19 stycznia 1888 roku

Lech Milewski

Conrad w Australii

Osoba, którą zatrudniłem, to Mr Conrad Korzeniowski, posiadający uprawnienia kapitana statku. Ma dobre referencje z kilku statków, na których wypłynął z tego portu. Ustaliliśmy wynagrodzenie £ 14 na miesiąc licząc od dnia przyjazdu do Bangkoku. Na statku ma mieć zapewnione wyżywienie i wszelkie potrzebne przybory nawigacyjne. Jego przejazd z Singapuru do Bangkoku będzie opłacony z kasy statku. Również po przybyciu do Melbourne, jeśli jego kontrakt nie zostanie przedłużony, właściciel statku opłaci mu kabinę na statku do Singapuru.

Henry Ellis – Kapitan Portu Singapur – 19 stycznia 1888 roku
Źródło – Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Tłumaczenie wszystkich cytatów – autor tego wpisu.

W roku 1888 31-letni Joseph Conrad miał za sobą 15 lat żeglugi jednak nigdy dotąd nie pełnił funkcji kapitana statku.

Już w wieku lat 13 zamieszkały wtedy w Krakowie Józef Korzeniowski wyraził chęć pracy na morzu. Intelektualnie chłopiec był rozwinięty ponad swój wiek, jednak słabe wyniki w nauce nie rokowały dużych szans na uzyskanie wyższego wykształcenia, i jego opiekun – wujek, Tadeusz Bobrowski – uznał że kariera marynarza, być może połączona z prowadzeniem jakiegoś byznesu, jest dobrym rozwiązaniem.
W roku 1874 16-letni Józef został wysłany do Francji gdzie przez cztery lata pływał na statkach, głównie na trasach do francuskich kolonii na wybrzeżu Ameryki (Martynika, Haiti). Po trzech latach okazało się, że jako obywatel rosyjski musi posiadać specjalne zezwolenie konsulatu Rosji na pracę we francuskiej marynarce. Ponieważ był w wieku poborowym, było pewne, że takiego pozwolenia nie dostanie.
Nie pozostało nic innego jak przenieść się do Anglii (czerwiec 1878) i ubiegać się o obywatelstwo brytyjskie.
W Anglii kontynuował pracę na morzu przechodząc kolejno wszystkie stopnie kariery żeglarza (1880 – drugi oficer, 1884 – pierwszy oficer, po zdaniu egzaminu poprawkowego) i ostatecznie zyskujac uprawienia kapitańskie (listopad 1886, również dopiero za drugim podejściem). W sierpniu 1886 roku uzyskał obywatelstwo angielskie. Jednak na objęcie funkcji kapitana musiał jeszcze poczekać.

Tylko młodzi miewają takie chwile. Nie mówię o bardzo młodych. Ci w ogóle nie dostrzegają poszczególnych chwil. Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza teraźniejszość – cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. Ledwo zamkniesz za sobą furtkę dzielącą cię od wieku chłopięcego, a już wkraczasz w zaczarowany ogród. Nawet cienie jarzą się tu od obietnic… A czas biegnie, biegnie, aż… dostrzeżesz smugę cienia ostrzegającą, że krainę wczesnej młodości również musisz pozostawić za sobą. To okres życia, w którym takie chwile o jakich mówię mogą nadejść. Jakie chwile? Chwile nudy, znużenia, niezadowolenia. Chwile nierozwagi. Mam na myśli chwile kiedy młodzi są skłonni popełnić nieprzemyślane czyny – ożenić się nagle, porzucić pracę bez powodu.

Joseph Conrad – Smuga Cienia

Taka chwila przytrafiła się Conradowi nie raz. Chyba najbardziej dramatyczna jeszcze we Francji – nieudana próba samobójstwa w wielu 20 lat.

