Nasz człowiek w Wietnamie 2

Lech Milewski

Na cesarskim dworze

Nocny pociąg dowiózł nas do Hue – stolicy cesarskiego Wietnamu – KLIK.

Główna atrakcja to Cytadela – kompleks cesarskich pałaców i świątyń – Zakazane Miasto. Robimy sobie grupowe zdjęcie…

Cytadela

Następnie nasz przewodnik podaje trochę informacji o historii Wietnamu. Korzystne położenie geograficzne – naturalna granica wyznaczona przez góry i nieprzebytą dżunglę – stworzyło warunki do powstania samodzielnego państwa już 3000 lat p.n.e. Od roku 111 p.n.e. Wietnam był przez ponad 1000 lat zdominowany przez Chiny.
W 1292 roku Wietnam odwiedził Marco Polo. Około 300 lat później przybyli tu portugalscy misjonarze, którzy zastąpili chińskie znaki alfabetem łacińskim.
Ostatnia dynasti cesarska – Nguyen – rozpoczęła panowanie w 1802 roku. W 1858 roku Wietnam został zaatakowany przez Francję i w roku 1887 stał się kolonią francuską o nazwie Indochiny Francuskie.
Przypomina mi się lekcja geografii w szkole podstawowej. Za naszą, jeszcze przedwojenną, nauczycielką powtarzaliśmy dziwne nazwy: Annam, Tonkin, Kochinchina. A tuż obok – Siam.

Dynastia Nguyen zachowała swoją cesarską pozycję, lecz całkowicie podporządkowała się kolonizatorom. Przełom nastąpił w 1940 roku, kiedy Wietnam zaatakowali Japończycy. Teraz z kolei francuska administracja, nominalnie podległa rządowi Vichy, zmieniła się w marionetki.

Ho Chi Minh

Rok 1945 – Japończycy kapitulują, rząd Vichy upada, w Wietnamie pojawia się Ho Chi Minh – wykształcony we Francji i ZSRR, z dobrymi kontaktami w Chinach.
Oddaję głos naszemu przewodnikowi: w ostatnim roku okupacji japońskiej Wietnamu trzy miliony ludzi umarło z głodu. Ho Chi Minh zadeklarował – w niepodległym Wietnamie nikt nie umrze z głodu. Słowa dotrzymał.

Ho Chi Minh urodził się jako Nguyen Sinh Cung, kilka razy zmieniał nazwisko, to ostatnie przyjął w roku 1940.
Wietnamczycy nazywali go wujkiem Ho. Jest to wyjątek w języku wietnamskim, gdyż wietnamskie nazwiska są trójczłonowe i ostatni człon jest imieniem. Użycie pierwszego członu czyli nazwiska rodowego jest nietaktem. Co innego Ho lub wujek Ho.

Przypomniało mi się, jak w dawnych latach odwiedzałem warszawski Klub Prasy i Książki na Placu Unii i czytałem tam New York Herald Tribune, wydanie europejskie. Najbardziej podobały mi się felietony Arta Buchwalda – KLIK – dowcipne i złośliwe.
On też wspomniał o wujku Ho: …między Amerykanami a Wietnamczykami jest istotna różnica. Wietnamczycy dodają swojemu przywódcy przedrostek wujek, natomiast Amerykanie dodają swojemu (wtedy, 1970 rok, był to prezydent Nixon) przyrostek ….syn.
Oczywiście w języku angielskim w obu przypadkach był to przedrostek.

Na terenie Zakazanego Miasta mieściło się kiedyś 148 budynków. Po wojnach, francuskiej i amerykańskiej, zostało ich tylko 20. Żadna z budowli nie robi na mnie dużego wrażenia i wydaje mi się, że flaga Wietnamu w Zakazanym Mieście nie stanowi dysonansu.

Wieża Cytadeli

Następny dzień zapowiada się emocjonująco – spędzimy sześć godzin jako pasażerowie motocykli. Ten punkt programu nieco mnie niepokoił, ale na wszelki wypadek, jeszcze w Melbourne, dodałem do mojego ubezpieczenia podróżnego dodatkowe zabezpiecznie. Moje obawy podzielało wiele osób, ale po łagodnej perswazji przewodnika pojechaliśmy wszyscy.

Pasażer

Nasi kierowcy obsługują regularnie wycieczki Intrepidu. Jest to dobra praca, dbają więc o bezpieczeństwo pasażerów. Jak widać na powyższym zdjęciu, jedziemy blisko siebie. Z siodełka pasażera możemy docenić kunszt kierowców i inteligencję wszystkich użytkowników dróg. Przepisy drogowe są tylko wskazówką. Kilka razy jedziemy pod prąd, po „złej stronie” drogi, ale w każdym przypadku rozładowuje to tłok na drodze.

Głównie jednak jedziemy bocznymi drogami, przez wioski, osiedla i pola ryżowe. W wielu miejscach zatrzymujemy się. Czasami jest to przedszkole kaczek.

Kaczuszki

Rodzice obserwują swoje pociechy z drugiego brzegu

Kaczki

Innym razem wytwórnia typowych wietnamskich kapeluszy, albo kadzidełek.

Kadzidełka

Ludzie są przyjaźni, pozwalają nam spróbować własnych sił, na ogół z żałosnym rezultatem. Przewodnik zwraca uwagę, żeby nie tłoczyć się do jednego sprzedawcy/producenta, ale dać każdemu trochę zarobić.

Istotnym punktem tego dnia jest wizyta w grobowcu cesarza Tu Duc – KLIK. Nasz przewodnik kontynuuje lekcję historii Wietnamu.

Hoc

Cesarz Tu Duc osobiście nadzorował budowę swojego grobu. Nie miał bowiem potomka. Ponad 140 żon i nałożnic i nie miał syna. Nic dziwnego, że sam budował sobie grób – nie było nikogo, kto mógłby zadbać o jego pamięć. Jest to najbardziej okazały grób cesarski w Wietnamie. Budowa trwała ponad dziewięć lat i spowodowała zbrojne powstanie ludności, obciążonej dodatkowymi podatkami i obowiązkami. Powstanie zostało stłumione, Tu Duc zamieszkał na terenie swojego grobowca, gdzie oddawał się polowaniu i pisaniu poezji.
Co ciekawe, Tu Duc nie jest pochowany w swoim grobowcu. Pochowano go w nieznanym miejscu. Wszyscy pracownicy zatrudnieni przy pochówku (około 200 osób) zostali ścięci. Lokalizacja grobu nadal pozostaje tajemnicą.

Przewodnik wspomina o końcu cesarstwa. Gdy Ho Chi Minh doszedł do władzy w 1945 roku, skłonił cesarza do abdykacji, lecz jednocześnie zaproponował mu honorowe stanowisko u boku rządu. Cesarz nie skorzystał i wyemigrował do Francji.

Sam Hoc nie kryje swoich antykomunistycznych poglądów. Wujek jego matki został skazany przez komunistów na śmierć tylko za to, że był gospodarnym rolnikiem. Pytamy go o pozycję Komunistycznej Partii Wietnamu.
Myślicie, że każdy może się zapisać do partii? O nie. Do partii należy tylko 20.000 osób. Trzeba być krewnym kogoś z członków założycieli.
To nie jest prawda, wikipedia podaje, że partia liczy około 4,5 miliona członków. Wydaje mi się, że Hoc miał na myśli liczbę osób, które dzięki partii robią karierę.
Już po powrocie do domu szukam informacji o ekonomii Wietnamu. Jest – polityka ekonomiczna partii nosi nazwę Doi Moi – KLIK. No to już wiadomo towarzysze MOI kto tu kogo DOI. Wikipedia podaje, że Wietnam jest w ścisłej czołówce krajów o największej korupcji.

