Podwieczorek mistrzów

Ia-wroblewskiRyszard Dąbrowski

Szanowni Państwo,

w imieniu moich kolegów oraz własnym zapraszam na zbiorową wystawę fotograficzną pt: „Mistrzowie mistrza”.  W wystawie uczestniczą Zbigniew Wróblewski, Zdzisław Sienkowiec, Janusz „Sławek” Piszczatowski, Zdzisław Pacholski, Mariusz Hermanowicz oraz Ryszard Dąbrowski. Najstarszy z nas liczy 78 lat, najmłodszy 64.

To oni przed laty na zdjęciu Zbigniewa Wróblewskiego

 

Otwarcie wystawy będzie miało miejsce 5 września tego roku w szczecińskiej galerii fotograficznej FOTART, ul. Monte Cassino 5,  o godzinie 18.

Idea wystawy

Gdy człowiek osiąga pewien wiek, w którym powoli zaczynają umierać jego koledzy oraz przyjaciele, zaczyna z pewną nutką nostalgii patrzeć na swoje życie, swoją odległą przeszłość i bliską przyszłość.

Jak twierdzą socjolodzy, neurolodzy oraz psychoanalitycy, o tym kim i czym się jest, w 50 procentach decydują geny a w pozostałych kształtują nas szkoła, otoczenie, znajomi i przyjaciele.

VIb-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Oprócz fotografii, która jest naszą pasją, łączy nas także i to, iż kiedyś w „zamierzchłych” czasach, członkowie tej grupy, byli moimi pierwszymi „nauczycielami”. Wspierali mnie radami lub krytyką oraz byli mi pomocni w działaniach fotograficznych.

Nas pięciu żyjących oraz jeden „nieobecny”, ale usprawiedliwiony, postanowiło zrobić wystawę fotograficzną, na której przy pomocy zdjęć i słów chcemy samookreślić i współokreślić nas samych jako przyjaciół i fotografów.

Ta wystawa to sześć indywidualnych prezentacji, powiązanych ze sobą czasem i miejscem.

IIb-sienkowiec IIa-sienkowiecZdzisław Sienkowiec

Jest to także nasz przyczynek do oficjalnych obchodów 175-tej rocznicy wynalazku fotografii, świętowanych z okazji ogłoszenia szczegółów tej technologii w dniu 18 sierpnia 1839 roku w Paryżu.

Jednakże już wcześniej, bo w 1822 roku, Francuz Joseph Nicéphore Niépce wykonywał swoje pierwsze heliografie. Jego najstarsze zachowane „zdjęcie” powstało jesienią 1826 roku w efekcie ośmiogodzinnego naświetlania. Zrobione ono zostało z okna pracowni w Le Gras i przedstawia okoliczne dachy.

Pierwszego człowieka, a właściwie dwóch – czyściciela butów oraz jego klienta, w maju 1838 roku, sfotografował całkiem przypadkowo Louis Jacques Mandé Daguerre, poprzez naświetlanie przez 10 minut widoku z okna swojej pracowni w Paryżu. W prawie wszystkich opisach tego zdjęcia, wzmiankowany jest jedynie mężczyzna, któremu czyszczono buty, a czyścibut pomijany jest milczeniem. Jakże dobitnie ten powszechnie spotykany opis, wzmiankowanego tu dagerotypu, uwidacznia ówczesny, oraz z krótkimi przerwami trwający do dzisiaj, klasowy podział społeczny.

Później fotografia była już wszędzie, podczas wojen i rewolucji, wypadków i morderstw, urodzin i śmierci, pod wodą i w kosmosie, w brzuchu ciężarnej kobiety, w bijącym sercu, a nawet we wnętrzu organicznej komórki. Fotografia zrewolucjonizowała także malarstwo i rzeźbę oraz pchnęła je w kierunku abstrakcji i formalnych poszukiwań.

Obecnie aparat fotograficzny ma już każdy, niektórzy nawet kilka, a ci co ich nie posiadają robią zdjęcia komórką czy nawet zegarkiem albo okularami.

Ciekawe jak za następne 175 lat będzie się dokonywać rejestracji rzeczywistości otaczającej człowieka. Oczywiście przy założeniu, że ludzkość przeżyje kolejne dwa wieki…

Już po wybraniu zdjęć do naszej wystawy, skonstatowałem, iż w większości z nich przewija się motyw przemijania i śmierci.

Ib-wroblewskiZbigniew Wróblewski

I tak Zbyszek Wróblewski pokazuje grupowy portret kilkorga zmarłych kumpli oraz zdjęcia z rozruchów ulicznych w grudniu 1970 roku w Szczecinie, podczas których zginęło 16 osób.
Zdzisław Sienkowiec prezentuje zdjęcia Stoczni Szczecińskiej, która po ponad 160 latach istnienia bezpowrotnie zniknęła z mapy miasta.
Sławek Piszczatowski atakuje zdjęciami ciał nagich kobiet, poddawanych nieubłaganym prawom natury, które w niektórych kulturach są alegorią i apoteozą śmierci.
Zdzisław Pacholski dał zdjęcie Dorotki, wykonane na rok przed jej tragiczną śmiercią oraz filozoficzną multiplikację czaszek ludzkich.

IVa-pacholskiZdzisław Pacholski

Ja natomiast, Ryszard Dąbrowski, prezentuję ostatnie zdjęcie wykonane przez człowieka, krótko przed tym, zanim wymarło 90% populacji homo sapiens.

VIa-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Prace te uzmysławiają nam, iż gdzieś tam, za którymś rogiem, czyha na nas, zręcznie posługujący się mieczem Damoklesa oraz niekiedy także i kosą, mistrz nad mistrzami…

***

Znakomity wstęp, ale jako redaktorka zawahałam się z lekka nad końcową wypowiedzią Autora. Mistrz nad Mistrzami? Kto – śmierć? Po niemiecku, oczywiście, ale po polsku. To znany problem, bo co tłumacz miał zrobić z powieścią Brat snu Schneidera? Przecież ewidentnie powinna była się tu pojawić Siostra snu.

Jerzy Jurczyk tak skomentował to zdanie:

Emigracja wykorzenia! Jesteś, Ryszardzie, wymownym tego przykładem. Wprawdzie sercem pozostałeś po wschodniej stronie Odry, lecz językowo przeflancowałeś się już wyraźnie na pruskie podglebie Bramy Brandenburskiej, bowiem śmierć nazywasz mistrzem, a nie „mistrzynią”. To prawda, że po niemiecku „der Tod” jest rodzaju męskiego. Jednak w języku polskim – podobnie jak we włoskim – śmierć jest rodzaju żeńskiego. Świadczy to, że w zbiorowej podświadomości Słowian, jak też – hedonistycznie doceniających uroki życia doczesnego – mieszkańców krajów basenu Morza Śródziemnego, śmierć jako postać kobieca ma o wiele mniej złowieszczą konotację, niż np „Jeźdźcy Apokalipsy” Albrechta Dürera. Zauważmy, że w polskim teatrze ludowym śmierć jest nazywana bardzo poufale i niemal pieszczotliwie „śmiertką”, jakby można było się z nią zaprzyjaźnić i spokojnie gwarzyć o przemijaniu.

Opublikowano Ryszard Dąbrowski | Otagowano , , | 1 komentarz

Co słychać u poetów i innych artystów

Zbigniew Milewicz i Edmund Nowak biorą udział w projekcie aktywizującym 50+ wykoncypowanym przez organizatorów – Bogusława Flecka z Berlina i Zofię Wojciechowską z Mrągowa – jako wędrówka po śladach Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Ernsta Wiecherta, ale też jako poznawanie tego, czego człowiek jeszcze nie widział, albo nawet nie wiedział, że warto zobaczyć. Projekt ten pojawiał się już tu na blogu kilkakrotnie, teraz kolejna odsłona. Oczywiście nie skorzystamy – bo czas minął – z zaproszenia na tegoroczny festiwal, ale może, może… Może ktoś się wybierze w przyszłym roku. Sorkwity są przewspaniałe, a we wszystkich okolicznych miejscowościach można zjeść sielawę. Naprawdę! A ja myślałam, że to taka bajkowa ryba.

mragowofestiwal (3)

Zbigniew Milewicz

IV Festiwal Kultury Mazurskiej

Jeszcze nie przebrzmiały doroczne, mrągowskie prezentacje artystów z kręgu kultury kresowej, kiedy w pobliskich Sorkwitach ruszył podobny, mazurski festiwal. Podobny, pod względem bogactwa dorobku kulturalnego miejscowej społeczności, jednak odmienny w wyrazie. Jeden zazdrośnik z drugim mówił wprawdzie, że kresowiacy dorobili się w Mrągowie już dwudziestego, jubileuszowego festiwalu, a Mazurzy dopiero czwartego, ale jakże taki paroletni Mazurek umie dokazywać.
W pierwszy dzień zachowywał się powściągliwie, jak w świętym miejscu przystoi. We wnętrzach zabytkowego kościoła ewangelicko-augsburskiego w Sorkwitach, który prowadzi pastor Krzysztof Mutschmann, odbył się koncert poetycko-muzyczny, z udziałem profesjonalnych artystów, pochodzących z tych terenów oraz zdolnych amatorów czyli grupy teatralnej „Insania“ z Piecek, która recytowała utwory z dorobku poetyckiego księdza prałata Andrzeja Świecha z katolickiej parafii św. Brata Alberta w Sorkwitach.

