Wykłady profesora Dąbrowskiego III – Nazwisko

Myślałam, że już możemy przejść do Tatarów i Babci-Szamanki, ale okazuje się, że nie. Dziś tekst, który najlepiej udowadnia prawdziwość twierdzenia filozofii buddyzmu zen – nieważne gdzie zaczniesz swoją opowieść, w końcu obejmie ona po prostu cały świat.

Ryszard Dąbrowski

Etymologia i znaczenie nazwiska Dąbrowski

- nazwisko to występuje w polskich źródłach pisanych po raz pierwszy w 1386 roku, inne jego formy to: Dombrowski, Dabrowski, Dambrowski,
- nazwisko pochodzi od geograficznych nazw wiosek i miasteczek „Dąbrowa”, jest to najczęściej występująca w Polsce nazwa topograficzna,
-„dąbrowa” to przerzedzony las na użytek pasterski z pozostawionymi starymi dębami, które trudno wykarczować i najpożyteczniej było pozostawić je dla żołędzi służących na karmę dla bydła. Slowo „dąb” jest nazwą botaniczną drzewa. Reliktowo miało ono brzmieć „dąbrow”. Zanik starej formy objaśnia się semantycznym tabu związanym z kultem tego drzewa u Słowian. Samo słowo ma pochodzić ze staroindyjskiego i oznaczać dymno-szarą barwę drzewa dębowego. „Dąbrowa” to także ciemna niwa.
- w roku 1990 mieszkało w Polsce 92.945 osób o nazwisku Dąbrowski, 2.786 – Dombrowski, 131 – Dabrowski oraz 11 – Dambrowski.

U Słowian dąb a także wiąz, klon lub jesion, jako znaczniejsze drzewo, był nieodzowną częścią świętego gaju. Gaj był siedliskiem bogów i bóstw. Znajdował się w głębi lasów okalających wieś. Gdy zakładano nową osadę i wyłaniała się potrzeba obrania uroczyska na święty gaj, szaman dosiadał wtedy młodego pozbawionego uzdy konia i pozwalał się nieść w las nie kierując wierzchowcem. Tam gdzie się koń zatrzymał, powstawał święty gaj. Odbywały się tam modły oraz ceremonie religijne i ofiarne. Nie wolno było bez potrzeby wchodzić do świętego gaju, nie wolno było w nim zbędnie rozmawiać ani krzyczeć. Nie wolo było tam polować, zrywać liści, zbierać ziół i jagód oraz chrustu. Wykroczenie przeciwko tym tabu, miało ściągać zemstę bogów i powodować choroby, utratę wzroku a nawet śmierć.
Były gaje większe dla kilku wsi, mniejsze dla tylko jednej wsi, jednego rodu a nawet rodziny. Naczelnemu drzewu, a inaczej zamieszkującemu je bóstwu, przypisywano właściwości lecznicze. Zawieszano na nim podłużne szmatki, kawałki odzieży, zapaski, chustki oraz koszule. Zniszczenie zawieszonej części ubioru, w miarę upływu czasu, miało pociągnąć za sobą zniszczenie choroby. Powszechnie wierzono w apotropeiczną (ochronną) moc dębu.
Wiarę w mityczny związek dębu z gromowładnymi bóstwami daje się wytłumaczyć tym, że w dęby biją częściej pioruny niż w inne drzewa. Naukowcy twierdzą, że pioruny uderzają częściej w drzewa, które latem zawierają więcej skrobi (dąb, jawor, wiąz) niż np. lipa, która zawiera mniej skrobi a więcej tłuszczów.
Święte drzewo, które przeżyło swój wiek i padało na ziemię, musiało bezużytecznie rozsypać się w proch. Miejsce takie uważano także za święte i przypisywano mu własności lecznicze. Często wznoszono na nim później kościoły, cerkwie i klasztory. Ciekawym jest los świętych gajów po narzuceniu ludności chrześcijaństwa. Gaj pozostawał nadal miejscem zabronionym z obawy przed wystąpieniem nieszczęść. Hierarchia kościelna budowała często w jego obrębie kościół anektując jego świętość i nietykalność.
Interesującymi są inne wierzenia związane z drzewami na niektórych terenach Słowiańszczyzny. Wierzono, że tam gdzie zostanie pochowany człowiek wyrośnie wierzba, jawor lub jarzębina. Gdy zetnie się takie drzewo, wypłynie z niego krew i dobędzie się ludzki głos. Na środkowym Polesiu istniał całkowity zakaz rąbania jarzębiny umotywowany ich ludzkim pochodzeniem. Zrębując jakieś inne drzewo, należało złożyć ofiarę, aby uniknąć zemsty demona, który ewentualnie mógłby na nim lub w nim zamieszkiwać. Użycie lipy na opał było grzechem
W niektórych rejonach praktykowano metodę leczenia chorych, przeważnie dzieci, polegającą na przeciąganiu ich przez szczeliny umyślnie rozszczepione w żywym i zdrowym drzewie, najczęściej dębie. Rozszczepione drzewo było później związywane linami i w załeżności od stanu jego regeneracji wyrokowano o dalszym przebiegu rekonwalescencji chorego. Podczas tej ceremonii chory miał przejąć cechy zdrowego drzewa, jego krzepkość i odporność a drzewo miało „zdjąć” z niego chorobę.

Udało mi się znaleźć informacje dotyczące wierzeń związanych z dębem u Litwinów. Podobnie musiało to równierz wyglądać u Słowian zamieszkujących tereny obecnej Polski.

modelswiatakosmolitewskaModel świata w kosmologii plemion litewskich.

W centrum świata jest drzewo (dąb?) podtrzymujące niebo oraz sięgające korzeniami do świata podziemnego.
Ziemię i jej sklepienie oblewają wody praoceanu.

modelswiatakosmolitewska2Święty dąb i jego otoczenie oraz rysunek przekroju świętej strefy wokół dębu.

Strefa ta podzielona była na trzy pola symbolizujące trzy strefy kosmosu:

- świat podziemny, władany przez boga śmierci Patollusa*, oznaczony czaszkami bydlęcymi lub ludzkimi,
- świat ziemski, władany przez boga płodności i życia Potrimpusa*, symbolizowany przez węża oraz
- świat nadziemny, władany przez boga strzegącego kosmicznego ładu Perkunasa*, symbolizowany przez ogień.

Patollus – (Patals, Patulas), bóg śmierci i zniszczenia, hipostaza boga magii. Symbolem jego była czaszka ludzka lub bydłęca. Ukazywał się nocą w postaci starca z długimi siwymi włosami.

Potrimpus – (Patrimpus), bóg płodności i wody oraz mądrości i zwycięstwa, władca życia. Symbolem jego był zaskroniec. Ukazywał sie w postaci węża lub młodego mężczyzny z wiankiem na głowie.

Perkunas – (Perkons, Perkun, Perun, słowiański Piorun), bóg nieba i sprawiedliwości, władca pór roku oraz piorunów. Najważniejszy bóg plemion litewskich. Jego świętym drzewem gdzie zamieszkiwał oraz symbolem było drzewo dąb. Jego nazwa wzięła sie od pierwotnej litewskiej nazwy dębu: „perky” oraz „perkus”. Z czsem zanikła nazwa kultowa boga stając sie określeniem zjawiska przyrodniczego – piorunów a drzewo zaczęto określać innym słowem („ążuolas”).
Później wierzono, że w dębie zamieszkiwał bożek dębowiec, który władał piorunami i często godził nimi właśnie w dęby.

***

Opracowano na podstawie:
- Bańkowski A. „Etymologiczny słownik języka polskiego”, Warszawa, 2000,
- Brückner A. „Słownik etymologiczny języka polskiego”, Warszawa, 1927,
- Moszyński K. „Kultura ludowa Słowian”,tom II – „Kultura duchowa”, Kraków, 1934,
- Rymut K. „Nazwiska Polaków”, Kraków, 1999,
- Tomczak L. „Słownik odapelatywnych nazwisk Polaków”, Wrocław, 2003,
- „Słownik nazw osobowych”, Tomy 1-6, Warszawa. 1965 – 1983,
- dane PESEL z końca 1990 roku.

Opublikowano Ryszard Dąbrowski | Otagowano | Dodaj komentarz

Kubicki und Hufeisensiedlung

StolpersteinStanislaw_KubickiAusstellung im Hufeisen-Café
1. – 18. Mai 2014
Info-Station Fritz-Reuter-Allee 44
Berlin Britz

Freitag / Samstag / Sonntag 14.00 – 18.00

Stanisław Kubicki
- ein deutsch-polnischer Avantgardist aus der Hufeisensiedlung

Stolperstein, Onkel-Bräsig-Straße 46, in der Hufeisensiedlung

Der Graphiker, Maler und Dichter Stanisław Kubicki, ein wichtiger Vertreter des Expressionismus und Konstruktivismus,  wohnte von 1927 bis 1934 in der Hufeisensiedlung , bevor er von den Nazis bedroht in seine polnische Heimat zurück ging. Dort schloß er sich 1939 dem polnischen Widerstand an. 1941 von der Gestapo in Warschau verhaftet, wurde er 1943 im Gefängnis Pawiak ermordet.

stasmalgosiaDie Ausstellung wird begleitet vom Rahmenprogramm.

Donnerstag, 1. Mai, 15:00 Uhr
Ausstellungseröffnung und Treffen mit Dr. Stanislaw Karol Kubicki – der Sohn des Künstlers wird einen Einblick in die Persönlichkeit seines Vaters und einen Überblick über seinen Lebensweg geben

Sonntag, 4. Mai, 15:00 Uhr
Dr. Lidia Głuchowska
hält einen Vorträg über Bilder des Künstlers
Achtung! andere Adresse:
Seniorenfreizeitstätte Bruno Taut
Fritz-Reuter-Allee 50
12359 Berlin

Sonntag, 11. Mai, 15:00
Przemysław Walkowiak & Laura Schwickerat tragen zweisprachig Gedichte des Künstlers, die er 1919-1921 auf Deutsch und Polnisch schrieb bzw. jeweils selbst in die andere Sprache übersetzt

Sonntag, 18. Mai, 15:00 Uhr
Dr. Andreas Hüneke
hält einen Vorträg mit dem Titel “Verfemt und vernichtet. Das Schicksal von Künstlern und ihren Werken in der NS-Zeit”

Es gibt die Möglichkeit während der Ausstellung die Bücher von Frau Dr. Lidia Głuchowska, herausgegeben vom Verein WIR zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur, über den Künstler zu kaufen:

loewkubcoverkubickinoecover

 

 

 

 

Zum Weiterlesen:

Der deutsch-polnische Avantgardist Stanisław Kubicki ist dem Leser dieses Blogs bestens bekannt. Wir schrieben viel über ihn.

