Rodzina Berlinerblau. Aniela

Tomasz Prot, ze słynnej polsko-żydowskiej rodziny chemików Berlinerblau, pisał już u mnie na blogu o swym powolnym i bolesnym dochodzeniu do żydostwa. Publikowałam już też trzy wpisy o rodzinie Berlinerblau – jeden: wspólne dzieło moje, Tomasza i Wikipedii, a dwa autorstwa Michała S. Balasiewicza. Dziś kolejny wpis o tej niezwykłej rodzinie:

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau

anielastreinsbergowa-maturaNajstarszą córką Józefa była Aniela urodzona 27 czerwca 1896 roku w Wiedniu. Data ta nie jest pewna, być może w okresie okupacji odjęła sobie parę lat. Dzieciństwo i młodość spędziła w Warszawie. Po skończeniu szkoły średniej, studiowała w Krakowie prawo i jako pierwsza w Polsce kobieta-prawnik została adwokatem i otworzyła własną kancelarię. Jej mężem, którego poślubiła w wieku 24 lat był również adwokat Emil Steinsberg. W okresie międzywojennym, Aniela mając przekonania lewicowe, broniła komunistów i robotników, między innymi oskarżonych o krwawe zamieszki w krakowskiej fabryce wyrobów gumowych „Semperit”.

W czasie okupacji niemieckiej ukrywała się w Warszawie. W tym czasie opiekowała się swoją osieroconą bratanicą Julką, oraz pielęgnowała swoją dawną nauczycielkę, chorą Stefanią Sempołowską, aż do jej śmierci w 1944 roku. Pracowała w Radzie Pomocy Żydom „Żegota”, razem z Władysławem Bartoszewskim, wyszukując kryjówki dla ukrywających się Żydów oraz przekazując im pomoc finansową. Holocaust nie oszczędził najbliższych Anieli, w latach 40-tych, z rąk okupanta zginął jej mąż i siostra, a brata Tadeusza zamordowali we Lwowie nacjonaliści ukraińscy. Natomiast drugiemu bratu Adolfowi – inżynierowi chemikowi, który skrócił nazwisko Berlinerblau na Berli, udało się już po wybuchu wojny w 1939 r. wyjechać do USA. Jego żona Amelia z domu Goldfinger zginęła w 1942 roku przy próbie odzyskania swoich rzeczy pozostawionych u rodziny polskiej, a ich córką Julką, jak już wspomniałem, opiekowała się Aniela. Brat Anieli, Adolf zmarł w Stanach Zjednoczonych w 1978 roku.
anielastreinsbergowaPo wojnie, w styczniu 1945 Aniela przyjeżdża do Lublina i tam zostaje mianowania z nadania Rządu Lubelskiego, wicedyrektorem Biura Prac Ustawodawczych przy Prezydium Rady Ministrów. Wkrótce, razem z Julką, osiedla się w Warszawie i pracuje dla Rządu, ale, pomimo przynależności do PPS, a po zjednoczeniu w 1948 r. do PZPR, zostaje wkrótce wyrzucona z pracy. Po dłuższych staraniach, przypuszczalnie dzięki poparciu premiera Cyrankiewicza, otrzymuje pozwolenie na otwarcie praktyki adwokackiej. Jako adwokat występuje w obronie AK-owców, bierze także udział, razem z mecenasem Winawerem, w obronie Kazimierza Moczarskiego. W 1955 roku Aniela wystąpiła z PZPR ’u i związała się z opozycją wobec komunistycznych rządów. Nadal broniła w procesach politycznych m. in. Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Wrażenia z przebiegu tamtych procesów spisała w swojej kronice „Widziane z ławy obrończej”, wydanej przez paryską „Kulturę” w 1977 r. Zajmowała się też tłumaczeniami, przekłada „Smutek tropików” i „Totemizm dzisiaj” Claude’a Levi-Straussa, „Biologię twórczą” Jean Rostanda, a także w latach 50 jest redaktorką pism zebranych swojej nauczycielki i przyjaciółki – Stefanii Sempołowskiej.
Aniela była zawsze bardzo aktywna politycznie i społecznie. Po 1956 roku brała często udział w spotkaniach Klubu Krzywego Koła, do którego wprowadziła dwóch uczniów – Jana Grossa i jego przyjaciela Adama Michnika. Niespełna dziesięć lat później broniła ich kolegów, studentów aresztowanych w marcu 1968 r. W rezultacie po marcu 1968 roku, na skutek obrony studentów wyrzuconych z uczelni, została zawieszona w prawach wykonywania zawodu i wkrótce skreślona z list adwokatów. W wieku 74 lat przechodzi na emeryturę, ale nadal chętnie udziela porad prawnych, szczególnie członkom struktur opozycyjnych.

W 1975 podpisała List 59, petycję przeciwko projektowi zmian w Konstytucji PRL (pomysł listu powstał w jej mieszkaniu). W czerwcu 1976 sygnowała list solidaryzujący się z robotnikami represjonowanymi w Radomiu i Ursusie. Była członkiem–założycielem Komitetu Obrony Robotników.

W jej niewielkim mieszkaniu przy okrągłym XIX-wiecznym stole obradowała komisja redakcyjna odpowiedzialna za przygotowywanie komunikatów Komitetu. Młodsi działacze KOR-u wspominają, że Starsi Państwo – pani Aniela, prof. Edward Lipiński, Ludwik Cohn, Jan Józef Lipski i ks. Jan Zieja chronili ich swoim autorytetem przed agresją władz. Jednak ta ochrona nie była w pełni respektowana i świeżo po osiemdziesiątce pani Aniela musi się oswoić z rewizjami, które do tej pory były codziennością jej klientów. Już poważnie chora, co najmniej raz w tygodniu gościła u siebie komisję redakcyjną KOR odpowiedzialną za przygotowanie ostatecznej wersji publikowanych oświadczeń.

Aniela Steinsberg z domu Berlinerblau zmarła w 1988 roku na dwa miesiące przed „Okrągłym Stołem” i została pochowana na cmentarzu ewangelicko-reformowanym przy ulicy Żytniej w Warszawie. 23 września 2006 roku prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w 30 rocznicę powstania KOR ‘u odznaczył pośmiertnie Anielę Steinsbergową Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dalsze lektury:

Wpis w Wikipedii o Anieli – TU
Wpis nr 1 o rodzinie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Józefie Berlinerblau TU na blogu
Wpis o Janie Procie – Berlinerblau TU na blogu

Opublikowano Tomasz Prot | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

I ty zostaniesz nazistą

Tomasz Fetzki

W ten wtorek przerwiemy naszą podróż po Łużycach (ale za tydzień ruszymy dalej), bo mamy do uczczenia rocznicę. Może nie istotną, ale interesującą, a przy tym nawiązującą do stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, które tak uroczyście miesiąc temu na blogu celebrowaliśmy. Niestety, nie miał Viator czasu, aby wzdłuż i wszerz przemierzyć Niemcy, dlatego tym razem większość zdjęć, o czym lojalnie uprzedza, pożyczył sobie w Wielkiej Sieci. I gdzie indziej…

I ty zostaniesz nazistą
reportaż poetyzujący

Gdy na zrytym pociskami, błotnistym polu bitwy konał Hans Castorp, narrator słodko szeptał mu na dobranoc: Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona! Ale kiedy wśród zielonych wzgórz Szampanii mgła wieczności powlekała oczy pewnego literata rodem z Chełmna, narrator, gdyby nawet istniał, nie mógłby powiedzieć niczego takiego. Opowieść miała się dopiero zacząć. A wszystkiemu winna przyroda…

Są wśród naszych rodaków tacy, którzy gotowi byliby przysięgać, że Giewont jest Polakiem w skałę zaklętym. Z kolei tułacze i sieroty po Tysiącletniej Rzeszy niemal z płaczem argumentują, że muszą wrócić tam, skąd ich wygnano, bo na Śląsku nawet słowiki śpiewają po niemiecku. A znowu inni będą zapewniać, że rozległe brzozowe lasy rosyjską mają duszę. Uroczy bełkot, ale jednak bełkot: skała jest granitowa, słowik śpiewa tylko i wyłącznie po słowiczemu, zaś lasy przenika co najwyżej duch Gai. Niemniej wciąganie przyrody w nacjonalistyczne rozgrywki jest wciąż dla niektórych ponętną pokusą. Bo ona uwiarygodni to i owo, bo nada tego niezbędnego romantycznego sznytu, bo utwierdzi prawa do… Dosyć! Żaden człowiek ani żaden naród nie dostał natury na własność. I każdy powinien raczej czuć się zaszczycony, że został nią bezinteresownie obdarowany. Ale lepiej niech już nie próbuje robić na niej żadnego interesu, bo się zbłaźni sromotnie. A przy okazji ośmieszy innych. Tak, jak to się przydarzyło wspomnianemu mistrzowi pióra z Culm.

Pewnego razu, podczas jednej ze swych łużyckich wędrówek, natknął się Viator w gęstym lesie na dziwny kamień, opatrzony obcym nazwiskiem i dwiema datami.

1. Lons SorauSorauer Stadtwald, a w nim tajemniczy głaz.

 Nie miał pojęcia wędrowiec, kto zacz ten Hermann Lons z inskrypcji. I trwałby, nieszczęsny, w mrokach niewiedzy, gdyby nie Pan Rafał Szymczak, jeden z najlepszych żarskich regionalistów. To on na którymś ze spotkań miłośników małej ojczyzny tajemnicę rozwikłał i temat gruntownie oświetlił, zainspirował Viatora do stworzenia tego tekstu, a jeszcze dodatkowo wspomógł go ikonografią. Za to wszystko chce Viator serdecznie podziękować.

Przyszedł przeto na świat Hermann Löns, jako się rzekło, w Chełmnie. Zgodnie z tym, co głosi napis na kamieniu, w sierpniu 1866 roku zaczął się ten się żywot stosunkowo krótki, ale za to burzliwy oraz intensywny. Z przyczyn początkowo rodzinnych, a potem już naglony przez swój gwałtowny charakter, jeszcze zanim ukończył studia, zdążył Hermann pomieszkać i pożyć w każdym niemal zakątku Niemiec: gimnazja w Wałczu i w Monastyrze, medycyna na uniwersytecie w Greifswaldzie, epizod studencki w Gerze i ostatecznie znów Monastyr, gdzie zgłębiał arkana matematyki oraz nauk przyrodniczych, szczególną uwagę poświęcając mięczakom. Ale żadną z tych licznych dyscyplin wiedzy nie było mu dane zarabiać na chleb. Został dziennikarzem, a niespokojny duch wciąż gnał go z miejsca na miejsce. Żona i rozwód. Druga żona, kochanka, propozycja życia we troje i oczywiście drugi rozwód. Kolejna, młodsza o 24 lata, kochanka. Alkohol. Dużo alkoholu. Za dużo… I wreszcie najważniejsze: miłość, jaką obdarzył literaturę i przyrodę. Stopniowo, ale skutecznie wyparła ona z jego życia inne pasje i aktywności. Zakochany w ojczystych krajobrazach sławił poezją i prozą ich piękno. Ale też dbał o to, by objęto je ochroną. Szczególnie wiele uczynił dla swej ulubionej Pustaci Lüneburskiej.

2. Pustac LuneburskaKilkadziesiąt tysięcy hektarów pagórków porośniętych wrzosowiskami, łąkami i lasem. Bagna i torfowiska, stada owiec i ptaki. A wszystko kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hamburga. Po prostu – Lüneburger Heide.

Pisał wiele, ale nierówna była to twórczość. Z jednej strony spod jego pióra potrafiły wyjść te subtelne strofy:

Zwiędły liść

Ciepłe powiewy wiatru,
Gałęzie ciężkie od kwiecia,
po trawie wiatr niespokojnie
przesuwa zwiędły liść.

Z łąki kwitnących fiołków
zrywa się wiatru podmuch,
patrz, taka była moja dusza,
zanim na twoją trafiła.

(tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

Ale z drugiej nie mógłby się wyprzeć (bo wiersz, opatrzony muzyką, zyskał wielką popularność i do dziś chętnie jest śpiewany na piwnych biesiadach) autorstwa takiego oto arcydziełka:

Dla pełni wrażeń nasza lektura może mieć za tło pieśń w wykonaniu orkiestry Paula Biste.

 Na Pustaci Lüneburskiej

 Piękna pustać lüneburska
Chodzę lasem tu i tam,
Wiele sprawek tu widziałem
O nich jest opowieść ma

 Tralali ii tralala aa i od sasa ja i do lasa ja
miły mój miły mój ty to wiesz ty wiesz że ja

 Hola, szklanicę do góry
Wznieść nam, bracie, nadszedł czas
Prędko pijmy wina kwartę
Nim się w dzbanie zmieni w kwas

 Tralali ii tralala aa …

 Psy szczekają, broń nabita
Na jelenie pójdziem w łów
W las zielony droga wiedzie
Trakt umyka nam spod nóg

 Tralali ii tralala aa …

 Hej dzieweczko, hej, nam miła
Piękna jesteś, z mlekiem miód,
Daj twe serce, a weź moje
Dziś ci złożę je u stóp

(Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

 Toż przy tym nawet nasze Hej sokoły jawią się jako szczyt wyrafinowania. Ale tak właśnie trafia się do powszechnej świadomości ludowej!

3. Wolny strzelecI tak się w tej świadomości zostaje: wolny i swobodny strzelec, Hermann Löns.

Jednak burzliwe życie uczuciowe, częste wędrówki gdzieś w dziczy, alkohol oraz intensywna, z czasem wręcz obsesyjna twórczość literacka, musiały doprowadzić do katastrofy. Załamanie nerwowe. Pobyt w sanatorium. I próba odrodzenia, której w sukurs przychodzi Historia: oto bowiem na szczęście wybucha Wielka Wojna. Hans Castorp przemocą został wyrwany ze swego azylu w Davos, natomiast Hermann Löns dobrowolnie opuszcza sanatorium, by wstąpić do wojska. Mógł bezpiecznie zadekować się na tyłach jako reporter wojenny: miał Nazwisko, a i wiek podeszły (he he he…) lat czterdziestu i ośmiu predestynował go do tej funkcji. Ale nie! On się uparł na służbę w pierwszej linii. Co i komu chciał udowodnić? Pewnie samemu sobie, po klęskach ostatnich lat, że nie jest wykolejonym nieudacznikiem, inteligencikiem nieużytecznym, nomen omen – mięczakiem…

Jego życzeniu stało się zadość. Wraz ze swym pułkiem fizylierów został skierowany na front zachodni. Nie zdążył niestety nacieszyć się nowym, patriotycznym wcieleniem. Poległ podczas jednej z pierwszych akcji, 26 września 1914 roku, czyli równo sto lat temu. Stało się to w pobliżu Reims, tam też, w jednym z lejów pozostałych po ostrzale artyleryjskim, gdzieś na ziemi niczyjej, pochowano jego ciało. Ale krótko po wojnie, w roku 1920, przeniesiono je na cmentarz wojenny w Loivre.