mragowofestiwal (1)Dzień drugi stał pod znakiem naukowych wykładów i dyskusji, związanych z bogatą historią Warmii i Mazur, a wygłoszonych w auli miejscowego gimnazjum. Pełna osobistego uroku Katarzyna Enerlich, pisarka pochodząca z Mrągowa, przeczytała jedno ze swoich opowiadań, był prosty obiad mazurski w gimnazjalnej stołówce, popisy zespołów muzycznych w rytmie bluesa, rocka i big beatu. Niestety frekwencja publiczności, zwłaszcza w części wykładowej była raczej skromna, za to dopisała w trzecim dniu, kiedy wokół gimnazjalnego boiska ustawiono kramy z rękodziełami mazurskiej sztuki ludowej, pysznym jadłem i nalewkami i można było wszystkiego do syta popróbować. Na estradzie, ze swadą prezentowały się kolejno kapele z regionu, pod nóżkę, a że pogoda dopisywała, to i humory wszystkim też.

mragowofestiwal (2)Całości towarzyszyły różne wystawy – malarskie mazurskich artystów, m.in. Jolanty Fukowskiej, witraży i numizmatyczna Sławomira Stefaniaka, który prezentował też zbiór rozmaitych eksponatów, związanych z życiem i twórczością poety i pisarza mazurskiego, Ernsta Wicherta. Organizatorzy Festiwalu – Gmina Sorkwity, Towarzystwo Miłośników Ziemi Mrągowskiej i miejscowa parafia ewangelicko-augsburska – postarali się skonstruować atrakcyjny program, adresowany dla miejscowej społeczności i turystów odwiedzających region i myślę, że im się to w sumie udało.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec dwa wiersze księdza-poety, Andrzeja Świecha:

Nad Jeziorem Gielądzkim

Na brzegu jeziora fale piasek myły
I starą pieśń mazurską cichuchno nuciły
O żyjących tu ludziach od dziada pradziada
O rzemiośle rybaka jak ryby odławiał
O zapachach żywicy wśród lasów sosnowych
Węgorzy i sielawy na olszy wędzonych
O rybackich chatach i Mazurów mowie
Wierze obyczajach nikt tak nie opowie
Lecz abyś mógł zrozumieć starych dziejów mowy
Musisz serce otworzyć na szept fal jeziornych
A gdy poznasz już piękno tej ziemi i kraju
Nie będziesz więcej tęsknił za utratą raju

Dęby

Splecione konarami rąk
Dwie kolumny strzeliste
Jak para zakochanych
Wpatrzone w niebo błękitne
Stoją zadumane
Nad historią świata
Wierni jej świadkowie
Przez długie dziejów lata

mragowofestiwal

Zdjęcia: Edmund Nowak i autor

Opublikowano Zbigniew Milewicz | Otagowano , | Dodaj komentarz

Alma (1)

Lech Milewski

Alma Mahler wpadła mi w oko w Pirenejach podczas nielegalnej przeprawy przez francusko-hiszpańską granicę. Nie tyle ona co jej bagaże – tuzin walizek!

Alma Mahler

Naturalnie, kobieta! - pomyślałem.

A było to tak…
Od roku 1929 Alma Mahler była żoną pisarza Franza Werfla. W 1938 roku, po Anschlussie Austrii, Werfel, który był Żydem, uciekł wraz z żoną do Francji. Przewidując najgorsze ubiegali się o wizę do USA. Otrzymali ją z łatwością dzięki wstawiennictwu Tomasza Manna, który cieszył się ogromną sympatią i zaufaniem Eleonory Roosevelt i pomógł załatwić wizy setkom niemieckich intelektualistów i artystów. Przewidując najlepsze zwlekali z wyjazdem do USA aż do 1940 roku, do zajęcia Francji przez Niemcy. Wtedy było już za późno. Nie mogli wydostać się z Francji legalnie, gdyż nie mieli wizy wyjazdowej, a zgłoszenie się po taką wizę do urzędu, skończyłoby się wydaniem w ręce niemieckie. Ukrywali się w Lourdes, gdzie Franz Werfel zapoznał się szczegółowo z historią Bernadetty Soubirous – dziewczyny, której objawiła się Matka Boska. Złożył wtedy ślub, że jeśli uda mu się szczęśliwie wydostać z Francji, to napisze książkę na temat cudownego objawienia.
Po kilku tygodniach Werfel nawiązał przez pośredników kontakt ze współpracownikiem amerykańskiego konsulatu w Marsylii, dziennikarzem Varianem Fry, który właśnie organizował przerzut do Hiszpanii rodziny Tomasza Manna – syna Golo i brata Henryka wraz z żoną Nelly. Dołączyli więc do nich. Pociągiem dojechali z Marsylii do stacji Cerbere tuż przed granicą hiszpańską. Graniczna stacja Cerbere – jakże właściwa to nazwa!
Piątka uciekinierów powędrowała z przewodnikiem na piechotę, a Varian Fry przejechał legalnie pociągiem do Hiszpanii.
Wędrówka przez góry nie była łatwa. Musieli się wspiąć na wysokość 2000 m, co przy otyłości Franza Werfla i słabej kondycji Henryka Manna było zadaniem nie lada. Z kolei Varian Fry miał prawo obawiać się zainteresowania służby celnej i granicznej rozmiarami bagażu – 17 walizek. W tym 12 walizek Almy Mahler. Alma twierdziła, że walizki zawierają rzeczy absolutnie niezbędne – rękopisy partytur utworów Gustawa Mahlera, rękopis III symfonii Brucknera, rozpoczęte dzieła jej męża i odrobinę jej garderoby. Złośliwi twierdzą, że wszystkie szkice, partytury i rękopisy zajmowały tylko jedna walizkę.
Spotkali się w Portbou – pierwszej stacji po hispańskiej stronie. Varian Fry wrócił do Marsylii, a oni pojechali dalej, pociągiem do Madrytu i w końcu samolotem Lufthansa do Lizbony. Uciekali przed Niemcami samolotem Lufthansa? Czemu nie, w tamtych czasach można było podróżować incognito. Po miesiącu pobytu w Lizbonie pożeglowali do Nowego Jorku. Tam oczekiwał ich Klaus Mann, syn Tomasza, który w liście do ojca wspomniał, że wszyscy uciekinierzy byli w dobrej formie, tylko Alma wyglądała jak zdetronizowana królowa.

Franz Werfel wypełnił swój ślub – książka Pieśń Bernadetty – KLIK - i film nakręcony na jej podstawie zapewniły mu dobrobyt do końca życia. Był to więc bardzo udany ślub.

Dygresja – Varian Fry pomógł przemycić ponad 2.200 uciekinierów z Niemiec – KLIK.

Moje kolejne spotkanie z Almą nastąpiło w niespodziewanym miejscu – w fikcyjnym osiedlu Tel Kedar na pustyni Negev…

Między wiadomościami nadali program o życiu i miłościach Almy Mahler. Spikerka powiedziała, że świat mężczyzn nie był w stanie jej zrozumieć i widział w niej kogoś innego, niż była naprawdę, a potem opowiadała jaka naprawdę była Alma Mahler. Wyłączyłem ją w pół zdania na potwierdzenie, że świat mężczyzn nie zmienił się na lepsze.

Amos Oz – Nie mów noc – tłumaczyła Agnieszka Jawor-Polak

Rzeczywiście, nie zmienili się. Dowodem może być choćby ta piosenka Toma Lehrera – Najurokliwszą dziewczyną Wiednia była Alma

Pozwoliłem sobie sparafrazować refren tej piosenki – Almo jakiego użyłaś magicznego tańca, by oczarować Gustawa, Waltera i Franza?

Gustaw, Walter i Franz to kolejni mężowie Almy – Gustaw Mahler, Walter Gropius i Franz Werfel. Zaś pomiędzy mężami, a czasem równolegle z nimi, przez życie Almy przewinęło się wielu słynnych artystów i twórców..

Nie usiłuję zrozumieć Almy Mahler. Nawet wolę jej nie rozumieć. Pozwala mi to przypatrywać się jej i jej otoczeniu czasem w admiracją, czasem ze zgrozą, a ciągle z bezrozumnym oczarowaniem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Evelyn Juers – House of Exile – KLIK - cudowna książka – skarbnica informacji o ucieczce artystów i intelektualistów z hitlerowskich Niemiec.
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , | 2 komentarzy

Różowy network

Aleksandra Hołownia

Alexandra Fly
neofeministyczny projekt artystyczny
lalki odzwierciedlające postać Fly, kostiumy, wideo, zdjęcia
oraz
performance w przestrzeni wystawienniczej

Alexandra Fly, odziana w spektakularny kostium, gęsto obszyty małymi, szmacianymi waginami i penisami, broni praw kobiet.
Podróżując samolotami po Europie i USA, odwiedza wystawy sztuki współczesnej, wywołując zainteresowanie przypadkowych odbiorców.

Usytuowany w przestrzeni publicznej projekt bazuje na:

- świadomej konfrontacji indywiduum z przeciętnym widzem

- reakcjach publiczności, spowodowanych złamaniem tabu oraz

- prowokacji wynikającej z publicznego tematyzowania kobiecych narządów płciowych

Zauważmy, że nie mamy tu do czynienia z nagością, lecz tylko z obrazem abstrakcyjnych form przypominających damskie genitalia. Prezentowany publicznie kostium Fly odtajemnicza waginę, podkreśla że może ona budzić piękne skojarzenia i wcale nie musi być tematem wstydliwych debat.