To chyba wskazówka, żeby nieco skorumpować naszych kierowców i zająć ich miejsce przy kierownicach pojazdów (ja w samym środku).

Motocykliści

Kolejny punkt programu to Thien Mu Pagoda – KLIK. Piękny kompleks budynków nad rzeką Perfume River.

Przy okazji Hoc, który deklaruje się jako buddysta, wyjaśnia różnicę między pagodą a świątynią (temple). W buddyzmie nie wyznajemy żadnego Boga, a więc nie jest to religia, tylko filozofia. W związku z tym nie ma kościołów, tylko są pagody.
Zamieszało mi się mocno w głowie – buddyzm nie jest religią – toż właśnie tak stwierdził kiedyś Jan Paweł II i był za to mocno krytykowany: buddyzm jest w znacznej mierze systemem ateistycznym i jako taki stanowi zagrożenie dla religijnego trzonu kultury europejskiejKLIK.
Buddyści nie mają świątyń? Informacje z różnych stron świata tego nie potwierdzają. Ciekawe, że pytanie – różnica między pagodą a świątynią jest zadawane głównie przez osoby, które odwiedziły Wietnam.

Eksponatem, który przyciaga wielu odwiedzajacych pagodę Thien Mu, jest samochód mnicha Thich Quang Duc, który dokonał aktu samospalenia w proteście przeciwko prześladowaniom buddystów przez rząd.
Rząd komunistyczny? Wprost przeciwnie, prawicowy rząd Południowego Wietnamu – KLIK.
Skomplikowany ten Wietnam.
Dla uspokojenia przesiadamy się z motocykli na statek, który rzeką Perfumową (Perfume River) dowozi nas do Hue.

Perfume River

Ciąg dlaszy nastąpi.

P.S. Dziękuję Krystynie (Powsinodze) za pomoc w edycji tego i wielu innych moich wpisów. Jeśli mimo to są w nich jakieś błędy językowe, to wyłącznie z powodu mojej nieuwagi.

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , | 3 komentarzy

Stuart słucha muzyki 4

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

przesłuchują piosenki, które otwierają kolejne rozdziały sequela Stuart.

W rozdziale 12 umiera ojciec Stuarta i pojawia się Wielka Miłość, zapowiadana aż przez dwie piosenki – śpiewają Bob Dylan i Norah Jones.

Gdy zaproponowałam Joannie, że podczas jej nieobecności zastąpię rozdziały Stuarta muzyką, która pojawia się w prawie każdym wpisie, odpowiedziała mi, że szuka tej muzyki godzinami, lub może raczej powinna powiedzieć, że godzinami słucha takiej właśnie muzyki i wtedy coś, czego właśnie słuchała, dopasowuje się do tego, co właśnie pisze.

Bob Dylan

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Norah Jones

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Ci co czytają Stuarta regularnie wiedzą, że ta miłość okaże się trwalsza niż wszystkie poprzednie i Meg przyjedzie na stałe do Stuarta do Australii.

Oto piosenka dla Meg (Stuart 13)

Van Morrison: Someone like you (a właściwie someone exactly like you!)

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Ale przed nimi jeszcze długa droga i, jak to w bajce i w życiu, dużo przeszkód. Po pierwsze w rozdziale 13 ta zła siostra, Eve (Kate jest tą dobrą siostrą), po drugie czas, po trzecie odległość, po czwarte – sam Stuart. Ale, jak to w bajce, amor omnis vincit.

Kacey Musgraves: Merry Go ‚Round

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Opublikowano Ewa Maria Slaska, Joanna Trümner | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień poezji

Andrzej Rejman

Z okazji Światowego Dnia Poezji (21 marca) warto przytoczyć wiersz…

Maryla Wolska

Nie wiem

Nie wiem, jaki tam będzie świat wtóry,
Jakie grzesznych radości ominą;
W moim niebie będą lasy i góry
Moje niebo musi pachnieć świerczyną,
I rzeka tam szumieć powinna,
Ta jedna jedyna, ona
Jak żadna inna
Zielona…

Maryla Wolska, Nie wiem… wiersz z tomiku „Dzbanek malin” wyd. Biblioteka Medycka 1929

Tak! Dobrze byłoby, aby w przyszłym świecie było choć nieco zieleni…

Autorka pisze w swym marzeniu o Rzece Zielonej, a rzeka taka spokojnie sobie płynie przez podwarszawskie Piaseczno… zresztą nie tylko, jest jeszcze jedna Zielona – dopływ Oławy.

Spróbowałem zaśpiewać ten wiersz – w rezultacie powstało takie nagranie:

Ale sen o zielonym świecie nie może trwać długo, należy wiec przytoczyć inny, całkiem odmienny wiersz. Oba wiersze łączy jednak to samo pragnienie ciszy, troska o wartość samą w sobie – o spokojny byt.

Maria Hrebnicka, rękopis zapisków z lat 1910-1917

Wiersz, który znalazłem w archiwach rodzinnych na Litwie, napisała podczas I wojny światowej Maria Hrebnicka.

Maria Hrebnicka

(Piotrogród 1915, Jesień, Akademia Sztuk Pięknych*)

Widocznie Tobie Panie trzeba było
Jeszcze krwi naszej i naszej ofiary
I oto wszystko stanęło, co żyło
W bólu bez końca, w cierpieniach bez miary

Panie, przed Tobą płoną nasze domy
Przed Tobą pola wojną poniszczone
Na ziemi naszej tworzą znak widomy
Czarne mogiły krwią i łzą zroszone

Panie, przyjmij ból nasz i nasze cierpienia
Jak odkupienie dla najświętszej sprawy
Panie, na przyszłe ześlij pokolenia
Los przychylniejszy, los nie taki krwawy.

Boże, daj dzieciom za ojców męczarnie
Kąt ziemi własnej na tej ziemi czarnej
Wśród własnej ziemi, wśród własnej przyrody
Żyliśmy dotąd, chociaż bez swobody…

Wszak ziemia nasza piękną była Panie…

Na pola poniszczone, na spalone domy
Do wdowich serc rozbitych
Ześlij nam anioła
Wśród promieni jutrzenki
daj anioła ciszy.

Maria Hrebnicka (1891-1969), córka profesora Adama Doktorowicz-Hrebnickiego ukończyła malarstwo w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Większość jej obrazów olejnych, które przetrwały do dziś, znajduje się w muzeum Adama Hrebnickiego w Raju (Rojus), w północno-wschodnim zakątku Litwy. Tu dwa, zatytułowane przeze mnie (A.R.) Wieś spokojna

 

Maria Hrebnicka zdjęcie z początku XX w.

Opublikowano Andrzej Rejman | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Barataria 11

Ewa Maria Slaska

Być może myślicie, że ten wpis spóźnił się o tydzień, albo, jak to się okaże w trakcie czytania, pojawia się o kilka tygodni za wcześnie, ale, o! nie, to wpis świadomie z niczym nie związany. Oczywiście wzoruję się tu na postlogice, którą „wujaszek google” serwuje nam od lat, gdy jego śmieszne doodle zachęcają nas, byśmy na przykład dziś obchodzili 198 rocznicę premiery opery Hermiona Gioacchino Rossiniego.