Längere Texte nur über ihn wie hier:

http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/29/artifex-doctus/

http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/01/mojzesz/

Oder auch über ihn im Kontext seiner Epoche:

http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/08/26/zdroj/

http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/20/yiddishland/

Auch seine Gedichte gab es schon hier zum Lesen:

http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/02/der-brennende-dornbusch/

http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/11/17/poezja-poesie-stanislaw-kubicki/

Und da gab es auch, acht Wochen lang, die Erinnerungen seines Sohns an seine Kindheit unter den polnischen adeligen Familien – der erste Beitrag wurde am 2. September 2013 veröffentlicht und dann immer Montags:

http://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/02/immer-montags-der-polnische-adel/

Opublikowano Redakcja | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
- W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejsach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
- zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
- “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
- wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4- 17. lipca 2014 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.

Opublikowano Ewa Wierzbowska | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 6

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (17)6.

Bonifácio: Quincunx i kostka domino

Na przecięciu czterech pór roku
na skrzyżowaniu czterech stron świata
w punkcie ciężkości, lekkości, środka,
w sercu tarczy świata, gdzie ostrze
sztyletu, grot strzały – tam Bonifácio
sługa wieży zamiatał pył Czarnej Drogi.

W zamian za swoją pracę pobierał
skromną lecz godziwą płacę, za którą
mógł wyżywić siebie, żonę i gromadkę dzieci.
Mimo wojny, ukrytej za mgłą horyzontu
i pogłosek ulicznych, wypłaty
z kasy miasta były wciąż regularne.

Monety przedstawiały podobiznę Ateny
strażniczki mądrości, sztuki i wojny sprawiedliwej.
Bogini była wprawdzie piękna i uśmiechnięta
lecz jej hełm nie wróżył nic dobrego,
tylko krzyk i krew, i śmierć, choćby
działo się to w imię słusznego prawa.

Bonifácio wolał rewers: sowa wsparta
na jońskiej kolumnie i gwiazda wskazywały niebo.
Mówiły wiele o milczeniu nocy.

. . .

Rzymską monetę pług wyrzucił na powierzchnię
bruzdy, wraz z chwastem, na wiosnę. Jest cienka,
lecz wciąż odporna na upływ dni.

A wartość jej była pięć dwunastych asa.

Dla oznaczenia nominału wytłoczono
pięć kropek: w czterech rogach po jednej
i piąta – w środku, splot i koniunkcja dróg
tamtych czterech. Powiadają, że w taki oto sposób
system monetarny cesarstwa dał początek
geometrii gry w karty, kości do gry i kostki domino.

Również żołnierzy rzymskich legionów
w natarciu ustawiano tak, by tworzyli trzy
naprzemienne szeregi w układzie kwinkunksów.
Monety bito z brązu w mennicach Lucerii,
Teate i Larinum, i tylko w czas drugiej wojny
punickiej, w latach 218-201 przed naszą erą.

Czy to możliwe, że wciąż wiedziemy wojny aż tyle lat?

***
Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

6.
Bonifácio: Quincunx and the Domino Dice

At the intersection of the four seasons,
at the crossroads of the four cardinal directions,
at the centre of gravity, and lightness, at the heart
of the world’s shield, where the blade of a dagger, or
the point of an arrow stab – there Bonifácio,
the tower’s keeper, swept the dust of the Black Road.

In exchange for his work he took a humble
yet honourable wage, with which he could
feed himself, his wife and a brood of children.
Despite the war, lurking behind the misty horizon
and the rumours in the streets, his wages
from the city’s coffers were still regular.

The coins displayed a likeness of Athena
the Guard of arts, wisdom and just war.
The goddess was beautiful and smiling,
yet her helmet boded ill, only cries
and blood, and sudden death,
though it be in the name of a fair law.

Bonifácio preferred the reverse:
an owl perched on an Ionic column
and a star above, pointing to the sky,
both spoke much of the silence of night.

. . .

The plough tossed a Roman coin onto the furrow,
with the weed, in Spring. It is thin, yet still resistant
to the passing of days.

At the time its value was five twelfths of an ace.

To mark the value, five dots
were coined: one in each of four corners
and the fifth – in the middle, the crossing and
conjunction of the roads of the other four.
They say this is how the empire’s
monetary system gave rise to the geometry
of card games, dice and dominoes.

Roman legion soldiers were also
positioned in attack to form three
alternating rows of quincunxes.
The coins were struck from bronze
in mints at Luceria, Teate and Larinum,
and only during the second Punic war
in the years 218-201 before Christ.

Is it possible we still wage wars for so many years?

Opublikowano Jacek Dominiczak, Katarzyna Krenz | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kot czyli zając

plakat-krolikSłowo Ewy Marii Slaskiej na niedzielę wielkanocną

Jest taki film. Wypodukowano go 5 lat temu. Jego zapowiedź brzmi następująco: Alegoryczny film przedstawiający życie dzikich królików między murami podzielonego Berlina. Między murami króliki czuły się bezpieczne, dopóki nie okazało się, że mur nie służy ich ochronie. Króliki zapragnęły wolności. O budowie i upadku muru berlińskiego z zupełnie innej, niecodziennej perspektywy.

Królik po Berlińsku, 2009

film produkcji polskiej i niemieckiej
producentka: Anna Wydra
premiera: 24 kwietnia 2009 (świat)
reżyseria: Bartosz Konopka
scenariusz: Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski

Fajny film, wielokrotnie nagradzany, w roku 2010 nominowany do Oskara.

Ale ja już jestem taka Panna Czepliwa i zawsze znajdę coś, żeby się przychrzanić. Bo oto w Berlinie między murami (bo MUR to były dwa mury i tzw. pasmo śmierci między nimi) żyły króliki, tak jak to jest w tytule filmu, ale w filmie jest mowa na przemian o królikach i o zającach.

haseishaseNo cóż, może nie każdy wie, że królik i zając to nie są te same zwierzęta. Wygląda na to, że nie wiedzieli tego ci mieszkańcy Berlina Wschodniego, którzy jeszcze za czasów NRD zainicjowali Akcję Zajęca jako symbolu wolności. Myślę natomiast, że twórcy filmu już to wiedzieli, ale chwytliwość tytułu straciłaby znacznie na sile, gdyby coś tu trzeba było ekstra tłumaczyć. Na ekranie pojawia się więc zając, a lektorka, Maria Peszek, łagodnym i spokojnym głosem mówi o króliku, w kadrze filmu widzimy napis Hase bleibt Hase! przetłumaczony w podpisie na tytułowego królika. Królik zawsze będzie królikiem.

Z kolei jeden z artystów berlińskich, Peter Unsicker, mówi, że zrobił na Wielkanoc pocztówkę z królikiem po berlińsku. Używa słowa Kaninchen – królik. A na pocztówce jest przecież zając. Ale mniejsza – potraktujmy to jako nasze blogowe życzenia świąteczne. Niech nam w tym roku obrodzi marchewka, kapusta i siano! Prawdziwe i symboliczne!

hasekaninchenNo dobrze, zapytacie, a gdzie kot?

O, po kota trzeba się udać do Azji. Bo w azjatyckim zodiaku jest taki znak, który w Chinach i Japonii nazywany jest Królikiem, w Wietnamie zaś Kotem.  W Europie, gdzie zodiak azjatycki jest po prostu modną ciekawostką, wróżbici i wróżbitki posługują się kotem i królikiem, nie zastanawiając się nawet, dlaczego dokonują takiego, a nie innego wyboru.

zodiak-Fukuoka_KushidaTen piękny rzeźbiony Zodiak został umieszczony na sklepieniu bramy do świątyni Kushida w Fukuoce (Japonia). To świątynia Amaterasu i Susanoo,  z 757 roku.
Między tygrysem a smokiem widać dwa białe króliki. Poniżej z kolei dwa na chybił trafił wybrane portale internetowe, gdzie zamiast królika jest kot. Lub Kot czyli Królik.

kot czyli krolikCzyli Zając = Królik = Kot.

A przecież jeszcze z Kota można zrobić tygrysa. Proszę, oto japońskie malarstwo, malowanego kota podrzuca nam na Wielkanoc Maryna Over. Kazuaki Horitomo Kitamura.

attoo artist Kazuaki Horitomo KitamuraCzyli Zając = Królik = Kot = Tygrys. Tygrys jest tradycyjnym europejskim zwierzęciem wielkanocnym.

Co było do udowodnienia.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Pomniki na stacji Grunewald

Ewa Maria Slaska o pomnikach Zagłady i Karolu Broniatowskim

O jednym z tych pomników już przed rokiem pisałam. TU. Dziś jednak chciałabym napisać o całym kompleksie pomników skupionych koło stacji kolejki miejskiej Grunewald.

pomnikiGrunewaldPoziom (10)Słodki budyneczek, ale jak się wie, to, co powinno się wiedzieć, to ta słodycz wieje najprawdziwszą grozą. Bo to z bocznego toru na tej stacji odjeżdżały pociągi bydlęce do Theresienstadt, Birkenau, Auschwitz… 35 tysięcy kobiet, dzieci i mężczyzn odjechało stąd na śmierć i mączeństwo.

pomnikiGrunewaldPoziom (12)Na krawędzi peronu wypisane daty, nazwy obozów, liczby oznaczające ilość osób jednorazowo wywiezionych.

pomnikiGrunewaldPoziom (14)Pomnik został powściągliwie nazwany Gleis 17 – Tor 17. Nic więcej. Resztę trzeba wiedzieć, albo się doczytać. Na schodach równie powściągliwa tablica informacyjna, która nie może ukryć faktu, że i ten pomnik pamięci, tak jak wiele innych w Berlinie, powstał dopiero pod koniec lat 90. Przedtem było tylko to, co już naprawdę być musiało, bo nie dało się inaczej.

pomnikiGrunewaldPoziom Ku pamięci tych, których w latach 1941-1945 pociągi kolei niemieckiej deportowały do obozów śmierci. 27 stycznia 1998. Pomnik wzniesiony przez Spółkę Akcyjną Kolei Niemiecka.