Fragile1Interakcja z publicznością:

Podczas trwania wystawy, odwiedzającym zostanie udostępniona garderoba z projektu Alexandry Fly. Przymierzając kostiumy publiczność może lepiej zrozumieć protest artystki przeciw dyskryminacji płciowej.

Rzeźba medialna i socjalny network:

Spektakularnej figury artystycznej nie da się nie zauważyć. Artystka spacerując po własnej wystawie, podejmuje dialog z publicznością i odpowiada na pytania zainteresowanych. Chętni mogą sobie zrobić pamiątkowe zdjęcia z Alexandrą Fly, a gdy wstawią je do Internetu, staną się częścią istniejącego już networku.

Dyskurs feministyczny:

Rewolucja obyczajowa 1968 roku zdecydowanie wpłynęła na zmiany obyczajowości i życia mieszkańców Europy Zachodniej. W innych częściach świata ścisły podział ról na męskie i żeńskie nadal obowiązuje. Od lat masowo napływający do Europy migranci z krajów, w których kobieta zajmuje pozycję podrzędną, nigdy nie słyszeli o rewolucji seksualnej. Ludzie ci, mieszkając w Europie, nadal wycinają dziewczętom łechtaczki, praktykują przymusowe małżeństwa i mordy honorowe. A przecież ten, kto używa przemocy wobec kobiet, zastrasza i niszczy źródło energii życia na Ziemi, a tym samym zagraża całemu człowieczeństwu.

Alexandra Holownia as Alexandra Fly, Paris 2013, Foto Jean Baptiste GurliatParyż 2013, Foto Jean Baptiste Gurliat

Wywiad z Aleksandrą (ukaże się w listopadzie w czasopiśmie Artlukhttp://www.artluk.com)

Kim jest Alexandra Fly?

Projekt Alexandra Fly powstał w 2006 roku podczas moich studiów podyplomowych na berlińskim UdK (Uniwersytecie Sztuki). Poszukując nowych metod przekazywania zjawisk w sztuce współczesnej, wymyśliłam poruszającą się w przestrzeni publicznej figurę artystyczną, oddziaływującą na odbiorców poprzez spektakularny kostium.

Ubrana w suknię obszytą szmacianymi waginami i penisami postanowiłam prezentować się w kontekście międzynarodowych wystaw artystycznych. Pseudonim Fly miał swoje odniesienie do częstych lotów samolotami, które odbywałam i odbywam, przedstawiając projekt w różnych krajach. W marcu 2007 roku po raz pierwszy poleciałam jako Fly z Berlina do Nowego Jorku. Poza tym co roku odwiedzam targi sztuki w Bazylei, Brukseli, Londynie, Paryżu i Berlinie. Moje wystąpienia są niezapowiedziane, choć coraz częściej otrzymuję oficjalne, płatne zaproszenia do uczestnictwa w festiwalach sztuki.

Jakie przesłanie zawiera projekt Fly?

W projekcie Alexandra Fly chodzi o łamanie tabu. Pokazuję to, co nie przystoi. Jestem kompletnie odziana, ale publicznie obnoszę uszyte z kolorowej tkaniny intymne części ciała. Odtajemniczam waginę, zmieniam ją w widniejące na moim kapeluszu, spodniach, bluzce, kolorowe, intrygujące obiekty. Demonstrując imitujące waginę, zmultiplikowane formy, pragnę sprowokować publiczność do zastanowienia się nad rolą kobiety w globalnym społeczeństwie. Obecnie w dobie zbliżania do siebie narodów, renesans religii oraz postępująca konserwatyzacja doprowadziły do upadku wartości wywalczonych przez rewolucję seksualną lat 60. Zastanawiam się jak dawne hipisowskie hasło Make love not war byłoby przyjęte w objętych obecnie wojną krajach arabskich? Dlaczego mimo rozwoju cywilizacji religie świata nadal przekazują wizje uciskanej kobiety? Moja manifestacja jest nie tylko skierowana przeciw dyskryminacji płci żeńskiej, lecz również stanowi głos domagający się tolerancji dla odmieńców.

 Jak reaguje publiczność na Alexandrę Fly?

Generalnie publiczność nie jest przygotowana na spotkanie z figurą artystyczną. Często widząc mnie w kostiumie ludzie dowcipnie pytają: Czy mamy karnawał? Obyczaje społeczne tolerują przebranie podczas maskardy. Ja natomiast łamię te przyzwyczajenia i pokazuję strój Fly o różnych porach roku, głównie jednak podczas podróży artystycznych. Niekiedy pobłażliwie uśmiechający się odbiorcy proszą o wspólne, pamiątkowe zdjęcie. Zdecydowana większość domyśla się, że chodzi o performance. Niektórzy nawet nazywają mnie żywą rzeźbą. (…) Z pewnością pozytywnie wpływa na widzów użycie odcieni różu, czerwieni i fioletu. (…)

Dlaczego kostium Fly zawiera różne odcienie różu i czerwieni?

Wybierając czerwień i róż chciałam przykuć uwagę publiczności. Te populistyczne, wybitnie kobiece kolory kojarzą się wszystkim z miłością, namiętnością, romantyką, wdziękiem i dziecięcym urokiem. Z drugiej strony wyrażają kicz i tandetę. Poza tym dynamiczna, agresywna czerwień wpływa podniecająco na ludzką psychikę, mówi też o uczuciach seksualnych. Kostium ma mocną wymowę, nie można przejść obok niego obojętnie. Wyzywający różowy kolor przyciąga wzrok. W projekcie Alexandra Fly znaczące treści podporządkowałam wesołej, radosnej formie. (…)

Alexandra Flying Instalation Gallery Szyperska 2014Gallery Szyperska 2014

Więcej na stronie projektu,
a ponadto, jak to u Aleksandry, jeszcze
prośba o pomoc dla pieska Jelly.

Opublikowano Aleksandra Hołownia | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Łużyce wciąż czekają!

Tomasz Fetzki

Lusatia alias Vita 2
reportaż poetyzujący

Kierunek północny zachód! Po prawej stronie widać w oddali wieżę lubanickiej świątyni. Ale o niej, o pastorze Mikławšu i jego serbołużyckim Nowym Testamencie już kiedyś Viator TU opowiadał, dlatego tym razem się tutaj nie zatrzymamy. Jasne, nie ma Łużyc bez Serbów Łużyckich! Ale cierpliwości, będą jeszcze Serbowie. I to nie raz.

A wokół lasy i lasy. Bory sosnowe zazwyczaj, bo takie się na piaszczystych glebach łużyckich najlepiej udają. Gdzieniegdzie wśród tych borów wiją się mniejsze i większe strumyki, potoki i rzeczki. Zaraz za Lubanicami można się natknąć na jedną z nich. Jakiś czas powędrujemy wzdłuż jej nurtu. Nie tylko z tego powodu, że jest ładna. Raczej dlatego, że odegrała istotną rolę cywilizacyjną. Brzmi to może nieco górnolotnie, ale rzeczywiście tak było. Przekonamy się już niedługo.

SAMSUNG DIGITAL CAMERALubsza, niekiedy Lubicą zwana.

Idzie Viator borem lasem. Żywiczne zapachy wdycha. Meandrującą Lubszę obserwuje. Zamyśla się: meandry, meandry… bieg historii Łużyc zaiste był meandryczny! Plemiona serbołużyckie nigdy nie znalazły w sobie dość siły i determinacji, aby stworzyć odrębny, samodzielny organizm polityczny. Tym bardziej, że nie były jednorodne, nawet językowo. Mówimy o Dolnych i Górnych Łużycach, ale przecież te Górne to tak naprawdę ziemia ludu Milczan. Każdemu, kto choć w miarę uważał na lekcjach historii, gdzieś tam z tyłu głowy pozostał związek frazeologiczny: Milsko i Łużyce. Dolnołużyczanie posługiwali się językiem zbliżonym do polszczyzny, zaś Górnołużyczanin, czyli Milczanin, znacznie łatwiej porozumiałby się z Czechem. Na szlaku naszej podróży jest zarówno Dolna Łužyca (w tej chwili na niej się właśnie znajdujemy) jak i Hornja Łužica, więc będzie jeszcze okazja przyjrzeć się sprawie dokładniej.

Nigdy przeto nie powstało państwo łużyckie, a ziemia ta na przestrzeni wieków wielokrotnie zmieniała swą przynależność polityczną. Często i w różnych konfiguracjach była Lusatia poprzecinana wzdłuż i wszerz granicami księstw, królestw, a nawet cesarstw. Powoli, ale nieubłagalnie, podlegali też Wendowie procesowi wynarodowiania. Dziś już naprawdę niewielu ludzi mówi którymś z języków serbołużyckich. A co będzie za kilkadziesiąt lat? Dlatego przemierzamy Łużyce, póki nie jest za późno.

