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ulicy Żytniej w Warszawie. 23 września 2006 roku prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w 30 rocznicę powstania KOR ‘u odznaczył pośmiertnie Anielę Steinsbergową Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dalsze lektury:

Wpis w Wikipedii o Anieli – TU
Wpis nr 1 o rodzinie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Józefie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Janie Procie – Berlinerblau TU na blogu

Opublikowano Tomasz Prot | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

I ty zostaniesz nazistą

Tomasz Fetzki

W ten wtorek przerwiemy naszą podróż po Łużycach (ale za tydzień ruszymy dalej), bo mamy do uczczenia rocznicę. Może nie istotną, ale interesującą, a przy tym nawiązującą do stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, które tak uroczyście miesiąc temu na blogu celebrowaliśmy. Niestety, nie miał Viator czasu, aby wzdłuż i wszerz przemierzyć Niemcy, dlatego tym razem większość zdjęć, o czym lojalnie uprzedza, pożyczył sobie w Wielkiej Sieci. I gdzie indziej…

I ty zostaniesz nazistą
reportaż poetyzujący

Gdy na zrytym pociskami, błotnistym polu bitwy konał Hans Castorp, narrator słodko szeptał mu na dobranoc: Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona! Ale kiedy wśród zielonych wzgórz Szampanii mgła wieczności powlekała oczy pewnego literata rodem z Chełmna, narrator, gdyby nawet istniał, nie mógłby powiedzieć niczego takiego. Opowieść miała się dopiero zacząć. A wszystkiemu winna przyroda…

Są wśród naszych rodaków tacy, którzy gotowi byliby przysięgać, że Giewont jest Polakiem w skałę zaklętym. Z kolei tułacze i sieroty po Tysiącletniej Rzeszy niemal z płaczem argumentują, że muszą wrócić tam, skąd ich wygnano, bo na Śląsku nawet słowiki śpiewają po niemiecku. A znowu inni będą zapewniać, że rozległe brzozowe lasy rosyjską mają duszę. Uroczy bełkot, ale jednak bełkot: skała jest granitowa, słowik śpiewa tylko i wyłącznie po słowiczemu, zaś lasy przenika co najwyżej duch Gai. Niemniej wciąganie przyrody w nacjonalistyczne rozgrywki jest wciąż dla niektórych ponętną pokusą. Bo ona uwiarygodni to i owo, bo nada tego niezbędnego romantycznego sznytu, bo utwierdzi prawa do… Dosyć! Żaden człowiek ani żaden naród nie dostał natury na własność. I każdy powinien raczej czuć się zaszczycony, że został nią bezinteresownie obdarowany. Ale lepiej niech już nie próbuje robić na niej żadnego interesu, bo się zbłaźni sromotnie. A przy okazji ośmieszy innych. Tak, jak to się przydarzyło wspomnianemu mistrzowi pióra z Culm.

Pewnego razu, podczas jednej ze swych łużyckich wędrówek, natknął się Viator w gęstym lesie na dziwny kamień, opatrzony obcym nazwiskiem i dwiema datami.

1. Lons SorauSorauer Stadtwald, a w nim tajemniczy głaz.

 Nie miał pojęcia wędrowiec, kto zacz ten Hermann Lons z inskrypcji. I trwałby, nieszczęsny, w mrokach niewiedzy, gdyby nie Pan Rafał Szymczak, jeden z najlepszych żarskich regionalistów. To on na którymś ze spotkań miłośników małej ojczyzny tajemnicę rozwikłał i temat gruntownie oświetlił, zainspirował Viatora do stworzenia tego tekstu, a jeszcze dodatkowo wspomógł go ikonografią. Za to wszystko chce Viator serdecznie podziękować.