Ciekawe, że słownictwo trzyma się tradycji i pomnik został wzniesiony, podczas gdy leży przecież na ziemi i trzeba się ku niemu pochylić.

pomnikiGrunewaldPoziom (13)Pomnik jest dziełem zespołu architektów Nicolaus Hirsch, Wolfgang Lorch i Andrea Wandel, ale mimo usilnych poszukiwań, nigdzie nie znalazłam ich nazwisk.

pomnikiGrunewaldPoziom (11)Przed budynkiem dworca, na okrągłym skwerze znajdują się dwa kolejne pomniki Zagłady. Łukasz Surowiec przywiózł tu i posadził brzozy z Brzezinki. Birken aus Birkenau. Wokół pionowo ustawione macewy, symboliczne bezimienne nagrobki z żydowskiego cmentarza. Obiekt powstał w latach 2011-2012 w ramach 7 Biennale Berlińskiego. Surowiec przywiózł w sumie 320 brzóz – jego projekt obejmuje swym zasięgiem cały Berlin.

pomnikiGrunewaldPoziom (5)Z drugiej strony skwerku jeszcze jeden pomnik, przypominający deportacje. Trzy masywne podkłady kolejowe. To pomnik z 1987 roku. Jak sądzę jeden z pierwszych w ramach nowej fali niemieckiej kultury pamięci. Bo przedtem funkcjonowała przede wszystkim polityka zapominania. Pomnik został wykonany przez Lindę Hübler i ufundowany przez Grupę Kobiet z Parafii Ewangelickiej na Grunewaldzie.

pomnikiGrunewaldPoziom (7)Te dwa niewielkie pomniki zostały dobrze opisane, tymczasem, podobnie jak pomnik Gleis 17, tak i czwarty pomnik na dworcu Grunewald – Pomnik Zagłady i RIMG0019Deportacji, dzieło polskiego rzeźbiarza Karola Broniatowskiego, nie został nigdzie opisany. Między budynkiem dworca a pomnikiem przypominającym, tak mi się wydaje, jerozolimską ścianę płaczu, stoi jedynie tablica wyjaśniająca, dlaczego wzniesiono ten pomnik. Bez słowa informacji kiedy, jak, przez kogo? Oczywiście w dzisiejszych czasach wszystko można łatwo znaleźć. Być może istnieje nawet jakiś App, umożliwiający rozpoznanie oglądanego właśnie pomnika. Ten został ufundowany w roku 1991 przez dzielnicę Berlina Wilmersdorf.

pomnikiGrunewaldPoziom (4) pomnikiGrunewaldPoziom (3)W betonowej ścianie artysta umieścił kilka wklęsłych, pustych sylwetek ludzi, których nie ma. Marsz nieistniejących ludzi ku śmierci.

pomnikiGrunewaldPoziom (2)Myślę, że to właściwy wpis na dziś. To rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim i symboliczna rocznica śmierci Żyda Jezusa, który już został zabity, a zmartwychwstanie dopiero jutro.

Alleluja!

Opublikowano Karol Broniatowski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Była mniej więcej dziesiąta rano

Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że ta książka to Ewangelia.