Ale zmiana granic i języków, jaką przyniósł za sobą rok 1945, to jednak coś całkowicie innego. To metamorfoza radykalna. Granica na Nysie rozdarła Łużyce bardziej dotkliwie, niż wcześniejsze kordony. Teraz ta rana zaczyna się zabliźniać, obie części krainy zrastają się, choć inaczej, niż kiedyś; rodzi się zupełnie nowa jakość. Taki Viator na przykład – Polak, a równocześnie czuje się Łużyczaninem. Kiedyż wcześniej ludzie tak się identyfikowali? Litwo, ojczyzno moja…

Przypadł więc Polsce wąski pas Łużyc. Historia niechcący wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego: na niewielkim obszarze możemy, jakby w miniaturze, obejrzeć efekty różnych procesów dziejowych. Cywilizacyjnych, jako się rzekło. Dlatego właśnie ruszyliśmy z biegiem Lubszy. Panie, Panowie: oto Miasto w Trzech Odsłonach!

Najlepiej byłoby rzecz ująć chronologicznie. Ale cóż poradzić! Jako pierwszy spotykamy na naszym szlaku gród drugi pod względem wieku. Lubsza wpływa do Jasienia – miasta, które właśnie rzece zawdzięcza swe istnienie. Początkowo była tu tylko serbołużycka wioska Gaśyn. Ale przyszła Wojna Trzydziestoletnia, okolica wyludniła się. A w tym samym czasie ze Śląska masowo uciekali protestanci, prześladowani przez arcykatolickich Habsburgów. Co więc mamy? Rzekę, mogącą poruszać młyny, tartaki i inne warsztaty, świetnie wykwalifikowanych rzemieślników, gotowych przybyć i się osiedlić oraz granicę tuż obok (gdy ją będziemy przekraczać, opowie i o niej Viator), a więc perspektywy lukratywnego handlu. Grzechem by było nie skorzystać. Toteż właściciel tej ziemi, Rudolf von Bunau, wykorzystał szansę, lokując nowe miasto – Gassen.

Odsłona Pierwsza: prywatne miasto gospodarcze. Z woli arystokraty powstało, na jego dobrobyt pracowało i jemu całkowicie było podporządkowane. Żadnych samorządów. Żadnej zażyłości z Panem. I żadnych funkcji obronnych. Znalazło to odzwierciedlenie w układzie przestrzennym: pałac wraz z folwarkiem w pewnym oddaleniu od osady, sieć ulic nie odzwierciedlająca żadnej szczególnej koncepcji urbanistycznej oraz brak jakichkolwiek fortyfikacji. Natomiast rynek bardzo ciekawy, w rzadko stosowanym kształcie trójkąta. Najlepiej spojrzeć na to z góry.

Lubsza (2)

Ambicją Viatora jest używanie wyłącznie własnoręcznie wykonanych zdjęć. Ale czasem się po prostu nie da. Oto Gassen z lotu ptaka (do współczesnej fotografii Viator nie dotarł). Trójkątny rynek widać jak na dłoni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARaz jeszcze Lubsza przyczyniła się do rozwoju miasta dwa wieki później, w epoce industrialnej. Korzystając z jej pracowitego nurtu niejaki Theodor Flöther założył kuźnię, która rozrosła się potem w sporą fabrykę. To był początek jasieńskiego przemysłu.

Tablica upamiętniająca dwusetną rocznicę miasta Gassen. Data 1660 to rok lokacji, zaś 1855 to narodziny przemysłu. Jak widać, mieszkańcy w nim upatrywali swą świetlaną przyszłość.

X

X

Po roku 1945 Gassen stał się Jasieniem. Ale ślady dawnych czasów można tu bez problemu odnaleźć. Tylko trzeba wiedzieć, gdzie. Viator wie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPrzed wojną, jak głosi napis, była tu siedziba miejskiej straży pożarnej. I tak zostało do dziś.

Rzeka dalej zdąża na północny zachód. A my wraz z nią. Jasień i kolejne nadlubszańskie miasto dzielą tylko trzy kilometry. Ale przez kilkaset lat to były inne światy. Od 1482 do 1815 roku obie osady dzieliła granica państwowa. Mieszkańcy Jasienia byli poddanymi elektorów saskich, zaś Sommerfeld przynależał do Brandenburgii. Dopiero Kongres Wiedeński zmienił ten stan rzeczy. Saksonia, ukarana za alians z Napoleonem Bonaparte, utraciła Gassen (jak również Sorau, z którego wyruszyliśmy) na rzecz sąsiedniej Brandenburgii, de facto Prus.

Sommerfeld, czyli serbołużycki Žemŕ (albo Zemsz), także zawdzięczał swe istnienie Lubszy, ale z innego powodu. Jakiego?

Odsłona Druga: średniowieczne miasto lokacyjne. Powstało na miejscu starego plemiennego grodu, wykorzystującego wody oraz bagniska Lubszy dla wzmożenia swych walorów obronnych. Zgodnie z zasadami lokacji na prawie magdeburskim, Sommerfeld został ciasno otoczony murami obronnymi (zaś Lubsza ze swymi odnogami pełniła rolę miejskiej fosy), ulice, dla ekonomicznego wykorzystania niewielkiej przestrzeni, tworzyły regularną siatkę, zaś w centrum wytyczno rynek, na którym wzniesiono siedzibę miejskiego samorządu i symbol autonomii prawnej – ratusz. Jasień takowego nie posiadał.

Lubsza (5)

Serce Viatora jako ptak ku górze wzlatuje, ale reszta za nim podążyć niezdolna. Drugi raz trzeba więc było zapożyczyć zdjęcie. Widać na nim wyraźnie, jak Lubsza wpłynęła na układ przestrzenny miasta. Widać też, w centrum, ratusz i kościół farny.

Ten ratusz i kościół to jeden z najciekawszych historycznych zespołów architektonicznych, jakie miał okazję oglądać Viator. Popatrzmy razem: w świątyni, wzniesionej wedle reguł stylu gotyckiego, dominują linie pionowe, wertykalnie ku Bogu kierujące. Zaś ratusz, w czasach renesansu zbudowany, eksponuje linie poziome, horyzontalnie i humanistycznie wiodące do Człowieka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAInne style, inne epoki, inne ideały. A całość, mimo to, zadziwiająco harmonijna.

Po II Wojnie Światowej zamierzano powrócić do serbołużyckiej nazwy Zemsz. Ostatecznie jednak, ze względu na rzekę domową, miasto nosi nazwę Lubsko.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATyle pozostało po dawnym mianie.

My zaś żegnamy się z Lubszą, ale nie odchodzimy daleko. Po pokonaniu niecałych dziesięciu kilometrów stajemy przed bramą kolejnego miasta.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABramy były trzy. Ocalała jedna.

Odsłona Trzecia: barokowe miasto rezydencjalne. Stanowiło aneks do rozległego zespołu pałacowo – parkowego. Miało olśniewać i głosić chwałę Właściciela. Stąd bramy tryumfalne, stąd też szerokie ulice, zamknięte dominantą widokową.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWszystkie drogi prowadzą do… pałacu.

Na realizację takiego przedsięwzięcie trzeba było sum astronomicznych. Ale twórca i władca Pförten miał dość pieniędzy. Hrabia Heinrich von Brühl (świetnie znany czytelnikom powieści Kraszewskiego) był zausznikiem, faworytem i złym duchem Augusta Mocnego, jego pierwszym ministrem oraz kolekcjonerem stanowisk i tytułów, który sztukę korupcji opanował w stopniu mistrzowskim. Kanalia, przy której większość współczesnych polityków jawi się jako banda niezdarnych amatorów, nie miała żadnego problemu z dostępem do funduszy, tak legalnych, jak i zdefraudowanych. Koszty nie grały roli, a efekty widać do dziś.

Lubsza (10)Raz jeszcze musiał skorzystać Viator z zasobów Wielkiej Sieci, ale chyba warto było. Tylko tak barokowy układ przestrzenny jawi się w pełnej krasie.

Mimo tego, że pałac popadł po wojnie w ruinę, park zarósł, a gród (nazwany przez Polaków Brodami) utracił prawa miejskie, wizja von Brühla i kunszt architekta, Johanna Christopha Knöffela, nadal nie pozwalają przejść obojętnie.

W drogę, Łużyce wciąż czekają!

Opublikowano Tomasz Fetzki | Otagowano , | Dodaj komentarz

Rocznica

Katarzyna Krenz, Rocznica

Szary płaszcz na wieszaku
z pomiętą chustką do nosa
w prawej kieszeni.
Zapach?
Tak, zapach trwa dłużej
niż pamięć, ciało
niż twoje życie -
smużka wody kolońskiej
gałązka lawendy
przewiązana wspomnieniem
aptecznej woni
mieszaniny kropli na serce
na nerwy
i na ból żołądka.

Wtulam twarz w szary zapach.

To było tak dawno.
To było tak niedawno.

mamagrob

Ewa Maria Slaska, Rocznica

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Wtedy do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ONA.

Minęło 19 lat. Rok temu zaczęłam o niej pisać.

***

Irena Kuran-Bogucka umarła 21 sierpnia 1995 roku

Opublikowano Ewa Maria Slaska, Katarzyna Krenz | Otagowano , | 3 komentarzy

Droga do Santiago, miejsce bez nazwy

Ewa Maria Slaska osiem lat temu na drodze do Santiago de Compostella

Wtorek, 18 września

Chcę dojść do Castrojeriz. To znane miejsce, wszędzie w relacjach o Camino znaleźć można to zdjęcie, droga, w oddali samotna niewysoka góra jak biust, zwieńczona zamkiem.