Jednak, podobnie jak za życia samemu Lönsowi, spokój nie był pisany także jego trupowi. Gdy naziści doszli do władzy, usilnie poszukiwali sposobów na umocowanie i zakorzenienie swych rządów w tradycji i kulturze. Hermann nadawał się do tego celu idealnie: piewca przyrody ojczystej – jego twórczość po części miała charakter ludowej spuścizny (takie prawie Blut und Boden), a przy tym gorący patriota (dodajmy, acz ze wstydem: zdarzyły mu się wycieczki antysemickie), który życie złożył na ołtarzu Ojczyzny. Przeto na osobisty rozkaz Führera zwłoki pisarza (istnieją wątpliwości, czy rzeczywiście były to jego szczątki) już w 1934 roku sprowadzono z Francji i pochowano na terenie posiadłości jednego z prominentnych gaulaiterów, zaś rok później przeniesiono je na teren ukochanej Pustaci Lüneburskiej i tam uroczyście złożono w rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny.

4. Lons GrabeOstatnie (miejmy nadzieję) miejsce spoczynku Hermanna Lönsa. Walsrode, Lüneburger Heide.

 Ale to nie wszystko! W każdym zakątku Niemiec pojawiły się pamiątkowe kamienie, świadczące, że żył taki pisarz i że właściwie to był nazistą. Choć wcale o tym nie wiedział… Głazów postawiono ponad sto czterdzieści: ten w żarskim Miejskim Lesie jest jednym z nich.

5-6-7

  Głaz w Walsrode             …w Lesie Teutoburskim…       …i we Flensburgu
najbliżej grobu Hermanna…                                                      (Schleswig-Holstein)

Najbliższa koszula ciału, przeto Viator jeszcze nieco uwagi poświęci żarskiemu pomnikowi. Stał on i głosił chwałę literata protonazisty, faszystowskie rządy krzepły, więc i sam Sorauer Stadtwald musiał ulec przemianie. Bardzo charakterystycznej: tam, gdzie pośród drzew kryło się dziecięce sanatorium, w roku 1938 wyrósł potężny kompleks koszar Wehrmachtu.

8. Koszary

Flaga na maszt! I niech werble warkną z wigorem! Armaty zamiast masła, koszary w miejsce sanatorium.

 9. ZolnierzeA ci chłopcy już za chwilę opuszczą Sorau, by udać się na bojowy szlak. Najpierw Sudety, potem Polska. I jeszcze dalej. Ilu dożyło kresu tego zbiorowego szaleństwa?

 I po co było to wszystko? Nie lepiej wędrować po Pustaci Lüneburskiej, wspinać się na szczyty Harzu czy płynąć po falach Renu po prostu dlatego, że są one piękne? A nie dlatego, że pragermańskie? Z tym Renem to w ogóle mieli naziści kłopot. A konkretnie z jednym punktem reńskiego szlaku. Sami się wpakowali na skałę Lorelei i roztrzaskali na niej. No bo co zrobić z przykrą okolicznością, że ukochana przez lud pieśń o złotowłosej syrenie napisana została przez Żyda? Nazwisko Heine w podręcznikach literatury znaleźć się nie mogło. Ale i usunięcie z nich wiersza, tak silnie wrośniętego w powszechną świadomość ludową, nie wchodziło w grę. Umieszczano przeto notkę: tradycyjna pieśń ludowa. I tak Izraelita stał się tradycyjnym ludowym twórcą teutońskim… Chichot rozlega się w powietrzu, chichot historii. Zaprawdę, powtarza Viator: nie majstrujmy przy literaturze, nie kombinujmy patriotycznie z przyrodą, bo się ośmieszymy!

Na szczęście ta przyroda wyrozumiała jest i cierpliwa. Przeczeka wszystkie ludzkie wariactwa. Pustać Lüneburska czule utuliła szczątki Hermanna Lönsa. Ale i nie wypluła, pochowanego na niej skrycie, trupa Heinricha Himmlera, choć po stokroć na to zasłużył. Taka jest… Nie majstrujmy, po raz trzeci i ostatni zaklina Viator!

Opublikowano Tomasz Fetzki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

San Michele

Ewa Maria Slaska

Dwaj poeci, muzyk i tancerz

W Wenecji popłynęłam na cmentarz czyli na wyspę San Michele. Była piękna pogoda, miałam czas, mogłam chodzić po cmentarzu jak mi się długo podobało, a najważniejsze – nie byłam całkiem sama, bo to by napawało chyba lekkim strachem, ale nie, tu i ówdzie widać było jakiegoś odwiedzającego, jednak nie trzeba się też było przepychać w tłumie turystów. Jeśli docierasz do San Michele, to znaczy, że musiało ci na tym zależeć.

sanMichele2014 (3)Mnie zależało. Właściwie głównie z uwagi na Ezrę Pounda. Zawsze robi mi się paskudnie, jak o nim myślę. Bo z jednej strony niezwykły poeta i nadzwyczajny przyjaciel poetów i pisarzy, Eliota, Tagorego, Joyce’a, Hemingwaya, wspaniały niezależny duch, wolny człowiek, wyprostowany, by użyć faustowskiego pojęcia.

Był jednym z najważniejszych poetów światowej Moderny.

Esra PoundZ drugiej zaś strony to co wszyscy wiemy – świadomy, lojalny i wierny aż po koniec wojny wielbiciel Mussoliniego i włoskiego faszyzmu. Możemy go za to krytykować, ale piszę to w Berlinie, w Niemczech, gdzie przecież latami wielbiono po wojnie twórców wspierających i wspieranych przez Hitlera – Herberta von Karajana, Gustafa Gründgensa, Arno Brekera, Leni Rifenstahl. Przeszli gładko jak po ubitym trakcie od wyznawania nazistowskiego reżimu do Republiki Niemieckiej i nikt ich za to nie oskarżył, nie skazał na śmierć, nie zapędził w chorobę psychiczną, nie wsadził do klatki i nie wystawił na ludzką nienawiść i pogardę. A Pounda trzymano w klatce. 6 tygodni w klatce.

Był wrogiem. Można zrozumieć. Nienawidził Amerykanów, za to, że się bez reszty oddali kapitalistom i zaprzedali bankom, a to było, miało być wyjaśnieniem jego antysemityzmu. Bo był antyimperialistą, antykapitalistą, antysemitą! Był.

Ale do klatki!

Kochał literaturę europejską i w ogóle europejskie dziedzictwo kulturalne. Kochał Wenecję. Gdy dotarł tu po raz pierwszy w roku 1908, przypłynął na Gibraltar na pokładzie statku przewożącego bydło, a potem dostał się psim swędem na stronę europejską, pokonał większość drogi na piechotę, by wreszcie wyczerpany i głodny dotrzeć do Serenissimy. Tu też w trzy miesiące po przybyciu wydał własnym sumptem swój pierwszy tom wierszy.

Po dwunastu latach w psychuszce został w roku 1958 wypuszczony, państwo amerykańskie zakończyło proces przeciw Poundowi, dano mu paszport i pozwolono wyjechać. Pojechał do Wenecji i tu umarł 1 listopada 1972 roku.

Ezra Pound – Pakt

Zawieram z tobą układ, Walcie Whitmanie,
Dość długo już nie mogłem cię znosić
Przychodzę do ciebie jak wyrostek
Który miał upartego ojca
Jestem już w tym wieku, że mogę zaprzyjaźnić się
Tyś pierwszy ściął pień drzewa
Teraz jest czas rzeźbienia w nim.
Z tej samej my tkanki, z tych samych korzeni
Niech będzie więc pakt między nami.

Tłumaczył Leszek Elektorowicz

brodsky2 (1) 2Leży w tym samym kwartale co Pound. Josif Brodski (1940-1996), rosyjski poeta-dysydent, więzień reżimu, laureat nagrody Nobla, słynny autor słynnego W półtora pokoju. Umarł w Stanach Zjednoczonych, pochowano go w Wenecji.

Przy wejściu na cmentarz dostałam w portierni kartkę z planem nekropolii, na którym zaznaczono, gdzie znajdują się groby znanych osobistości. Po drodze odwiedzającego prowadzą też strzałki, Brodski i Pound, Strawiński i Diagilew, ale gdy dojdzie się do wyznaczonego kwartału, nic już poza wytrwałością nie doprowadzi człowieka do poszukiwanego grobu. W kwartale ewangelickim, gdzie leżą Pound i Brodski znajduję mały drewniany domek na nóżce prawie kurzej. Nic nie tłumaczy, co to za domek, otwieram, znajduję oprawioną w gruby plastik kartkę z historią cmentarza i poskładane, zniszczone świstki. To listy, które odwiedzający położyli na grobie Brodskiego.

brodsky3Здравствуйте Иосиф Александрович.

Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty – to ja; bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt: w naszym jutrze – choćby zwlekały zegarki -
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy,
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.

Tłumaczył Stanisław Barańczak

Zanim znalazłam grób poety, odczytuję napis sugerujący polskość. Ale może to jednak Rosjanka. Nadia Ianewicz-Janiewski (oba nazwiska przez „w”), 27.02.1833 – 28.03.1860. Miała 27 lat. Czy to jedna z tych nieszczęsnych zakochanych, wywiezionych przez rodzinę daleko od kochanka, która zmarła w Wenecji z miłości i zgryzoty. Nie mam nadziei, że znajdę ją w internecie, pytam jednak. Nie ma jej, bo niby dlaczego miałaby być?

Na innym grobie napis La via, la verita, la vita – Droga, prawda, życie.

Dwaj następni artyści znajdują się tuż obok, w tzw. kwartale greckim.

diagilew (1)-3xdiagilew

Sergiej Diagilew, a przy sąsiedniej ścianie Igor Strawiński i jego druga żona Vera de Bosset, tancerka.

strawinski (1)-2strawinski (4)-3x Tancerzowi kładą na grobie baletki, pisarzowi listy, wiersze, czasem książki, co można by położyć na grobie muzyka? Widać nie ja jedna nie wiem, na grobie Strawińskiego nic nie ma.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 1 komentarz

Kardynał i aborcja

… czyli o tym, jak Mama chodziła do szkoły interweniować w mojej sprawie.

Ewa Maria Slaska

Kardynał

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak sąsiadka zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

PS. W międzyczasie Jerzy Łuczak, który już nam kiedyś zorganizował wpis o noblistach żydowskich, do których Polska się nie przyznaje, przyjaciel rodziny Boguckich od zawsze, nadesłał króciutki tekścik, pasujący wprost rewelacyjnie do tego wpisu. Na moją prośbę Jurek podsyła mi informacje o Mamie i Ojcu, zwłaszcza o czasach lub miejscach, których nie mogę znać ani pamiętać.

Dla nas, studentów z zaliczonym I półroczem studiów jeszcze z okupacyjnej Warszawy (“Kursy Kreśleń Technicznych Inżyniera Jagodzińskiego”) udokumentowanym Indeksem Studiów z wpisami poszczególnych profesorów, z których większość podjęła swoje obowiązki na utworzonej po zakończeniu działań wojennych Politechnice Gdańskiej, stworzono “instytucję” pod nazwą (chyba) “zastępca studenta”. Pracowaliśmy we dnie, prowadząc pomocnicze ćwiczenia z “normalnymi” studentami lub przygotowując materiały do takich ćwiczeń dla profesora – szefa katedry. Za to “noc była nasza”, bo uzupełnianie własnych studiów prowadziliśmy właśnie nocą.

Ufff, jaki długi ten wstęp, ale właśnie często dopiero o świcie wstawaliśmy znad książki (zwykle skryptu – tłumaczenia z niemieckiego, angielskiego, czy rzadziej francuskiego), aby stanąć do obowiązków “zarobkowych”.
I właśnie takiego dnia, pracując w sekretariacie politechniki, ujrzałem przed sobą osóbkę zdecydowaną wręcz do “walki wręcz” w obronie praw swego męża, któremu biurokratyczne i niczym innym nie uzasadnione względy (tu znaczyło to, że właśnie ja to te “względy”) odmawiają praw do przyjęcia na studia politechniczne.

To była Irena, drobna, szczupła, o czarnych włosach, wyrazistym głębokim spojrzeniu, i równie interesującym, głębokim glosie, a podmiotem obrony był Darek, który właśnie zakończył był naukę w “Conradinum”, czymś w rodzaju liceum technicznego ze specjalnością budowy “jednostek pływających”, i tylko względy formalne, których naprawdę nie miałem prawa zmienić, jako pracownik pomocniczy sekretariatu, uniemożliwiały mu zostanie studentem.
Długo pozostałem pod wrażeniem, że miałem do czynienia z kimś niezwykłym.

No więc tak wyglądała Mama, gdy stawała w obronie swojej rodziny! Wspaniałe!

Szybko pospieszam dodać, że z autobiografii Ojca nie wyłaniają się jakieś szczególne problemy związane z rozpoczęciem studiów. Najwidoczniej względy formalne były jakąś przeszkodą doraźną:

Po roku wypełnionym intensywną nauką w Conradinum i pracą przyszedł czas egzaminów końcowych. Pisemne zdałem na tyle dobrze, że z ustnych zostałem zwolniony, i tym sposobem, właściwie bez większych maturalnych emocji, zakończyłem okres średniego wykształcenia, stając się zarazem studentem wydziału budowy okrętów Politechniki Gdańskiej.
W październiku 1946 roku zasiadłem w jednej z nielicznych ocalałych sal wykładowych wypalonego gmachu głównego Politechniki, by wysłuchać pierwszego wykładu z matematyki u prof. Mariana Czerwińskiego.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dziecko włóczęga

wloczega okladkaDobraTen tekst z 1922 roku uraduje Czytelnika przede wszystkim nowoczesnością spojrzenia na problemy opieki nad dziećmi wymagającymi specjalnego starania. I choć wiele z opisanych tu problemów straciło na aktualności, a wiele rozwiązań proponowanych przez autorkę wprowadzono już do systemu działania Urzędów do Spraw Młodzieży, tekst ten nadal wart jest przeczytania i pomyślenia.

Autorka wraz z Danutą Zylberową założyła i od roku 1908 prowadziła pierwszą w Polsce szkołę dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. 