W styczniu 1888 roku Conrad miał już prawie 31 lat, a jednak po przybyciu do Singapuru na statku Vidar, na którym pełnił funkcję pierwszego oficera, bez podania powodu złożył rezygnację.
Zamieszkał w Domu Oficera i czekał na okazję powrotu do Anglii. Bardzo niechętnie uległ prośbom przyjaznego mu kapitana i zajrzał do Biura Portu, Tam otrzymał ofertę stanowiska kapitana na niewielkim żaglowcu Otago…

Ship! My ship, jak piękna dziewczyna, absolutnie moja (*). Była moja, bardziej moja niż cokolwiek na świecie; przedmiot odpowiedzialności i poświęcenia. Czekała na mnie, zaklęta, niezdolna wykonać ruch, wydostać się na świat (dopóki ja się nie pojawię), jak zaczarowana księżniczka. Jej wezwanie przyszło do mnie z jakby chmur. Nigdy nie podejrzewalem jej istnienia, nie wiedzialem jak wygląda, ledwie usłyszałem jej imię a przecież byliśmy nieodwracalnie złączeni na jakiś czas naszej przyszłości, płynąć lub utonąć razem!

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Natychmiast wsiadł na statek do Bangkoku. Wpływając do portu miał okazję zobaczyć swoje przeznaczenie – żaglowiec Otago…

Otago bark 1869

Na pierwszy rzut oka zobaczyłem, że była statkiem wyższej klasy, stworzeniem harmonijnym w konturze ciała, w proporcjach wysokości. Jakikolwiek jej wiek czy historia, zachowała ślad swego pochodzenia. Była jednym z tych stworzeń, które dzięki projektowi i wykończeniu nie będą nigdy wyglądały staro. Pomiędzy towarzyszami przycumowanymi do molo, wszystkie większe od niej, wyglądała jak stworzenie lepszej rasy – Arabska klacz pomiędzy końmi pociągowymi.

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Żegluga do Singapuru (800 mil morskich) trwała aż 3 tygodnie.
Dlaczego tak długo?
Po pierwsze formalności przekazania statku nowemu kapitanowi gdyż poprzedni poprzedni kapitan, John Snadden, który był równocześnie współwłaścicielem statku, zmarł podczas ostatniego rejsu. Zajęło to prawie 2 tygodnie. Po drugie stan zdrowia załogi. Kilku marynarzy było chorych na malarię i potrzebna była wymiana. Po trzecie wreszcie bardzo słaby wiatr.

W Smudze Cienia nad statkiem ciąży fatum poprzedniego kapitana, który w napadzie szału najpierw wyrzucił za burtę swe skrzypce, a gdyby mógł pogrążyłby swój statek na dno. Przeszkodziła mu w tym śmierć, lecz teraz nęka statek i jego załogę absolutnym brakiem wiatru i malarią.
W książce na malarię rozchorowała się cała załoga prócz kapitana i stewarda, którzy nadludzkim wysiłkiem doprowadzają statek do Singapuru.

Gazeta w Singapurze podała nazwisko kapitana jako Korgemourki.

7 maja 1888 sydneyski Morning Herald powiadomił o przybyciu statku: Otago, 345 ton, kapitan Konkorzentowski.

Właściciel statku zdecydował zatrzymać Conrada jako kapitana i 7 lipca Otago pożeglował z ładunkiem pszenicy do Melbourne.
Tu nastąpił przymusowy 4-tygodniowy postój spowodowany dysputą miedzy związkiem zawodowym marynarzy i stowarzyszeniem właścicieli statków.

Australijskie związki zawodowe – nie mogę powstrzymać uśmiechu 🙂
Wzmianki (bardzo krytyczne) o ich sile i akcjach napotykam we wspomnieniach wielu słynnych osób, które odwiedziły Australię. Poczynając od Conrada, poprzez Paderewskiego, na Arturze Rubinsteinie kończąc.

Następna podróż to żegluga na Mauritius z ładunkiem nawozów, mydła i łoju.
Tutaj Conrad, być może mając w pamięci niezdane egzaminy, postanowił wypróbować swoje umiejętności nawigacyjne – zaproponował właścicielom, że zamiast standardowej trasy – na zachód wzdłuż południowego wybrzeża Australii – popłynie na północ a następnie przez Cieśninę Torresa na Ocean Indyjski. Była to trasa dłuższa i bardziej niebezpieczna, ale szybsza. Właściciele wyrazili zgodę. Podróż minęła bez większych przygód, ale trwała dłużej niż oczekiwano. Na Mauritius dopłynął 30 września 1888.