Jeśli nie będzie gorzej niż dziś, to powinnam dać radę. Zajrzałam wczoraj do ewangelii św. Łukasza, którą Mietek miał ze sobą w maleńkim wydaniu. Otworzyła się na rozdziale wjazd do Jerozolimy: I stanął u stóp góry zwanej Oliwną.

Czy to mi coś mówi? Czy w całym tym zgiełku w ogóle coś jeszcze człowiekowi coś mówi? Coraz mniej mi się śni, och, wiem, oczywiście, że mi się śni, ale coraz mniej pamiętam. Gdyby to dotyczyło tylko pielgrzymki, to bym powiedziała, za dużo ludzi naokoło, ale w życiu tak nie jest, a śni się mało, coraz mniej. Chciałabym, żeby coś mnie prowadziło, ale co właściwie? I dokąd? Tam, gdzie nie będzie już nędznej pracy, nędznej płacy i udawania, że jestem cool.

Wychodzę o 7.30 i o 10 mam za sobą 11 kilometrów. Cool. Droga cudowna, słońce, wiatr, wyżyny. Wielkie hiszpańskie wyżyny, ci poeci Mamy musieli o tym właśnie pisać. Wyżyna to coś wspaniałego. Nigdy przedtem nie przeżyłam tej formy geograficznej tak namacalnie i świadomie. Wielkie pofalowane przestrzenie żyznej czarnej ziemi, wielkie niebo, wiatr, słońce i chmury, wioski w kotlinach.

sant3O 12 jestem w Castrojeriz. Małe miasto, ruiny zamku na górze i pięć kościołów. Ładnie tu, ale pogoda piękna, mam ochotę iść dalej. Wchodzę do albergo po pieczątkę i gorącą wodę na herbatę. Pytam, czy mogą się przespać godzinkę na trawie? Mogę. Wodę dostaję za darmo. Pyszna herbata.

Po drodze potężne ruiny klasztoru świętego Antoniego z XIV wieku.

Droga przez wielką górę, której znowu nie ma na mojej karteczce. Najwyraźniej, tego co przygotował ten karteluszek, obchodzą tylko możliwe miejsca postoju, natomiast droga z A do B w ogóle go nie interesuje. Zgubiłam po drodze butelkę z wodą, ale na górze dostanę nową od pielgrzyma, Włocha. Zgubiłam też japonki, to spora strata, ale mam nadzieję, że w najbliższym schronisku jakieś znajdę. Idzie się lekko, dobrze, po szerokiej drodze z mostem przez wielką rzekę. Znowu góra, znowu rzeka, ale zanim tam dojdę spotka mnie… Cud!

ewamostW starym małym kościółku, z na wpół zrujnowanym dachem schronisko na 12 osób. Completo. Oczywiście komplet-omlet-klops, dlaczego akurat ja miałabym dostać nocleg w takim schronisku, o jakim przez całą drogę marzy każdy porządny pielgrzym? A jednak dostaję. Schronisko prowadzą dwaj mnisi z Ferrary. Proponują, żebym weszła i odpoczęła, zanim pójdę dalej. Mogę zjeść z nimi kolację. Pytają kim jestem, odpowiadam, że Polką. „O, to tu jest twój rodak, z Oświęcimia.” Siadam przy stole, przedstawiam się, Waldek dzieli się ze mną zapasami – chleb i ser dostał od mnichów, wielkiego pomidora zerwał w jakimś ogrodzie przy drodze.  „To nie kolacja”, mówi, „kolacja będzie potem. Na kolację przyjdą wszyscy pielgrzymi, a potem będzie…, sama zobaczysz” „Nic nie zobaczę”, mówię, „muszę iść dalej”. Ale nie, nie muszę. Waldek szepcze przez chwilę z mnichami i prowadzi mnie do jednej z 12 prycz. „Tu bądziesz spała”, mówi i zabiera swój plecak. „A ty?” „A ja? Na strychu.”

Jemy, pijemy wodę (ja) i wino (Waldek), rozmawiamy. Waldek był już dziesięć razy w Santiago. Właśnie wraca i liczy na pracę przy winobraniu w prowincji Rioja. Czasem pracuje też przy bambusach. Ciekawe, nie wiem, jak się pracuje przy bambusach? „Normalnie, żniwa”, mówi Waldek.

Na kolację zupa jarzynowa, chleb i wino, a potem wspólna modlitwa i… o tak, umywanie nóg. Siedzimy w kręgu, a nasi dwaj gospodarze myją nam stopy. Jestem tak zażenowana, że w ogóle nie wiem, jak się zachować.

Po kolacji zbieramy z Waldkiem naczynia i idziemy do baraczku w podwórku, pozmywać.

Spać. „Tu”, pokazuje Waldek, „tu jest grób”. Nie rusza mnie to, wielkie rzeczy, w kościołach zawsze są groby. „Ale to grób pielgrzyma, który umarł na drodze dwa lata temu.” To oczywiście zmienia postać rzeczy. Stajemy przy grobie, modlimy się przez chwilę. „Dobrze ma”, myślę, „dobrze tak umrzeć i tak być pochowanym.”

Kładę się do łóżka. Przez dziurę w dachu widać gwiazdy i księżyc w pierwszej kwadrze.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano | Dodaj komentarz

Prot d. Berlinerblau

Tydzień temu opublikowałam tu artykuł Michała S. Balasiewicza o znakomitym polskim chemiku z rodziny żydowskiej – Józefie Berlinerblau. Dziś jego bratanek, ojciec Tomasza Prota, który też pojawił się na tym blogu jako autor rozmyślań o tym, jak to było być po wojnie Polakiem pochodzącym z rodziny żydowskiej. W artykule o jego ojcu temat ten się jednak w ogóle nie pojawia.

Michał S. Balasiewicz

Jan (Berlinerblau) Prot

Wybitnym i utalentowanym działaczem przemysłowym stał się również bratanek Józefa Berlinerblaua, Jan Berlinernerblau. Urodził się w Warszawie 29 września 1891 r. jako syn Nikodema (Natana) Berlinerblaua, brata Józefa. Matka Jana, Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Berka Eljasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego oraz Księstwa Warszawskiego, wyrasta; więc w tradycji walki o niepodległość Polski. Nic dziwnego, że już na samym początku XX w. młody Jan włączył się z pełnym zaangażowaniem do walki o niepodległość Polski. W 1905 r. w szkołach średnich i wyższych dochodziło do protestów i wystąpień o przywrócenie języka polskiego w szkołach rusyfikowanych po upadku powstania styczniowego. Wybuchały strajki szkolne. Jan, będąc od 1901 r. uczniem w IV rządowym gimnazjum w Warszawie, przyłączył się do strajku szkolnego w obronie języka polskiego wraz ze swoim bratem Kazimierzem i obydwaj zostali za to usunięci z gimnazjum. Uczył się dalej w domu. W 1906 r. udało mu się znaleźć miejsce w gimnazjum prowadzonym przez Zrzeszenie Nauczycielskie, lecz to gimnazjum również dosięgły represje i zostało zamknięte przez władze. W końcu dostał się do prywatnego ośmioklasowego gimnazjum filologicznego imienia Jana Kreczmara, które ukończył w 1909 r.

Po skończeniu szkoły zainteresował się budową maszyn i poszedł do pracy w fabryce motorów naftowo ropnych Ursus koło Warszawy (Fabryka Armatur i Motorów). Po rocznej praktyce zgłosił się na ochotnika na rok do wojska, do 32 kremenczugskiego pułku piechoty w Warszawie. Podczas służby trwającej do 1 września 1911 r. ukończył szkołę podoficerską iszkołę karabinów maszynowych.

W latach 1908–1911 był członkiem Bojowej Organizacji PPS Związku Walki Czynnej utworzonej przez Józefa Piłsudskiego. Zajmował się dostarczaniem bojówkom materiałów wybuchowych. Po takim dość wszechstronnym cywilno wojskowym przygotowaniu wyjechał na studia do Austrii. Rok studiował chemię na Uniwersytecie Lwowskim oraz półtora roku w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Zofię Deiches. W trakcie studiów był jednocześnie czynnym członkiem Związków Strzeleckich, w których używał pseudonimu Jan Prot. Przeszedł w nich kolejne przeszkolenia wojskowe w szkole rekruckiej i pod-oficerskiej, a następnie w szkole oficerskiej niższej i wyższej. W marcu 1914 r. zdał egzamin na oficera Związków Strzeleckich w Krakowie. Za ukończenie kursu oficerskiego ZS otrzymał odznakę „Parasol”, którą zawsze bardzo cenił.