Dziękuję Tomaszowi Fetzkiemu za udostępnienie mi tego artykułu.
Zachowałam pisownię i interpunkcję oryginału.

prababciaEugenia Lublinerowa

Dziecko włóczęga

Wzrastająca z dniem każdym przestępczość wśród małoletnich, pobudziła umysły specjalistów do zajęcia się doszukiwaniem przyczyny tych objawów
i środków, któreby ten stan rzeczy zmieniły na lepsze.
Badano chłopców zatrzymanych przez policję
i okazało się, że 68% z nich to włóczęgi.

Strona z książki, Czy wiesz kto to jest,
wydanej w roku 1932
pod redakcją Stanisława Łozy.

Część tych włóczęgów była faktycznymi, część potencjalnymi przestępcami. Niewielki odsetek tych dzieci miał czystą przeszłość.
Bez względu na to, z jakiej przyczyny dziecko stało się włóczęgą i jaki rodzaj przedstawia ono pod względem umysłowym lub moralnym, fakt, że o ile tylko dom rodzicielski dobrowolnie lub pod przymusem, nie dostarczy włóczędze środków do życia, musi on żebrać, kraść a nawet i mordować.
Jest to naturalna kolej rzeczy; od włóczęgi rozpoczyna się zazwyczaj moralny upadek dziecka.
Jeden z wychowańców domu poprawczego bardzo trafnie określił i opisał etapy tego staczania się w przepaść występku. Na zapytanie, dlaczego popełnił przestępstwo, odpowiedział ogólnikowo, że biedaka zmusza do tego nędza.
Najpierw żebrze o jałmużnę, lecz mu odmawiają. Naturalnie nie ma co jeść. Jakiś czas jest głodny, więc zaczyna potrochu kraść. Następuje coraz większe rozgoryczenie – zaczyna rabować. Cóż biedak ma robić, jeżeli nie umie pracować?
Zdarzają się nieliczne przypadki, że włóczęga co nie co zarobi; ale te jego zarobki nie są ani stałe ani wystarczające na zaspokojenie tych jego niewielkich potrzeb.
Podciągnięte pod ogólne miano, „dzieci włóczęgi“, nie przedstawiają wcale jednolitego materiału.
Chęć do włóczęgi obserwujemy u umysłowo-chorych, u idjotów antispołecznych i melancholików.
Uczucie strachu, t. zw. „etat fugetit“, jest bardzo często przyczyną bezplanowej i bezcelowej ucieczki. Pod wpływem tego uczucia strachu, chęć ucieczki zjawia się raptownie w zupełnej niezależności od poprzedniego nastroju. Podczas takiego napadu strachu, nie istnieją dla nich żadne przeszkody. Nic nie jest w stanie powstrzymać ich od ucieczki. Oni tych przeszkód nie widzą i nie czują.
Objawy takie spotykamy i u tych chorych, u których ataki epileptyczne nie występują wyraźnie to t. zw. „padaczka ukryta” (epilepsie larwé). Ta postać padaczki zdarza się często u chłopców, zarówno jak u dziewcząt od 14-18 lat.
Chorzy ci uciekają bez przyczyny z domu, wałęsają się po drogach, nocują pod gołym niebem. Istoty te różnią się od włóczęgów tem tylko, że nie wiedzą  d l a c z e g o uciekli,
d o k ą d   i   p o c o. Zeznania takich chorych nie mają znaczenia, gdyż ani oni sami, ani nikt nie jest w stanie domyślić się, co było w rzeczywistości, a co było tworem ich chorobliwie pobudzonej wyobraźni. Między włóczęgami spotykamy nieraz dzieci zdrowe moralnie i fizycznie, gdzie tylko specjalnie nieszczęsne warunki sprawiły, że dziecko, zupełnie moralne, stało się włóczęgą. Np. w moskiewskim przytułku znajdował się 8-letni chłopczyk, o miłej, ufnej, dziecinnej twarzyczce. Był on tak towarzyski, że półgodzinna znajomość wystarczała na to, aby chłopiec przyjacielsko rozmawiał z gościem i żeby dawał szczere odpowiedzi na zadawane mu pytania.
Wywiad z nim przyniósł bardzo ciekawe dane. Chłopiec dawno stracił ojca. Matka, która prowadziła rozwiązłe życie, nie chciała go żywić więcej, gdy miał 5 lat. Aby się pozbyć dziecka, wyrzuciła go z mieszkania. Chłopiec, pozbawiony dachu, poszedł do wuja, który się nim opiekował w ciągu 2 lat. Gdy i ten wymówił mu gościnę, chciał wrócić do matki, ale tu natrafił na tak gwałtowną opozycję z jej strony, że uciekł, bojąc się postradać życie. Wałęsał się biedny 7-letni chłopiec po okolicy, żyjąc z jałmużny. Wreszcie przyjął posadę przewodnika żebraka, który udawał niewidomego.
Pomieszczony w przytułku zdawał się być zadowolony ze zmiany warunków, to też sprawował się przykładnie i nigdy nie miał ochoty uciekać.
Jeden z niemieckich pedagogów opisuje ciekawe a smutne dzieje chłopca-włóczęgi, zupełnie normalnego zarówno moralnie jak i fizycznie. Chłopiec ten, zdrów, dobrze zbudowany, silny ale niezdolny do nauki, przebywał w szkole normalnej. Rozumie się, że pomimo pilności i staranności postępów w nauce należytych nie robił. Nauczyciel, nie wchodząc w przyczynę tego braku postępów, stawiał mu złe stopnie i zatrzymywał go na drugi rok w każdej klasie. Ojciec karał go w okrutny sposób za złe cenzury, przypuszczając, że tego rodzaju pedagogiczne zabiegi wpłyną na poprawę. Chłopiec bity w domu, prześladowany w szkole przez nauczyciela i wyśmiewany przez kolegów, nie mógł już dłużej znosić tych tortur i postanowił uciec. Wałęsał się jakiś czas po polach i lasach w okolicy, żywiąc się skradzioną i wyżebraną strawą, ale to trwało nie długo. Wkrótce został on ujęty przez policję i odprowadzony do domu. W domu został ukarany za ucieczkę i zmuszony do powrotu do szkoły.
Zaczęły się znów przykrości i prześladowania. Chłopiec uciekał kilkakrotnie i zawsze z takim samym rezultatem. Im był starszy, tem bardziej cierpiała jego ambicja. Przykro mu było, że on, chłopiec już pod wąsem, nie mógł nauczyć się tego, co z łatwością przychodziło jego znacznie młodszym kolegom. Jedyny dostępny dla niego ratunek, to ucieczka – ale i ta go zawiodła. Dyrektorowi szkoły znudziły się wreszcie jego ciągłe ucieczki. Postarał się poznać chłopca gruntownie, zbadać jego warunki życia i uchwycić przyczyny tego postępowania. Zorientowawszy się w sytuacji, poradził umieścić chłopca w jakimś odległym internacie, dokąd nie dosięgła fama jego złej opinii.
Rada była dobra. Chłopiec w internacie odżył, nabrał humoru i pewności siebie. Brak zdolności rekompensował nadzwyczajną pracowitością i sumiennością. W tych warunkach mógłby łatwo ukończyć szkołę i przygotować się do zawodowej pracy, gdyby nie fatum, prześladujące owego chłopca. Nauczyciel internatu, widząc jego nienaganne sprawowanie, chciał wiedzieć, co było powodem wydalenia chłopca z domu i w tym celu przeprowadził korespondencję z zarządem szkoły, do której chłopiec uczęszczał poprzednio.
Nie ma w tym nic złego, że nauczyciel chciał poznać przeszłość swego wychowańca, ale źle, gdy list zawierający tajemnicę zawodową, dostanie się do niepowołanych rąk – jak w danym przypadku – żony nauczyciela.
Osoba ta, kontentna, że złapała sensacyjną wiadomość, opowiedziała ją sklepikarce. Gdy chłopiec zjawił się następnego dnia w sklepiku, właścicielka obrzuciła go wymysłami, dając poznać, że jest ona w posiadaniu tajemnicy jego nieszczęsnej przeszłości. Fakt ten zmusił chłopca do ponownej ucieczki. W ten sposób chłopiec, który nie miał w zupełności skłonności po temu, stał się mimowoli włóczęgą.
Między włóczęgami znajdujemy też takie normalne umysłowo dzieci, które kiedyś popełniły jakieś choćby nie wielkie przestępstwo i dzięki ucieczce uniknęły odpowiedzialności za swoje czyny. Dzieci te zmieniają z konieczności ciągle miejsce pobytu, widząc w każdym przechodniu ajenta, który chce je pozbawić wolności.
Między włóczęgami są też i dzieci zdrowe moralnie i fizycznie. Mają one dobre warunki domowe, tak że nie to powoduje konieczność włóczenia się i mają one nawet z gruntu dobry charakter – ale w ich czynach jest typowy dziecinny sposób postępowania i rozumowania, jest nawet i krasa młodzieńczego nie obmyślanego czynu. Dzieci te mają taki pociąg do włóczenia się, że mają faktycznie wstręt do zamkniętej przestrzeni: jest im tam ciasno i duszno. Szukają one coraz to nowych wrażeń, chcą zmieniać ciągle miejsce pobytu, aby zaspokoić swoją ciekawość. Profesor Benedikt twierdzi, że bywają indywidua, skłonne od urodzenia do włóczęgi, tak jak całe narody, nawet rasy całe, które nie są w stanie życia osiadłego prowadzić.

Dziecięca ruchliwość jest w dzieciach-włóczęgach nadmiernie rozwinięta. Ruchliwość tę daje się czasem opanować przez wychowanie – ale nie zawsze. Manja ta spotyka się we wszystkich bez wyjątku sferach. Działa tu pewna neurastenia, która przeszkadza danemu osobnikowi zarabiać na swe utrzymanie za pomocą spokojnej pracy.
Jest to pewne osłabienie woli, które sprawia, że praca jest możliwa tylko wtedy, kiedy dany osobnik znajduje się w specjalnie dla siebie korzystnych warunkach. Aby móc taki rezultat osiągnąć – należy ujarzmić wolę chłopca; krępować jego samodzielność.
To ciągłe podniecenie nerwowe chłopca-włóczęgi sprawia, że praca spokojna jest niemożliwa. Nie uczy się więc dobrze w szkole, gdyż samo spokojne siedzenie jest ponad siły; nie może dobrze uważać na lekcjach, nie odrobi zadanych lekcyj. Jako zły uczeń niechętnie uczęszcza do szkoły i radby ją zamienić na inną. Ale i w innej długo nie pozostanie. Zaczyna od tego, że opuszcza szkołę – wojażuje, włóczy się po okolicy, płata figle, wyrządza psoty. Z początku powraca do domu, aby jeść i aby spędzać noc pod dachem – i tak długo, póki jest jaki kontakt z domem, a zwłaszcza, póki jest jakakolwiek pomoc ze strony domu, póty może włóczęga nie wchodzić w kolizję z prawem. Z chwilą, kiedy zrywa zupełnie z domem rodzicielskim, i zaczyna żyć własnym przemysłem, staje się żebrakiem a nawet złodziejem. Przy nauce rzemiosła powtarza się to samo co było w szkole. Nie jest w stanie wytrwale pracować, wzbudza niezadowolenie majstra – a to znów wpływa na jego rozgoryczenie. Pod wpływem tego nastroju zmienia miejsce, często nawet zmienia fach i znów za każdym razem powtarza się to samo.
Te typy włóczęgów, które chcą i mogą zarobić na swoje utrzymanie, są mniej szkodliwe. Tak samo nieszkodliwy będzie włóczęga, pochodzący ze sfery zamożnej, który ma zapewnione utrzymanie.
Charakterystyczne cechy włóczęgów są to: sympatyczne obejście i różne towarzyskie zalety. Są oni mili i przeważnie nikomu krzywdy nie wyrządzą. Mogą być nawet uczciwi. Mało mają potrzeb; łatwo mogę rezygnować z osobistych wygód. Znoszą głód, chłód i pragnienie nieraz z zadziwiającą wytrwałością. Ale nawet ci, którzy doszli do pewnego poziomu intelektualnego, nie pozbyli się swych wad. Pracują zawsze niewytrwale i niesystematycznie, lubią ciągłe zmiany. Inni znów mają przesadne dążenie do swobody, a zwłaszcza do przygód. Działa tu chorobliwie rozbudzona wyobraźnia.
Dziecko przejmuje się i zachwyca opisami przygód różnych podróżników. Pochłania chciwie książki zawierające te opisy. Żadne, choćby najgenialniejsze utwory literackie, nie są w stanie konkurować z temi książkami; wszystko jest nudne: i szkoła i książka, a zwłaszcza dom rodzicielski.
Oni lubują się w przedstawieniach kinematograficznych, które jeszcze bardziej niż książki, pobudzają ich wyobraźnię. Chłopiec chciałby naśladować bohatera filmu. Działa tu wrażliwość, pobudliwość, a zwłaszcza chęć zwrócenia na siebie uwagi.
O ile obserwujemy dziecko, które z tych lub innych powodów musi zmieniać miejsce swego pobytu, któreby chciało ciągle biegać w nieznaną dal, to dojdziemy łatwo do wniosku, że mamy do czynienia z psychopatologiczne, dzieckiem. Ten niepokój, to pobudzenie nerwów, są to objawy chorobliwe. Wagabundzi – to po większej części umysłowo niedorozwinięci. Solier w swym dziele „Psychologia de l‘idore et de l’imbleile” charakteryzuje te dzieci w sposób następujący: Są między niedorozwiniętymi dzieci, które, nie zważając na żadne napomnienia i wysiłki nie dają się nakłonić do pracy. Przez całe dnie chodzą bez zajęcia, gapią się na to, jak inni pracują. Nieraz nawet taki niedorozwinięty włóczęga, daje rady i wskazówki ludziom pracującym, napotkanym przygodnie na drodze, jakby najlepiej tamci swoją robotę wykonać mieli, a sami nabierają o sobie przekonania, że są bardzo czynni, gdyż plączą się każdemu pod nogami.
O ile umysłowo normalni, dotknięci manją włóczęgostwa, pracują źle i niechętnie, to niedorozwinięci wagabundzi nie pracują wcale. Niedorozwinięty wagabunda wychodzi z domu i idzie przed siebie, ale sam nie wie dokąd idzie i z czego po drodze będzie żył. Nieraz tacy niedorozwinięci uciekają z przytułków – w towarzystwie kolegów dotkniętych tą samą manją. Wędrują nocami, a we dnie ukrywają się. Chłód i głód każą im udawać, że chcą pracować- ale ledwo dostaną oni strawę i nocleg u majstra lub u gospodarza we wsi, uciekają nad ranem w świat. Nie można takiego włóczenia się tłómaczyć dążeniem do swobody, dzieci takie uciekają nie tylko z przytułków, gdzie jest pewien rygor i gdzie prowadzą życie monotonne, nie urozmaicone – ale nawet z domu rodzicielskiego, gdzie nikt ich swobody nie krępuje. Dr Dräsche opisuje 11-letniego chłopca-włóczęgę, który nosił się z zamiarem ucieczki i aby zyskać niezbędne na drogę pieniądze, porobił długi na rachunek rodziców, pozatem zabrał z domu trochę gotówki. Spotkał kolegów idących do szkoły i namówił ich, aby z nim poszli w świat. W ten sposób w pięcioro rozpoczęli swoje przedsięwzięcie. Awanturnicze życie zaczęli od tego, że zabrali łódkę, która chwilowo była bez właściciela. Łódką tą popłynęli po rzece Elsterze do dzielnicy ogrodów. Tam zamieszkali pod mostem. Całe dnie wałęsali się po Hamburgu, żywiąc się bądź kradzionemi owocami, bądź też również kradzionemi śniadaniami robotników, zajętych przy moście.
Nie wszyscy towarzysze dotrzymali placu inicjatorowi tej awanturniczej wyprawy.
Jednego wyrzucili sami, gdyż nie przyczyniał się pracą swą do zaspokojenia potrzeb gromady.
Inny sam się odłączył od nich i powrócił do domu. Mogli się oni spodziewać zdrady z jego strony. Bali się, że wyda on miejsce ich pobytu.
Trzeba więc było przenieść się gdzieindziej. Wybór padł na wyspę Helgoland. Na to aby plan przeniesienia się uskutecznić, znów musieli przywłaszczyć sobie łódź – tym razem żaglową, odpowiednią do podróży morskiej. Nie dojechali oni jednak do miejsca, które sobie upatrzyli, gdyż dogonił ich poszkodowany właściciel owej łódki. Widząc kto mu łódź zebrał, uważał że najlepiej będzie odesłać owych małoletnich przestępców do domu rodzicielskiego – ale tego owi chłopcy nie pragnęli. Nie mając innego punktu wyjścia rzucili się do morza i przepłynęli aż do brzegu Elby – ale tu zostali ujęci przez portową policję i odesłani do rodziny.
Główny inicjator całej wyprawy nie uspokoił się jednak po powrocie do domu. Zawsze miał ochotę uciekać, aby żyć życiem pełnym przygód.
Nie pomogła tu kara nawet cielesna; nie pomogło pozbawianie go ubrania. Nie pomogła pod tym względem szkoła, która przystawiła mu 2 dozorców z pośród kolegów – jednego silnego a drugiego bystrego. Zawsze znalazł moment do ucieczki odpowiedni, a gorsza, zawsze miał ochotę po temu.
Chociaż myśl jego była zajęta ciągle wynajdywaniem sposobów omylenia czujności straży, to jednak postępy jego w szkole były nienajgorsze. Mogłyby być lepsze gdyby nie niedbalstwo, lenistwo i brak obowiązkowości ucznia; tak przynajmniej twierdzi nauczyciel. Przytem kłamie, a przyparty do muru, skruchy nie okazuje.
To, że kłamie, nie powinno nas dziwić. Chcąc uciekać, musi zmylić czujność opieki – musi udawać, musi kłamać. Fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięty, tylko ma bladą cerę.