Michaił Bułhakow

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.
Procurator ponad wszystko nienawidził zapachu olejku różanego, a dziś wszystko zapowiadało niedobry dzień, ponieważ woń róż prześladowała procuratora od samego rana.
Miał wrażenie, że różany aromat sączy się z rosnących w ogrodzie palm i cyprysów, że z wydzielanym przez eskortę odorem potu i skórzanego rynsztunku miesza się zapach znienawidzonych kwiatów. Z zabudowań na tyłach pałacu, gdzie kwaterowała przybyła do Jeruszalaim wraz z procuratorem pierwsza kohorta dwunastego legionu Błyskawic, aż tu, pod kolumnadę, napływał poprzez górną kondygnację ogrodu gorzkawy dymek świadczący, że kucharze w centuriach zaczęli już gotować obiad, i w tym dymku także była domieszka oleistych różanych aromatów.
“Za cóż mnie tak karzecie, o bogowie?… Tak, to bez wątpienia znowu ta niezwyciężona, straszliwa choroba… hemicrania, przy której boli pół głowy… choroba, na którą nie ma lekarstwa, przed którą nie ma ratunku… Spróbuję nie poruszać głową…”
Na mozaikowej posadzce przy fontannie był już przygotowany tron i procurator nie spojrzawszy na nikogo zasiadł na nim i wyciągnął rękę w bok. Sekretarz z uszanowaniem złożył w jego dłoni kawałek pergaminu. Procurator, nie zdoławszy opanować bolesnego grymas u, kątem oka pobieżnie przejrzał tekst, zwrócił sekretarzowi pergamin, powiedział z trudem:
– Podsądny z Galilei? Przesłaliście sprawę tetrarsze?
– Tak, procuratorze – odparł sekretarz.
– A on?
– Odmówił rozstrzygnięcia tej sprawy i wydany przez Sanhedryn wyrok śmierci przesłał do twojej dyspozycji– wyjaśnił sekretarz.
Procuratorowi skurcz wykrzywił policzek. Powiedział cicho:
– Wprowadźcie oskarżonego.
Natychmiast dwóch legionistów wprowadziło między kolumny z ogrodowego placyku dwudziestosiedmioletniego człowieka i przywiodło go przed tron procuratora. Człowiek ów odziany był w stary, rozdarty, błękitny chiton. Na głowie miał biały zawój przewiązany wokół rzemykiem, ręce związano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, w kąciku ust miał zdartą skórę i zaschłą krew. Patrzył na procuratora z lękliwą ciekawością.
Tamten milczał przez chwilę, potem cicho zapytał po aramejsku:
– Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni?
Procurator siedział niczym wykuty z kamienia i tylko jego wargi poruszały się ledwie zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu.
Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco ku przodowi i począł mówić:
– Człowieku dobry. Uwierz mi… Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu:
– Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. – Po czym równie beznamiętnie dodał:
– Centurion Szczurza Śmierć, do mnie!
Wszystkim się wydało, że zapada mrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego żołnierza legionu i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce.
Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie:
– Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go.
Wszyscy prócz nieruchomego procuratora odprowadzali spojrzeniami Marka Szczurzą Śmierć, który skinął na aresztanta, każąc mu iść za sobą. Szczurzą Śmierć w ogóle zawsze wszyscy odprowadzali spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawiał, tak niecodziennego był wzrostu, a ci, którzy widzieli go po raz pierwszy, patrzyli nań z tego także powodu, że twarz centuriona była potwornie zeszpecona – nos jego strzaskało niegdyś uderzenie germańskiej maczugi. Ciężkie buciory Marka załomotały po mozaice, związany poszedł za nim bezgłośnie, pod kolumnadą zapanowało milczenie, słychać było gruchanie gołębi na ogrodowym placyku nie opodal balkonu, a także wodę śpiewającą w fontannie dziwaczną i miłą piosenkę.
Procurator nagle zapragnął wstać, podstawić skroń pod strugę wody i pozostać już w tej pozycji. Wiedział jednak, że i to nie przyniesie mu ulgi. Szczurza Śmierć spod kolumnady wyprowadził aresztowanego do ogrodu, wziął bicz z rąk legionisty, który stał u stóp brązowego posągu, zamachnął się od niechcenia i uderzył aresztowanego po ramionach. Ruch centuriona był lekki i niedbały, ale związany człowiek natychmiast zwalił się na ziemię, jakby mu ktoś podciął nogi, zachłysnął się powietrzem, krew uciekła mu z twarzy, a jego oczy stały się puste.
Marek lewą ręką lekko poderwał leżącego w powietrze, jakby to był pusty worek, postawił go na nogi, powiedział przez nos, kalecząc aramejskie słowa:
– Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć?
Aresztowany zachwiał się, ale przemógł słabość, krew znów krążyła, odetchnął głęboko i ochryple powiedział:
– Zrozumiałem cię. Nie bij mnie.
Po chwili znowu stał przed procuratorem.
Rozległ się matowy, zbolały głos:
– Imię?
– Moje? – pośpiesznie zapytał aresztowany, całym swoim jestestwem wyrażając gotowość do szybkich i rzeczowych odpowiedzi, postanowienie, że nie da więcej powodu do gniewu.
Procurator powiedział cicho:
– Moje znam. Nie udawaj głupszego, niż jesteś. Twoje.
– Jeszua – spiesznie odpowiedział aresztowany.
– Masz przezwisko?
– Ha–Nocri.
– Skąd jesteś?
– Z miasta Gamala – odpowiedział aresztant, zarazem wskazując głową, że gdzieś tam daleko, na prawo od niego, na północy, jest miasto Gamala.
– Z jakiej krwi?
– Dokładnie tego nie wiem – z ożywieniem odpowiedział aresztowany. – Nie pamiętam moich rodziców. Powiadają, że ojciec był Syryjczykiem…
– Gdzie stale mieszkasz?
– Nigdzie nie mam domu– nieśmiało odpowiedział aresztant.– Wędruję od miasta do miasta.
– Można to nazwać krócej, jednym słowem. Włóczęgostwo – powiedział procurator i zapytał:
– Masz rodzinę?
– Nie mam nikogo. Sam jestem na świecie.
– Umiesz czytać, pisać?
– Umiem.
– Znasz jakiś język prócz aramejskiego?
– Znam. Grecki.
Uniosła się opuchnięta powieka, zasnute mgiełką cierpienia oko wpatrzyło się w aresztowanego. Drugie nadal było zamknięte.
Piłat odezwał się po grecku:
– Więc to ty zamierzałeś zburzyć świątynię nawoływałeś do tego lud?
Aresztowany znowu się ożywił, jego oczy nie wyrażały już strachu, zaczął mówić po grecku:
– Czło… – przerażenie błysnęło w jego oczach, zrozumiał, że omal się nie przejęzyczył. – Ja, hegemonie, nigdy w życiu nie miałem zamiaru burzyć świątyni i nikogo nie namawiałem do tak nonsensownego uczynku.
Zdziwienie odmalowało się na twarzy sekretarza, który pochylony nad niziutkim stołem spisywał zeznania. Uniósł głowę, ale natychmiast znów ją pochylił nad pergaminem.
– Wielka ilość rozmaitych ludzi schodzi się do tego miasta na święto. Są wśród nich magowie, astrologowie, wróżbici i mordercy – monotonnie mówił procurator – niekiedy zdarzają się także kłamcy. Ty, na przykład, jesteś kłamcą. Zapisano tu wyraźnie – podburzałeś do zniszczenia świątyni. Tak zaświadczyli ludzie.
– Ci dobrzy ludzie – zaczął mówić więzień i spiesznie dodawszy: – hegemonie – ciągnął: – niczego nie studiowali i wszystko, co mówiłem, poprzekręcali. W ogóle zaczynam się obawiać, że te nieporozumienia będą trwały jeszcze bardzo, bardzo długo. A wszystko dlatego, że on niedokładnie zapisuje to, co mówię.
Zapadło milczenie. Teraz już oboje zbolałych oczu patrzyło ociężale na aresztowanego.
– Powtarzam ci, ale już po raz ostatni, abyś przestał udawać wariata, zbrodniarzu – łagodnie, monotonnie powiedział Piłat. – Niewiele zapisano z tego, coś mówił, ale tego, co zapisano, jest w każdym razie dość, aby cię powiesić.
– O, nie, o, nie, hegemonie! – w żarliwym pragnieniu przekonania rozmówcy mówił aresztant – chodzi za mną taki jeden z kozim pergaminem i bez przerwy pisze. Ale kiedyś zajrzałem mu do tego pergaminu i strach mnie zdjął. Nie mówiłem dosłownie nic z tego, co tam zostało zapisane. Błagałem go: spal, proszę cię, ten pergamin! Ale on mi go wyrwał i uciekł.
– Któż to taki? – opryskliwie zapytał Piłat i dotknął dłonią skroni.
– Mateusz Lewita – skwapliwie powiedział więzień. – Był poborcą podatkowym i spotkałem go po raz pierwszy na drodze do Bettagium, w tym miejscu, gdzie do drogi przytyka ogród figowy, i rozmawiałem z nim. Na początku potraktował mnie nieprzyjaźnie, a nawet mnie obrażał, to znaczy wydawało mu się, że mnie obraża, ponieważ nazywał mnie psem. – Aresztowany uśmiechnął się. – Co do mnie, nie widzę w tym zwierzęciu nic złego, nic takiego, żeby się obrażać za to słowo…
Sekretarz przestał notować i ukradkiem spojrzał zdziwiony, nie na aresztowanego jednak, tylko na procuratora – …lecz wysłuchawszy mnie, złagodniał – ciągnął Jeszua – a w końcu cisnął pieniądze na drogę i oświadczył, że pójdzie ze mną na wędrówkę…
Piłat uśmiechnął się połową twarzy, wyszczerzając pożółkłe zęby i przemówił, całym ciałem zwracając się ku sekretarzowi:
– O, miasto Jeruszalaim! Czegóż tu nie można usłyszeć?! Poborca podatków, słyszycie, cisnął pieniądze na drogę!
Sekretarz, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, uznał za wskazane uśmiechnąć się tak jak Piłat.
– Powiedział, że od tej chwili nienawidzi pieniędzy – objaśnił Jeszua dziwne zachowanie Mateusza Lewity i dodał: – Odtąd wędrował wraz ze mną.
Procurator, ciągle jeszcze szczerząc zęby, przyjrzał się więźniowi, potem spojrzał na słońce, które nieubłaganie wznosiło się coraz wyżej i wyżej nad posągami jeźdźców na leżącym z prawej strony, w dali, w dolinie, hipodromie, i znienacka, w jakiejś męczącej udręce, pomyślał, że najprościej byłoby pozbyć się z balkonu tego dziwacznego rozbójnika, wyrzekłszy dwa tylko słowa: “powiesić go!” Pozbyć się także eskorty, przejść spod kolumnady do wnętrza pałacu, polecić, by zaciemniono okna komnaty, zwalić się na łoże, zażądać zimnej wody, umęczonym głosem przywołać psa Bangę, użalić się przed nim na tę hemicranię… W obolałej głowie procuratora błysnęła nagle kusząca myśl o truciźnie. Patrzył na więźnia zmętniałymi oczyma i przez czas jakiś milczał, z trudem usiłując sobie przypomnieć, czemu to na tym niemiłosiernym porannym skwarze stoi przed nim więzień o twarzy zniekształconej razami, uświadomić sobie, jakie jeszcze niepotrzebne nikomu pytania będzie tu musiał zadawać.
– Mateusz Lewita? – zapytał ochryple chory i zamknął oczy.
– Tak, Mateusz Lewita – dotarł doń wysoki, zadręczający go głos.
– W takim razie, co mówiłeś o świątyni tłumowi na targowisku?
Wydawało się Piłatowi, że głos odpowiadającego kłuje go w skroń, ten głos męczył go niewypowiedzianie, ten głos mówił:
– Mówiłem, hegemonie, o tym, że runie świątynia starej wiary i powstanie nowa świątynia prawdy. Powiedziałem tak, żeby mnie łatwiej zrozumieli.
– Czemuś, włóczęgo, wzburzał umysły ludu na targowisku opowieściami o prawdzie, o której ty sam nie masz pojęcia? Cóż więc jest prawdą?
I pomyślał sobie procurator: “Bogowie! Pytam go na sądzie o takie rzeczy, o które pytać nie powinienem… Mój umysł mnie zawodzi…” I znów zamajaczył mu przed oczyma puchar ciemnego płynu. “Trucizny mi dajcie, trucizny…”
I znów usłyszał głos:
– Prawdą jest to przede wszystkim, że boli cię głowa i to tak bardzo cię boli, że małodusznie rozmyślasz o śmierci. Nie dość, że nie starcza ci sił, by ze mną mówić, ale trudno ci nawet na mnie patrzeć. Mimo woli staję się teraz twoim katem, co zasmuca mnie ogromnie. Nie możesz nawet o niczym myśleć i tylko marzysz o tym, by nadszedł twój pies, jedyne zapewne stworzenie, do którego jesteś przywiązany. Ale twoje męczarnie zaraz się skończą, ból głowy ustąpi.
Sekretarz wytrzeszczył oczy na więźnia, nie dopisał słowa do końca. Piłat podniósł na aresztanta umęczone spojrzenie i zobaczył, że słońce stoi już dość wysoko nad hipodromem, że promień słoneczny przeniknął pod kolumnadę, podpełza ku znoszonym sandałom Jeszui, i że ten stara się usunąć od słońca. Wówczas procurator wstał z tronu, ścisnął dłońmi głowę, na jego wygolonej żółtawej twarzy pojawił się wyraz przerażenia. Ale Piłat natychmiast opanował go wysiłkiem woli i znowu opadł na tron. Więzień natomiast kontynuował tymczasem swoją przemowę, sekretarz niczego już jednak nie notował, tylko wyciągnął szyję jak gąsior i starał się nie uronić ani słowa.
– I oto wszystko się już skończyło – życzliwie spoglądając na Piłata mówił aresztowany – i niezmiernie się z tego cieszę. Radziłbym ci, hegemonie, abyś na czas jakiś opuścił pałac i odbył małą przechadzkę po okolicy, chociażby po ogrodach na stoku eleońskiej góry. Burza nadciągnie… – więzień odwrócił się i popatrzył zmrużonymi oczyma w słońce – …później, pod wieczór. Przechadzka dobrze ci zrobi, a ja ci chętnie będę towarzyszył. Przyszło mi do głowy kilka nowych myśli, które, jak sądzę, mogłyby ci się wydać interesującymi, i z przyjemnością bym się nimi z tobą podzielił, tym bardziej, że sprawiasz na mnie wrażenie bardzo mądrego człowieka. – Sekretarz zbladł śmiertelnie, pergamin spadł mu na posadzkę. – Szkoda tylko – ciągnął związany Ha–Nocri i nikt mu nie przerywał – że zbytnio jesteś zamknięty w sobie i zupełnie opuściła cię wiara w ludzi. Przyznasz przecież, że nie można wszystkich swoich uczuć przelewać na psa. Smutne jest twoje życie, hegemonie – w tym miejscu mówiący pozwolił sobie na uśmiech.
Sekretarz myślał teraz już tylko o jednym – wierzyć czy nie wierzyć własnym uszom. Musiał im wierzyć. Postarał się zatem wyobrazić sobie, jaką też wymyślną formę przybierze gniew zapalczywego procuratora wobec tej niesłychanej śmiałości aresztowanego. Ale nie mógł sobie tego wyobrazić, choć nieźle znał procuratora.
Wówczas dał się słyszeć zdarty, nieco zachrypnięty głos prokuratora mówiącego po łacinie:
– Rozwiążcie mu ręce.
Jeden z konwojujących legionistów stuknął kopią o posadzkę, podał ją sąsiadowi, zbliżył się i zdjął więźniowi pęta. Sekretarz podniósł z ziemi pergamin, postanowił, że niczego na razie nie będzie notował i że niczemu nie będzie się dziwił.
– Przyznaj się – spokojnie zapytał po grecku Piłat – jesteś wielkim lekarzem?
– Nie, procuratorze, nie jestem lekarzem – odpowiedział aresztowany, rozcierając z ulgą zniekształcone i opuchnięte, purpurowe przeguby dłoni.
Piłat surowo przyglądał się aresztowanemu spode łba, w jego oczach nie było już mgiełki, pojawiły się w nich dobrze wszystkim znane iskry.
– Nie pytałem cię o to – powiedział – ale czy znasz może również łacinę?
– Znam – odpowiedział aresztowany. Rumieniec wystąpił na zżółkłe policzki Piłata i procurator zapytał po łacinie:
– Skąd wiedziałeś, że chciałem przywołać psa?