Barataria 11 o znaczeniu liczby dziesięć

Gdy Dobry Król Sancho Pansa rządzi na Wyspie Baratarii i feruje wyroki, rządzi i sądzi przez dziesięć dni, a liczba dziesięć pojawia się zarówno w tym, co głoszą oskarżeni, jak i w decyzjach sędziego.

— Tak, jasny panie — odrzekł Sancho — byłem wielkorządcą na wyspie Barataria, sprawowałem tam rządy przez dziesięć dni; w usta, prawda, lej co chcesz, ale straciłem tam spokojność, rozum, tuszę i nauczyłem się pogardy wszystkich rządów, toteż nie opuściłem tej władzy, ale uciekłem od niej.

Przypomnijmy sobie, jak sądził Sancho Pansa.

— Jaśnie wielmożny panie! Przed niedawnym czasem pożyczyłem dziesięć sztuk złota temu człowiekowi, z warunkiem, że mi je odda na pierwsze moje żądanie. Nie upominałem się czas jakiś, nie chcąc mu czynić przykrości, lecz widząc nareszcie niedbałość dłużnika, prosiłem go o zwrot pożyczonych pieniędzy; on zaś nie tylko, że mi ich nie chciał zwrócić, lecz oświadczył nadto, że pieniądze te już dawno mi oddał. Obydwaj nie mamy świadków; niech więc wasza wysokość rozkaże mu wykonać przed Bogiem przysięgę, a będę zadowolony.

Sancho nie sądzi tylko siedząc na paradnym krześle w swym urzędzie, sądzi wszędzie, również podczas przechadzki. Dziwaczne są to sądy z naszego punktu widzenia, ale w zamkniętym światku Baratarii jak najbardziej logiczne. W sporze o pieniądze, jakich świadek oszustwa zażądał od oszustwa za milczenie, Sancho nie zajmuje się wcale tym, że właśnie dwóch spotkanych na spacerze młodzieńców przyznało się do oszukańczej gry na pieniądze i koncentruje się zgodnie z prośbą pokrzywdzonego, na rozważeniu, kto komu i czy w ogóle miał coś zapłacić.

— Oto — rzecze Sancho — ten, co wygrał, złym czy dobrym sposobem, ma dać drugiemu sto realów, a trzydzieści na szpital niech zapłaci. Ten drugi, który nie ma żadnego zatrudnienia, niech mi od jutra wynosi się z miasta i przez lat dziesięć nie powraca tu wcale, gdyż spotkawszy go raz jeszcze, natychmiast powiesić każę.

Sto i dziesięć. Sto czyli – każde dziecko wie – dziesięć razy dziesięć.

Spotkana pod drodze, przebrana za chłopaka „młoda dziewica”, wypłakuje się władcy, że:

— Od dziesięciu już lat, to jest od śmierci mojej matki, ojciec trzyma mnie w surowym zamknięciu i oddzielonej od świata, nawet mszy słuchać każe w domowej kaplicy. Od tego czasu, prócz mego ojca, brata i Pedra Pereza, o którym wspominałam, nikogo więcej nie widziałam na oczy. Taka samotność i zakaz wychodzenia z domu nawet do kościoła, smuciły mnie nad wyraz. Pałałam chęcią zobaczenia czegoś na świecie. Mój brat opowiadał mi niekiedy o rozmaitych rozrywkach i zabawach publicznych, a to bardziej jeszcze podniecało moją ciekawość, dlatego prosiłam brata… O! bodaj by słowa wówczas zamarły mi na ustach.

Dziesięć dni to bardzo istotna miara wszystkiego, w tym czasu,  wprowadzona w starożytnym Rzymie, ale oparta na znacznie starszych wyliczeniach. Tydzień księżycowy, ten który i my dziś stosujemy, trwa siedem dni i jest zależny od faz księżyca. Rzymska dekada, zastosowana potem również przez wzorującą się na Rzymie rewolucję francuską, została matematycznie wyliczona w starożytnej Chaldei. Ci, którzy interesują się astrologią, wiedzą że Krąg Zodiaku trwa 360 dni, podzielonych na 12 znaków Zodiaku po 30 dni. Każdy znak jest z kolei podzielony na trzy dekady, podporządkowane kolejnym władcom planetarnym, oprócz jednej, od 12 do 22 kwietnia, nie należącej do nikogo i zwanej ciemną gwiazdą. Była groźna, zwiastowała wojny i nieszczęścia, była też klasycznym czasem rozpoczynania wojen. No cóż, można by powiedzieć, że co nas to obchodzi, było minęło, ale jednak…  w tej wiosennej dekadzie urodzili się i Hitler, i Stalin. No, ale gwoli sprawiedliwości dodajmy, że również Leonardo da Vinci i Charlie Chaplin.

Liczba dziesięć jest oczywiście nie tylko matematyczna, ale i ludzka. Wszystkie inne miary wywodzą się ze świata zewnętrznego, dziesięć nosimy ze sobą zawsze i wszędzie. Dziesięć to podstawa matematyki, miara najbardziej praktyczna ze wszystkich, ale tym samym i najbardziej symboliczna. Sancho nie mógł rządzić dłużej, bo i on, i jego władztwo mają znaczenie symboliczne. Dziesięć dni władał karnawałowy król, dziesięć dni niemądry giermek szalonego rycerza może rządzić światem, stosując swój własny dekalog czyli dziesięć zasad.

Ciekawe, że Wikipedia pisząc o liczbie 10 informuje rzecz jasna, iż jest podstawą najczęściej stosowanego systemu pozycyjnego – dziesiętnego. I dodaje, że przyczyną był prawdopodobnie fakt, iż posiadamy 10 palców u rąk. Zastanowiło mnie słowo prawdopodobnie, wydało mi się przesadnie oględne i zastrzegające, bo autor hasła nie podaje, jakie miały by być inne podstawy systemu dziesiętnego, chroni się tylko przed (nie)prawdopodobnym atakiem kogoś, kto tę zasadę by mógł znać.

No ale za to Wikipedia wymienia najważniejsze dziesiątki kulturowe, w większości wywodzące się z Biblii, a więc dziesięć przykazań, dziesięć plag egipskich czy dziesięć zaginionych plemion. Są jednak równieś dziesiątki buddyjskie czyli dziesięć złych uczynków  i dziesięć paramit, no i oczywiście pochodne tych symbolicznych dziesiątek, jak Dekameron Giovanniego Boccaccia, Dziesięciu małych Murzynków Agaty Christie czy wreszcie Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem Johna Reeda, film 10 Blake’a Edwardsa czy płytę Dziesięć ważnych słów Marka Grechuty z roku 1994. I jakie to one były, te ważne słowa naszego barda?