Dzieci dotknięte manją włóczęgostwa dzielimy więc zasadniczo na dwie kategorie: dzieci normalne umysłowo i dzieci anormalne umysłowo.
Dzieląc dzieci podług przyczyn wagabundowania: mamy dzieci, których warunki domowe wyrobiły chęć i pociąg do włóczęgi i takie, które włóczą się, choć nie mają po temu faktycznej przyczyny. Działają tu jakieś ukryte, niewytłómaczone wewnętrzne przyczyny, które taki wpływ wywierają. Te dzieci, które wskutek warunków domowych stały się włóczęgami są nadzwyczaj zadowolone, gdy je pomieścić w przytułku. Mają dach md głowa, mają dobrobyt, którego dotąd nie miały.
Dzieci te nie objawiają chęci ucieczki. Inni w najlepszych warunkach będą chętnie uciekać z nastaniem cieplejszej pory roku. Jedynie jesień i zima wpływa na pozostanie tych dzieci w przytułku.
Ciekawym jest ten fakt, że o ile w porze wiosennej, letniej i jesiennej największą dla nich przykrością jest przebywanie w murach, o tyle na początku zimy popełniają oni umyślnie jakiś karygodny czyn, aby tylko być internowanym w więzieniu. Mając ten cel na oku, kradną tak, aby wszyscy widzieli – nie starają sie zupełnie ukrywać. Chcą być przyłapani na gorącym uczynku, gdyż wiedzą, że potem nastąpi internowanie, co będzie dla nich w czasie zimy bardzo pożądane. W takich warunkach są oni skłonni nawet do morderstwa.
U włóczęgów bywa w pewnych okresach silniejsze, w innych słabsze natężenie manji. Gwałtowniejsze wybuchy następują perjodycznie.
Po przejściu paroksyzmu następuje reakcja.
O ile przedtem było niczem nie dające się powstrzymać dążenie do swobody, o tyle po paroksyźmie chętniej trzymają się miejsca.
Ci, którzy popełnili karygodne czyny, okazują niebywałą skruchę i nietylko o do winy się przyznają – ale jakby chcieli jeszcze bardziej się oczernić, niż na to zasługują. W tym okresie nie są oni w stanie popełnić żadnego przestępstwa. Ale taki stan nie trwa długo. Na wiosnę następuje najczęściej recydywa.
Dr Drihl opisuje takiego chłopca, który pomieszczony w przytułku, rwał się w świat wtedy, kiedy tylko przygrzały pierwsze promienie wiosennego słońca. Widać było niepokój i tęsknotę dochodzącą do melancholji.
Chłopiec ten miał bajeczny sposób podróżowania. Przekradał sie na stacje i uczepiał się odchodzącego pociągu towarowego. W ten sposób jechał tak długo, póki pociąg, dojeżdżając do następnej stacji, nie zwalniał biegu. Wówczas rzucał się między szyny i leżał spokojnie do tego czasu póki wszystkie wagony ponad nim nie przeszły. Wtedy wstawał i czekał na stacji aż do następnej takiej samej okazji. Raz przypadkowo rzucił się mniej zręcznie niż zwykle i kola wagonu przeszły mu po palcach u nogi.
W ten sposób dostał się do szpitala a stamtąd do przytułku. Z przytułku uciekł po 3 miesiącach i zjawił się znów z nastaniem zimy. Na zapytanie dlaczego uciekał oznajmił, że w przytułku nudno. A on chciałby coraz to inne miejsca poznawać i że go jakaś siła pcha w świat.
Dzieci same zdają sobie sprawą z tego pociągu i trafnie go określają; przyznają się szczerze nieraz do tej chęci ucieczki, a nieraz nawet pomagają same do opanowania swej manji. Jeden z wychowańców przytułku, czując, że sam nie poradzi sobie ze swym pociągiem do włóczęgi, prosił, aby go zamknięto w kozie, gdzie zaryglowane drzwi i okratowane okna uniemożliwią mu wydostanie się w świat.
Sposób ten nie był taki niezawodny, jakby się to na pierwszy rzut oka zdawało, gdyż chłopiec ten po przebyciu 55 dni w kozie uciekł natychmiast po wypuszczeniu go na wolność. Zdarzają się jednak i między temi osobnikami takie, które są zdolne do większego wysiłku woli, wystarczającego do opanowania nałogu. Dzieje się to zwłaszcza wtedy, gdy takiemu dziecku ktokolwiek z opieki dłoń pomocną poda.
Dyrektor jednego przytułku zauważył niepokój w oczach swego wychowańca. Ponieważ chłopiec uciekał już kilkakrotnie, więc można się było spodziewać, że i tym razem ten niepokój chęć ucieczki oznacza.
Można sobie przecież czasem z takiem dzieckiem poradzić i wpłynąć na jego poprawę. Niełatwo można zyskać zaufanie ucznia – ale to jest konieczne. Musi on nam ufać na tyle, żeby nam powierzył najbardziej ukryte swe myśli; niech czuje, że nami powoduje nie prosta ciekawość, lecz, że niepokój o niego każe nam sondować jego duszę do głębi. Niech nasz wychowaniec zrozumie, że nami kieruje jedynie chęć do pomożenia mu. Wiedział ów dyrektor jak ma z chłopcem postępować.
Przemówił dziecku do serca i wydobył szczere zeznanie. Okazało się, że planuje ucieczkę. Dyrektor wyjaśnił mu wówczas, co go czeka w przyszłości, jeżeli nie rozsądek o popęd weźmie górę. Ta smutna perspektywa przeraziła chłopca tak dalece, że zrozpaczony zawołał: Ratujcie mnie, ja nie chcę być żebrakiem ani złodziejem. Trzeba było chłopca uspokoić i wyjaśnić mu, że jego przyszłość zależy od niego samego, że sam powinien się bronić, a jeżeli się będzie czuł na tyle słabym, że może w walce z pędem ulec, niech tylko zwróci się śmiało do opiekuna, niech mu stan swojej duszy odkryje, a ten z pewnością pomocy nie odmówi. Chłopiec przyrzekł. Od tej pory nie uciekał i po pomoc się nie udawał. Sama świadomość, że ma w razie czego poparcie i pomoc dodała mu siły, wzmocniła jego wolę.
Dzieci, dotknięte manją włóczęgowską, są trudne do poprawy, ale jednak racjonalne postępowanie robi wkońcu swoje.
W dawniejszych czasach oddawano takie dzieci do klasztoru, gdzie rygor, przymusowa praca oraz brak swobodnego rozporządzania czasem pokonywały wrodzone defekty. Czy jednak zakład poprawczy ma przypominać klasztor lub więzienie – to kwestja, nad którą wartoby się zastanowić . Ale o tem potem.