– To zupełnie proste – odpowiedział po łacinie aresztowany.– Wodziłeś w powietrzu dłonią– tu więzień powtórzył gest Piłata – tak, jakbyś chciał go pogłaskać, a twoje wargi…
– Tak… – powiedział Piłat.
Milczeli przez chwilę. A potem Piłat zapytał po grecku:
– A zatem jesteś lekarzem?
– Nie, nie – żywo odpowiedział więzień. – Wierz mi, nie jestem lekarzem.
– No cóż, jeśli chcesz to zachować w tajemnicy, zachowaj. Bezpośrednio ze sprawą to się nie wiąże. Utrzymujesz zatem, że nie nawoływałeś do zburzenia świątyni… czy też jej podpalenia, czy zniszczenia jej w jakiś inny sposób?
– Nikogo, hegemonie, nie nawoływałem do niczego takiego, powtarzam. Czy wyglądam na człowieka niespełna rozumu?
– O, nie, nie wyglądasz na człowieka niespełna rozumu – cicho odpowiedział procurator z jakimś strasznym uśmiechem.– Przysięgnij zatem, że nic takiego nie miało miejsca.
– Na co chcesz, abym przysiągł?– zapytał z ożywieniem uwolniony z więzów.
– Choćby na własne życie – odpowiedział procurator. – Najwyższy czas, abyś na nie przysiągł, bo wiedz o tym, że wisi ono na włosku.
– Czy sądzisz, hegemonie, że to tyś je zawiesił na włosku? – zapytał więzień. – Jeśli sądzisz tak, bardzo się mylisz.
Piłat drgnął i odparł przez zęby:
– Mogę przeciąć ten włosek.
– Co do tego także się mylisz – powiedział z powątpiewaniem aresztowany, uśmiechając się dobrodusznie i zasłaniając dłonią przed słońcem.– Przyznasz, że przeciąć ten włosek może chyba tylko ten, kto zawiesił na nim moje życie.
– Tak, tak – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Nie wątpię już teraz, że jeruszalaimscy próżniacy włóczyli się za tobą. Nie wiem, gdzieś się ćwiczył w wymowie, ale języka w gębie nie zapominasz. Nawiasem mówiąc, powiedz mi, czy to prawda, że przybyłeś do Jeruszalaim przez Suzską Bramę, jadąc oklep na ośle, i że towarzyszyły ci tłumy motłochu wiwatującego na twoją cześć, jakbyś był jakim prorokiem? – i procurator wskazał zwój pergaminu.
Więzień popatrzył na procuratora z niedowierzaniem.
– Nie mam żadnego osła, hegemonie – powiedział. – Rzeczywiście wszedłem do Jeruszalaim przez Suzską Bramę, ale przyszedłem pieszo, a towarzyszył mi tylko Mateusz Lewita i nikt nie wiwatował ani niczego nie krzyczał, bo nikt mnie wtedy w Jeruszalaim nie znał.
– Czy znany ci jest – ciągnął Piłat nie spuszczając wzroku z więźnia – niejaki Dismos albo Gestas, albo może Bar Rawan?
– Nie znam tych dobrych ludzi– odpowiedział aresztowany.
– Czy to prawda?
– To prawda.
– Powiedz mi zatem, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
– Wszystkich – odpowiedział więzień. – Na świecie nie ma złych ludzi.
– Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale, być może, za mało znam życie!… Teraz możesz już nie notować – zwrócił się do sekretarza, chociaż sekretarz i tak niczego nie notował, a potem znowu zwrócił się do więźnia: – Czy wyczytałeś to w którejś z greckich ksiąg?
– Nie, sam do tego doszedłem.
– I tego nauczasz?
– Tak.
– A na przykład centurion Marek, którego nazywają Szczurzą Śmiercią, czy on także jest dobrym człowiekiem?
– Tak – odparł więzień. – Co prawda, jest to człowiek nieszczęśliwy. Od czasu, kiedy dobrzy ludzie go okaleczyli, stał się okrutny i nieczuły. Ciekawe, kto też tak go zeszpecił?
– Chętnie cię o tym poinformuję – powiedział Piłat – ponieważ byłem przy tym obecny. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak gończe na niedźwiedzia. Germanie wpili mu się w kark, w ręce, w nogi. Manipuł piechoty wpadł w zasadzkę i gdyby nie to, że turma jazdy, którą dowodziłem, przedarła się ze skrzydła, nie miałbyś, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurzą Śmiercią. To było w czasie bitwy pod Idistaviso, w Dolinie Dziewic.
– Jestem pewien – zamyśliwszy się powiedział więzień – że gdyby ktoś z nim porozmawiał, zmieniłby się z pewnością.
– Sądzę – powiedział Piłat – że legat legionu nie byłby rad, gdyby ci wpadło do głowy porozmawiać z którymś z jego oficerów czy żołnierzy. Zresztą nie dojdzie do tego, na szczęście, i już ja będę pierwszym, który się o to zatroszczy.
Wpadła pod kolumnadę jaskółka, zatoczyła krąg pod złotym jej pułapem, obniżyła lot, nieomal musnęła ostrym skrzydłem twarz stojącego we wnęce miedzianego posągu i zniknęła za kapitelem kolumny. Być może zamierzała uwić tam gniazdo.
Procurator śledził jej lot, myśl miał teraz jasną i lotną, sentencja wyroku dojrzała. Była taka: hegemon rozpatrzył sprawę wędrownego filozofa Jeszui, którego zwą także Ha–Nocri, i w jego działalności nie dopatrzył się cech przestępstwa. Nie dopatrzył się zwłaszcza żadnego związku między działalnością Jeszui a niepokojami, które niedawno miały miejsce w Jeruszalaim. Wędrowny filozof okazał się być obłąkany, w związku z czym procurator nie zatwierdza wyroku śmierci wydanego na Ha–Nocri przez Mały Sanhedryn. Biorąc jednak pod uwagę to, że utopijne mowy szaleńca Ha–Nocri mogą stać się przyczyną rozruchów, procurator poleca wydalić Jeszuę z Jeruszalaim i uwięzić go w Caesarea Stratonica nad Morzem Śródziemnym, tam gdzie znajduje się rezydencja procuratora.
Pozostawało podyktować tę sentencję sekretarzowi.
Skrzydła jaskółki zafurkotały tuż nad głową hegemona, ptak przemknął nad basenem fontanny, wyleciał spod kolumnady na otwartą przestrzeń. Procurator podniósł wzrok na więźnia i spostrzegł obok niego gorejący słup pyłu.
– To już wszystko?– zapytał sekretarza.
– Niestety, nie – nieoczekiwanie odpowiedział tamten i podał Piłatowi następny kawałek pergaminu.
– Cóż więc jeszcze?– zapytał Piłat i zasępił się.
Kiedy przeczytał pergamin, jego twarz zmieniła się jeszcze bardziej. Czy to ciemna krew napłynęła do szyi i twarzy, czy też stało się coś jeszcze innego, dość że skóra na twarzy procuratora z żółtej stała się ziemista, a oczy jak gdyby się zapadły w głąb czaszki. Powodem tego była z pewnością, jak zwykle, krew, która napłynęła do skroni i łomotała w nich teraz, ale coś jednocześnie stało się ze wzrokiem procuratora. Przywidziało mu się, że głowa więźnia odpłynęła kędyś w bok, a na jej miejscu pojawiła się inna. Ta druga głowa, łysiejąca, okolona była wieńcem z niewielu złotych listków. Na czole widniał okrągły wrzód, wyżartą skórę posmarowano maścią. Bezzębne usta były zapadnięte, dolna warga obwisła i kapryśna.
Wydawało się Piłatowi, że znikły gdzieś różowawe kolumny tarasu i dalekie dachy Jeruszalaim, widniejące zwykle w dole za ogrodami, że wszystko dokoła zatonęło w gęstej zieleni ogrodów Caprejów. Ze słuchem także stało się coś dziwnego – jakby gdzieś w dali cicho, ale groźnie zagrały trąby i dobiegł wyraźny nosowy głos znacząco podkreślający słowa: “Ustawa o obrazie majestatu…” Pobiegły urywane, chaotyczne, niezwykłe myśli: “Zginął!…”, a potem – “Zginęliśmy!…” I błysnęła wśród tych myśli jakaś zupełnie głupia, o jakiejś tam nieśmiertelności, przy czym ta nieśmiertelność, nie wiedzieć czemu, była przyczyną niezwykłego smutku.
Piłat skupił wolę, odpędził widziadła, spojrzeniem powrócił na taras i znowu zobaczył przed sobą oczy więźnia.
– Słuchaj, Ha–Nocri – powiedział dziwnie jakoś spoglądając na Jeszuę; twarz prokuratora była surowa, ale w oczach czaiła się trwoga. – Czy kiedykolwiek mówiłeś coś o wielkim Cezarze? Odpowiadaj! Mówiłeś?… Czy też… nie… mówiłeś. – Słowo “nie” Piłat podkreślił nieco bardziej, niżby to wypadało na sądzie, a jego spojrzenie przekazywało więźniowi jakąś myśl, jakby chciał coś aresztowanemu zasugerować.
– Łatwo i miło jest mówić prawdę – zauważył Jeszua.
– Nie muszę wiedzieć – powiedział Piłat głosem gniewnym i przytłumionym – czy miło ci, czy nie miło mówić prawdę. Będziesz musiał ją powiedzieć. Mów, rozważ każde słowo, jeśli nie pragniesz śmierci nie tylko niechybnej, ale i okrutnej.
Nikt nie wie, co się stało procuratorowi Judei, dość że pozwolił sobie na to, by podnieść rękę, jak gdyby osłaniajac się przed palącym słońcem, i spod osłony dłoni, jak zza tarczy, przesłał więźniowi porozumiewawcze spojrzenie.
– A więc – mówił – czy znasz niejakiego Judę z Kiriatu i co mianowicie mówiłeś temu człowiekowi o Cezarze, jeśliś mówił?
– To było tak – skwapliwie zaczął opowiadać aresztowany. – Przedwczoraj wieczorem w pobliżu świątyni poznałem pewnego młodego człowieka, który przedstawił mi się jako Juda z Kiriatu. Zaprosił mnie do swojego domu w Dolnym Mieście i podejmował mnie tam…
– Czy to dobry człowiek?– zapytał Piłat i w jego oczach zabłysnął diabelski płomień.
– Bardzo dobry i bardzo żądny wiedzy – przytaknął więzień. – Zainteresowały go bardzo moje przemyślenia, podjął mnie nader gościnnie…
– Zapalił świeczniki… – wtrącił przez zęby Piłat takim samym tonem, a jego oczy połyskiwały.
– Tak – ciągnął Jeszua, nieco zdziwiony, że procurator wiedział o tym. – Poprosił mnie, abym zapoznał go z mymi poglądami na władzę państwowa. Te sprawy ogromnie go ciekawiły.
– Cóż wiec mu powiedziałeś? – zapytał Piłat. – Odpowiesz mi może, że nie pamiętasz, co mówiłeś?– ale w głosie Piłata nie było już nadziei.
– Mówiłem o wielu sprawach – opowiadał więzień – także i o tym, że wszelka władza jest gwałtem, zadawanym ludziom, i że nadejdzie czas, kiedy nie będzie władzy ani cesarskiej, ani żadnej innej. Człowiek wejdzie do królestwa prawdy i sprawiedliwości, w którym niepotrzebna już będzie żadna władza.
– Mów dalej! Co było potem?
– Nic już potem nie było – powiedział aresztowany. – Nagle wbiegli ludzie, związali mnie i poprowadzili do wiezienia.
Sekretarz szybko kreślił, starając się nie uronić ani słowa.
– Nie było na świecie, nie ma i nie będzie żadnej władzy wspanialszej i lepszej dla ludzi niż władanie Cezara Tyberiusza! – zdarty i zbolały głos Piłata spotężniał. Procurator, nie wiedzieć czemu, patrzył z nienawiścią na sekretarza i na eskortę.
– I nie tobie o tym sądzić, szalony przestępco! – I Piłat nagle krzyknął: – Wyprowadzić żołnierzy z tarasu! – I dodał zwracając się do sekretarza: – Zostawcie mnie samego z oskarżonym, to sprawy wagi państwowej!
Eskorta wzniosła włócznie i miarowo łomocąc podkutymi skórzniami zeszła z tarasu do ogrodu, a za eskortą podążył sekretarz.
Przez chwilę ciszę panującą na tarasie zakłócał tylko śpiew wody w fontannie. Piłat patrzył, jak nad rzygaczem fontanny wydyma się miseczka uczyniona z wody, jak odłamują się jej krawędzie i strumykami spadają w dół.
Pierwszy zaczął mówić więzień:
– Widzę, że to, o czym mówiłem z tym młodzieńcem z Kiriatu, stało się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam takie przeczucie, hegemonie, że temu młodzieńcowi stanie się coś złego, i bardzo mi go żal.
– Myślę – odpowiedział procurator z dziwnym uśmiechem – że istnieje ktoś jeszcze, nad kim
mógłbyś się bardziej użalić niż nad Juda z Kiriatu, ktoś, czyj los będzie znacznie gorszy niż los Judy! … A więc Marek Szczurza Śmierć, zimny i pozbawiony skrupułów kat, i ci ludzie, którzy, jak widzę – tu procurator wskazał zmasakrowaną twarz Jeszui – bili cię za twoje proroctwa, i rozbójnicy Dismos i Gestas, którzy wraz ze swoimi kamratami zabili czterech moich żołnierzy, i ten brudny zdrajca Juda wreszcie – wszystko to są więc ludzie dobrzy?
– Tak – odpowiedział więzień.
– I nastanie królestwo prawdy?
– Nastanie, hegemonie – z przekonaniem odparł Jeszua.
– Ono nigdy nie nastanie – nieoczekiwanie zaczął krzyczeć Piłat, a krzyczał głosem tak strasznym, że Jeszua aż się cofnął. Takim głosem przed wieloma laty w Dolinie Dziewic wołał Piłat do swoich jezdnych: “Rąb ich! Rąb ich! Olbrzym Szczurza Śmierć jest otoczony!” Jeszcze podniósł zdarty od wywrzaskiwania komend głos, wykrzykiwał słowa tak, aby usłyszano je w ogrodzie: – Łotrze! Łotrze! Łotrze! – A potem ściszył głos i zapytał: – Jeszua Ha–Nocri, czy wierzysz w jakichkolwiek bogów?
– Jest jeden Bóg – odpowiedział Jeszua – i w niego wierzę.
– Więc się do niego pomódl! Módl się najgoręcej, jak umiesz! A zresztą… – głos Piłata pękł nagle – nic ci to nie pomoże. Masz żonę? – zapytał ze smutkiem, sam nie rozumiał, co się z nim dzieje.
– Nie, jestem samotny.
– Przeklęte miasto… – nie wiadomo dlaczego mruknął nagle procurator i wstrząsnął się, jakby go przeszedł ziąb, potarł dłonie, jakby je umywał. – Zaprawdę, byłoby to znacznie dla ciebie lepiej, gdyby ci ktoś poderżnął gardło, zanim spotkałeś Judę z Kiriatu.
– A może byś mnie wypuścił, hegemonie – poprosił nagle więzień i w jego głosie zabrzmiał strach. – Widzę, że chcą mnie zabić.
Przez twarz Piłata przebiegł skurcz, zwrócił na Jeszuę przekrwione białka oczu i powiedział:
– Czy doprawdy sadzisz, nieszczęsny, że procurator rzymski puści wolno człowieka, który powiedział to, co ty mówiłeś? O, bogowie! Przypuszczasz może, że mam ochotę zająć twoje miejsce? Ja twoich poglądów nie podzielam! I zapamiętaj sobie, że jeśli powiesz od tej chwili choćby jedno słowo, jeśli będziesz z kimkolwiek rozmawiał – to strzeż się mnie! Powtarzam – Strzeż się!
– Hegemonie…
– Zamilcz! – krzyknął Piłat i powiódł wściekłym spojrzeniem za jaskółką, która znowu wpadła pod kolumnadę.– Do mnie! – zawołał.
Kiedy sekretarz i żołnierze eskorty powrócili na swoje miejsca, Piłat oznajmił, że zatwierdza wyrok śmierci wydany na przestępcę Jeszuę Ha–Nocri przez zgromadzenie Małego Sanhedrynu, a sekretarz zapisał to, co Piłat powiedział.
W chwilę później stanął przed procuratorem Marek Szczurza Śmierć. Procurator polecił mu przekazać więźnia komendantowi tajnej służby, a zarazem powtórzyć komendantowi polecenie procuratora, by Jeszua Ha–Nocri nie kontaktował się z innymi skazanymi, a także, by ludziom z tajnej służby wydać obwarowany surowymi karami zakaz rozmawiania o czymkolwiek z Jeszuą i udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek jego pytania.
Marek dał znak, eskorta otoczyła Jeszuę i wyprowadziła go z tarasu.
Po czym stanął przed procuratorem urodziwy jasnobrody młodzieniec. W grzebieniu hełmu miał orle pióra, na jego piersiach połyskiwały złote pyski lwów, pochwa jego miecza okuta była złotymi blaszkami, miał sznurowane aż po kolana buty na potrójnej podeszwie, na lewe ramię narzucił purpurowy płaszcz. Był to legat, dowódca legionu.
Procurator zapytał go, gdzie się obecnie znajduje kohorta z Sebaste. Legat oznajmił, że sebastyjczycy tworzą kordon na placu przed hipodromem, tam gdzie zostanie zakomunikowany ludowi wyrok na oskarżonych.