  1. Ojczyzna
  2. Wolność
  3. Władza
  4. Prawo
  5. Praca
  6. Wiedza
  7. Solidarność
  8. Natura
  9. Sztuka
  10. Miłość

Ojczyzna jako numer 1, miłość – numer 10. Mało znana (chyba) i nie z Top Ten (kolejna dziesiątka). Miłość.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | 2 komentarzy

Memy z czasów PRL

Ewa Maria Slaska

Słoneczniki van Gogha

Tak sobie tu ostatnio od czasu do czasu dywaguję o znaczeniu obrazów i o tym, że rozpoznać je można po ilości przeróbek czyli, jak to się obecnie nazywa, memów. Tymczasem sztuka i przed czasami sieci, facebooka i instagramu była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach. Nie robiłam badań, bo to nie rola dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak „poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.

Poniekąd oddaje to marketingowy tekst firmy sprzedającej reprodukcje fineartexpress:

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji.

Słoneczniki van Gogha to temat jasny i wiecznie żywy jak słońce Lenina. Kiedy mówimy Lenin, to myślimy partia. Podobnie mówimy van Gogh, a myślimy Słoneczniki. Mówimy Słoneczniki, a myślimy van Gogh. W XX wieku sprzedano miliony reprodukcji obrazu Słoneczniki van Gogha wydrukowanych na płótnie, na pocztówkach, na plakatach, na kubkach i innych fotogadżetach – tylko w roku 2013 kupiono ich aż 26 tysięcy. Reprodukcja Słoneczników van Gogha wydrukowana na kalendarzu ściennym to chyba najpopularniejszy na świecie obraz do dekoracji ścian mieszkania. Vincent van Gogh namalował tyle słoneczników, że nawet trudno się zdecydować, które Słoneczniki wybrać do dekoracji, jeżeli zamierza się kupić kopię obrazu van Gogha do pokoju. Warto więc wiedzieć, że kiedy mówimy„Słoneczniki” van Gogha, to mamy namyśli obraz z całej serii „Słoneczniki”, która składa się w rzeczywistości z 11 obrazów słynnego postimpresjonisty.

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji – obrazy namalowane w 1888/1889 w Arles we Francji

Firma prezentuje zatem jedenaście obrazów Słoneczniki, ale przecież dobrze wiemy, że to zabawa dla smakoszy. Prawdziwe Słoneczniki, to te, czwarty obraz ze słonecznikami, pod którym tekściarz firmy napisał:

Wiele obrazów van Gogha opartych jest na jednym motywie, powielanym w różnych ujęciach. Podobnie jest w przypadku „Słoneczników”. Z łącznie 11 obrazów z motywem słoneczników 4 obrazy powstały w Paryżu i 7 w Arles w południowej Francji. Słoneczniki van Gogha zajmują szczególne miejsce w twórczości artysty. Ale nasuwa się pytanie, dlaczego van Gogh namalował właśnie słoneczniki, a nie inne kwiaty, tak bujnie rosnące w słońcu południowej Francji. Słoneczniki uważane są dziś za roślinę raczej pospolitą i ceni się ją raczej ze względu na jej walory spożywcze, a nie piękno jej kwiatów. Jednak za czasów van Gogha słoneczniki były w modzie, cięte słoneczniki były popularnym kwiatem używanym do dekoracji domów. Uważano, że są piękne, a ich kształt i ciepłe barwy przypominają małe słońce. Kwiat słonecznika stał się popularnym motywem w malarstwie.

Obraz olejny na płótnie. Tytuł: 12 słoneczników w wazonie. Arles 1888r. Wymiary oryginału 91 x 72 cm

Słynne „Słoneczniki” to seria obrazów olejnych namalowanych przez Vincenta van Gogha, słynnego malarza postimpresjonistę. Artysta namalował łącznie 11 obrazów: 4 obrazy podczas pobytu w Paryżu i 7 w Arles. Wraz z takimi obrazami jak „Mona Lisa” autorstwa Leonarda da Vinci oraz „Krzyk” Edwarda Muncha, „Słoneczniki” van Gogha uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego.

Nie musi to być zresztą prawda, bo znalazłam w internecie informację, że inspiracją była dla malarza wiązanka kwiatów leżąca w rynsztoku. Autor wpisu podaje też, że w czasie pogrzebu artysty jego trumna przykryta była słonecznikami, które tak uwielbiał. I że: wszystkie studia słoneczników Van Gogha przepełnione są symboliką religijną i mistyczną. Artysta wierzył, że sposób, w jaki słonecznik zwraca głowę ku słońcu, jest odzwierciedleniem religijnego oddania tych, którzy poświęcają się Bogu.

Kiedy byłam na studiach, moja przyjaciółka znalazła gdzieś reprodukcję tego obrazu i podarowała ją mamie na gwiazdkę. Niestety, nie pamiętam, w jakim sklepie można było kupić taki cudowny prezent, ale obraz przy okazji wizyt w Trójmieście oglądam do dziś.

Paul Gauguin, Van Gogh malujący słoneczniki

Wydaje mi się, że już pod koniec czasów Gierka było wiadomo, że reprodukcja Słoneczników to jeden z podstawowych banalnych elementów, składających się na klasyczne mieszkanie inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopednia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh.  Jedyny obcy wtręt w swojskim obrazie peerelowskiego dostatku. Grażyna Bastek, znana mi osobiście 🙂 historyczka sztuki pisze w Newesweeku: Wśród kilku obrazów, których tytuły mógłby wymienić niemal każdy, są „Słoneczniki” Vincenta van Gogha. Ich popularność nie ominęła również Polski. Każdy z nas widział na ścianie u babci, cioci lub u znajomych kupioną zapewne w kiosku Ruchu i wyblakłą po latach reprodukcję słynnego płótna.

Muzeum Śląska Opolskiego zachęca do obejrzenia wystawy Tak się mieszkało w PRL:

Cerata na stole, obowiązkowy fikus przynajmniej w jednym pokoju czy słoneczniki Van Gogha na ścianach – to tylko niektóre elementy wystroju mieszkań charakterystyczne dla lat głębokiego komunizmu w Polsce. Szczególnie dla młodego pokolenia, które poprzedniego ustroju nie pamięta, wizyta w mieszkaniu z lat 60 i 70 będzie bardzo cennym doświadczeniem. Zapraszamy więc na zwiedzanie.

(…)

Typowy salon Kowalskiego z okresu „komuny” jest naszpikowany oryginalnymi symbolami tamtej epoki. Uwagę przykuwa przede wszystkim sprzęt multimedialny, choć przedrostek multi to w tym przypadku znaczne nadużycie. Trzeba jednak pamiętać, że telewizor marki WZT był często jedynym w kamienicy. Niemniej ekskluzywne były adaptery „Bambino”. Rozglądając się po pokoju, można zauważyć przepych kryształowych naczyń – te z prawdziwymi kryształami nie miały nic wspólnego, jednak zdobione szkło uznawane było w owych czasach za symbol dobrobytu. Ściany ozdobione srebrnymi kwiatuszkami – oczywiście malowane tradycyjnym wałkiem.

Na ścianie wiszą reprodukcje znanych malarzy. Najbardziej popularne były słoneczniki Vincenta Van Gogha. W pomieszczeniu nie brakuje też zieleni. Sięgający sufitu fikus, osadzony w dużej donicy, często traktowany był jako popielniczka i podręczny kosz zarazem.