Musimy najpierw zastanowić się nad tem, czy dziecko-włóczęga ma pozostawać w domu rodzicielskim, czy też może lepiej takiego osobnika z domu rodzicielskiego usunąć.
Nikt mie będzie kwestjonował zabrania dziecka rodzicom w tych wypadkach, gdzie warunki domowe dziecka były przyczyną tego jego defektu, n. p. jak to wspominaliśmy poprzednio, dziecko było pozostawionem własnemu przemysłowi w tym wieku, w którym niemożliwe jest zajmowanie się jakąkolwiek uczciwą zarobkową pracą. Nie będziemy również kwestjonować konieczności usunięcia dzieci z pod wpływu takiej rodziny, które nakazuje dzieciom żebrać lub kraść, a nawet karze je, o ile zarobek był mniejszy od przewidzianego. Tu gdzie jest widoczny szkodliwy wpływ , tam musi każde zdrowe i dobrze zorganizowane społeczeństwo – temu wpływowi przeciwdziałać. Wydostanie dziecka z pod złych wpływów, odseparowanie od rodziny jest tu koniecznością.
Ponieważ jednak dzieci takie nie przedstawiają zupełnie trudnego materjału wychowawczego, mogą one poprawić się w zupełności, o ile będą pomieszczone w jakiej uczciwej, zdrowej moralnie rodzinie, odpowiedniej sferą i oddane pod opiekę i kontrolę osób specjalnie do tego powołanych.
Ten system, noszący nazwę „Patronage familière”, daje znakomite rezultaty. Ma wszelkie zalety, które widzimy w wychowaniu dziecka w domu rodzicielskim. Jest to o tyle lepsze od internatów, że dzieci są bardziej do życia przystosowane i że są one traktowane indywidualnie a nie masowo. O ile mamy do czynienia z osobnikiem, który ma defekty fizyczne, moralne lub umysłowe, musi być on umieszczony w internatach specjalnych, oddany pod opiekę specjalistów, bądź lekarzy bądź pedagogów.
Powstaje więc potrzeba tworzenia zakładów leczniczych specjalnych dla epileptyków, melancholików, dzieci dotkniętych manją prześladowczą, dla dzieci mających napady strachu i t. p. – a także zakładów wychowawczych dla niedorozwiniętych umysłowo i moralnie.
Do zakładów tych powinien być zawsze łatwy i prędki dostęp. Powinno wystarczyć, że jest dziecko, wałęsające się po mieście i że jest zakład, w którym takie dziecko może znaleźć warunki poprawy.
Czy to będzie z wyroku sądu dla nieletnich, czy kurator z ramienia owego sądu wyznaczony, czy nawet jakaś prywatna osoba uzna, że należy dziecko internować, już to powinno być wystarczającym motywem do przyjęcia tego dziecka do zakładów.
O ile na razie nie wiadomo który zakład jest odpowiedni, zatrzymuje się włóczęgę w centrali na obserwacji.
W ten sposób w zakładach tych będą nie tylko dzieci z defektami moralnemi, fizycznemi i umysłowemi, lecz będą też i dzieci opuszczone – lecz zdrowe pod każdym względem. Znajdą się tam i sieroty i dzieci biedne bez środków do życia, tak, że pobyt w tej instytucji wychowawczej nie nakłada specjalnego piętna na swych pupilów.
Ma to bardzo ważne znaczenie, gdyż w przeciwnym razie opieka ociąga się z umieszczeniem dziecka w internacie, a gdy, doprowadzona do ostateczności decyduje się to uskutecznić, wówczas różne formalności przedłużają ten okres, opóźniając poprawę.
Cześć tych zakładów powinna mieć charakter leczniczy, inne wychowawczy.
Należy jeszcze zastanowić się nad tem, w jaki sposób można przeciwdziałać włóczeniu się dziecka pomieszczonego w internacie. W jaki sposób uniemożliwić wychowańcowi ucieczkę? Gdybyśmy mieli nazawsze włóczęgę w obrębie internatu zatrzymać – możnaby się wówczas zastanowić nad tem, czy rygor klasztorny byłby odpowiedni, czy też może należy hołdować innemu rodzajowi zakładu poprawczego?
Skoro jednak naszem zadaniem jest zatrzymać dziecko w internacie tylko tak długo, póki nie uzyskamy poprawy, musimy dążyć do tego nie żeby nie mogło ono uciec, lecz żeby uciec nie chciało.
Gdybyśmy dziecko-włóczęgę, przyzwyczajone do swobodnej przestrzeni, zamknęli w czterech ścianach klasy i rozpoczęli w tych warunkach naukę, zyskalibyśmy tylko to, że włóczęga czułby się więźniem i jako taki dążył z nadzwyczajną energią do wyswobodzenia się.
Taka droga byłaby błędna.
Pedagog musi się zawsze liczyć z indywidua1alnością danego osobnika i system pedagogiczny do natury ucznia dostosować.
Musimy więc pamiętać o tem, że niema takiego pedagogicznego zabiegu, któryby zmienił odrazu wczorajszego włóczęgę w obowiązkowego, pracowitego ucznia.
Można wprawdzie często do tego rezultatu doprowadzić – ale nie odrazu.
Pierwszem naszem zwycięstwem będzie, jeżeli doprowadzimy do tego, że uczeń nasz sam będzie wiedział dokąd idzie, i że nam to oznajmi…
Ważnem byłoby, zarówno dla nas jak i dla niego, gdyby się nam udało pójść z nim razem, w charakterze towarzysza – nie dozorcy.
Spędzając z naszym uczniem godziny na łonie natury, mamy możność wzbudzenia zainteresowania ucznia w kierunku otaczającego go świata. Będzie to pierwszy krok, który zmieni bezmyślnego włóczęgę, pędzącego przed siebie bez celu, na wycieczkującego, żądnego wiedzy ucznia.
Na takim spacerze będzie można prowadzić lekcje okolicznościowe t. zw. leçons occasîonnelles, których tematem będzie to wszystko, cokolwiek się nasunie przed oczy, cokolwiek wzbudzi choćbv krótkotrwałą uwagę ucznia.
Zyskuje tu się 2 rzeczy: wagabunda czuje się dobrze tylko w otwartej przestrzeni, z lekcyj więc prowadzonych w odpowiednich dla siebie warunkach, skorzysta więcej, niż z typowych lekcyj szkolnych. Tam uczeń nie słucha i nie słyszy wykładającego, lecz zastanawia się tylko nad tem jakby się na wolność wydostać.
Drugą zdobyczą będzie to, że wagabunda odzwyczaja się od bezmyślnego gnania. Stopniowo zamienia się to gnanie na spacery celowe, rozwijające umysł dziecka.
Spacery te powinny zajmować sporą rubrykę w rozkładzie zajęć obowiązkowych.
Po powrocie ze spaceru, gdy zmęczenie fizyczne sprzyja biernemu zachowaniu się, można opowiadać uczniom bajki o zajmującej fabule, aby w ten sposób wyrobić w dziecku uwagę dowolną.
Barwne opisy w bajkach działają dodatnio na pobudzoną wyobraźnię wagabundy.
Od krótszych bajek przejdziemy do dłuższych, od tych do powiastek – wreszcie do pogadanek, biorąc za punkt wyjścia lekcję okolicznościowa odbytą podczas wycieczki.
Wszelkie nowe przedmioty należy wprowadzać z wszelką ostrożnością. Unikajmy zmuszania włóczęgów do takich lekcy jak czytanie, pisanie lub arytmetyka.
Odłóżmy termin rozpoczęcia tych przedmiotów szkolnych do czasu, kiedy poprawa już będzie widoczna. Zwróćmy uwagę na slöjd (system edukacji oparty o nabywanie umiejętności rzemieślniczych, stosowany przez autorkę w prowadzonej przez niej szkole dla dzieci niedorozwiniętych w Siedlcach – przyp. EMS)
O ile wagabunda nie biega – musi być czynnym, – tego wymaga jego natura.
Zajęcia, odpowiednio dobrane, powstrzymują go od ciągłej zmiany miejsca, zaspokajając jego potrzebę czynu i skierowując jego myśli na właściwe tory.
Nie może tu być mowy o zwykłych zajęciach slajdowych, zalecanych dla dzieci normalnych, przez autorów podręczników. Ponieważ ich psychika jest inna, więc i sposób oddziaływania na tę psychikę jest inny.
Zasadą slöjdu jest dawać dzieciom do zrobienia te przedmioty, które im są potrzebne, których posiadanie sprawi im satysfakcję.
Ta sama zasada stosuje się i do dzieci anormalnych, ale skoro ich potrzeby są odmienne, skoro ich myśli dążą w innym kierunku, więc inne przedmioty muszą być przez nich na lekcjach slöjdu wykonane.
Podczas swych wędrówek po świecie nie odczuje potrzeby posiadania kosza do papieru ani teczki do gazet. Nie pielęgnuje on roślin pokojowych – niepotrzebne mu są ozdoby na doniczki.
Przedmioty te nie sprawią mu satysfakcji, a wykonywanie na rozkaz rzeczy tych nie zachęci do pracy w ogóle.
Musimy liczyć się z tymi jego odmiennemi potrzebami i dawać mu takie roboty, przy których on własnoręcznie swoje potrzeby zaspokoi. Powinien więc umieć wykonać to, co może do jego celów służyć. Uczmy go jak załatać but, wyprać chustkę, koszulę, uszyć plecak, wystrugać łyżkę. Ulepić z gliny garnek i wypalić. Nauczmy go robić z gałęzi szałas a z kamienia komin. Niech zbiera gałęzie a roznieca ogień bez pomocy zapałek. Niech się nauczy łowić ryby i zbierać rośliny jadalne dziko rosnące. To mu da konieczne dla włóczęgi wiadomości praktyczne.
Podczas zajmowania ucznia pracą, wychowawca musi być w tych zajęciach towarzyszem pracy ucznia, powiernikiem jego, choćby, najbardziej fantastycznych planów, jego pomocnikiem w zrealizowaniu jego pomysłów, a już rzeczą jego osobistych zdolności będzie stać się z czasem i doradcą ucznia. Po wykonaniu pracy uczeń sam pozna braki w swoim dziele i będzie dążył do udoskonalenia. Nie będzie trzeba będzie wcale uczniowi wytykać błędów i namawiać, aby zrobił lepiej. Taka pedanteria mogłaby go tylko zrazić. Uczeń n. p. sam zauważy rozpraszający się dym po rozpaleniu ogniska i będzie myślał nad tem, jakby złemu zaradzić. Pomyślimy z nim razem nad sposobem odprowadzenia dymu w górę; potem pomożemy mu zbudować komin.
Dach z gałęzi i takież ściany nie będą dobrą ochroną przed deszczem i wiatrem – podsuniemy mu myśl użycia do tego celu drzewa zamiast gałęzi. Weźmiemy na razie kłody z korą, a dopiero przekonawszy się o wadach tego materiału budowlanego, przejdziemy do budynków z własnoręcznie wypiłowanych desek. Przeszkodzą nam drzazgi – użyjemy hebla.
Każde dziecko lubi owoc własnej pracy. I w włóczędze rodzi się sympatja do własnoręcznie zbudowanego domku. Chce on go uważać za swoje mieszkanie, w którem mu będzie lepiej niż w internacie. O ile ma jakieś drobiazgi lub nawet pieniądze na własność, chętnie je tam przeniesie, gdyż uważa, że tam będą bezpieczniejsze niż we wspólnej sypialni przytułkowej. Na to jednak trzeba dom zamknąć – a więc dorobić drzwi z zamkiem. Już teraz dziecko ma często ochotę przebywać w swym domku, ukryć się nawet przed kolegami, ale po zamknięciu drzwi okaże się, że jest mu ciemno, zjawia się potrzeba przebicia okna, potem oszklenia tego okna i t. d. W ten sposób początkowo wykonał szałas pierwotnego człowieka i przeszedł stopniowo do wykonaniu mieszkania człowieka kulturalnego. W tym samym czasie, również stopniowo, dokonywa się i zmiana w jego usposobieniu i w jego trybie życia. Z początku niema ochoty do pracy – niema też i umiejętności odpowiedniej – tak, że z początku pomoc wychowawcy musi być znaczna, gdyż praca ucznia jest minimalna. To daje mu poczucie współudziału w pracy. Dziecko ma dużą satysfakcję skoro widząc uszyty plecak, wystruganą łyżkę lub zbudowany piec, będzie mogło sobie powiedzieć: ja to zrobiłem. Satysfakcja, którą daje praca dokonana, podnosi go moralnie i pobudza do czynu. Pracuje więc coraz chętniej i coraz lepiej. Praca celowa wywiera dodatni wpływ na jego usposobienie i przestaje gnać bez myśli i bez celu.
W tym samym czasie, kiedy robota jego, doskonaląc się stopniowo, przekształca się z szałasu w chatę europejczyka, wtedy i wagabunda niezdolny do żadnej pracy staje się chłopcem wytrwałym i pracowitym.
Kiedy nadejdzie moment, w którym będzie można, w chwilach wolnych od spacerów i od pracy fizycznej, zacząć uczyć szkolnych przedmiotów – trudno określić.
Tego żaden program przewidzieć nie jest w stanie, to zależy od indywidualności ucznia, a nauczyciel, który swego wychowańca obserwuje, musi wyczuć, kiedy nadszedł ten moment, że były włóczęga może się na niewielki wysiłek zdobyć.
O ile się na ten moment nie czeka, można ucznia zrazić, znudzić í wywołać recydywą. Wobec takiego grożącego niebezpieczeństwa trzeba postępować powoli, ostrożnie, aby samemu sobie nie psuć roboty.
O jednem tylko pamiętać należy, że nie zamknięcie na 4 spusty odzwyczaja dziecko od włóczęgi, lecz dodatnio oddziaływa się wtedy, kiedy ten popęd w karby się ujmie. Wyzyskujemy więc to, co jest dobrego w wagabundzie: jego zaradność, zręczność, wytrzymałość, pomysłowość, zmył orientacyjny – jednocześnie staramy się oddziałać na poprawę, walcząc skutecznie z jego defektami takiemi jak: brak pracowitości, brak uwagi i systematyczności, a także z jego nawykiem do kłamstwa.
Pracowitość wyrobi zajęcie celowe a zajmujące w warunkach o jakich poprzednio wspominaliśmy. Praca ręczna oddziała dodatnio i na uwagę.
Przy pracy zachodzi konieczność posługiwania się narzędziami, które trzeba odkładać na swoje miejsce, aby je z łatwością znaleść – to wyrabia mimowoli systematyczność. Jak jednak walczyć z usposobieniem do kłamstwa u włóczęgi?
Włóczęga musi kłamać, gdyż jego chorobliwie pobudzona wyobraźnia nasuwa mu przed oczy obrazy, które później bierze sam za rzeczywistość.
Włóczęga kłamie też wówczas, gdy musi uśpić czujność opieki chwilą, gdy chce się wydostać na wolność.
O ile wychowawca rozumie psychikę włóczęgi i liczy się z nią, nie może i nie powinien do tego doprowadzić, aby miał on okazję kłamać.
Niech mu nie pozwala opowiadać rzeczy, co do których nie jest on pewnym, czy je rzeczywiście słyszał lub widział. Niech nie zabrania mu iść za popędem, gdyż jeżeli popęd silny go pcha, lepiej żeby chłopiec poszedł w świat z wolą i wiedzą wychowawcy niż skrycie.
Jeśli inaczej już być nie może, lepiej żeby wyszedł drzwiami niż ma się wydostać przez okno i spuścić po rynnie albo piorunochronie.
Zdarza się często, że wychowańcy przytułku wracają tam po włóczędze. Należy wówczas odnieść się do chłopca życzliwie, nie karać go, nie robić mu wymówek – a nadewszystko nie zarzucać go pytaniami, aby nie dać mu okazji do kłamstwa i nie pobudzać go w tym kierunku. Od taktu i umiejętności pedagoga zależy czy włóczęga stanie się pracowitym, obowiązkowym i uczciwym człowiekiem, czy też powiększy on kadry przestępców małoletnich.
O ile chcemy wpłynąć na zmniejszenie się liczby przestępstw, dokonywanych przez małoletnich, musimy się starać o poprawę włóczęgów.
Praca ta daje dobre rezultaty.
Musimy najpierw zorganizować opiekę nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi.
Opieka ta wyznaczy na każdy okręg jednego ze swych członków, którego zadaniem będzie dbać o to by każde dziecko miało odpowiednie warunki rozwoju.
Ich starania doprowadzą do tego, aby by każde dziecko było pomieszczone w odpowiedniej dla siebie szkole i żeby tych szkół była odpowiednia ilość.
Do tych opiekunów zwracać się powinien nauczyciel szkolny po pomoc, widząc, że uczeń zaniedbuje się w swoich obowiązkach i spóźnia się, przepuszcza lekcje lub też stale nie odrabia zadanych lekcyj.
Opiekun ma obowiązek zbadać warunki domowe ucznia aby dowiedzieć się, co powoduje jego nieobowiązkowość.
Opiekun powinien w miarę potrzeby i możności napominać, pouczać, objaśniać i uświadamiać rodzinę a nawet w razie potrzeby wyjednywać jej zapomogi – słowem, powinien robić wszystko, co może wpływać na poprawę losu dziecka w rodzinie.
O ile nie pomoże i rodzina wywierać będzie dalej ujemny wpływ na dziecko, powinien je móc jak najprędzej odesłać do internatu.
Tylko wtedy, kiedy będziemy mieli dobrze zorganizowane koła opieki nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi i wtedy, kiedy będzie wystarczająca ilość instytucji leczniczych i wychowawczych wszelkiego rodzaju – będzie można być pewnym, że ilość przestępstw dokonywanych przez dzieci zmniejszy się doskonale.