(…)
W ogrodzie panowała cisza. Ale kiedy procurator wyszedł spod kolumnady na zalany słońcem górny placyk ogrodu, pomiędzy cudaczne słoniowe nogi palm, na placyk, z którego otwierał się widok na znienawidzone przez procuratora Jeruszalaim, na wiszące mosty miasta, na jego mury obronne, na, co najważniejsze, nie dającą się opisać bryłę marmuru zwieńczona zamiast dachu złotą smoczą łuską, na jeruszalaimską świątynię – wtedy wyostrzony słuch Piłata uchwycił dobiegający z dala, z dołu, stamtąd gdzie mur odgradzał najniższe tarasy pałacowego ogrodu od placu miejskiego, głuchy pomruk, ponad który od czasu do czasu wybijały się ledwie dosłyszalne, cienkie ni to krzyki, ni to jęki. Procurator zrozumiał, że tam, na placu, zgromadziły się już nieprzeliczone tłumy mieszkańców Jeruszalaim wzburzonych niedawnymi zamieszkami w mieście, i wiedział, że te tłumy oczekują z niecierpliwością na ogłoszenie wyroku, wiedział, że krzyczą w ciżbie ruchliwi sprzedawcy wody.

(…) Ha–Nocri odchodził na zawsze i nikt nie wyleczy procuratora z tych straszliwych, nieznośnych bólów głowy, oprócz śmierci nie ma na nie lekarstwa. Ale nie ta myśl niepokoiła teraz Piłata. Przenikał go te n sam niepojęty smutek, który ogarnął go już wcześniej, na tarasie. Procurator usiłował zrozumieć powód tego smutku. Powód był dziwny – procurator miał niejasne wrażenie, że nie dokończył rozmowy ze skazanym, a może nie dosłuchał czegoś do końca. Piłat odpędził tę myśl, odleciała natychmiast, tak jak przyszła. Odleciała, pozostał niepojęty smutek, niepojęty, bo przecież niczego nie mogła tu wyjaśnić inna myśl, która przebiegła jak błyskawica i natychmiast zagasła, krótka myśl: “Nieśmiertelność… nadeszła nieśmiertelność…” Kto ma zostać nieśmiertelnym? Tego procurator nie zrozumiał, ale myśl o owej zagadkowej nieśmiertelności sprawiła, że mimo upału zrobiło mu się zimno.
(…)
Piłat wrócił na taras. Sekretarzowi, który tam nań czekał, polecił sprowadzić do ogrodu legata legionu, trybuna kohorty oraz dwu członków Sanhedrynu i przełożonego świątynnej służby. Oczekiwali już na dolnym tarasie w krągłej altance, w której biła fontanna. Piłat dodał jeszcze, że sam przyjdzie do ogrodu za chwilę i wszedł do pałacu.
(…)
Tam, w obecności wszystkich, których kazał zaprosić, powtórzył oschle, lecz uroczyście, że zatwierdza wydany na Jeszuę Ha–Nocri wyrok śmierci i oficjalnie zapytał członków Sanhedrynu, którego ze skazanych chcieliby oszczędzić. Usłyszawszy, że Bar Rawana, powiedział:
– Bardzo dobrze – polecił sekretarzowi wprowadzić to natychmiast do protokołu, zacisnął w dłoni zapinkę, którą sekretarz podjął z piasku, i powiedział uroczyście: – Już czas!
I wszyscy obecni poszli w dół szerokimi marmurowymi schodami, między dwiema ścianami róż, które wydzielały odurzający zapach, i zeszli aż pod mur pałacowy, ku bramie prowadzącej na wielki, starannie wybrukowany plac, po drugiej stronie którego widać było kolumny i posągi jeruszalaimskiego gimnazjonu. Skoro tylko cała grupa, wyszedłszy z ogrodów na plac, weszła na rozległy, górujący nad placem kamienny pomost, Piłat zmrużył oczy i rozejrzał się badając sytuację.
Przestrzeń, którą przed chwilą przemierzył, przestrzeń dzieląca pomost od pałacowego muru, była pusta, ale za to przed sobą Piłat nie zobaczył już placu – plac pokrywały tłumy. Tłum zalałby także pomost i ową pustą przestrzeń, gdyby nie powstrzymywał go potrójny kordon sebastyjskich żołnierzy na lewo od Piłata i potrójny kordon żołnierzy i turejskiej kohorty sojuszniczej na prawo odeń.
A zatem Piłat wstąpił na pomost, zaciskając odruchowo w dłoni niepotrzebną mu teraz zapinkę i mrużąc oczy. Procurator mrużył je bynajmniej nie dlatego, że raziło go słońce, nie, nie dlatego. Po prostu, nie wiadomo dlaczego, nie chciał widzieć skazanych, a wiedział, że w ślad za nim wprowadzają ich już na pomost. Skoro tylko wysoko nad blokami kamienia, nad brzegiem ludzkiego morza pojawił się biały, podszyty purpurą płaszcz, o uszy nie patrzącego Piłata uderzyła fala krzyku: “Ha–a –a…”
Zrodzona gdzieś daleko, aż koło hipodromu, słaba z początku, nabrała siły grzmotu, trwała tak przez kilka sekund, a potem zaczęła zacichać. “Dostrzegli mnie” – pomyślał procurator. Krzyk nie ucichł całkiem, ale nieoczekiwanie zaczął znowu narastać, rozhuśtał się, stał się jeszcze głośniejszy niż przedtem i na tej drugiej jego fali, jak piana na fali morskiej, zawrzały gwizdy i pojedyncze, dające się rozróżnić wśród tego grzmotu jęki kobiet. “To już ich wprowadzono – pomyślał Piłat – a te jęki, to jęki kilku kobiet, które tłum stratował, kiedy runął naprzód”.
Odczekał chwilę wiedząc, że nie ma takiej siły, która kazałaby tłumowi zamilknąć, zanim nie wyrzuci z siebie wszystkiego, co ma na sercu, i nie zamilknie sam. A kiedy nadszedł ów moment, procurator wzniósł prawą dłoń i w tłumie urwały się ostatnie pomruki. Wtedy Piłat nabrał w piersi, ile tylko mógł, rozpalonego powietrza i jego schrypły od komend głos podniósł się ponad tysiącami głów:
– W imieniu Caesara Imperatora!…
Procurator usłyszał powtórzony po kilkakroć, skandowany żelazny krzyk – to żołnierze obu kohort wznosząc w górę włócznie i orły zawrzasnęli straszliwie:
– Niech żyje Caesar!!!
Piłat uniósł głowę ku słońcu. Zapłonął pod jego powiekami zielony ogień, mózg zajął się od tego płomienną falą i poszybowały ponad tłumem ochrypłe aramejskie słowa:
– Czterech przestępców zatrzymanych w Jeruszalaim za morderstwa, podburzanie do buntu, obrazę praw i religii skazanych zostało na hańbiącą śmierć przez rozpięcie na słupach. Wyrok zostanie niebawem wykonany ma Nagiej Górze. Imiona tych przestępców – Dismos, Gestas, Bar Rawan i Ha–Nocri. Oto stoją przed wami.
Piłat wskazał dłonią na prawo. Nie widział skazanych, ale wiedział, że są tam, gdzie być powinni.
Tłum odpowiedział przeciągłym pomrukiem, jakby zdumienia, a może ulgi. Kiedy pomruk ten umilkł, Piłat wołał dalej:
– Ale straceni zostaną tylko trzej spośród nich, albowiem zgodnie z prawem i obyczajem na cześć święta Paschy wspaniałomyślny Caesar Imperator jednemu z nich, wybranemu za zgodą władz rzymskich przez Mały Sanhedryn, darowuje jego godne pogardy życie.
Piłat wykrzykiwał te słowa, a zarazem słuchał, jak zamierają ostatnie pomruki tłumu, jak zapada wielka cisza. Żaden szept ani westchnienie nie dobiegały teraz do jego uszu, była nawet taka chwila, w której Piłatowi zaczęło się wydawać, że wszystko dokoła niego zniknęło. Znienawidzone miasto umarło i tylko on jeden stoi w palących promieniach wysokiego słońca z twarzą zanurzoną w niebie. Piłat jeszcze przez chwilę przedłużał tę ciszę, a potem znowu zaczął krzyczeć:
– Imię tego, który za chwilę w waszej przytomności odzyska wolność…
Zrobił jeszcze jedną pauzę, zanim wypowie to imię, zastanowił się, czy powiedział wszystko, co należało, wiedział bowiem, że martwe miasto zmartwychwstanie, skoro tylko padnie imię wybrańca, a wtedy nic z tego, co powie, nie będzie już usłyszane.
“Czy to wszystko?– bezgłośnie szepnął do siebie Piłat.– Tak, to wszystko. – Zatem – imię!”
I rozpościerając nad milczącym miastem głoskę “r” zawołał:
– Bar Rawan!
I wydało mu się nagle, że słońce dźwięcznie pękło nad jego głową i zalało mu uszy ogniem.
Hasało w tym ogniu wycie, piski, jęki, śmiechy i gwizdy. Piłat odwrócił się i przeszedł przez pomost w stronę schodów, nie patrzył na nic, śledził tylko, by się nie potknąć, różnobarwną szachownicę kamyków pod nogami. Wiedział, że jak grad lecą teraz na pomost za jego plecami brązowe monety i orzeszki palmowe, że w wyjącej ciżbie ludzie tratują się i włażą sobie wzajem na ramiona, byle tylko zobaczyć na własne oczy ów cud – człowieka, który był już we władaniu śmierci i który wyrwał się z jej rąk. Byle tylko zobaczyć, jak legioniści zdejmują zeń więzy, sprawiając mu tym mimo woli dokuczliwy ból w wywichniętych w czasie śledztwa rękach, jak człowiek ten, krzywiąc się i pojękując, uśmiecha się zarazem nieprzytomnym, bezmyślnym uśmiechem.
Wiedział, że jednocześnie eskorta prowadzi ku bocznym schodkom trzech związanych więźniów, że wyprowadzi ich za chwilę na drogę wiodącą ku zachodowi, za miasto, na Nagą Górę. Podniósł oczy dopiero wtedy, kiedy znalazł się poza pomostem i wiedział, że nic mu już nie grozi, że nie może już zobaczyć skazańców. Do pomruków tłumu, który już się zaczął uciszać, dołączyły się przenikliwe krzyki heroldów, powtarzających po aramejsku i po grecku to wszystko, co wykrzyczał z pomostu procurator. Piłat usłyszał również przybliżający się rozdygotany tupot końskich kopyt i wesoły, urywany głos trąbki. A potem usłyszał jeszcze przenikliwe gwizdy chłopców, którzy obsiedli dachy domów przy ulicy, prowadzącej od targowiska do placu przy hipodromie, i okrzyki “Uwaga…”
Samotny żołnierz, który stał pośrodku pustej części placu, ostrzegawczo pomachał trzymanym w ręku znakiem. Procurator, legat legionu, sekretarz i żołnierze eskorty przystanęli. Ala jezdnych wypadła cwałem na plac, przecięła go na ukos, omijając bokiem zgromadzone tłumy, by przez zaułek obok obrośniętych winem murów obronnych najkrótszą drogą popędzić na Nagą Górę. Cwałujący na czele mały jak wyrostek i ciemny jak Mulat Syryjczyk, dowódca ali, zrównawszy się z Piłatem krzyknął coś przenikliwie i wyszarpnął miecz z pochwy. Jego dziki, spieniony kary koń uskoczył i stanął dęba. Dowódca wcisnął miecz do pochwy, krótkim biczem smagnął konia po karku, wyrównał do szeregu, dopadł zaułka, przeszedł w galop. Za nim trójkami przemknęli w chmurach kurzu jeźdźcy, podskakiwały groty lekkich bambusowych dzid, przelatywały obok procuratora twarze o białych, połyskliwych, wesoło wyszczerzonych zębach, twarze, które pod białymi zawojami wydawały się być jeszcze smaglejsze. Wzbijając kurz aż pod niebo, ala wpadła w zaułek, koło Piłata przemknął ostatni żołnierz, jarzyła się w słońcu trąbka, którą miał przewieszoną przez ramię.
Piłat dłonią osłonił twarz od kurzu i krzywiąc się z niezadowoleniem ruszył dalej, kierując się ku bramie ogrodów pałacowych, a legat, sekretarz i żołnierze eskorty szli za nim.