janprot-2zdjeciZaraz po egzaminie wyjechał do Monachium, by na letnim semestrze studiować chemię na politechnice. Na wieść o wybuchu wojny natychmiast wrócił do Krakowa i przyłączył się do oddziałów J. Piłsudskiego. W początku sierpnia wyruszył wraz z nimi na wojnę. W dniu 9 października 1914 r. w Jakubowicach dostał nominację na podporucznika. W grudniu i w styczniu przeszedł w Austrii przeszkolenie w zakresie stosowania w walce karabinów maszynowych. Zorganizował i dowodził pierwszym w Legionach plutonem, a następnie kompanią karabinów maszynowych. W 1. pułku piechoty Legionów Polskich brał udział w całej kampanii, we wszystkich bitwach I Brygady Legionów Polskich. Dnia 1 grudnia 1916 r. został odkomenderowany do Komendy Naczelnej POW jako inspektor wyszkolenia i dowódca Szkoły Podchorążych w Warszawie. W marcu 1917 r. wrócił do 1 pułku piechoty Legionów Polskich jako dowódca kompanii piechoty. Za niezłożenie przysięgi został internowany 22 czerwca 1917 r. i osadzony w obozie dla internowanych oficerów w Beniaminowie, gdzie przebywał do końca marca 1918 r. W listopadzie 1918 r. zgłosił się ochotniczo do wojska w Lublinie. Objął dowództwo Centralnej Szkoły Karabinów Maszynowych w Lublinie, lecz już w lutym przeszedł do Grupy Operacyjnej Generała Rydza-Śmigłego. Pełnił różne funkcje sztabowe. Zwrócił na siebie uwagę zdolnościami i został skierowany na studia wojskowe. Zdał egzamin do Szkoły Sztabu Generalnego w grudniu 1919 r., lecz po kwartale odkomenderowano go do 2 Dywizji Legionów, gdzie pełnił wiele odpowiedzialnych kierowniczych funkcji sztabowych. W 1921 r. powrócił do Szkoły Sztabu Generalnego. W dniu 31 czerwca 1921 r. otrzymał na podstawie odpowiedniej ustawy sejmowej zgodę Marszałka J. Piłsudskiego na zmianę nazwiska rodowego „Berlinerblau” na nazwisko „Prot” używane w czasie pełnienia służby w Legionach Polskich. W 1921 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany na rok w celu ukończenia studiów chemicznych. W 1922 r. ukończył Politechnikę Lwowską ze stopniem inżyniera, a na Uniwersytecie Lwowskim otrzymał absolutorium.

Pracował naukowo w laboratorium prof. Ignacego Mościckiego. W lipcu 1922 r. był członkiem ekipy zorganizowanej przez I. Mościckiego, który jako Pełnomocnik Rządu otrzymał zadanie przejęcia i uruchomienia Zakładów Azotowych w Chorzowie. Przypadły one Polsce po podziale Górnego Śląska. Zakłady te, przed oddaniem ich Polsce, zostały przez Niemców mocno zdewastowane, a obsada niemiecka je opuściła. Mimo to zespół Mościckiego uruchomił je z powodzeniem i to w ciągu trzech tygodni, ku zdumieniu świata chemicznego Europy, który nie spodziewał się, by w Polsce w ogóle znaleźli się chemicy zdolni do wykonania tak bardzo trudnego zadania.

W dniu 1 lutego 1924 r. Jan Prot rozpoczął pracę jako inżynier, a następnie jako zastępca dyrektora w Spółce Akcyjnej „Lignoza” w Krywałdzie w fabryce materiałów wybuchowych. W 1924 r. uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim. Podjął decyzję o odejściu z wojska i w dniu 2 lutego 1924 r. przeszedł w stan nieczynny, a po roku, 1 lutego 1925 r., opuścił wojsko definitywnie, przechodząc na własną prośbę do rezerwy. Odszedł z wojska w stopniu majora dyplomowanego, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem POW i Medalem za Wojnę 1918–1921. Później, w cywilu otrzymał jeszcze dwa Złote Krzyże Zasługi. Wyróżniał się w walce odwagą i wybitnymi zdolnościami dowódczymi, zasłużony również we wprowadzaniu do walki nowoczesnego środka walki, jakim były karabiny maszynowe.

W Zakładach w Krywałdzie pracował jeszcze dwa lata, gdy otrzymał nowe zadanie o kluczowym znaczeniu dla obronności kraju i wymagające najwyższych umiejętności kierowniczych nie tylko w kierowaniu fabryką, ale i w zarządzaniu rozwojem branży i środowiska społecznego. Przyszłość pokazała, że był to trafny wybór.

Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło już w 1921 r. decyzję o rozwoju przemysłu zbrojeniowego w Polsce, a w następnym roku przystąpiono do realizacji tego zamierzenia. Postanowiono m.in. wybudować Państwową Wytwórnię Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) z lokalizacją w Kozienicach, lecz ze względu na brak zgody władz Kozienic lokalizację wytwórni umiejscowiono we wsi Zagożdżon. Prace projektowe i budowlane przedłużały się wobec zmiennych decyzji i trudności ekonomicznych w latach dwudziestych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po wprowadzeniu w kwietniu w życie rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 17 marca 1927 r. o wydzieleniu z administracji państwowej przedsiębiorstw państwowych, handlowych i górniczych oraz ich komercjalizacji. Dr Jan Prot został z dniem 1 kwietnia 1927 r. powołany na stanowisko dyrektora PWPiMK w Zagożdżonie. Wybór nie był przypadkowy. Podczas swojej służby wojskowej dał się poznać jako człowiek czynu, odważny w działaniu, a jednocześnie o wybitnych zdolnościach myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania trafnych decyzji. Wykazał się również dużymi zdolnościami w nauce, uzyskując dyplom inżyniera i stopień doktora chemii. Na stanowisku dyrektora stworzył znakomity zespół dyrekcyjny i umiejętnie współpracował ze specjalistami francuskimi oraz z instruktorem francuskim, płk. inż. Henrykiem Lacape.

1935protNależy w tym miejscu powiedzieć, że zaborcy zadbali o to, by na ziemiach polskich nie było ani wytwórni uzbrojenia, ani wytwórni materiałów wybuchowych. Kadrę techniczną i naukową trzeba było stworzyć od podstaw. Rozwój zakładu w latach 1928–1939 był imponujący. Niewątpliwie miała na to wpływ samodzielność decyzyjna Wytwórni nadana rozporządzeniem Prezydenta oraz umiejętności i osobowość Jana Prota. Początkowo produkcja oparta była wyłącznie na licencjach. Powołanie Centralnego Laboratorium w 1928 r., którego dział fizykochemiczny wyspecjalizował się także w badaniach balistycznych, oraz stworzenie wszechstronnie wyposażonej stacji balistycznej pozwoliło na wprowadzanie do produkcji wyrobów opartych na własnych udoskonaleniach i patentach. Centralne

Laboratorium współpracowało również z laboratoriami zewnętrznymi, takimi jak Centralna Szkoła Strzelań w Toruniu, Fabryka Karabinów w Warszawie, Instytut Badań Materiałów Uzbrojenia, Uniwersytet Warszawski i Politechnika Warszawska, Politechnika Lwowska, Uniwersytet Poznański, Szkoła Techniczna w Radomiu i inne, w zależności od zadań. W badaniach rozwojowych brał udział również dyrektor Prot, który uzyskał kilka patentów dotyczących materiałów wybuchowych. Szkolenie inżynierów na praktykach zagranicznych zapewniało właściwą jakość produkcji. Ponadto umiejętności handlowe J. Prota sprzyjały wchodzeniu Państwowej Wytwórni Prochu na rynki zagraniczne, na których wyroby PWP z powodzeniem znajdowały nabywców, co poprawiało wynik finansowy, dawało środki na dalszy rozwój i budowało prestiż firmy. Na przykład, w 1933 r. na rynek prywatny i na eksport przeznaczono 27% całej produkcji Państwowej Wytwórni Prochu. Ze względu na rosnące kontakty zagraniczne w dniu 9 sierpnia 1932 r. zmieniono nazwę miejscowości Zagożdżon na Pionki, zmieniając jednocześnie nazwę wytwórni, by ominąć trudności w wymawianiu jej nazwy przez klientów zagranicznych.

Możliwości PWP najlepiej zilustruje znaczący udział PWP w pracach nad wprowadzeniem do uzbrojenia karabinu przeciwpancernego. Z inicjatywą uruchomienia takich prac wystąpił ppłk Tadeusz Felsztyn w 1930 r. Do pracy włączono PWP w Pionkach ze względu na wyposażenie laboratorium, jednego z najlepszych w Polsce i to wraz własnym poligonem doświadczalnym do badania prochu, amunicji i broni strzeleckiej i armat. Wzorowe współdziałanie odpowiednich jednostek polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wysokie umiejętności współpracujących specjalistów doprowadziły do opracowania prototypu, zbadania jego parametrów konstrukcyjnych i balistycznych oraz do wyprodukowania karabinu przeciwpancernego, który został w 1935 r. przekazany na uzbrojenie wojska. Ten sukces pokazuje, że można było w kraju, zaczynając od zera, stworzyć w ciągu siedmiu lat potencjał materialny i potencjał ludzki, tak badawczy, jak i wykonawczy oraz decyzyjny, zdolny do osiągania wyników światowych.

Jest godne podziwu, że po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora dr inż. Jan Prot postanowił jeszcze przetłumaczyć z języka niemieckiego podręcznik chemii, napisany przez Wilhelma Ostwalda pt. Zasady chemii nieorganicznej, dodając do niego własne przypisy o objętości 100 stron. Przekład ukazał się w druku w 1932 r.