Pobyt na wyspie przedłużył się do dwóch miesięcy z powodu trudności ze znalezieniem odpowiedniego ładunku.
J. Conrad relacjonuje pobyt na Mauritius w książce A Smile of Fortune. Wspomina tam o zainteresowaniu głównego bohatera młodą dziewczyna – Alice – córką agenta portowego Jacobusa, posiadacza pięknego ogrodu różanego…

Uwielbiałem oglądać jej powolne ruchy, pozwalające docenić zgrabny kształt ciała, obserwować tajemnicze spojrzenie jej wspaniałych czarnych oczu, pół zamkniętych, kontemplujących pustkę. Była jak istota zaczarowana z czołem bogini koronowanym przez zaniedbane wspaniałe włosy cygańskiej włóczęgi. Nawet jej obojętność była kusząca. Czułem do niej rosnące przywiązanie połączone z nierealnym pożądaniem, bo głowa mówiła – dość.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Rzeczywiście w Port Louis był dom z różanym ogrodem, mieszkał w nim agent okrętowy z córką – Alice (Shaw), ale to nie ona zainteresowała Conrada.

Doskonała znajomość francuskiego otworzyła mu drzwi wielu domów zamieszkałych przez elitę wyspy – głównie potomków dawnych francuskich kolonizatorów…

…potomkowie dawnych kolonizatorów: wszyscy szlachetnie urodzeni, wszyscy zubożali, pędzący marną egzystencję w stanie nudnego, dostojnego rozkładu.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Tam spotkał panny Renouf. Rodzina Renouf przechowała odpowiedzi Conrada na pytania w żartobliwej ankiecie. Ankieta była zredagowana w języku francuskim. Conrad, być może z przekory, napisał odpowiedzi po angielsku:
– Quel serait votre rêve de bonheur (jaki byłby twój sen o szczęściu)?
Nie śnię, chcę rzeczywistości.
– W jakim kraju byś zamieszkał?
Nie wiem. Może w Laponii.
– Gdzie mieszkałaby osoba zaprzątająca twoją uwagę?
W zamku w Hiszpanii.
– Co jest twoją ulubioną rozrywką?
Gonienie dzikich gęsi.
– Myślisz, że już kochałeś?
Odmawiam odpowiedzi.
– Twoja dewiza.
— brak odpowiedzi–
– Twoje imię?
J.C.K.

Ta odmowa odpowiedzi może być tłumaczona jako swego rodzaju deklaracja. Słusznie. Kilka dni przed opuszczeniem Mauritius Conrad zwrócił się do starszego z braci Renouf, Gabriela, z prośbą o rekę jego siostry Eugenii. Dziwne, że nie wiedział, że Eugenia była już zaręczona z miejscowym aptekarzem.
Po otrzymaniu odmowy nie odwiedził już domu państwa Renouf, zamiast tego napisał uprzejmy list do Gabriela Renouf, powiadamiając, że nigdy nie wróci na Mauritius i że w dniu wesela jego myśli będą z nowożeńcami.

Starał się o rękę zaręczonej panny?
Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy, to jakaś bariera między ludźmi morza i kobietami.

A jak to wygląda w Uśmiechu Szczęścia?
…pierwszy pocałunek jaki złożyłem na jej ustach był gwałtowny jak ukąszenie. Nie opierała się a ja nie poprzestałem na jednym pocałunku… jej duże, czarne, szeroko otwarte oczy patrzyły w moje oczy bez oznak gniewu lub satysfakcji lub jakiegolwiek uczucia. W tym spojrzeniu, które wydawało się bezosobowo obserwowac moje szaleństwo, mogłem wyczuć pewne zaskoczenie, nic wiecej. Zasypywałem ją pocałunkami i mogłoby się zdawać, że będzie to trwało bez końca… wyślizgnęła się z moich objęć i wybiegła z werandy, niezbyt wdzięcznie, wydawało się, że nieco kuleje…
… w drzwiach do pokoju stał Jacobus (ojciec). Jak długo tu był… może ta niezgłębiona dziewczyna usłyszała go i uciekła w porę…
…patrzył uparcie na podłogę. Podążyłem za jego wzrokiem. W absolutnej ciszy patrzyliśmy na pantofelek, który dziewczyna zgubiła podczas ucieczki.

Joseph Conrad – Uśmiech Szczęścia

Kopciuszek?

Dyrektor firmy czarterującej Otago wspomina Conrada:
Nieco poniżej średniego wzrostu, o silnych i bardzo mobilnych rysach przechodzących bardzo gwałtownie z delikatnosci do graniczącego z gniewem podniecenia.