Opublikowano Eugenia Lublinerowa | Otagowano , , | 2 komentarzy

Ukraina i inne wiersze

Katarzyna Kulikowska

Bukiet dla Emilki

Kamienne twarze
Milczenie wisi w powietrzu
Zapach nieobecności
Jola zbiera wiersze jak kwiaty
Układa bukiet dla Emilki
Zawiązuje wstążką wspomnień
Żal pisze na wstążce słowa pożegnania

Ukraina

Snajperzy-drapieżnicy czają się na swe ofiary
Słychać huk wystrzałów
Ludzie padają niczym kostki domina
Ziemia pije krew
Milicjanci płoną jak żywe pochodnie
Toczy się gra o wolność
Kolejna kostka domina upada
Gra wciąż trwa

,,A wtedy, zewsząd widoczny, w zwierciadłach dalekich i bliskich
widzisz swój cień.
Jak ukryjesz się w tym Świetle?
Za małoś jest przezroczysty,
a jasność zewsząd tchnie.”
Karol Wojtyła „Pieśń o Bogu ukrytym”

Jasność przenika mnie wszędzie
Zanurzam się w źródle Światła
Chcę być przez chwilę świetlisty
Rozświetlić się jak iskierka
Ukryć w tej świetlistości
Lecz utkany jestem z ciemności
Moje ręce są ciemne
Myśli czarne i lepkie
Cień mój wskazuje drogę nieprzeniknionej światłości
Już wiem
Nie ukryję się nigdzie przed oceanem miłości

Tatianie Bordzie

Niewinność w białej szacie niczym dzieci
bawi się piłką śmierci
Kto nie złapie
ten bęc
Słychać dźwięk dziecięcej melodii
Gra toczy się dalej
do ostatniego
bęc

Siedem

Siedem myśli krążyło w głowie
Siedem smutków zaglądało w oczy
Siedem łez spłynęło po twarzy
Siedem sekund szczęście trwało
Siedem mignień wiosny
Siedem cudów oglądało
W siódmym niebie było
Siedem słońc mu świeciło
Coś było i nie było
A może tylko się śniło

Kropla
Źródło życia
Zwiastun śmierci
Strumień płynący wewnątrz ciała
Pokarm serca
Krew

Słowo

Słowo
Nowozamknięty świat
Kropka
Nad
I

Nikt

Mam anonimową twarz
Moje ciało rozpływa się w powietrzu
Możesz przeze mnie przejść i nie poczuć nic
Gdy się odwrócisz okiem serca dostrzeżesz
Drżące kawałki istnienia

Taniec dwóch pszczół
Złocisty wir
Powietrze drży
Miód leje się z nieba
Trwa spektakl światła i muzyki
Sekundę może trwało to
Jeden trzepot rzęs Bożych

23.06.2014
Wiersz inspirowany cytatem Bolesława Leśmiana „Rzęsa Boża – dwie pszczoły”

Zło ma twarz baranka
Czyste ręce i puszystą osobowość
Z uśmiechem na ustach
Potrafi obedrzeć Cię z ostatniej skóry

Jestem tu

Jestem tu
Obecnością znaczę pustkę korytarza
Otwiera się przede mną szerokością spojrzeń
Kusi przestrzenią spotkań
Wewnętrzna droga prowadzi mnie
Widzę światełko i niekończące się gwiezdne wrota
Wchodzę w głębię tunelu
Ciemne miejsce
Przejście zagęszcza się
Toczą się małe abordaże
Rozkwitają lilie niewinności
Tańczą motyle słów
Jestem tu

Opublikowano Katarzyna Kulikowska | Otagowano | Dodaj komentarz

Alma (4)

Lech Milewski

Upadek Tytana

Jako akompaniament do tego wpisu proponuję I symfonię Gustawa Mahlera – Tytan…

Rok 1907 to ostatni rok Gustawa Mahlera na stanowisku dyrektora wiedeńskiej Hofoper. W tym czasie nasiliły się ataki na Mahlera, wiele z nich miało antysemicki charakter. W tym samym okresie Mahler otrzymał bardzo intratną ofertę z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Trzymiesięczny kontrakt zapewniał zarobek wyższy niż całoroczna pensja w Hofoper.

Decyzja była oczywista, Mahler złożył rezygnację, co z kolei wywołało ostre protesty wielu kompozytorów i ludzi kultury. Jednak decyzja była nieodwołalna. Do portu w Cherbourgu jechali przez Paryż, gdzie witała ich zaprzyjaźniona rodzina Clemenceau i rosyjski pianista Ossip Gabryłowicz – KLIK. Tego ostatniego Alma oceniła jako bardzo brzydkiego, ale jednak zapamiętała go na dłużej.

Pobyt w Nowym Jorku był dla Gustawa bardzo udany. Publiczność i dyrekcja wysoko oceniali jego kunszt jako dyrygenta. Równiez jego utwory zdobywały coraz większe uznanie. Za to Alma nudziła się, źle się czuła. Wprawdzie wielokrotnie wspomina, że Amerykanie to wyjątkowo gościnni i sympatyczni ludzie, ale to jej nie wystarczało.

W Nowym Jorku spotkała ponownie Ossipa Gabryłowicza, który wyznał jej swoje uczucia: „Muszę wyznać Pani coś strasznego. Jestem w trakcie coraz bardziej szaleńczego zakochiwania się w Pani. Proszę mi pomóc uwolnić się od samego siebie. Cenię Mahlera i nienawidzę myśli, że mógłbym go skrzywdzić„.

Reakcja Almy
Więc jestem jeszcze warta czyjejś miłości. Pomyślałam, że nie jestem jeszcze stara ani brzydka. … pomogło mi to na jakiś czas przezwyciężyć poczucie mojej małej wartości„.

Poczucie małej wartości, pustka, osłabienie, depresja. Lekarze coraz częściej wysyłali Almę na odpoczynek lub kurację.

Zimowe wyjazdy do Nowego Jorku trwały przez następne 3 lata. Brak jakichkolwiek informacji o Almie poza tym, że dwukrotnie poroniła i w rezultacie jej depresja pogłębiła się. Mahler nadal odnosił sukcesy. Jedynym cieniem była może niechęć nowego dyrektora MET – Artura Toscaniniego, ale nie miało to większych praktycznych konsekwencji. Na plotkarskim marginesie wspomnę, że Ossip Gabryłowicz ożenił się z Klarą Clemens, córką Marka Twaina.

W roku 1910, po powrocie do Austrii, Mahler poświęcił się komponowaniu w nowozakupionym domu w Dobiacco (Toblach). Alma w towarzystwie matki pojechała na kurację do Tobelbad.

Już wkrótce zwróciła uwagę na młodego pruskiego archtekta. 25-letni wtedy Walter Gropius po dwóch latach studiów architektonicznych rozpoczął praktykę w modernistycznej pracowni archtektury i wzornictwa przemysłowego, jego kolegami byli Ludwig Mies i Le Corbusier. Zyskał już sobie pewien rozgłos koncepcjami budowy fabryk, które byłyby „przyjazne” dla robotników.

Instynkt Almy był niezawodny. Już wkrótce nawiązała z Gropiusem bliski kontakt duchowy: „...spędziliśmy całą noc razem, spokój zakłócony tylko przez światło poranka i śpiew słowika. Przy moim boku przystojny młody mężczyzna. Dwie dusze razem, ciała zapomniane„.

W swoich dwóch książkach relację z Tobelbad Alma ograniczyła tylko do wzmianki, że: „…zakochał się we mnie jakiś X i śle miłosne listy„.

Dwa tygodnie po wyjeździe obojga z Tobelbad Walter Gropius napisał do Almy, do Dobacco, miłosny list, powołujący się na ich wzajemne uczucie i wzywający, aby natychmiast porzuciła męża i przyjechała do niego. List zaadresował do… Herr Direktor Gustav Mahler!!!

Gustaw przeczytał po czym dał Almie do przeczytania i spytał, co to ma znaczyć. W Almie obudziła się uśpiona przez wiele lat lwica. Tak – oszukała go, bo ma dosyć codziennego miażdżenia przez ślepego geniusza. Przez tyle lat gnębiło ją poczucie winy, że nie może się wznieść na jego poziom. Ale teraz – skończyło się!

Gustaw nie okazał gniewu, nie zarzucił Almie zdrady. Coś się w nim załamało. Spytał tylko, czy Alma posłucha wezwania swego kochanka. Odpowiedziała, że nie.

Podczas długiej nocnej rozmowy Gustaw kajał się za swoje zaślepienie, bił się w piersi. W następnych dniach prześladowała go chorobliwa zazdrość. W nocy zostawiał otwarte drzwi od sypialni, nasłuchiwał oddechu Almy. Kilkakrotnie znalazła go rankiem śpiącego na korytarzu, pod drzwiami do jej sypialni. Alma napisała do Gropiusa, żeby czasowo zawiesić wszelkie kontakty.

Kilka dni później, podczas spaceru z Gustawem, zauważyła jakąś postać kryjącą się pod mostem koło bramy ich domu. Wskazała ją Gustawowi – to był Walter Gropius.
Przyprowadzę go – powiedział Mahler – czekaj na nas w domu.
Gustaw przyprowadził Waltera i zostawił go samego z Almą. Sam udał się do swojego pokoju, gdzie czytał Biblię.
Cokolwiek zdecydujesz będzie dobrze – powiedział żonie.

Alma poprosiła Gropiusa, żeby opuścił ich dom. Gustaw, z latarnią w ręku, odprowadził niespodziewanego gościa do bramy.

Mahler zasypywał teraz Almę czułymi listami. Na manuskrypcie X symfonii napisał:
Boże, Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Do widzenia moja liro! Żyć dla Ciebie, umrzeć dla Ciebie, Almschi!”.
Kilka dni po tym dramatycznym wydarzeniu Alma usłyszała w pokoju Gustawa muzykę – grał jej pieśni. Na odgłos jej kroków wypadł z pokoju: „To jest doskonałe! Cóż ze mnie za barania głowa, że tego od razu nie zauważyłem!”

Stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Do tego przyszło ostateczne upokorzenie – impotencja. Za radą znajomych zwrócił się o pomoc do Zygmunta Freuda.

Czy pamiętacie Państwo zacytowane dwa tygodnie temu słowa Almy: „Co za szkoda, że nie może wymówić R. Na dodatek wyznał, że wolałby, żebym miała na imię Maria. Ze względu na silne R w środku. Jakie to dziwne…”

Moje pierwsze spotkanie z Freudem odbyło się za pośrednictwem cudnej przedwojennej komedii Antoniego Cwojdzińskiego – Freuda teoria snów – KLIK. Przecież Maria to imię matki Gustawa. Wiedziałem od razu, czego oczekiwać po tej wizycie.

Mahler musiał pojechać do Freuda do Lejdy. Odbyli razem 4-godzinny spacer. Reakcja Freuda była oczywista - „Jak pan mógł ożenić się z kimś, kto nie miał na imię Maria?! (…) Pana matka była chora, słaba, gnębiona przez codzienne kłopoty. Właśnie kogoś takiego chciał pan widzieć w swojej żonie„.

Równocześnie Freud uspokoił obawy Mahlera, że jest za stary dla Almy. „Nic podobnego, dzięki temu przypomina jej pan jej ojca, a ona właśnie kogoś takiego potrzebuje”.

Alma przyjęła diagnozę Freuda obojętnie, zaś przysłany przez niego rachunek za kilkugodzinny spacer z Mahlerem bardzo ją rozgniewał i, o ile wiadomo, nigdy go nie zapłaciła.
Co innego Gustaw – libido powróciło.

Po powrocie do Wiednia Alma kontynuowała korespondencję z Gropiusem:
Walterze, chcę mieć dziecko z Tobą… Czy pragniesz mnie nadal tak silnie jak miesiąc temu?

W listopadzie kolejny wyjazd do Nowego Jorku. Do portu w Cherbourgu Gustaw jechał z Bremy, Alma z Wiednia, a Walter Gropius z Berlina.

Ooops – troszkę mnie poniosła fantazja.
Alma jechała pociągiem Orient Express z Wiednia do Paryża. Walter dołączył do niej w Monachium. W Paryżu spędzili razem 4 dni.

Już z Nowego Jorku Alma pisała do Waltera:
Kiedy znowu Cie zobaczę… stworzonego przez boga? Chcę mieć całe Twoje piękno w sobie. Nasze dwie perfekcje połączone razem muszą zaowocować półbogiem„.
Jakaś obsesja na punkcie dzieci. Przecież przed małżeństwem z Mahlerem snuła podobne marzenia – mieć dziecko z nim. Jego umysł, moje ciało!
A przecież jako matka nie wykazała żadnego instynku macierzyńskiego ani nawet specjalnego zainteresowania córkami. Jedyne wzmianki na temat córek jakie znalazłem w książkach Almy to nazwisko guwernantki – Miss Turner.

Na Boże Narodzenie Gustaw zasypal Almę prezentami. Równocześnie podjął starania w celu publikacji i rozpowszechnienia utworów Almy. W styczniu 1911 roku śpiewaczka Frances Alda zdecydowała się wykonać kilka pieśni Almy. Przesłuchania odbywały się u Mahlerów. Gustaw brał w nich udział z ogromnym zaangażowaniem. Przy każdej nucie miał jakieś uwagi. Za każdym razem szukał akceptacji Almy – czy tak właśnie chciałaś? W rezultacie Alma zrezygnowała z jakichkolwiek uwag. Pieśni Almy zostały wykonane w marcu i przyjęte przez publiczność życzliwie.

Od Bożego Narodzenia Gustawowi dokuczał ból gardła. 21 lutego 1911 roku dostał gorączki 40·C, ale mimo to nie odwołał koncertu w Carnegie Hall. Następne tygodnie spędził w łóżku – ostre zapalenie osierdzia. Alma i jej matka dyżurowały przy nim nieustannie. Na początku kwietnia Mahlerowie opuścili USA. 18 maja Gustaw Mahler umarł w Wiedniu.

Pogrzeb odbył się 22 maja na cmentarzu Grinzig. Alma, na polecenie lekarzy, nie wzięła udziału w uroczystościach pogrzebowych. Zgodnie z życzeniem Mahlera jego grób znajduje się obok grobu jego córki Putzi, a pogrzeb był skromny. Tym niemniej wzięło w nim udział wielu luminarzy świata muzyki i kultury.

Poniżej malarska impresja z pogrzebu. Autor – Arnold Schönberg…

Burial of Gustav

Na zakończenie pozwolę sobie na własną refleksję z dziedziny muzyki.
Otóż nie lubię muzyki Mahlera. Uważam, że widać w niej więcej dyrygenta niż kompozytora. Według mnie Mahler tak dobrze znał możliwości orkiestry, że kiedy wreszcie miał wolność zrobienia z nią, co tylko możliwe, to bawił się jak dziecko, zapominając o tym, co właściwie chciał powiedzieć.

W rozmowie z Freudem Mahler potwierdził moje spostrzeżenie. Wyznał niemoc twórczą, która polegała na tym, że kiedy już udało mu się wytworzyć klimat do wyrażenia czegoś wielkiego, wtedy przypomina mu się upiorna scena z dzieciństwa.
Któregoś dnia wybiegł z domu, nie mogąc słuchać sprzeczki między rodzicami, kiedy to ojciec gnębił jego matkę i w tym momencie na ulicy rozległa się głośna katarynka grająca popularną melodię – O mein lieber Augustin. Wydało mu się to straszliwie wulgarne, czuł się upokorzony i wyszydzony.

Eureka!!! Czy Symfonia Tytan (55 minut) jeszcze trwa?
Proszę skoczyć do 28 minuty nagrania. Specjaliści piszą, że Mahler wykorzystał tam smutną pieśń z rejonu Górnej Adygi, niektórzy piszą, że to stara pieśń słowiańska. Dla mnie jest to urocza muzyka klezmerska. Dlaczego trzeba było na to tak długo czekać? Po co ta gigantyczna orkiestra?