Przyszedł przeto na świat Hermann Löns, jako się rzekło, w Chełmnie. Zgodnie z tym, co głosi napis na kamieniu, w sierpniu 1866 roku zaczął się ten się żywot stosunkowo krótki, ale za to burzliwy oraz intensywny. Z przyczyn początkowo rodzinnych, a potem już naglony przez swój gwałtowny charakter, jeszcze zanim ukończył studia, zdążył Hermann pomieszkać i pożyć w każdym niemal zakątku Niemiec: gimnazja w Wałczu i w Monastyrze, medycyna na uniwersytecie w Greifswaldzie, epizod studencki w Gerze i ostatecznie znów Monastyr, gdzie zgłębiał arkana matematyki oraz nauk przyrodniczych, szczególną uwagę poświęcając mięczakom. Ale żadną z tych licznych dyscyplin wiedzy nie było mu dane zarabiać na chleb. Został dziennikarzem, a niespokojny duch wciąż gnał go z miejsca na miejsce. Żona i rozwód. Druga żona, kochanka, propozycja życia we troje i oczywiście drugi rozwód. Kolejna, młodsza o 24 lata, kochanka. Alkohol. Dużo alkoholu. Za dużo… I wreszcie najważniejsze: miłość, jaką obdarzył literaturę i przyrodę. Stopniowo, ale skutecznie wyparła ona z jego życia inne pasje i aktywności. Zakochany w ojczystych krajobrazach sławił poezją i prozą ich piękno. Ale też dbał o to, by objęto je ochroną. Szczególnie wiele uczynił dla swej ulubionej Pustaci Lüneburskiej.

2. Pustac LuneburskaKilkadziesiąt tysięcy hektarów pagórków porośniętych wrzosowiskami, łąkami i lasem. Bagna i torfowiska, stada owiec i ptaki. A wszystko kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hamburga. Po prostu – Lüneburger Heide.

Pisał wiele, ale nierówna była to twórczość. Z jednej strony spod jego pióra potrafiły wyjść te subtelne strofy:

Zwiędły liść

Ciepłe powiewy wiatru,
Gałęzie ciężkie od kwiecia,
po trawie wiatr niespokojnie
przesuwa zwiędły liść.

Z łąki kwitnących fiołków
zrywa się wiatru podmuch,
patrz, taka była moja dusza,
zanim na twoją trafiła.

(tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

Ale z drugiej nie mógłby się wyprzeć (bo wiersz, opatrzony muzyką, zyskał wielką popularność i do dziś chętnie jest śpiewany na piwnych biesiadach) autorstwa takiego oto arcydziełka:

Dla pełni wrażeń nasza lektura może mieć za tło pieśń w wykonaniu orkiestry Paula Biste.

 Na Pustaci Lüneburskiej

 Piękna pustać lüneburska
Chodzę lasem tu i tam,
Wiele sprawek tu widziałem
O nich jest opowieść ma

 Tralali ii tralala aa i od sasa ja i do lasa ja
miły mój miły mój ty to wiesz ty wiesz że ja

 Hola, szklanicę do góry
Wznieść nam, bracie, nadszedł czas
Prędko pijmy wina kwartę
Nim się w dzbanie zmieni w kwas

 Tralali ii tralala aa …

 Psy szczekają, broń nabita
Na jelenie pójdziem w łów
W las zielony droga wiedzie
Trakt umyka nam spod nóg

 Tralali ii tralala aa …

 Hej dzieweczko, hej, nam miła
Piękna jesteś, z mlekiem miód,
Daj twe serce, a weź moje
Dziś ci złożę je u stóp

(Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

 Toż przy tym nawet nasze Hej sokoły jawią się jako szczyt wyrafinowania. Ale tak właśnie trafia się do powszechnej świadomości ludowej!

3. Wolny strzelecI tak się w tej świadomości zostaje: wolny i swobodny strzelec, Hermann Löns.

Jednak burzliwe życie uczuciowe, częste wędrówki gdzieś w dziczy, alkohol oraz intensywna, z czasem wręcz obsesyjna twórczość literacka, musiały doprowadzić do katastrofy. Załamanie nerwowe. Pobyt w sanatorium. I próba odrodzenia, której w sukurs przychodzi Historia: oto bowiem na szczęście wybucha Wielka Wojna. Hans Castorp przemocą został wyrwany ze swego azylu w Davos, natomiast Hermann Löns dobrowolnie opuszcza sanatorium, by wstąpić do wojska. Mógł bezpiecznie zadekować się na tyłach jako reporter wojenny: miał Nazwisko, a i wiek podeszły (he he he…) lat czterdziestu i ośmiu predestynował go do tej funkcji. Ale nie! On się uparł na służbę w pierwszej linii. Co i komu chciał udowodnić? Pewnie samemu sobie, po klęskach ostatnich lat, że nie jest wykolejonym nieudacznikiem, inteligencikiem nieużytecznym, nomen omen – mięczakiem…

Jego życzeniu stało się zadość. Wraz ze swym pułkiem fizylierów został skierowany na front zachodni. Nie zdążył niestety nacieszyć się nowym, patriotycznym wcieleniem. Poległ podczas jednej z pierwszych akcji, 26 września 1914 roku, czyli równo sto lat temu. Stało się to w pobliżu Reims, tam też, w jednym z lejów pozostałych po ostrzale artyleryjskim, gdzieś na ziemi niczyjej, pochowano jego ciało. Ale krótko po wojnie, w roku 1920, przeniesiono je na cmentarz wojenny w Loivre.