Otago z ładunkiem cukru opuściło Port Louis 22 listopada i dotarło do Melbourne 5 stycznia 1889 roku. Tu zastał list od wujka (T. Bobrowskiego), który wspomina o swoim kiepskim stanie zdrowia i nalega na intensyfikację starań o pozbycie się rosyjskiego obywatelstwa, co było koniecznym warunkiem przyjazdu w rodzinne strony.

Następne dwa miesiące Conrad spędził prowadząc Otago na krótkich rejsach u wybrzeży Australii, a 26 marca, po doprowadzeniu statku do Adelajdy, zrezygnował z pracy.

Zanim Joseph Conrad opuści Australię rozejrzę się za jego śladami.
Brak. A w książkach?
Też nie. Wspomnę więc jego relacje o dwóch Australijczykach.

Pierwszy to kapitan statku Patna…

Wy, Anglicy, wszyscy jesteście łobuzy – ciągnął mój patriotyczny Australijczyk z Flensborgu (chodzi zapewne o Flensburg na granicy niemiecko-duńskiej), czy może Szczecina. Naprawdę nie pamiętam, jakiż to szlachetny port na bałtyckim wybrzeżu splamił się będąc gniazdem tak cennego ptaka.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

Drugi to przedsiębiorca szukający nadzorcy na atolu bogatym w guano…

– Człowiek za burtą – odezwał sie za mną czyjś głęboki głos. Odwróciwszy się ujrzałem faceta, którego trochę znałem, Australijczyka z Zachodu, nazywał się Chester…
Mam zamiar zaproponować mu dobrą forsę… kompletnie nic do roboty, pas z dwoma sześciostrzałowcami… chyba nie będzie się bał, że tych czterdziestu kulisów wytnie mu jakiś numer – mając dwie pukawki i będąc tam jedynym uzbrojonym człowiekiem… Chcę żebyś pan pomógł mi go przekabacić. – Nie – krzyknąłem… z taką wściekłością, jakby domagał się ode mnie udziału w morderstwie.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

2 kwietnia 1889 (22 marca według rosyjskiego kalendarza) Senatskiie Viedomosti w Petersburgu podały informację: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwolniło syna polskiego literata, kapitana w angielskiej marynarce handlowej, ze statusu rosyjskiego poddanego.

Przez kilka miesiecy Conrad żył z oszczędności. Wujek T. Bobrowski podwyższył mu nieco pensję. Próby znalezienia zatrudnienia były nieudane. Jego osiągnięcia zawodowe nie były imponujace. Większość żeglarzy w jego wieku dowodziło znacznie większymi statkami. Wygląd i silny obcy akcent nie pomagały.

Jesienią 1889 roku znalazł sobie inne zajęcie – zaczął pisać swą pierwszą książkę – Szaleństwo Almayera.
Nie mogąc znaleźć pracy w Anglii Conrad postanowił spróbować szczęścia na kontynencie. Pierwsze kroki skierował do Belgii. Tu poproszono go o cierpliwość. Wreszcie była możliwość odwiedzenia rodzinnych stron.
Po pokonaniu wielu trudności w uzyskaniu rosyjskiej wizy, w lutym 1890 roku Conrad, przybył do Warszawy, a stamtąd pojechał do rodzinnej Kazimierzówki.

29 kwietnia wrócił do Brukseli wstrząśniętej wiadomością o śmierci duńskiego kapitana Johannesa Freisileben, dowódcy parowca Florida, zamordowanego przez tubylców w Kongo…

… usłyszałem, że powodem kłótni było nieporozumienie w sprawie dwóch kur. Tak, dwóch czarnych kur. Fresleven – takie było jego nazwisko, Duńczyk – uznał się za oszukanego i zszedł na brzeg gdzie zaczął tłuc kijem szefa wioski. O, wcale mnie nie zdziwiło gdy usłyszałem jednocześnie opinię, że Fresleven był najdelikatniejszym, najspokojniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek poruszało się na dwóch nogach. Bez wątpienia był, ale już dwa lata spedził tutaj, w służbie szlachetnej sprawy, rozumiecie, i zapewne poczuł potrzebę potwierdzenia w jakiś sposób szacunku dla samego siebie. Dlatego tłukł starego Murzyna bezlitośnie, otoczony przez oniemiały tłum, dopóki ktoś – powiedziano mi, że syn szefa wioski – na próbę dziabnął białego człowieka dzidą – a ta oczywiście przeszła całkiem gładko między jego łopatkami.