Podjęcie się tej pracy świadczy o ogromnej pracowitości dr. Jana Prota i o szerokim zakresie jego wiedzy. Świadczy to również o poczuciu odpowiedzialności, dostrzegł bowiem, że rozwój fabryki wymaga kadry wykształconej na wszystkich poziomach, a do tego niezbędny jest odpowiedni podręcznik. W. Ostwald, laureat Nagrody Nobla w 1909 r., w przedmowie do swojej książki napisał: Niechaj więc książka ta, która jest poniekąd uwieńczeniem długiej i z zamiłowaniem podjętej pracy, skierowanej ku wprowadzeniu i rozpowszechnieniu nowych podstaw chemii, stworzonych przez van’t Hoffa i Arrheniusa, przyniesie zamierzoną korzyść i wykształci nowe szeregi dla zwycięskiego pochodu naszej pięknej nauki.

Natomiast J. Prot w swoim słowie od tłumacza napisał: Nie jest bynajmniej przypadkiem, że podjąłem tłumaczenie Grundlinien der anorganischen Chemie Wilhelma Ostwalda. Książki tej nie można nazwać podręcznikiem; jest to raczej piękna opowieść o chemii. Toteż w początkach moich studiów była to dla mnie najpiękniejsza lektura. [...] Nie znalazłem ani jednej […] innej książki […], gdzie by jasność wykładu była tak dominująca, gdzie by poglądy i teorie chemiczne wyłożone były z taką prostotą, a jednoczenie z tak wielką dokładnością i ścisłością. Tłumacz w swoim uzupełnieniu zaktualizował podręcznik, utrzymując przy tym charakter i jasność wykładu W. Ostwalda, dodając parę nowych rozdziałów o kinetycznej teorii materii, o atomistycznej budowie elektryczności i o budowie atomów. Podręcznik miał więc ułatwić zrozumienie chemii i znaczenie praw chemicznych w praktyce chemicznej nawet na elementarnym poziomie załogi fabryki.

Dr Prot wybiegał przewidywaniami daleko w przód odnośnie potrzeb w kształceniu załóg nowoczesnych fabryk przyszłości. Rozbudowa PWP w latach 1928–1939 znacznie przekroczyła pierwotne plany, tak pod względem wielkości i asortymentu produkcji, jak i pod względem wielkości zatrudnienia.

W latach 1938–1939 PWP składała się z siedmiu fabryk wytwarzających wiele rodzajów prochów i materiałów wybuchowych, takich jak prochy bezdymne nitrocelulozowe i nitro-glicerynowe karabinowe, armatnie i myśliwskie, prochy bezrozpuszczalnikowe armatnie płytkowe i rurkowe, materiały wybuchowe górnicze i dla kamieniołomów, dynamity, nowy materiał saperski Dunit (nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora technicznego PWP inż. Stanisława Dunin-Markiewicza), prochy czarne wszystkich gatunków, w tym górnicze i myśliwskie, oraz takie wyroby, jak eter, spirytus wysoko rektyfikowany, celuloid, ferromit służący do spawania szyn kolejowych i inne produkty. PWP posiadała swoje filie w Kielcach, gdzie produkowano wysokiej jakości kwas siarkowy do wyrobu bawełny strzelniczej i trotylu, oraz w Niedomicach, gdzie rozbudowywano produkcję celulozy, by uniezależnić się od importu. W budowie były filie w Krajowicach i w Sarzynie. Trzeba dodać, że elektrownia PWP rozbudowana była do takiej mocy, że w sieci elektrycznej stanowiła jedno z głównych źródeł zasilania radomsko-kieleckiego okręgu przemysłowe-go. PWP w Pionkach stała się największą wytwórnią prochu i materiałów wybuchowych w Europie Środkowej, produkującą wyroby najwyższej jakości, konkurencyjne z wyrobami renomowanych wytwórni światowych. W 1939 r. PWP wygrała przetarg na budowę fabryki materiałów wybuchowych w Jugosławii, co potwierdza wysokie umiejętności kadry technicznej oraz wysoki poziom organizacji PWP i wysoki poziom jakościowy produkowanych w niej wyrobów. Osiągnięto ten poziom własnym wysiłkiem, własną myślą i własną energią, wnikliwie obserwując wszelkie nowinki pojawiające się na świecie i u sąsiadów. PWP w ciągu 12 lat, zaczynając od zera, przeobraziła się z ucznia w równorzędnego partnera.

dyrekpionkiNie można pominąć ogromnej sprawczej roli dyrektora Prota i całej dyrekcji w oddziaływaniu na tworzącą się wokół PWP społeczność lokalną. Miasteczko rosło wraz z PWP, która wywierała przemożny wpływ na życie jego mieszkańców. Wieś kilkusetosobowa stała się już w 1931 r. gminą wiejską o uprawnieniach finansowych miasta, a w latach 1938–1939 liczba mieszkańców sięgała nawet 9000 osób, gdy w tym czasie zatrudnienie ogółem w PWP w Pionkach wynosiło ok. 3500 osób. PWP wybudowała domy mieszkalne wielorodzinne dla pracowników, wille dla kierownictwa i hotel. Fabryka udzielała pożyczek na budowę własnych domków na terenach wykupionych przez PWP.

kasynopionkiPowstały nowe osiedla, miasto rosło. PWP przyczyniła się finansowo do budowy szkół, szpitala, kasyna urzędniczego, stadionu i innych obiektów użyteczności publicznej. Rozwijała się infrastruktura miasteczka dla rozwoju życia kulturalnego i warunków bytowych. PWP wspierała klub sportowy i rozwijające się życie sportowe od piłki nożnej, lekkoatletykę po tenis ziemny i inne, np. szybownictwo. Dla miłośników latania dyrektor zakupił szybowiec. Z pomocą PWP wybudowany został również kościół, a dyrektorzy dr inż. Jan Prot, inż. Stanisław Markiewicz i mgr Zygmunt Rakowicz ufundowali trzy dzwony nazwane ich imionami: Jan o wadze 1200 kg, Stanisław o wadze 750 kg i Zygmunt o wadze 350 kg. Z inicjatywy żony dyrektora, Zofii Prot powstał w 1928 r. Oddział PTTK w Zagożdżonie, któremu przewodniczyła ona przez cztery lata. Rozwijał się ruch turystyczny, wytyczono szlaki turystyczne w Puszczy Kozienickiej, a kilka lat później w Pionkach wydany został przewodnik turystyczno-krajoznawczy Powiat Kozienicki.

dompionkiPrzybycie Jana Prota, kadrowego legionisty, ożywiło działalność Oddziału Związku Legionistów Polskich w Pionkach. W 1927 r. Prot został Prezesem Oddziału ZLP i kierował jego działalnością aż do wybuchu wojny.

Dr inż. Jan Prot jako członek Zarządu Związku Przemysłu Chemicznego brał udział w IV Zjeździe Chemików Polskich w Wilnie w 1938 r. Zjazd był połączony z obchodem setnej rocznicy śmierci Jędrzeja Śniadeckiego.

Wybuch wojny zastał PWP gotową do produkcji, lecz przebieg wojny uniemożliwił jej jakiekolwiek działania. PWP już w drugim dniu wojny została zbombardowana. Załogę ewakuowano do Łucka. Najazd wojsk sowieckich na Polskę w dniu 17 września zmienił sytuację wojskową. Część techników uciekła na Zachód przez Rumunię, a Jan Prot przybył do Warszawy. Sytuacja w okupowanym kraju szybko się pogarszała.

W październiku 1939 r. na nie włączonych do III Rzeszy zajętych przez wojska niemieckie ziemiach polskich dekretem Adolfa Hitlera utworzono Generalną Gubernię. Była to strefa, gdzie od pierwszych dni stosowano metody terroru do zastraszenia ludności. J. Prot, wybitny fachowiec w zakresie materiałów wybuchowych, cenny dla polskiej gospodarki autorytet i organizator, musiał ze względu na bezpieczeństwo opuścić Generalną Gubernię i wyjechać na Zachód wraz z drugą żoną Haliną z domu Freund. Ich przerzut przez granicę został zorganizowany przez powstające tajne struktury wojskowe. W styczniu lub w lutym 1940 r. przedostali się oni przez Słowację i Węgry na Zachód. Jan Prot zatrzymał się we Francji i został przyjęty do kierowanego przez Fryderyka Joliot-Curie Laboratorium Chemii Jądrowej w Collège de France w Paryżu. Kapitulacja Francji w 1940 r. zmusiła Protów do udania się do Anglii. Jan Prot nie znalazł tam dla siebie miejsca w wojsku w służbie czynnej i przystąpił do pracy w fabryce amunicji w Grantham jako zastępca kierownika działu.

1943protW 1943 r. otrzymał powołanie do polskiego Wojskowego Instytutu w Londynie, który odkomenderował go do brytyjskiej Głównej Kontroli Chemicznej (Chief Chemical Inspection) w Ministry of Supply. Do jego zadań należała kontrola jakości i odbiór prochów produkowanych w szkockiej fabryce w Powfoot.

Po zakończeniu wojny Wojskowy Instytut Techniczny oddelegował go na Uniwersytet w Edynburgu jako wykładowcę na kursach chemicznych dla polskich żołnierzy. Kursy trwały do 1948 r. czyli do czasu demobilizacji. Podczas kursu wraz z grupą chemików dokonał przekładu uniwersyteckiego podręcznika chemii fizycznej A. Findlaya, który jednak nie ukazał się w postaci książkowej. Jednocześnie pracował naukowo na Uniwersytecie w Edynburgu i w 1948 r. otrzymał brytyjski stopień naukowy doktora filozofii. W tym samym roku zakończył pracę na tym uniwersytecie i w styczniu 1949 r. otrzymał pracę w Polish University College w Londynie na Wydziale Chemii. Wykładał i prowadził ćwiczenia laboratoryjne z chemii fizycznej. Po prawie dwóch latach zajęć, pod koniec 1950 r. przeniósł się do angielskiego katolickiego St Michel’s College w Hitchin, gdzie wykładał matematykę, fizykę i chemię.

grobprotJan Prot był członkiem Stowarzyszenia Techników Polskich, Związku Legionistów i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. W latach 1950–1951 był członkiem Wydziału Studiów Instytutu Józefa Piłsudskiego. Członkiem tego Instytutu była również Halina Prot.