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – Gustav Mahler, memories and letters – KLIK.
3. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , | 1 komentarz

Droga do Santiago de Compostela. Carrión de los Condes.

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 20 września

Mam przed sobą 23 kilometry do Calzadilla de la Cueza. Tylko 23 kilometry, ale za to pierwszą godzinę w zimnisku pod górę, a reszta w słońcu, upale i kurzu. Postanawiam, że od jutra będę rano wkładać również rękawiczki. To ostatnia rzecz, z tych które mam w plecaku, których jeszcze nie używałam. Nawet onuce miałam już na sobie w jakiś ulewny deszcz. Do pierwszej i jedynej miejscowości na trasie – Carrión de los Condes – zaledwie 5 kilometrów i przelatuję je jak czarownica na miotle, ale to pewnie dlatego, że ciemno i zimno.

W Carrión poszłam na mszę do kościoła św. Klary – nie, to zdanie trzeba zapisać odwrotnie. Weszłam do ogromnego kościoła i ponieważ zaczynała się msza – zostałam. Opłacało się z kilku powodów – duchowy pomijam. Po pierwsze: ksiądz był bardzo gruby i sam, pytam więc, kto mu się pomógł ubrać w szaty i ornaty? Te szaty były nader uroczyste, wspaniała koronkowa alba i czerwony ornat. Był sam i prowadził mszę w tych uroczystych szatach wydawałoby się, że dla nikogo – mnie pomijam. Był sam i w liturgii towarzyszyła mu taśma albo płyta z nagraniem. Bardzo to było śmieszne. Ale Podniesienie jednak odprawił on osobiście.  Dopiero po czasie zauważyłam, że wielka część kościoła jest oddzielona gęstą kratą od nawy głównej i siedzi tam cała gromada mniszek. Jasne! Przecież jesteśmy klasztorze! Z kielichem w garści ksiądz podszedł do kraty, ktoś mu otworzył, ksiądz jednak nie wszedł do klauzury, a tylko wsunął tam ręce i tak udzielał komunii. Dopiero po mszy można było obejrzeć śliczną kapliczkę umieszczoną w klauzurze – wyglądała jak mały domek dla lalek, słodko i starannie umeblowany dla lalki, która tam mieszkała czyli Matki Boskiej. W kapliczce kafelki, ołtarzyk, obrazki na bocznych ścianach – marzenie każdej dziewczynki o własnej Matce Boskiej we własnym domku.

No tak, mała dziewczynka czyli ja. Uwielbiałam wtedy książkę Tarcza i kaptur Pii Górskiej, powieść o życiu św. Klary. Na pewno była to powieść bardzo świętobliwa, ale ja z niej odczytywałam przede wszystkim historię miłosną. Klara pochodzi z bogatej rodziny i postanawia przyłączyć się do świętego Franciszka, który wtedy jest już wydziedziczonym biedakiem, w końcu on sam też był z zamożnej rodziny. Klara chce się poświęcić biednym i Bogu, ale dla mnie było to zakochanie, Klara zakochała się we Franciszku i robi wszystko, by być blisko niego. Ciekawe, jakbym to teraz odczytała, gdyby się tak zdarzyło, że wzięłabym tę książkę po raz pierwszy do ręki? Nie mogę być do końca pewna, ale nie jest wykluczone, że to ta powieść ukształtowała moje dziewczyńskie pojęcie o tym, co to jest miłość. A te dziewczyńskie pojęcia mają potem okropnie długi żywot.
Zapomniałam o tym sto lat temu, ale natychmiast mi się przypomniało, jak tylko weszłam do kościoła. Dziękuję świętej Klarze, która stoi sobie w środku barokowego ołtarza, ubrana w nader twarzowy habit.

Oczywiście nie twierdzę, że spędziłam życie na modłach i pracy jak Klara, co to to nie, ale to od Pii Górskiej (nota bene, czy to nie zachwycające, jak imię nas określa na życie – Pia czyli pobożna organizowała naukę religii w ochronkach i przytuliskach i pisała pobożne książki) dowiedziałam się, że poważnego mężczyznę zdobywa się, dzieląc jego zainteresowania. No! W ciągu życia priorytety mi się nieco przestawiły i teraz od wielu lat jestem zdania, że warty uwagi jest tylko ten facet, który dzieli moje zainteresowania, ale w końcu wychodzi na jedno. Trzeba mieć o czym rozmawiać, a to się dobrze udaje, jak się ma wspólne zainteresowania.

Tyle słów Ewy Marii na tę świętą środę.

W czasie realnym przebywamy właśnie oboje, Tomasz Fetzki i ja, na konferencji w Szczecinie :-)

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | 1 komentarz

Lusatia alias Vita 5

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczamy budzącą ambiwalentne uczucia makietę średniowiecznego grodziska Raduš, żegnamy pełnym otuchy spojrzeniem, a może nawet miłym słowem, potężnego byka, wypracowującego dobrobyt dawnych mieszkańców osady i ruszamy na południowy wschód.

 1 byk radduschByk biorący udział w cywilizowaniu Łużyc. Aż by się chciało z zapałem zawołać: Oto symbol serbołużyckiej krzepy i pracowitości! Prasłowiański ci on! Tylko co zrobimy z sienkiewiczowskim germańskim turem w Quo Vadis? Lepiej poprzestańmy na stwierdzeniu, że zwierzątko jest sympatyczne i fotogeniczne.

 Już z daleka znów widać na horyzoncie potężne, dymiące kominy. Im bliżej, tym bardziej wielkość całego przedsięwzięcia przytłacza wędrowca. Schwarze Pumpe, czyli po serbołużycku Carna Plumpa, w pobliżu miasta Grodk (Spremberg): elektrownia spalająca, rzecz jasna, węgiel brunatny z miejscowych złóż. Przecież cały czas znajdujemy się na obszarze Łużyckiego Zagłębia Węgla Brunatnego. Uczucia – znowu ambiwalentne. Z jednej strony elektrownia urodą nie grzeszy, a okoliczne wyrobiska kopalni odkrywkowej Welzow-Süd wręcz przerażają. Ale z drugiej strony ten przemysł to praca i utrzymanie dla tysięcy ludzi. Poza tym trzeba przyznać, że tutaj robi się sporo dla ochrony środowiska: Schwarze Pumpe posiada instalację, wyłapującą niemal cały dwutlenek węgla ze spalin. Dymy nad kominami to głównie para wodna.

2 schwarze pumpeTylko z lotu ptaka można właściwie ocenić ogrom Carnej Plumpy. Dlatego Viator pozwolił sobie pożyczyć zdjęcie.

 Kopalnie i elektrownie spotkamy na trasie naszej wędrówki nie raz. Będzie okazja jeszcze o nich opowiedzieć. Tymczasem odwiedźmy Grodk. Miasto poważnie zniszczyły walki w maju 1945 roku. A potem niszczyła je odbudowa w stylu socjalistycznych blokowisk. I dlatego teraz niszczy się blokowiska, tym bardziej, że niemal jedna trzecia mieszkańców wyjechała za chlebem na zachód. Grodk wyludnił się, ale i wypiękniał. Kryje też małą ciekawostkę.

Był czas, gdy w centrum Europy rozpierało się i potężniało państwo o nazwie Cesarstwo Niemieckie (już po swym upadku nazwane II Rzeszą). Kajzerowscy geografowie wyliczyli, że jeśliby poprowadzić dwie linie, łączące skrajne punkty tego państwa – Memel (Kłajpedę) i Lörrach oraz Emden i Pless (Pszczynę), to przetną się one jak raz właśnie w Grodku. Ale już chyba nie dodawali zbyt głośno, że sam środek Cesarstwa zamieszkany był w większości wcale nie przez Niemców…

3 mittelpunktŚrodek Niemieckiej Rzeszy. Oczywiście w czasach, gdy faktycznie nim był.

Rację, po stokroć rację miał Heraklit: panta rzeczywiście rhei i nieraz bywa tak, że centrum staje się peryferią. Ale peryferie też potrafią być urocze. Na przykład wioska Sljepo (dla Niemców – Schleife), jakieś 10 kilometrów na wschód od Grodka. Przy ścianie sljepiańskiego kościoła wkopano w ziemię kilka pokutnych kamiennych krzyży. Kto i kiedy to zrobił – nie wiadomo. Ale ponieważ wszystko na tym świecie musi mieć swój sens i porządek, miejscowa ludność przechowuje podanie o tutejszym, bo pochodzącym z sąsiedniego Mulkecy (Mulkwitz) mocarnym gospodarzu, który walczył ze zbójami, zabijał ich i z tego powodu krzyże kamienne nosił. Viator nie ma jednak zamiaru przedstawiać całej historii czytelnikom. Lepiej niech sami do Sljepo przyjadą i odwiedzą ośrodek kultury serbołużyckiej. Tam dowiedzą się dokładnie, kim był Sylny Lysina, poznają też bohaterów innych wendyjskich podań i baśni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADer Starke Lysina ze sljepiańskiego ośrodka serbołużyckiego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMożna tu znaleźć więcej postaci z wendyjskiego bestiarium. Jest zmijowy kral

SAMSUNG DIGITAL CAMERA…jest też plon, czyli smok.

 Smoki różnego rodzaju zajmują w mitologii Serbołużyczan miejsce szczególne. Nie może być inaczej w krainie, gdzie ziemia płonie ogniem. A płonie, bo dawno temu Jego Wysokość Lodowiec, rozpychając i ugniatając łużyckie równiny, wypchnął z głębin pokłady węgla brunatnego niemal na powierzchnię. A one utworzyły wychodnie, które często ulegały samozapłonowi. Takie zjawiska najłatwiej było zaobserwować tam, gdzie lodowiec zostawił najwyraźniejsze ślady, czyli na morenach czołowych.

Tak się składa, że kilka kilometrów na wschód od Sljepo leży taka morena. Ponoć jedna z największych na świecie: Łuk Mużakowa. Można nie skorzystać z takiej okazji? Pytanie retoryczne.

7lukmuzakowaPasmo wzgórz polodowcowych w kształcie rogala o długości 40 kilometrów. Tutaj najwcześniej na całych Łużycach odkryto i zaczęto wydobywać węgiel brunatny. Po kopalniach, już dawno nieczynnych, pozostało ponad dwieście jeziorek i stawów – na mapie widać je wyraźnie po obu stronach granicy. A tam, gdzie Nysa przełamuje się przez środek Łuku Mużakowa, na malowniczych tarasach i wzniesieniach książę Hermann von Pückler stworzył swe Zielone Królestwo.

 Wstąpmy przeto na wzgórza morenowe. Bliskość Parku Mużakowskiego i jego inspirujący wpływ czuje się tutaj wyraźnie. Czuł je niewątpliwie niejaki Friedrich Rötschke, gdy pod koniec XIX wieku obsadził niemal dwieście hektarów swej posiadłości w Kromoli (Kromlau) azaliami i rododendronami. Coś pokombinował z bazaltowymi słupami. Dwa brzegi śródleśnego stawu spiął łukiem mostu Rakotz. Efekt? Sławny Rhododendronpark Kromlau.

8 kromlau

Rakotzbrücke w parku różaneczników. Ze zrozumiałych względów najlepiej pojechać tam w maju.

 Nacieszywszy się do woli pięknem parku ruszamy dalej pasmem moreny czołowej. Po przebyciu kilku zaledwie kilometrów docieramy do miasta o poetycznej nazwie Běła Woda, szerzej znanego jako Weisswasser.

9 weisswasserDwujęzyczny napis na budynku dworca kolejowego. Wszystko jasne, tylko co znaczy to O/L?

 Ani się spostrzegliśmy, że po drodze, gdzieś w okolicach Sljepo, wjechaliśmy na Górne Łużyce. Przypomni nam o tym napis na dworcu kolejowym. O/LOberlausitzBěła Woda na Łużycach Górnych.

10 kanalisationDla porównania: mała retrospektywa z miejsca, gdzie zaczęła się nasz podróż. Sorau N/L to oczywiście Sorau Niederlausitz. Takich płyt zachowało się w mieście sporo. Dekady minęły, granice przesunęły się, a one trwają na posterunku.

Przywitała nas Hornja Łužica moreną czołową oraz krzewami rododendronów. I odtąd, wiadomo, napięcie będzie rosnąć.

Opublikowano Tomasz Fetzki | Otagowano , | 2 komentarzy

Prezent na urodziny czyli…

Ewa Maria Slaska o roli przypadku w ludzkim życiu

dedykuję Marynie Over

Były moje urodziny. Nie mogłam w nocy spać. Nie mogłam i nie mogłam. Gdy już się zorientowałam, że to takie niespanie, kiedy nic nie pomoże, zapaliłam światło i sięgnęłam po książkę. Było to jednak poważne dzieło, a gdy nie można spać, nie można czytać Dzieł, tylko książki znane i lubiane. Tak to po latach zapewne 30 sięgnęłam po Opowieści mojej żony. Przeczytałam kilka opowiadań, po kolei, bo ja nie lubię skakać z rozdziału do rozdziału, tylko lubię, żeby wszystko było po kolei. Ciekawe, że jak sama piszę, to nie piszę po kolei. Ale to akurat w tym miejscu nieważne. Czytałam więc, a oczy powoli zaczęły mi się kleić. Gdy skończyłam czytać, zasnęłam.

Mirosław Żuławski

KER

Odbywały się właśnie Dni Książki i rozmowa dotyczyła różnych korzyści, jakie przynosi lektura, oraz roli książki w podnoszeniu kwalifikacji osobistych. Panie robiły na drutach, a mężczyźni nie robili nic, tylko wałkonili się w słońcu.
– Jeśli o mnie chodzi – powiedziała moja żona – to zawsze byłam zapaloną czytelniczką, ale pewnego razu czytanie książek nie tylko nie pomogło mi i nie wyszło na dobre, ale nawet poważnie przeszkodziło w nauczeniu się czegoś, na czym mi ogromnie zależało. Stąd wniosek, że nie należy generalizować i przesadzać, przypisując książkom i lekturze same dobre strony.
– Opowiedz! Opowiedz! – zawołały panie.
Moja żona szybko policzyła drutem oczka w robótce, którą zaraz przełożyła z jednego druta na drugi.
– Było to – powiedziała moja żona – w pierwszych latach po wojnie. Dziwnym zbiegiem wypadków, możliwym tylko w owych czasach, mój mąż został skierowany do pracy w ambasadzie w Paryżu. Z wyjazdu pamiętam tylko tyle, że przez cały dzień biegałam po Warszawie za jakimś kapeluszem, bo jeżeli wtedy w Paryżu modne były kapelusze, to żadna kobieta nie pokaże się bez kapelusza. Teraz zresztą, znowu są modne.