Alina Gierak kilka lat temu pisała w Gazecie Wrocławskiej:

W końcówce lat 70 szpanem wrocławskim było noszenie swetrów z wełny z Kowar. Przedsiębiorcze panie jeździły do tamtejszej fabryki dywanów i wracały z worami kolorowych nitek. Pracowicie je potem wiązały i dziergały swetry, czapki, szaliki. Szczytem awangardy było noszenie ich z pętelkami na wierzchu – po tym można było poznać artystyczną duszę i tak też nosili się bywalcy Festiwalu Teatru Otwartego czy Jazzu nad Odrą. Sweter z kowarskiej wełny można było także zobaczyć często w Pałacyku, kultowym klubie studenckim. Część pań wyżywała się plastycznie nie tylko w swetrach, ale także w kilimach wykonywanych z resztek wełny z Kowar. Profesorowe i gospodynie domowe wymieniały się wzorami, a najbardziej popularne kilimy przypominały obraz Van Gogha „Słoneczniki”.

Czyli nie myliłam się, nawet pobieżny przegląd publikacji internetowych pokaże, że Słoneczniki van Gogha to było w PRL prawdziwe „coś”! Gorzej z reprodukcją dawnego wnętrza. Ale wydaje mi się, że oferowana w Bieruniu reprodukcja ma peerelowską proweniencję:

No i ta drabina obok…

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano | 2 komentarzy

Frauenblick 14

Monika Wrzosek-Müller

Hier bin ich, Jonathan Safran Foer
Kiepenheuer&Witsch, 2016 1. Auflage

Schon wieder ein dickes Buch, kann man bei 683 Seiten wohl sagen; die Bücher werden immer dicker (Paul Auster „4321“, 1259 S., Nino Haratischwili, Das achte Leben (Für Brilka), 1275 S. Christoph Hein Glückskind mit Vater, 526 S. etc…). Liegt das am immer leichteren Zugang zu all den Informationen oder an dem Profitfaktor, der sich doch irgendwie pro Seite errechnen lässt: dicke Bücher sind auch teurer…
Aber vielleicht haben die Autoren auch so viel zu sagen und wir dann so viel zu lesen.
Jonathan Safran Foer hat auf jeden Fall immer viel und witzig zu sagen und zu erzählen. Sein erstes Buch, das er mit 23 Jahren schrieb „Alles ist erleuchtet“ wurde von der Kritik und den Lesern enthusiastisch aufgenommen. Darin begab er (der Held) sich auf die Suche nach einer Frau in der Ukraine, die mehreren Mitgliedern seiner Familie das Überleben während der Nazizeit ermöglicht hatte. Das Buch las sich wie man die Bilder von Chagall betrachtet, in all dem Grauen märchenhaft und poetisch; der Text verzauberte und zeigte, dass es unmöglich ist, sich der damaligen Wahrheit wirklich zu nähern, man kann sie vielleicht nur erspüren lernen. Das Buch war witzig, ironisch, heiter und schilderte, warum die dritte Generation der jüdischen Überlebenden immer wieder mit der Vergangenheit ringt und sie für sich aufzuklären, sich ihr zu nähern versucht. Es hatte auf jeden Fall etwas mit Foers eigner Biografie zu tun.
Sein neuester Roman, nach einer längeren Pause entstanden, steht wieder mitten in seinem eigenen Leben. Die Geschichte eines jüdischen Paars in Washington D.C., das sich, angetrieben von seiner Individualität, auseinanderlebt und letztlich auch trennt, erinnert sehr an seine eigene. Doch das eigentliche Thema des Buches ist das Jüdisch-Sein in Amerika und in Israel, sich dazu bekennen, stolz sein, die Traditionen zu leben und an die Kinder weiter zu geben. Auch wenn die Kinder sich gegen die Bar Mizwa wehren, ist für alle selbstverständlich, dass sie diese durchlaufen müssen, um in das Erwachsenenalter aufgenommen zu werden. Das Jüdisch-Sein nimmt ganz viel Platz in dem Buch ein, ohne dass das viel mit Religion zu tun hätte. Es ist einfach die Art, wie man lebt, was wichtig ist, wo man isst, was man unternimmt, wie man diskutiert und redet. Vielleicht ist Jüdisch-Sein eine Bereicherung, vielleicht aber erdrückt es einen.
Es gibt eine Ebene im Roman, die das alles verbindet: die Sprache, es geht um den Gebrauch der Sprache und folglich um die Kommunikation: Dialoge und Reden, auch Beschreibungen der Zustände. Sie erinnern mich an die Filme von Woody Allen, wo immer und lange geredet wird, jeder um eine eigene Pointe bemüht und nicht müde werdend, sie auch zur Geltung zu bringen. Auch hier haben wir den Eindruck, jedes Mitglied der Familie ist eigentlich ein Virtuose der Sprache, sogar der jüngste Sohn Benjy (wohlgemerkt 4 Jahre alt) kann seine Unsicherheit und alle möglichen emotionalen Zustände erstaunlich treffend zum Ausdruck bringen. Durch die Sprache leben sie alle, bewältigen ihre anwachsende Katastrophe in einer sich zerstörenden Welt, die Kommunikation darüber und das auf den Punkt bringen, rettet manchmal das Leben, verhindert das Scheitern. Es steckt darin viel, vielleicht auch unbewusste Weisheit, denn ein Roman, ein Schriftsteller leben sowieso von der Sprache, vom geschriebenen Wort. Doch so wie Foer sie einsetzt, bekommt sie eigenen Wert, die Dialoge sind manchmal Schlachten, manchmal dienen sie der Entspannung, um der Krise zu entkommen.
Jacob ging auf die Knie und nahm Benjys Hände.
„Schlecht geträumt, Kumpel?
„Sterben ist okay“, sagte Benjy.
„Was?“
„Sterben ist okay.“
„Ja, findest du?“
„Wenn alle anderen mit mir sterben, finde ich das Sterben okay. Ich habe nur Angst, wenn die anderen nicht mit mir sterben.“
„Hattest du einen Alptraum?“
„Nein. Ihr habt euch gestritten.“
„Wir haben uns nicht gestritten. Wir…“
„Ich habe gehört, wie Glas kaputtgegangen ist.“
„Wir haben gestritten“, sagte Julia. “Menschen haben Gefühle, manchmal sehr schwierige. Aber jetzt ist alles wieder gut. Geh zu Bett.“[…]
Jacob deckte Benjy zu und strich ihm über das Haar.
„Dad?“
„Ja?“
„Du hast recht damit, dass es wahrscheinlich keinen Himmel gibt.“
„Das habe ich nicht gesagt. Ich habe nur gesagt, dass man das nicht wissen kann und es deshalb nicht sehr klug ist, sein Leben darauf auszurichten.“
„Ja, genau damit hast du recht.“
Wenn er selbst auf Trost verzichtete, konnte er sich das verzeihen, aber warum sollte er ihn auch allen anderen vorenthalten? Warum sollte sich ein Kindergarten-Kind nicht in einer gerechten, schönen und unwirklichen Welt glücklich und geborgen fühlen?
„Und worauf sollen wir unser Leben ausrichten?“, fragte Benjy.
„Die Familie?“
„Ja, finde ich auch.“
„Gute Nacht, Kumpel.“
Jacob ging zur Tür, entfernte sich aber nicht.
Nach einigen langen Momenten der Stille rief Benjy: “Dad? Ich brauche dich!“
„Ich bin hier.“
„Eichhörnchen haben buschige Schwänze, warum?“
„Um das Gleichgewicht zu halten? Um sich zu wärmen? Zeit zu schlafen.“
„Wir googeln das morgen früh.“
„Gut. Aber schlaf jetzt.“
„Dad?“
„Ja. Hier.“
„Gibt es Fossilien von Fossilien, wenn die Welt lange genug existiert?“
„Oh, Benjy. Gute Frage. Wir reden morgen darüber.“
„Ja, ich brauche meinen Schlaf.“
„Genau.“
„Dad?“
Jacob begann die Geduld zu verlieren: “Benjy.“
„Dad?“
„Ich bin da.“
Wir erleben die Familie in einer Situation, die einer Katharsis ähnelt; die innere Spannung und Unzufriedenheit spitzt sich immer weiter zu, bis die Eltern auseinandergehen, sich trennen; und die äußere Situation in Israel wird durch ein fiktives Erdbeben und den Angriff islamischer Staaten nochmal zugespitzt. Diese Zuspitzung empfinde ich als befremdlich, denn das Leben in Israel fühlt sich sowieso für einen Europäer an wie auf dem Vulkan. Im Roman geht es darum, wenn ich richtig verstanden habe, eine Zuspitzung zu schaffen, um sich zum Judentum bewusst bekennen zu müssen, endgültig sich zu erklären und festzustellen, wieviel Raum doch diese andere Heimat im eigenen Leben einnimmt. Man stellt mit Erstaunen fest, dass dieses Israel und Jüdisch-Sein ganz viel Platz im Leben vieler amerikanischen Juden einnimmt.
„Was bedeutete ihm Israel? Was die Israelis? Sie waren seine aggressiveren, unangenehmeren, verrückten, haarigeren, muskulöseren Brüder… da drüben. Sie waren grotesk, aber sie waren die Seinen. Sie waren tapfer, schöner, schweinischer und wahrhafter, weniger gehemmt, draufgängerischer, mehr sie selbst. Drüben. Dort waren die Leute so. Und sie waren die seinen.
Nach der Beinah-Zerstörung waren sie immer noch dort drüben, aber sie waren nicht mehr die Seinen.
Jacob hatte sich bemüht, jede Maßnahme Israels vernünftig zu begründen – zu verteidigen oder wenigstens zu entschuldigen. Und er hatte jedes Mal geglaubt, was er sagte. […] War es richtig, Menschen in der gleichen Notlage eine medizinische Versorgung vorzuenthalten? Ja, denn es gewährleistete die Versorgung der eigenen Bürger, die sich im Gegensatz zu den arabischen Nachbarn an niemand anderen wenden könnten. […] Und dennoch führten all diese gerechtfertigten oder wenigstens entschuldbaren Maßnahmen dazu, dass Israel dringend benötigte Hilfsmittel zurückhielt, das heikelste muslimische Territorium auf Erden eroberte und Müttern von Kindern, die nicht zwangsläufig hätten sterben müssen, zwang, an geschlossene Krankenhaustüren zu hämmern. Vielleicht gab es keine andere Möglichkeit, doch es hätte eine geben müssen.“
Nachdem der Präsident von Israel nach dem Erdbeben und dem Angriff alle Juden in der ganzen Welt aufruft, die Heimat zu verteidigen, kehren viele aus der Diaspora zurück. Interessant ist nur, dass der Hauptheld, der Vater Jacob, gegen alle erklärten Absichten doch nicht nach Israel zurückkehrt, um zu kämpfen; offenbar sieht er ein, dass er vor Ort zu nichts nütze gewesen wäre, aber auch, dass man auch Zweifel an Israels guter Sache haben konnte.
Der Titel „Hier bin ich“ hebräisch hineni steht für den Autor; es geht um die Klärung wofür man steht oder besser für wen man steht, bedingungslos und immer bereit, aufrichtig und präsent. Diese Frage prägt unsere Identität besonders in der jetzigen Welt mit all ihrem Freiheitsdrang, auch wenn sie oft nicht mehr religiös bedingt ist.