Joseph Conrad – Jądro ciemności.

Conrad dostał propozycję zajęcia jego stanowiska.
Znowu dowództwo statku, i znowu jest to statek, którego kapitan zmarł.
Ale to już zupełnie inna historia.

(*) The ship – moja dziewczyna. W języku angielskim statek (ship) jest rodzaju żeńskiego. Z cytowanych tekstów J. Conrada widać, że bardzo słusznie. Szczególnie w odniesieniu do żaglowców.

Źródła:

Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Joseph Conrad – The Shadow-Line – Smuga Cienia.
Joseph Conrad – A Smile of Fortune – Uśmiech szczęścia
Joseph Conrad – Lord Jim.
Wikipedia – Joseph Conrad – KLIK.
Wikipedia – Joseph Conrad’s career at sea – KLIK.

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Rahra Avis

https://soundcloud.com/rahraavis/la-pasio-n

Eugenia Tapia. Nie gehört, was? Höchste Zeit es zu ändern! Ich habe sie einmal erlebt, sie ist unglaublich. Du sprichst mit ihr, es ist ein ganz normales Gespräch mit einer netten jungen Frau und dan PLÖTZLICH – sie ist auf der Bühne und sie ist ein Star, eine Diva, eine unglaubliche Erscheinung! Geht UNBEDINGT hin! Unbedingt.

Meine Lieben nun ist es so weit!
am 19 Januar Donnerstag spiele ich mit
—RAHRA AVIS—
meine ElectroSoul Avantgarde duo,

WO: RegenbogenFabrik KINO
Lausitzerstr 22,10999 Berlin
20.00 Uhr-23.00
Eintritt//Austritt: Eure spende ist uns wichtig 🙂

Wer uns noch nicht gesehen hat, ist es höchste Zeit,
den dies ist unser letzter KONZERT
in Berlin und Deutschland.
Es ist unser abschied. Mein College, Musiker, Composer, bester Freund
wechselt Kontinent, überquert Atlantik-Ozean direct nach Mexico.
Wir wünschen ihn und Frau alles beste!
Neues kommt, dies ist sicher!
Love and Peace! Ich will euch sehen! Sei dabei!

RAHRA AVIS
Andres Santana: Composer, Ableton Live, E Guitar
Eugenia Tapia: Singer, Composer
Visuals: (KAKITA)

Rahra Avis
Andres Patricio Santana Novoa
Eugenia Victoria Tapia Caro

www.rahraavis.com
https://soundcloud.com/rahraavis/la-pasio-n
https://www.facebook.com/events/1305537942846989/

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Portrety

Andrzej Rejman

W sierpniu 1944 moi dziadkowie oraz pozostali pracownicy Instytutu Geologicznego w Warszawie, będącego podczas okupacji pod zarządem niemieckim* – wyszli z miasta wraz z innymi mieszkańcami Warszawy. Przez obóz przejściowy w Pruszkowie udało im się dotrzeć do Opoczna, gdzie w majątku zwanym „Zameczek” (prawdopodobnie chodzi o wieś pod Opocznem, o tej samej nazwie, gdzie znajdował się dwór, być może będący wówczas w gestii Rady Głównej Opiekuńczej) przebywali jakiś czas, potem udali się do Krakowa.

Trudno jest dokładnie odtworzyć ich losy w tym okresie, bo zapisy w dzienniku Małgorzaty Hrebnickiej urywają się 2 sierpnia 1944. Moja mama walczyła już wtedy w Powstaniu.

Wszyscy (bez Kazimierza Hrebnickiego, który został rozstrzelany 18 sierpnia 1944) spotkali się dopiero wiosną 1945 roku w Krakowie. Tam też dotarła moja mama, której mimo wielu ran odniesionych w Powstaniu udało się przeżyć.