Była mniej więcej dziesiąta rano.

Opublikowano Michaił Bułhakow | Otagowano | Dodaj komentarz

Wykłady profesora Dąbrowskiego. II. Szlachta. Herby.

Ryszard Dąbrowski

Historia herbów polskiej szlachty

jastrzebiecWyraz „herb” pochodzi od niemieckego słowa „erbe” (dziedzictwo, spadek) i napłynął do Polski poprzez Czechy i Śląsk w formach „erb” i „herb”.

Symbolem i hasłem rodów rycerskich powstających na terenach polskich w XI i XII wieku było zawołanie. Zawołanie czyli proklamacja było sygnałem zwoływania się w potrzebie i stawiania się z bronią w określonym miejscu. W boju, w nocy, w rozproszeniu czy zamieszaniu było ono hasłem rozpoznawczym, a także bojowym okrzykiem zagrzewającym do męstwa.
Od XII wieku rycerze zaczęli nosić zbroję a głowę okrywał im hełm z przłybicą zakrywającą twarz. Walczący stawali się do siebie podobni i niemożliwym stało się rozpoznawanie i identyfikowanie pojedynczych rycerzy i oddziałów. Aby temu zapobiec zaczęto stosować znaki rozpoznawcze i identyfikujące takie jak proporce, chorągwie oraz symole malowane na tarczach i mocowane na hełmach.

Pod koniec XIII wieku wśród rycerstwa w Polsce zaczynają rozpowszechniać sie herby. Pochodzą one od znaków własnościowych lub znaków runicznych na tarczach bojowych z XI wieku, ewoluujących na wzór zachodni, a ich nazwą własną stają się zawołania.
korabBył to ewenement w całej Europie. Zjawiskiem typowym dla Polski był fakt, że jeden i ten sam herb posiadało wiele nie spokrewnionych ze sobą rodzin. Wynikało to ze wspólnego zawołania i związanego z nim herbu. Kto w XIII – XV wieku był rycerzem i stawał w konkretnej chorągwi, przybierał jej herb. Na zachodzie natomiast każda rodzina posiadała odrębny herb.

Herby rozpowszechniły się w Polsce na początku XIV wieku. Najstarsze z nich to Nowina (1293), Korab (1299), Zaręba (1301), Mądrostki (1302) a także Jastrzębiec (po raz pierwszy występuje na pieczęci w 1319 r., w źródłach pisanych w 1335 r. a w aktach sądowych w 1386 r.)
Herbem Jastrzębiec posługiwało się 360 rodzin. Towarzyszyły mu także takie zawołania jak: Bolesta, Boleściw, Jastrząbek, Kanona, Lubrza, Łazęka, Nagórę i Zarasy.

krzywda-niesSzlachcic polski był z zawodu rycerzem i tym się szczycił i chlubił. Łączył z tym także inne zawody. Bywał także ziemianinem, myśliwym oraz kowalem. Jako człowiek wojennego rzemiosła wszystko co czynił zaczynał znakiem krzyża, więc także i krzyż jest elementem większości polskich herbów. Herb był symbolem zawołania, zawodu, powołania, skłonności lub zamiłowań. Krzyż, podkowa oraz strzała były najczęstrzym elementem pierwszych herbów.
Podkowa w herbie Jastrzębiec jest symbolem kowali a także surogatem konia. Wszak dzielny rumak decydował często o losie rycerza.

Walczący rycerze, w celu dodania sobie grozy i wspaniałości, ozdabiali sobie hełmy piórami, skrzydłami, rogami, czaszkami oraz kwiatami, gałęziami lub krzyżem. Przedmioty te, nazywane „klejnotem”, stawały sie często elementem herbu i były umieszczane nad hełmem. Słowo „klejnot” jest także pochodzenia niemieckiego i oznaczało drobnostkę.
W herbie Jastrzębiec klejnotem jest jastrząb z podkową trzymaną w szponach lub także i bez niej.

W Polsce istniało około 530 herbów, z czego tylko 70 ozdobionych było klejnotami.

niesiecki_grzymalaHerby malowane były różnymi kolorami. W heraldyce ilość ich jest ograniczona a poszczególnym barwom przypisane są określone cechy. I tak kolor biały oznacza – chwałę, czystość, radość i niewinność; srebrny – radość, czystość, szlachetność i rozsądek; żółty – słońce i splendor; złoty – cnotę, wzniosłość, szlachetność, wybitność i mądrość; czerwony – miłość, waleczność, panowanie i ogień; purpurowy – panowanie, dostojeństwo i umiarkowanie; zielony – nadzieję, piękno i radość; niebieski – skromność, oddanie i wierność oraz czarny – surowość, żałobę, smutek i skromność.

Herb na tarczy, pieczęci i sygnecie symbolizował przynależność do danego rodu oraz jego dziedzictwa moralnego i materialnego. Jakże tego pierwszego i drugiego obecnie nam brakuje.

Ilustracje w tekście – herby szlachty polskiej – a ściślej rzecz biorąc mojej rodziny i rodziny mojego byłego męża. Jastrzębiec (który jest, jak się domyślam herbem Autora, jest też herbem mojej Teściowej), Korab (Kryniccy, moi tatarscy dziadkowie ze strony matki ojca), Krzywda (herb Boguckich), Grzymała (herb Slaskich).

Opublikowano Ryszard Dąbrowski | Otagowano | 1 komentarz

To jeszcze nie koniec

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.


magdaparysśpiąca królewna

mój brat jest artystą
zadzwoniłam do brata
powiedziałam, że mam dość wszystkiego
dzieci i czekania na deszcz
gotowałam zupę
mówiłam długo
pod koniec zagroziłam, że się powieszę
brat słuchał
wreszcie spytał, która godzina
było już po trzeciej.

o 19.07
- godzinie w której mogłam już nie żyć
wysłał sms’a
pisał, że go nie zainspirowałam
śmierć jest zbyt powszechna
a na dzieciach jeszcze nikt się nie dorobił.

wobec czego
nakarmiłam córkę i nakrzyczałam na syna
i zadzwoniłam do ojca
powiedział, że sam już nie raz o tym myślał,
ale się nie zdecydował i kiedy oddam mu
tych 120 złotych co to je od niego pożyczyłam
w 2006 roku, czy pamiętam?

mama przyszła do mnie,
usłyszała od brata, że się nudzę,
wykopała mi z ogródka róże
u niej w ogródku będą lepiej rosły.

zadzwoniłam do babci
chciałam zapytać, co dalej
powiedziała, że czas umierać
i że remontują kościół.

o 23.15
rozważyłam za i przeciw
wyciągnęłam pranie

i poszłam nas rozwiesić.

+
śp.

29.06
urodziny
w gazecie wydrukowali datę mojego urodzenia
nie wiem po co bo kogo może interesować kiedy
urodził się dziennikarz.

tym razem miałam 32 lata.