Opublikowano Monika Wrzosek-Müller | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Civil March in Sarajevo

Civil March for Aleppo has reached an important milestone. We are in Sarajevo now.

It is a very special time here. The city is about to commemorate 25 anniversary of the siege. We decided to pay a tribute to the victims in a symbolic way, leaving our footprints on the ground.

#CivilMarchForAleppo

Der Zivile März für Aleppo hat einen wichtigen Meilenstein erreicht. Wir befinden uns jetzt in Sarajevo.

Es ist eine sehr besondere Zeit hier. Die Stadt wird etwa 25 Jahrestag der Belagerung begehen. Wir haben beschlossen, die Opfer auf symbolische Weise zu würdigen und unsere Spuren auf dem Boden zu hinterlassen.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nasz człowiek w Wietnamie 1

Lech Milewski

Na początku była książka

Azja, tak geograficznie bliska Australii, zawsze była mi obca. Nic dziwnego, że gdy przyszło mi do głowy wybrać się na pierwsze od kilku lat wakacje gdzieś nie za daleko, spojrzałem na półkę z książkami.
Nasz człowiek w Hawanie nie wchodził w rachubę, a zatem – Spokojny Amerykanin – Wietnam.

Czy nie robi ci różnicy, jeśli polecisz Malaysia Airlines? – spytała ostrożnie pani w biurze podróży. No tak, jeden samolot zestrzelony, jeden zagubiony, dziwne morderstwo na lotnisku w Kuala Lumpur.
Oczywiście, że nie zrobi mi różnicy.

A zatem w drogę, z Bogiem…

Modlitwa

Kilkanaście godzin później, na tym samym ekranie odczytuję, że do Mekki już tylko 6,790 km. A zatem jesteśmy w Hanoi.

Spokojny Polak w Hanoi

Taksówka, która wiozła mnie z lotniska do hotelu już po kilku minutach zjechała z autostrady i znaleźliśmy się w labiryncie wąskich uliczek, otoczeni masą motocykli. Wyglądało to mniej więcej tak – KLIK.

Chodniki zajęte są całkowicie przez parkujące skutery, stragany i wszelkiego rodzaju sprzedawców. Na mnie największe wrażenie zrobiły kobiety, które potrafiły w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach przykucnąć, w ciągu kilku minut rozłożyć podręczną kuchenkę i serwować gorące posiłki.

Kuchnia

Jedzenie nie było mi jednak w głowie. Moim pierwszym wyzwaniem było dotarcie do położonego kilkaset metrów od hotelu jeziora Hoam Kiem – KLIK.

Nie miałem wyjścia, musiałem zanurzyć się w wartki i hałaśliwy nurt pojazdów. Już po jednym kroku miałem dosyć. Cofnąłem się na chodnik i trzymałem się kurczowo jakiegoś słupa, gdyż nie było tam miejsca dla mojej osoby. Po pewnym czasie wydało mi się, że w strumieniu pojazdów jest jakaś przerwa i próbowałem kontynuować spacer. Natychmiast spłoszyły mnie sygnały klaksonów za plecami. Nie było gdzie uciec, więc tylko skuliłem się i wolno posuwałem się do przodu. A za chwilę było skrzyżowanie…

Ruch

Po spacerze nad jeziorem kolejne wyzwanie – wrócić do hotelu. Przez całą drogę powtarzałem sobie adres: 14 Luong Van Can, 14 Luong Van Can. Na każdym skrzyżowaniu były porządne tabliczki z nazwami ulic, a jednak czułem się niepewnie – tabliczki jakoś nikły w gęstwinie szyldów i przewodów elektrycznych, wszystkie ulice wydawały mi się podobne.
Numer 22, to jeszcze tylko cztery domy, do licha – nie widzę mojego hotelu? Na szczęście rozpoznaję panią w fioletowej sukience sprzedającą jakieś pierogi – jest!
Rzecz w tym, że frontony budynków są tutaj bardzo wąskie i mój, całkiem porządny, hotel zupełnie nikł w sąsiedztwie kolorowych sklepików.