Jednak, podobnie jak za życia samemu Lönsowi, spokój nie był pisany także jego trupowi. Gdy naziści doszli do władzy, usilnie poszukiwali sposobów na umocowanie i zakorzenienie swych rządów w tradycji i kulturze. Hermann nadawał się do tego celu idealnie: piewca przyrody ojczystej – jego twórczość po części miała charakter ludowej spuścizny (takie prawie Blut und Boden), a przy tym gorący patriota (dodajmy, acz ze wstydem: zdarzyły mu się wycieczki antysemickie), który życie złożył na ołtarzu Ojczyzny. Przeto na osobisty rozkaz Führera zwłoki pisarza (istnieją wątpliwości, czy rzeczywiście były to jego szczątki) już w 1934 roku sprowadzono z Francji i pochowano na terenie posiadłości jednego z prominentnych gaulaiterów, zaś rok później przeniesiono je na teren ukochanej Pustaci Lüneburskiej i tam uroczyście złożono w rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny.

4. Lons GrabeOstatnie (miejmy nadzieję) miejsce spoczynku Hermanna Lönsa. Walsrode, Lüneburger Heide.

 Ale to nie wszystko! W każdym zakątku Niemiec pojawiły się pamiątkowe kamienie, świadczące, że żył taki pisarz i że właściwie to był nazistą. Choć wcale o tym nie wiedział… Głazów postawiono ponad sto czterdzieści: ten w żarskim Miejskim Lesie jest jednym z nich.

5-6-7

  Głaz w Walsrode             …w Lesie Teutoburskim…       …i we Flensburgu
najbliżej grobu Hermanna…                                                      (Schleswig-Holstein)

Najbliższa koszula ciału, przeto Viator jeszcze nieco uwagi poświęci żarskiemu pomnikowi. Stał on i głosił chwałę literata protonazisty, faszystowskie rządy krzepły, więc i sam Sorauer Stadtwald musiał ulec przemianie. Bardzo charakterystycznej: tam, gdzie pośród drzew kryło się dziecięce sanatorium, w roku 1938 wyrósł potężny kompleks koszar Wehrmachtu.

8. Koszary

Flaga na maszt! I niech werble warkną z wigorem! Armaty zamiast masła, koszary w miejsce sanatorium.

 9. ZolnierzeA ci chłopcy już za chwilę opuszczą Sorau, by udać się na bojowy szlak. Najpierw Sudety, potem Polska. I jeszcze dalej. Ilu dożyło kresu tego zbiorowego szaleństwa?

 I po co było to wszystko? Nie lepiej wędrować po Pustaci Lüneburskiej, wspinać się na szczyty Harzu czy płynąć po falach Renu po prostu dlatego, że są one piękne? A nie dlatego, że pragermańskie? Z tym Renem to w ogóle mieli naziści kłopot. A konkretnie z jednym punktem reńskiego szlaku. Sami się wpakowali na skałę Lorelei i roztrzaskali na niej. No bo co zrobić z przykrą okolicznością, że ukochana przez lud pieśń o złotowłosej syrenie napisana została przez Żyda? Nazwisko Heine w podręcznikach literatury znaleźć się nie mogło. Ale i usunięcie z nich wiersza, tak silnie wrośniętego w powszechną świadomość ludową, nie wchodziło w grę. Umieszczano przeto notkę: tradycyjna pieśń ludowa. I tak Izraelita stał się tradycyjnym ludowym twórcą teutońskim… Chichot rozlega się w powietrzu, chichot historii. Zaprawdę, powtarza Viator: nie majstrujmy przy literaturze, nie kombinujmy patriotycznie z przyrodą, bo się ośmieszymy!

Na szczęście ta przyroda wyrozumiała jest i cierpliwa. Przeczeka wszystkie ludzkie wariactwa. Pustać Lüneburska czule utuliła szczątki Hermanna Lönsa. Ale i nie wypluła, pochowanego na niej skrycie, trupa Heinricha Himmlera, choć po stokroć na to zasłużył. Taka jest… Nie majstrujmy, po raz trzeci i ostatni zaklina Viator!

Opublikowano Tomasz Fetzki | Otagowano , , | Dodaj komentarz