 

- to jeszcze nie koniec –

przeprowadzałam się jakieś trzydzieści osiem razy

ojciec: no i co z tego?
niektórzy w ogóle nie mają dachu nad głową
i rozbujał się w szynach
które wyżłobił poniemiecki fotel.

na słonecznym

kiedy uchylam okno patrzę jak umyka bo lubi przestrzeń
nie wybiera na opak zna swoje miejsce
roztapia łańcuch
lubię ten moment kiedy osiada na twoim ramieniu
robisz krok i kładzie się na progu
nie jestem przesądna
kiedy usiądziemy blisko przy sobie
zniknie za szafą.

o.

ojciec napisał wiersz jak Rej po męsku i po polsku
co o nim myślę
o tobie?
nie, o życiu, o nim, o wierszu

bo ojciec kocha nie moją matkę i nie macochę
tylko młódkę spod klatki dwadzieścia osiem

ja też nie wiem co dalej.

babcia

fartuchem startym jak jej książeczka do nabożeństwa
wytarła ławkę pod sosną, co się jej normalnie
nie wyciera
kwiaty pachną jeszcze w sieni, chociaż to już jesień
czy przyjadą, ona będzie czekać
a potem już będę tylko żałować
że nie posadziłam z nią malwy tam pod płotem
że nie poszłam po jajka i do kościoła

zawsze ta sama śpiewka
chociaż ona jeszcze żyje tej jesieni.

 

Żeżeżeże żesz

że nie zdążyłam nosić spódniczek mini
i różowych tenisówek
że w Krakowie nie pojechałam dorożką
i w Salzburgu też nie, ech
i że boję się koni
że nie chodziłam z J. po mieście
i po plaży, a jak już poszliśmy
to szkoda gadać
że ją- jąk- kka -am się z nerwów
i że teraz chwytam za mocno
że nie oszaleję z nadmiaru talentu
że przemijam, że piję, że palę
że kocham banalnie zbyt mocno
i takie tam inne jeszcze uwieszone
szale

Mo Ma …

ona źle się czuje i mówi, że nie chce ze mną rozmawiać
teraz coś krzyczy czegoś znów chce ode mnie mówi
stoi na drugim brzegu, jej głos woda dobrze niesie
ale nie rozumiem
śmieci? śmierdzi? źle na świecie? świeci? cowieci?
endecy?
nie wiem co mówi więc idę wynieść śmieci
ona źle śpi i nie ma szczęścia do mężczyzn
musi pracować i nie ma pieniędzy
coś znów krzyczy coś znów zrzędzi
jej głos skowyczy
dzieci? poeci? kalecy?
nie wiem coś chce może pożyczyć pieniędzy
sowa huczy
ona ma złą rodzinę i nikogo nie lubi
wszystko ją nudzi szybko się obraża
nie łatwo nerwy jej studzić
stoi na drugim brzegu, jej głos dobrze woda niesie
jest sama? niekochana? spracowana?
nie wiem co mówi pewnie że sama na świecie
ence pence w mojej głowie dwa przysłowia są
naprędce
co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie
niedaleko pada jabłko od jabłoni
stoi na drugim brzegu, głos jej woda niesie

Piękna poetka, piękne wiersze, piękne zdjęcie.
Zdjęcie – Marian Stefanowski
Wiersze ukazały się w roku 2007 w szczecińskich “Pograniczach”

Opublikowano Magdalena Parys | Otagowano | Dodaj komentarz

Berlinerblau

Kilka dni temu opublikowałam tu wspomnienia Tomasza Prota. W uzupełnieniu chciałam więc zaproponować przeczytanie artykułu o jego przodkach, chemikach z rodziny Berlinerblau. Artykuł, skąd inąnd znakomity i nader interesujący, ukazał się w renomowanym czaspiśmie “Przegląd Chemiczny” (9/2013). Niestety, okazało się, że, póki co, Redakcja nie udzieliła mi pozwolenia na przedruk. Postanowiłam pertraktować, ale zanim zmiękczę serce Redaktora Naczelnego, przedrukowuję tu mały fragment (taki jak na stronie internetowej czasopisma plus maleńki fragment z końca tekstu) i, oczywiście, moje własne PS, bo te są w końcu moje.  Jeśli nie uda mi się uzyskać zgody, proponuję, żebyście poszukali po jakichś bibliotekach, może uda się Wam dotrzeć do zeszłorocznego numeru “Przeglądu Chemicznego”. Możecie też kupić sobie od redakcji prawo jego jednorazowego przeczytania: TU. Mnie na to nie stać. Prowadzę blog niekomercyjny i raczej czasami do niego dopłacam, niż cokolwiek zarabiam. Was, jednorazowo, poczytanie tego tekstu będzie kosztowało brutto 6 złotych i 15 groszy.

Tomasz twierdzi, że: nazwisko Berlinerblau zostało przypuszczalnie nadane po 1797 roku, kiedy w zaborze pruskim urzędowo wprowadzono nadawanie Żydom nazwisk, często związanych z wykonywanym zawodem. Stąd też można przypuszczać, że członkowie tej rodziny zajmowali się farbiarstwem lub garbarstwem i używali pigmentu o nazwie Berlinerblau. Błękit berliński zwany też błękitem pruskim został po raz pierwszy uzyskany w 1704 r. w Berlinie przez alchemika Johanna Konrada Dippela przy próbach otrzymania eliksiru nieśmiertelności, według innych przez malarza lub barwierza Johannesa Jakoba Diesbacha, i był pierwszym barwnikiem osiągniętym na drodze syntezy chemicznej. Nazwa jest związana z barwą mundurów wojska pruskiego ówczesnych lat. Berlinerblau (heksacyjanożelazian(II) potasu żelaza(III), żelazocyjanek potasowo-żelazowy), FeK[Fe(CN)6] to nieorganiczny związek chemiczny, mieszana sól kompleksowa, zawierająca anion heksacyjanożelazianowy(II) oraz kationy potasu i żelaza. Wykazuje silne niebieskie zabarwienie, spowodowane absorpcją światła powodującą przeniesienie elektronu pomiędzy atomami żelaza na różnych stopniach utlenienia.

Wszystko jasne, prawda?

Wpis ten dedykuję mojej siostrze, która kiedyś intensywnie zajmowała się farbami, w tym również owym nowoczesnym barwnikiem, zwanym Berliner Blau. Kasia dużo o nim rozmyślała, może więc zachęcę ją tym wpisem, żeby  nam przekazała na blog ów swój tekst o barwach, barwnikach i farbach.

Kasi Krenz

historiaBerlinerblauWiek XIX był okresem ogromnego przełomu w chemii, był wiekiem, w którym rozpoznano podstawowe prawa chemiczne, rozwikłano zasady budowy związków organicznych, a ponadto rozpoczęto produkcję przemysłową nie tylko produktów nieorganicznych, lecz także produktów pochodzenia organicznego, które do tej pory otrzymywano z przetwórstwa roślin lub zwierząt. Od drugiej połowy XIX w. opanowanie umiejętności wytwarzania przez przemiany chemiczne nie tylko nowych substancji, lecz także substancji występujących w naturze stało się wyzwaniem nie tylko dla uczonych i przemysłowców, ale także dla światłych rządów, które w tych umiejętnościach dostrzegły możliwości szybkiego wzbogacania się społeczeństw. Wspieranie rozwoju nauki i rozwoju nauczania chemii, fizyki i innych nauk przyrodniczych stawało się najważniejszym obowiązkiem rządów oraz elit kulturalnych, politycznych i gospodarczych.
Na ziemiach polskich rządy państw zaborczych nie wspierały rozwoju, a każdy zryw do walki o wolność był karany dolegliwymi ograniczeniami nie tylko pod względem politycznym, lecz i gospodarczym. W drugiej połowie XIX w., a zwłaszcza po upadku powstania styczniowego w 1864 r., nabiera siły pozytywistyczny ruch pracy organicznej od podstaw i pomimo zakazów władz zaborczych społeczeństwo organizuje i rozwija pracę wychowawczą i kształcenie wszystkich warstw społecznych. Wiadomości dochodzące z Niemiec, Szwajcarii, Anglii i Francji wskazują na szybki rozwój przemysłu chemicznego i badań naukowych w dziedzinie chemii, oprócz rozwoju innych przemysłów. Pod koniec XIX w. na terenie Królestwa Kongresowego powstają niewielkie zakłady przemysłowe oparte na miejscowym kapitale, zarówno żydowskim, jak i polskim.
O takiej działalności myślał zapewne Izydor Berlinerblau (…)

Berlinerblau interesował się również muzyką, o czym można się dowiedzieć ze wspomnień rodzinnych. Aniela Steinsberg, urodzona w 1896 r. córka Józefa Berlinerblaua, powiedziała, że ojciec jej ukończył studia pianistyczne w Konserwatorium Warszawskim.
Aniela, pierwsza w Galicji kobieta-adwokat, stała się znanym obrońcą robotników i działaczy politycznych przed wojną, a po wojnie broniła żołnierzy AK, protestujących robotników i walczących opozycjonistów. Była współzałożycielką Komitetu Obrony Robotników (KOR) w 1976 r.
Natomiast Adolf, syn Józefa Berlinerblaua, poszedł w ślady ojca i studiował chemię, a jako inżynier chemik został dyrektorem technicznym w Spółce „Stradom” i na tym stanowisku pozostał do wybuchu wojny. Był autorem kilku patentów na technologie wyrobów produkowanych w „Stradomiu”. Udało mu się w 1939 r. wyjechać z kraju i od 1940 r. zamieszkał w USA, gdzie zmarł w 1975 r. Niestety młodszej córce Józefa, Dorocie Seydenmann, ur. w 1898 r., która była malarką, po Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie i Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i w Paryżu, oraz najmłodszemu synowi Tadeuszowi, ur. w 1905 r., również absolwentowi Akademii Sztuk Pięknych, architektowi, nie powiodło się ukrycie przed zagładą i zostali zamordowani, Dorota przez Niemców w 1942/1943 r. w Nowym Sączu, a Tadeusz przez Ukraińców w 1941/1942 r. we Lwowie.

***
PS 1: Oczywiście jeśli ktoś działał w opozycji w PRL albo przynajmniej się koło niej kręcił, musiał słyszeć o córce Józefa Berlinerblau – Anieli Steinsbergowej, która była wspaniałą i odważną kobietą i postacią dla nas absolutnie symboliczną. Jest o niej wielki artykuł w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Aniela_Steinsbergowa

PS 3: W tymżeż artykule Wikipedii podana została wiadomość, że ojciec Anieli Józef Berlinerblau, studiował muzykę i, zanim rozpoczął studia chemiczne, ukończył Konserwatorium Muzyczne w Warszawie, a jego żona, Helena, była absolwentką warszawskiej Szkoły Rysunku.

PS 2: Siostrą Anieli była Dorota Seydenmann, o której (bardzo krótko) też pisze Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Dorota_Seydenmann i zamieszcza reprodukcję jednego jej obrazu:

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932 Zabudowania wiejskie, 1932

Opublikowano Michał S. Balasiewicz, Tomasz Prot | Otagowano , | 4 komentarzy