Po tych trzech godzinach w Hanoi jestem jak najgorszej myśli – gdzieżeś ty się dziadku wybrał? Będziesz tylko kłopotem dla swojej wycieczki.

A wycieczka właśnie się zbiera na inauguracyjne spotkanie.
Nieustraszeni – jest nas łącznie ze mną szesnaście osób – dwanaścioro Australijczyków, dwie Kanadyjki, Włoszka mieszkająca w Anglii i Amerykanka. Cztery małżeństwa w wieku lekko ponad 50 lat, pani z ojcem – weteranem wojny wietnamskiej (czyli w moim wieku), pozostałe pięć pań w wieku około 40 lat. Naszym przewodnikiem jest Hoc.

Nieustraszeni?

Tak, organizatorem wycieczki jest firma Intrepid – KLIK. Spotkałem ich kiedyś na szlaku, na wędrówce dookoła Mt Blanc i uznałem, że ich styl wędrowania powinien mi odpowiadać.
Styl wędrowania: popierać lokalne przedsiębiorstwa, korzystać z transportu publicznego, nie unikać wysiłku fizycznego.

Mój pierwszy kontakt to oczywiście Australijczycy. Poza jednym wyjątkiem wszyscy mieszkają w niezbyt dużych miastach. To się od razu czuje – szczerzy, ironiczni, dobre poczucie humoru, w razie potrzeby nie zawiodą.

Na początek ruszamy do restauracji na kolację. To okazja, aby wymienić spostrzeżenia na temat ruchu na ulicy. Zgadzamy się, że reguły gry są następujące:
Klakson oznacza – jestem większy i silniejszy od ciebie i wiem dokąd jadę. Zakładam, że ty również znasz swój cel. Kontynuujmy więc obaj swoje działania w zgodzie.
Brak klaksonu oznacza to samo.
Rezultat – nie istnieje tu „road rage” czyli agresja na szosie.

Od przewodnika dowiadujemy się, że Hanoi ma ponad 8 milionów mieszkańców i około 3 milionów motocykli i skuterów.

Nasz hotel zlokalizowany jest na starym mieście (Old Quarter nazywany również French Quarter), stąd te wąskie uliczki i niesamowity tłok.

Jest wieczór, więc wszyscy, którzy nie jadą w tej chwili na motocyklach, biesiadują na ulicy…

Kolacja

My biesiadujemy w niewielkiej restauracji, przy stołach o rozmiarach dla dorosłych.

Wietnamska kuchnia? Proszę o cierpliwość, w programie wycieczki jest lekcja gotowania, gdy się nauczę gotować, to napiszę.

Halong Bay

Następnego dnia rano wyruszamy w drogę autobusem. Zatłoczone ulice miasta zamieniają się w zatłoczoną szosę. Dookoła – Wietnam w ruinie – przepraszam za te polityczne skojarzenia. Popękana, dziurawa szosa, stare walące się domki. Dużo śmieci, ogólny bałagan.
Zaraz, zaraz, coś mi się przypomina – pierwsza po wyjeździe z Polski wizyta w Warszawie, 1991 rok. Wtedy wyglądało to podobnie. I jeszcze jedno podobieństwo – waluta. W 1991 roku 1 US$ był wart 10,000 zł. W dzisiejszym Wietnamie jest wart ponad 24,000 dongów. Brakuje tylko rosyjskiego bazaru na stadionie 10-lecia.

Gdzieniegdzie widać jakieś prace budowlane, ale niezbyt imponująco to wygląda – duża maszyna budowlana, a wokół niej bałagan. Natomiast ręczna budowa grobli posuwa się szybko do przodu…

Grobla

Może to jest właściwa metoda budowania w bardzo ubogim i gęsto zaludnionym kraju?

Wreszcie docieramy do celu – zatoka Ha Long Bay – KLIK. To miejsce jest tak dobrze udokumentowane w internecie, że ograniczę się tylko do jednego zdjęcia, a to dlatego, że oddaje mglistą atmosferę naszej żeglugi…

Halong Bay

Halong Bay znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO (Heritage List). Zapewne na to zasługuje, ale z drugiej strony już teraz jest tu za duży tłok. Poniżej widok statków, które przywiozły chętnych do zwiedzania groty…

Halong Bay

Zgodnie z dewizą Intrepidu rozglądam się za lokalną działalnością gospodarczą. Podpływa nieproszona…

Sklepik

Kobiety wiosłują na tych łodziach cały dzień, od statku do statku. Asortyment towarów dość nieciekawy – biszkopciki, czipsy, napoje. Towar podają w siatce na długim kiju. Do tejże siatki klient wkłada zapłatę.

Noc spędzamy na statku…

Noc

W drodze powrotnej polski akcent…

Syrena

Kto, skąd, dlaczego? Nie znalazłem informacji.

Przed pożegnaniem kucharz okrętowy w ciągu kilku minut wyczarowuje z marchwi kwiat i siatkę, jakimi udekorowana była podana na kolację ryba…

Sietka

Przybijamy do brzegu. Zauważam zaawansowane roboty budowlane na nabrzeżu. Tu już nie ma co grymasić – duże, dobrze zorganizowane budowy. Za kilka lat będzie tutaj jak w każdym atrakcyjnym miejscu w cywilizowanym świecie.

Wracamy do Hanoi na kolację, a potem przesiadka do kolejnego środka lokomocji…

Sleeping

Sleeping z Hanoi do Hue – ponad 700 km, 13 godzin jazdy. W środku, znowu łza się w oku kręci, jak w pociągu z Pragi do Warszawy w 1994 roku. Tyle, że wtedy w Polsce w pociągach grasowali rabusie. Wszelkie poradniki turystyczne informują, że Wietnam to jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie.
Wiadomo – komuna.

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano | 2 komentarzy

Stuart słucha muzyki 3

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

przesłuchują piosenki, które otwierają kolejne rozdziały sequela Stuart. W dzisiejszym wpisie only love, love, love…

Stuart 9

Rozdział 9 to opowieść o dwóch ważnych kobietach w życiu Stuarta w Wellington. Obie mają tak samo na imię. Najpierw do Stuarta przyjeżdża jego siostra Kate, potem pojawia się Catherine, koleżanka tancerka, przez jakiś czas jego dziewczyna. Siostra nie dostaje swojego muzycznego interludium, ale Catherine owszem. Piosenka jest oskarżeniem, ale Catherine zasłużyła na nie.