Pod koniec 1956 r. Jan Prot zmienia miejsce pracy na College w Woolwich koło Londynu z tym samym zakresem wykładów. Zmarł przedwcześnie po krótkiej, nagłej chorobie w Londynie w dniu 19 lipca 1957 r. Nabożeństwo żałobne odprawiono w Brompton Oratory w kaplicy Matki Boskiej Kozielskiej. [...]

Opublikowano Michał S. Balasiewicz | Otagowano , | Dodaj komentarz

Szekspir na lato / Shakespeare für den Sommer

Berlińska gazeta TIP twierdzi, że na lato nie ma to jak Szekspir na świeżym powietrzu.
TIP Berlin meint, es gibt nicht Besseres für Sommer als Shakespeare Open Air

Kilka dni temu byłam w ruinie klasztoru franciszkanów koło Alexanderplatz na przedstawieniu grupy teatralnej Shakespeare & Partner, obejrzałam Wie es euch gefällt, było super.

szekspir (1)Wczoraj byłam na tym samym Szekspirze w teatrze Monbijou i było równie śmiesznie.  / Vor ein paar Tagen war ich in der Klosterruine, wo Shakespeare & Partner Wie es euch gefällt aufführten. Es war super, lustig, witzig, intelligent! Gestern war ich wieder zu demselben Shakespeare im Monbijou Theater und es war genauso lustig.

Wiecie, prawda? / ihr wisst schon:

All the world’s a stage, and all the men and women merely players.

W programie / Im Programm

Es gibt noch / Ponadto jest jeszcze


Naturpark-Südgelände
&
Shakespeare Company Berlin (die ist SUUUUPEEEEER!)
&
Macbeth
&
Wie es Euch gefällt

Und ausserdem / a na dodatek

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Liebe Freunde, Drodzy przyjaciele,

bald ist es so weit… Am 29. August um 20.00 in der Ruinen der Altstadt in Kostrzyn, findet die Premiere von unserem deutsch-polnischen Sommernachtstraum statt.

już niedługo, 29 sierpnia, o 20.00 w ruinach starego miasta w Kostrzynie, odbędzie się premiera naszego polsko-niemieckiego Snu nocy letniej.

sommernachtstraum_einladungIch freue mich viele von Euch dort zu treffen! Mam nadzieje, że z wieloma z was wówczas się spotkam!


Kartenvorbestellung / zamawianie biletów

Mit lieben Grüßen, und hoffentlich bis bald
Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce!

Ewelina

Opublikowano Redakcja | Otagowano , | 2 komentarzy

Głos rozsądku rozsądek ubezpieczający

Nie publikowałam tu nic na temat głośnej sprawy profesora Chazana, bo się nie znam i mogłabym tylko powtarzać cudze opinie, ale oczywiście, wiedziałam sama, co myślę. A myślałam jedno: obrzydliwość.

Teraz napłynął tekst. Spokojny, wyważony i rozsądny. Dziękuję Autorowi.

Krzysztof Mika

Męczennik niekompetencji

Z zażenowaniem i zdziwieniem obserwuję zawieruchę wokół profesora Chazana. Tak się składa, że od kilkunastu lat jestem współwłaścicielem i współzarządzającym przychodni lekarskiej (nie najmniejszej), wcześniej pracowałem w ministerstwie zdrowia, napisałem dziesiątki (jak nie setki) artykułów na temat służby zdrowia. Chcąc nie chcąc znam akty prawne dotyczące służby zdrowia, praw pacjentów i związane z ochroną zdrowia przepisów kodeksu cywilnego i karnego. Sam w swoim czasie uczestniczyłem (jako doradca ministra zdrowia) w kreowaniu niektórych z aktów prawnych i przepisów im towarzyszących.

Zacznijmy zatem od początku. Profesor Chazan podpisując kontrakt z NFZ miał pełna świadomość, że zawiera on zapisy dotyczące usług przerywania ciąży, oczywiście w ramach obowiązującego prawa. Zatem jeśli posiadał sumienie, a sadzę że nie pojawiło się ono w ostatnich dniach, tego kontraktu podpisać nie powinien. I już. Albo tak negocjować, żeby ograniczyć zakres kontraktowanych usług: tego nie robimy w moim szpitalu i już. Oczywiście jak znam NFZ, a znam dobrze, byłoby to trudne, ale może do zrobienia. Gdyby się nie udało, można powiedzieć oficjalnie i dla wszystkich słyszalnie: takich zabiegów nie wykonujemy. Być może skutki byłyby przykre finansowo, ale sytuacja jasna, zdefiniowana. No ale z tego co wiem, nic takiego się nie stało. Może chodziło przede wszystkim o pieniądze, ale jednocześnie profesor postawił się w sytuacji niemoralnej. Nieświadomie? Wątpię?

A zatem od początku występując w roli zarządzającego, postawił się w sytuacji co najmniej niejednoznacznej moralnie, a może raczej dwuznacznej… Podpisując kontrakt zawierał pakt z diabłem i wiedział co robi. Oburzenie moralne i postawy „pro life” powinny ujawnić się wówczas.

I dalej – sytuacja bieżąca ma swoje korzenie w tej wcześniejszej decyzji, ale jako taka nie ma nic wspólnego z racjami moralnymi i wyborami na poziomie kardynalnych wartości religijnych. Cały problem to efekt niefachowego zarządzania, do którego dorobiono ideologię. Decyzję, którą podejmował profesor, podejmował w dwóch rolach: jako lekarz i jako manager. Znał wszystkie elementy sytuacji, stan płodu, późne terminy i sytuację ciężarnej. Jako lekarz. Kierujący się klauzulą sumienia miał do zrobienia tylko jedno: powiedzieć – my tego nie zrobimy, ma pani bardzo mało czasu na podjęcie decyzji, ale w Warszawie szereg szpitali może Pani pomóc. Proszę się pospieszyć. I już.

Nic nie trzeba wskazywać, współuczestniczyć. Poinformować i już. Ale nie przeciągać. W roli zarządzającego działanie należałoby zacząć od rozmowy z radcą prawnym, który zapewne powiedziałby co robić, żeby nie łamać prawa i nie postawić się w sytuacji dylematu. Najprawdopodobniej skończyło by się, podobnie jak w przypadku roli lekarza: „tego nie zrobimy proszę się informować w innym szpitalu. I proszę się pospieszyć, ma Pani mało czasu”. W gruncie rzeczy w obu przypadkach działanie podobne , uczciwie stawiające sprawę, bez zagrożenia wartości deklarowanych przez profesora Chazana. Decyzję podjęłaby by kobieta, a i tak jej z odpowiedzialności nie jest w stanie zwolnić. I już. I takie zachowanie nie jest ucieczką od problemu, tylko pozostawieniem podjęcia decyzji właściwej osobie, bez uzurpowanie sobie prawa do decydowania. Oczywiście matka powinna mieć dostęp do wszystkich informacji dotyczących stanu dziecka, ale powtarzam, decyzja należy do matki. Profesor, nawet kierujący się najlepszymi intencjami, nie ma prawa do takich decyzji.

A zatem cała sprawa to nie kwestia ochrony życia tylko braku kompetencji w sytuacjach krańcowych, trudnych, ale od tego są dyrektorowie, żeby takie problemy rozwiązywać. Zawierucha medialno-religijna zaciemnia sytuację, która jest przykładem fatalnego poziomu zarządzania w służbie zdrowia, oraz, nazwijmy to po imieniu: braku podstawowych umiejętności z zakresu rozwiązywania konfliktów, bo w istocie problem, z którym zetknął się profesor Chazan to przykład sytuacji konfliktowej, ale do prostego rozwiązania. Sadzę, że obecność prawnika sytuację by uprościła. Powtarzam, tu nie chodzi o ochronę życia, bo jeśli tak nie powinno się podpisywać kontraktu z NFZ, albo przestać zrządzać publicznym szpitalem, ale o brak kompetencji.

Autor jest dziennikarzem, ma własne programy w radiu „Wnet”: Biuro rzeczy odłożonych, 5 x dlaczego, Cumy rzuć, żagle staw, Diabetyk na fali, samochody i ludzie. Jest doradcą minister Ewy Kopacz ds. zapobiegania konfliktom społecznym i komunikacji. W latach 2006-2008 prowadził własny program w TV Biznes (Polsat), w latach 2004-2011 współpracował z „Mówią Wieki”, „Jachtingiem”, „Automobilistą” „Życiem Warszawy”, „Arcana”, od marca 2003 do marca 2004 prowadził własny program ekonomiczny w Radiu Tok FM (Kawa z odrobiną ekonomii), a w latach 2002-2004 pracował jako rzecznik prasowy Polskiego Związku Żeglarskiego.

 

Opublikowano Krzysztof Mika | Otagowano | 1 komentarz