Po przyjeździe czułam się bardzo nieszczęśliwa, bo nie rozumiałam nic z tego, co do mnie mówią, chociaż w gimnazjum miałam zawsze piątkę z francuskiego. Wobec tego mąż mój postanowił, że pojadę na dwa miesiące letnie do Bretanii, i to zupełnie sama, tak żebym miała od rana do wieczora do czynienia wyłącznie z językiem francuskim. Pojechałam więc do takiej małej, rybackiej dziury i zamieszkałam w hoteliku, który stał nad samym morzem.

Właścicielką tego hoteliku była pani Cochennec. Miała lat osiemdziesiąt, nosiła wysoki, koronkowy czepek, który nazywa się bigouden, i nie umiała ani czytać, ani pisać. Wieczorami zapraszała mnie na rozmówkę i kieliszek wiśni w koniaku, co bardzo lubiła. I to była moja jedyna konwersacja w ciągu dnia!

Przesiadywałam całymi dniami na plaży, czytając książki i patrząc na przypływy i odpływy morza. Zmieniały one zupełnie wygląd zatoki, bo w czasie wielkich przypływów morze wypełniało ją aż po samą plażę, a w czasie odpływów ocean uciekał daleko, odsłaniając skały, pośród których brodzili ludzie w poszukiwaniu krabów, małży i krewetek.

Byłam zupełnie samotna. Do tej miejscowości przyjeżdżały przeważnie matki z dziećmi, była to tak zwana plaża rodzinna, nikt się mną nie interesował, przesiadywałam więc całymi godzinami nad morzem, czytając książki i martwiąc się, że tak nigdy nie nauczę się francuskiego. Na pewno było tam ładnie i ciekawie, ale kiedy człowiek jest taki zupełnie sam, to czuje się nieszczęśliwy nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Powiedziałabym nawet, że im gdzieś jest ładniej, tym więcej dokucza samotność. A ponieważ tam było naprawdę bardzo ładnie, więc samotność dokuczała mi ogromnie. W dodatku nie robiłam żadnych postępów we francuskim, a przecież pojechałam tam po to, żeby język właził mi przez cały dzień do głowy przez uszy. Mój mąż twierdził, że to jest jedyna metoda i że on tak właśnie nauczył się francuskiego, kiedy za studenckich czasów spędził jakiś czas w Paryżu. Dziś jestem prawie pewna, że musiał sobie sprawić jakiś słownik, którego z całą pewnością nie wkładał na noc pod poduszkę, lecz postępował z nim wprost przeciwnie.

Obruszyłem się, bo w pobliżu znajdowały się osoby nieletnie i strzygły uszami, ale moja żona spojrzała tylko na mnie i powiedziała:
– Ale on się i tak nigdy do niczego nie przyzna.
Wolałem więc nie wchodzić na ten grząski grunt, na którym nikt nie może czuć się pewnie, i puściłem to mimo uszu, a moja żona powiedziała:

Powiedziałam o tym wszystkim pani Cochennec, która zamyśliła się na króciutko, nigdy nie widziałam, żeby zamyśliła się na dłużej niż na króciutko, i zapytała, co robię całymi dniami na plaży. Kiedy jej powiedziałam, że czytam książki, podniosła obie ręce i oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, bo to się działo przy kontuarze, na którym stały nasze wiśnie w koniaku, i zawołała: „Książki! Dobry Boże! Któraż szanująca się matka rodziny podejdzie do kobiety, trwoniącej czas na czytanie książki!”
I kazała mi zabrać ze sobą na plażę wełnę i druty. Powiedziałam jej, że nie umiem robić na drutach. Odpowiedziała, że to bardzo dobrze, że nie umiem robić na drutach, i poradziła, żebym usiadła na dobrze widocznym miejscu i manipulowała drutami tak, żeby z daleka było widać, że nie umiem robić na drutach. Tak też uczyniłam i gdy tylko te panie zobaczyły, że chciałabym robić na drutach, ale nie mam o tym zielonego pojęcia, zleciały się ze wszystkich stron i zaczęły mówić do mnie jedna przez drugą, tak że do końca pobytu miałam już konwersację i kiedy mój mąż po mnie przyjechał, paplałam już z tymi paniami tak, że nie mógł się zupełnie połapać, o co chodzi. Tak to nauczyłam się robić na drutach i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o wkraczaniu cudownych przypadków w życie ludzkie, o czym wam może kiedyś opowiem.

Ale panie chciały koniecznie usłyszeć natychmiast o cudownych interwencjach przypadku w życie ludzkie, bo tak naprawdę to jest właśnie to, na co wszyscy liczymy, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Gromadzimy więc po kryjomu wszelkie fakty świadczące o takich przypadkach w nadziei, że i nam się także coś podobnego przytrafi.
Moja żona policzyła znowu oczka w robótce, dotykając ich po kolei drutem, i powiedziała:
– W czasie naszych wieczornych posiedzeń przy wiśniach w koniaku pani Cochennec opowiedziała mi swoje życie ze szczegółami. Ja już mam takie szczęście, że kogo tylko spotkam, to zaraz opowiada mi swoje życie ze szczegółami, ale to chyba dlatego, że, jak wam już mówiłam, ludzie obchodzą mnie najbardziej ze wszystkiego na świecie. Nikt przecież nie wpadnie na pomysł opowiadania o sobie komuś, kogo interesują tylko ryby albo znaczki pocztowe, czy też komuś, kto interesuje się tylko samym sobą, to jest niczym, jak nie wskazując palcem niektóre osoby.

Postanowiłem udawać, że drzemię na leżaku, więc moja żona ciągnęła dalej:

- Pani Cochennec pochodziła z biednej, ale za to licznej rodziny, więc od dziecka była służącą u jednych państwa w Quimperlé, bo te właśnie biedne, ale liczne rodziny bretońskie dostarczają Francji od wieków marynarzy, żołnierzy i pracownic domowych. Kiedy miała lat osiemnaście, poznała młodego cieślę, który pracował przy restauracji katedry w niedalekim Quimper. Cieśla miał złote włosy i niebieskie oczy, których pani Cochennec nigdy nie mogła zapomnieć, więc ślub odbył się w kościele w Quimperlé i zaraz potem urodziła się Jeannette. W czasie mojego pobytu miała już własne dzieci, ale to nie ma nic do rzeczy, wróćmy więc do czasów, kiedy była maleńkim, ślicznym noworodkiem. Wówczas bowiem wydarzyło się nieszczęście: złotowłosy i niebieskooki cieśla zabił się spadając z wieży katedry w Quimper, pozostawiając żonie i córeczce w spadku jedynie mały domek, w którego kupnie ulokował wszystkie swe oszczędności. Pozostawszy bez środków do życia pani Cochennec zamieszkała w tym domku, zajmując wraz z córeczką kuchnię a jedyną izbę i co parę lat wyklejała jej ściany nowymi, czystymi tapetami. Ale któregoś lata tapicer oświadczył, że nie można naklejać tak bez końca jednych tapet na drugie, że trzeba zedrzeć te, które już zostały naklejone, i zacząć wszystko od nowa. Pani Chochennec targowała się z nim zawzięcie, bo powiększyło to znacznie koszty przygotowania izby do sezonu, ale tapicer był nieugięty i postawił na swoim.
Poczęli więc zrywać tapety, a mała Jeannette dzielnie im w tym pomagała. Oderwała z wielkim trudem płat tapety, ale zaraz przestała, bo zobaczyła pod nią kawałek czyjejś nogi.
Krzyknęła z wrażenia, więc pani Cochennec i tapicer przybiegli kolejno i wtedy oni także zobaczyli tę nogę. Wyglądała spod zdartej tapety wymalowana na murze olejną farbą i choć nie była tak całkiem podobna do prawdziwej nogi, można się było domyślać, że to ma być noga.
Moja żona przerwała i popatrzała na nas, jakby chciała sprawdzić, czy wyobrażamy sobie należycie tamtą izbę i tamtych troje oglądających namalowaną na ścianie nogę, a my widzieliśmy to wszystko tak dokładnie, jak widzi się zawsze bardzo dawne wydarzenia i ludzi, których nie spotkało się nigdy.
– Wtedy – mówiła dalej moja żona – tapicer zerwał własnoręcznie resztę tapety ze ściany, odkrywając w całej okazałości wielkie malowidło, płaskie i bez perspektywy, na którym niebo miało kolor, jaki powinna mieć ziemia, a za to ziemia była czerwona i niebieska, jak niebo o zachodzie słońca.
„Trzeba będzie zamazać wapnem – powiedziała ze zmartwieniem pani Cochennec. – Bohomaz taki jakiś.”
Ale tapicer powiedział surowo, żeby się nie ważyła dotknąć tego malowidła, dopóki on nie wróci, a jeśliby go broń Boże dotknęła, to on więcej ręki nie przyłoży do tapetowania izby, co było wystarczającą groźbą, bo drugiego tapicera nie było w całej okolicy. Wsiadł na rower i pojechał do Quimperlé, skąd wrócił pod wieczór prowadząc ze sobą brodatego malarza w rozwianej pelerynie i w ogromnym berecie. Malarz zażądał zaraz cidre’u, bo dzień był upalny, pani Cochennec miała w piwnicy dobry, musujący i chłodny cidre chowany dla letników, więc ten malarz wypił cztery butelki tego cidre’u i kiedy już miał dość, powiedział, że nie dałby ani czterech sous za bohomaz na ścianie, po czym wsiadł na rower i odjechał z powrotem do Quimperlé.

Pani Cochennec wiedziała z góry, że tak się to skończy, i zaczęła użalać się na niepotrzebną stratę czasu i cidre’u, lato już się zaczynało, w kiosku naprzeciwko ustawiano już ruszt do smażenia bretońskich naleśników, a tapetowanie pokoiku jeszcze się nawet nie rozpoczęło. Ale tapicer tylko na nią popatrzył, ale za to tak, że umilkła od razu. Poszedł do sklepikarza, zastawił rower, żeby mieć na bilet do Quimper, i wrócił nazajutrz w południe prowadząc ze sobą trzech panów ubranych z miejska, którzy ledwie rzucili na obraz okiem, zaraz zaczęli wydawać okrzyki i podnosić w górę ramiona, jakby stało się jakieś nieszczęście, nie chcieli pić cidre’u, tylko zaraz zabrali się z powrotem, a nazajutrz powrócili z wozem transportowym i czterema murarzami, którym kazano wyciąć obraz wraz ze ścianą i załadować na wóz, a pani Cochennec kazali coś podpisać krzyżykami przy świadkach i dali jej czterdzieści tysięcy franków w złocie, co było bardzo dużą sumą, jako że działo się to wszystko przed pierwszą wojną światową, kiedy pienądz był jeszcze coś wart. Za te pieniądze pani Cochennec wybudowała pensjonat, w którym mieszkała, a Jeannette poszła do szkoły i została nauczycielką, potem wyszła za mąż i miała dużo dzieci.

Moja żona umilkła i najwyraźniej uważała opowiadanie za skończone. Widać to było po jej minie i ze sposobu, w jaki zabrała się do robienia na drutach.
– No dobrze – spytaliśmy. – A co to był za obraz?
– To nie ma nic do rzeczy – powiedziała moja żona – co to był za obraz. Nie zmienia bowiem w niczym sensu opowieści, której treścią jest ingerencja przypadku w życie ludzkie, a nie przyczynek do historii sztuki. Ale jeśli już chcecie koniecznie wiedzieć, to wam powiem: to był najprawdziwszy Gauguin. Powstał zapewne w czasie drugiego pobytu malarza w Bretanii. Gauguin musiał nie mieć któregoś dnia na płótno, co mu się często zdarzało, i począł malować na ścianie izby, którą wynajmował, żeby dać upust rozsadzającej go pasji twórczej. W ten sposób, gdyby Gauguin miał dość pieniędzy na płótno, pani Cochennec tapetowałaby do końca życia swój jedyny pokoik. Być może, jakiś inny przypadek sprawił, że Gauguin nie miał na płótno akurat wtedy, kiedy miał natchnienie. Być też może, że młody cieśla całkiem przypadkowo kupił właśnie ten domek, a nie inny, bo tam było zawsze pełno domków do kupienia. Ale nie było przypadkiem, że tapicer nie pozwolił zamazać obrazu wapnem, jak chciała pani Chochennec, i może to on jest właściwym bohaterem tej historii, obok domku oczywiście, a domek po bretońsku nazywa się „ker”. Już jesteście zadowoleni?
Potaknęliśmy chórem, a wtedy moja żona podniosła wzrok znad robótki, popatrzyła na nas i powiedziała:
– Cóż to za przerażający brak wyobraźni! Myślicie naprawdę, że to jest wszystko, co na ten temat można powiedzieć? Nikt z was nawet nie pomyślał o człowieku, który był przekonany, że zrobił świetny interes, sprzedając młodemu cieśli z Quimperlé za parę franków walący się domek, zawierający coś, co warte było czterdzieści tysięcy franków w złocie. Ale to już zupełnie inna historia i może ją jeszcze kiedyś opowiem.

Rano mogłabym napisać Wam w ramach porad kulturalnych, że zapewne nikt już nie czyta Opowieści mojej żony, a szkoda, bo to dobra literatura i warto do niej po latach zajrzeć ponownie. Albo po raz pierwszy. I wtedy się okaże, że nie pojedliśmy wszystkich rozumów i przed nami też był już ktoś, kto rozmyślał o sprawach gender, nie wiedząc zapewne, że słowo takie w ogóle istnieje, albo że może być problemem.

I na tym by się skończyło. Ale nie, bo oto – i możecie mówić co chcecie, ale jeśli to nie jest cudowny przypadek, to jest to jeszcze bardziej cudowna telepatia. Bo oto w urodzinowy poranek Maryna Over przysłała mi na Facebooka ten oto obraz:

Paul Gauguin, Mulatka z rudą małpeczką

Wszystko się zgadza, jest nawet noga jak żywa. Nie mam pojęcia, jaki obraz Gauguina odkrył tapeciarz pani Cochennec, nie wiem nawet, czy to była prawda, czy opowieść. Ważne jednak, że Maryna przysłała mi na urodziny właśnie ten obraz!

Opublikowano Ewa Maria Slaska, Maryna Over, Mirosław Żuławski | Otagowano , , | Dodaj komentarz