City girls just seem to find out early how to open doors with just a smile
A rich old man and she won’t have to worry, she’ll dress up all in lace and go in style
Late at night a big old house gets lonely, I guess ev’ry form of refuge has its price
And it breaks her heart to think her love is only given to a man with hands as cold as ice

Dziewczęta z miasta szybko uczą się otwierać drzwi swym uśmiechem,
Stary, bogaty mężczyzna i już nie będzie musiała się martwić
Zacznie nosić koronkowe sukienki i najmodniejsze ubrania.
Późną nocą wielki, stary dom pustoszeje, myślę, że ucieczka zawsze ma swoją cenę,
Na myśl o tym, że daje miłość mężczyźnie o rękach zimnych jak lód
Pęka jej serce

The Eagles „You cannot hide your lying eyes”

W rozdziale 10 to też nie siostra dostaje piosenkę od autorki, lecz dziewczyna Stuarta – Iris.

Nina Simone

I wish I knew how it would feel to be free
I wish I could break all the chains holding me
I wish I could say all the things that I should say
Say ’em loud, say ’em clear for the whole round world to hear

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuć się wolnym
Tak bardzo chciałabym zerwać łańcuchy, które mnie skuwają
Tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystko to, co trzeba powiedzieć
Powiedzieć to głośno, powiedzieć to jasno, tak żeby usłyszał to cały świat

Iris nie zdołała zerwać łańcuchów, które ją skuwają i to sprawiło, że rozpadł się kolejny związek Stuarta z interesującą młodą kobietą. Bo to ona w tym rozdziale śoiewa te pełne rezygnacji słowa: I wish I knew how it would fell to be free…

W rozdziale 11 Iris odjeżdża i już nie wróci. It must have been love but it’s over now śpiewa  Roxette.

It must have been love but it’s over now
It must have been good but I lost it somehow
It must have been love but it’s over now
From the moment we touched till the time had run out

To musiała być miłość, ale już się skończyła
I musiała być dobra, ale gdzieś się zgubiła
To musiała być miłość, ale już się skończyła
Od chwili, kiedy się dotknęliśmy, do chwili, kiedy przeminął jej czas

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Opublikowano Ewa Maria Slaska, Joanna Trümner | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Miasta poza sezonem: Gdańsk

Tekst napisany na dzisiejsze spotkanie z uczniami OLPI czyli Ogólnokształcącego Liceum Programów Indywidualnych w Oliwie. Dziękuję Katarzynie Bogdanowicz i Katarzynie Korolczuk oraz Piotrowi Bogdanowiczowi za (z)organizowanie dziś w OLPI wielkiego wiosennego święta wagarowicza i za wiele innych działań, pomysłów i inicjatyw 🙂

Ewa Maria Slaska

Niezwykłe nowe polskie budynki

Zanim okazało się, że Polska „jest w ruinie”, powstało w tym biednym, nieszczęsnym, zrujnowanym kraju kilka niezwykłych budowli – opera w Bydgoszczy, Filharmonia i Muzeum Przełomy w Szczecinie, Muzeum Polin w Warszawie, Muzeum II Wojny Światowej i Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku, stadiony w Gdańsku i w Poznaniu. Staram się je po kolei wszystkie obejrzeć. Nie zawsze mi się podobają, jak chociażby Europejskie Centrum Solidarności, nie zawsze podoba mi się ich przesłanie ideologiczne, jak chociażby to, co nam przekazuje o przełomowych momentach naszej współczesnej historii Muzeum Przełomy, ale nie zmienia to jednak faktu, że są to budynki oryginalne i niezwykłe założenia urbanistyczne. Tym razem przyjechałam do Gdańska z mocnym postanowieniem poprawy czyli decyzją, że tym razem wreszcie muszę dotrzeć do kolejnej niezwykłej budowli trójmiejskiej czyli Teatru Szekspirowskiego. Bo właściwie powoli było mi już wstyd, że jeszcze tu nie byłam.

Podobało mi się, że Teatr Szekspirowski powstanie (powstaje, powstał) w moim rodzinnym mieście, bo był to i jest zamysł szalony i niczym nieuzasadniony, co uwielbiam. Zaprojektował go Renato Rizzi, architekt z Wenecji. Teatr został otwarty 19 września 2014 roku. Na uroczystość przyjechał książę Karol.

Dopóki nie zobaczyłam teatru okiem własnym kilka dni temu, myślałam, że przymiotnik szekspirowski oznacza coś w rodzaju rekonstrukcji prawdziwego teatru szekspirowskiego czyli Globe, który był kolisty i drewniany, i nie miał dachu. Mamy w Berlinie taki teatr, nazywa się Monbijou czyli mój klejnot, bo takie miano nosił stojący tu ongiś pałac. Monbijou zawsze wystawia latem Szekspira, co też uwielbiam – pisałam już kiedyś o tym, że latem zawsze powinno się oglądać Szekspira na świeżym powietrzu.

Frances Yates, autorka wspaniałej opowieści o pamięci i metodach zapamiętywania (Sztuka pamięci) ryzykuje twierdzenie, że Globe był zbudowany jak model świątyni pamięci czyli biblioteki, która miała objąć WSZYSTKO.  Była to idealna kolista budowla, pełna jak plaster miodu małych komórek, zawierających każda jeden zrolowany (czyli w pewnym sensie kolisty) rękopis na temat jakiegoś wycinka wiedzy. W teatrze zamiast komórek z rękopisami były krzesła, w których siedzieli ludzie – każdy człowiek był więc zarazem i widzem, i aktorem, i wycinkiem pełni ludzkiej wiedzy.

Pełnia też jest kolista i kulista.

Kolisty teatr nazywał się jak kulisty ziemski glob i był całym światem. Wiemy oczywiście: świat jest teatrem, aktorami ludzie.

Wydawało mi się, że kolistość i kulistość powinny być najbardziej znamiennymi cechami tego budynku. Tak bardzo byłam pewna, że tak musi być, że nawet nie zadałam sobie trudu, żeby obejrzeć w internecie, jak ten teatr naprawdę wygląda.

Teatr szekspirowski w Gdańsku jest na zewnątrz dokładną odwrotnością tego, czym był (przynajmniej w moi wyobrażeniu) londyński Globe. Globe spłonął, teatr w Gdańsku przetrwa wszystkie żywioły. Jest kamienny, kwadratowy, kanciasty, czarny. Podoba mi się ta architektura. Jest zimna i wyniosła, poświęcona czemuś, co jest nie dla ludzi i bez nich się obywa. Przypomina babilońskie zikkuraty, zanim Semiramida posadziła na nich ogrody, i gotyckie katedry zanim obrosły sklepikami, kaplicami i górami śmiecia. Czyli zanim zimny kamień został rozmiękczony przez to co żyje, rodzi się, umiera, więdnie, gnije, jest nieczyste i brudne, ale pełne niepowstrzymanej energii. Zamiast idealnej świątyni wiedzy Rezzi wybudował idealną świątynię architektury. Piękną, zimną i nie dla mnie.

W środku jest drewno – ale nie jest koliste i mojego rozczarownia nic nie uśmierza.

Obejrzałam Teatr Szekspirowski w zimny wiosenny dzień (miasta poza sezonem!), kiedy to od dawna w nim nie było i długo jeszcze nie miało być żadnych imprez. Teatr był całkowicie bezludny i sterylnie wysprzątany. Był też przez fakt, że nic się w nim nie działo bezwzględnie absurdalny. Zobaczyłam krajobraz po bitwie, którą stoczyły armie uzbrojone w nihilatory życia. Nie ma aktorów, pozostał tylko teatr.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 2 komentarzy