Będąc w Opocznie, jesienią 1944 roku, Stanisław Hrebnicki wykonał kilka portretów ołówkiem, które przetrwały do dziś. Jeden z portretów (podpisany) przedstawia Mariana Książkiewicza**, geologa, który widocznie też tam wtedy przebywał. Pozostałych postaci nie da się rozpoznać. Może opublikowanie rysunków przyczyni się kiedyś do wyjaśnienia, kogo przedstawiają.

NN, portrety do rozpoznania

3_nn_rys_stanislaw_hrebnicki_1944_2 2_nn_rys_stanislaw_hrebnicki_1944_1 4_nn_rys_stanislaw_hrebnicki_1944_3

*Państwowy Instytut Geologiczny w czasie II wojny światowej został zreorganizowany i przemianowany na Amt für Bodenforschung, stając się częścią niemieckiej służby geologicznej. W tym czasie zatrudnieni geolodzy polscy wykonywali prace głównie z zakresu geologii stosowanej, a badania naukowe zostały znacznie ograniczone. W okresie poprzedzającym wybuch Powstania Warszawskiego najcenniejsze materiały zostały w tajemnicy przed okupantem zakopane, niemniej część dokumentów wywieziono w głąb Niemiec. W czasie okupacji niektórzy pracownicy PIG brali czynny udział w ruchu oporu, specjalizując się głównie w dostarczaniu materiałów kartograficznych oraz planów niemieckich fortyfikacji wojskowych. Sposób kierowania Instytutem przez prof. R. Brinkmanna spowodował, że w tym czasie, poza przypadkiem L. Horowitza, właściwie nie było aresztowań pracowników. Niemniej straty osobowe były dość znaczne. Pracownicy i współpracownicy Instytut ginęli w obozach zagłady w pierwszym okresie wojny, w czasie Powstania Warszawskiego, wskutek przeżyć wojennych lub, jak B. Bujalski, zostali zamordowani przez NKWD.

(Biuletyn Państwowego Instytutu Geologicznego – Losy Państwowego Instytutu Geologicznego w czasie II wojny światowej – wspominając tych, którzy odeszli – autorzy M. Graniczny, M. Miecznik, J. B. Urban, H. Wołkowicz, K. Wołkowicz)

rys_1_marian_ksiazkiewicz_rys_stanislaw_hrebnicki** Marian Książkiewicz (ur. 22 stycznia 1906 w Krakowie, zm. 16 lutego 1981 w Krakowie) – polski geolog, badacz geologii Karpat.

Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, po czym został adiunktem, docentem, a wreszcie profesorem tej uczelni.

W 1942 roku włączył się w konspiracyjny tok nauczania studentów Akademii Górniczej. W latach 1946-1951 i 1957-1971 był kierownikiem Katedry Geologii UJ.

Stworzył krakowską szkołę sedymentologiczną. Prowadził wykłady z geologii podstawowej, geologii dynamicznej i regionalnej oraz sedymentologii.

Członek honorowy Królewskiego Towarzystwa Geologicznego w Londynie, członek korespondent Francuskiego Towarzystwa Geologicznego, prezes oraz członek honorowy Polskiego Towarzystwa Geologicznego.

Brał udział w wyprawie naukowej Ludomira Sawickiego do Dobrudży w 1927 i na Bałkany w 1928 r. Odbył też podróże do Portugalskiej Afryki Wschodniej (obecnie Mozambik, 1939), Algierii (1952) i Syrii (1956). Prof. Książkiewicz opracował szereg rozpraw naukowych i podręczników. Był członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk.

Wspomnienia Mariana Książkiewicza z podróży po Mozambiku znalazły się w książce „Ze wspomnień podróżników” Warszawa 1958, pod redakcją Bolesława Olszewicza.

Opublikowano Andrzej Rejman | Otagowano | Dodaj komentarz

Krzysztof Kubicki – Wspomnienie / Nachruf

Lidia Głuchowska, Jarosław Mulczyński, Halina i Krzysztof Kubiccy

Für den deutschen Text nach unten scrollen

Pamięci Krzysztofa Kubickiego

Dotychczas na tym blogu wielokrotnie pisaliśmy o malarzu, grafiku i poecie Stanisławie Kubickim i jego synu Karolu, który w 2015 r. ofiarował odziedziczone po swych rodzicach ekspresjonistyczne prace artystów grupy Bunt Muzeum Narodowemu w Poznaniu i Muzeum Okręgowemu im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy.

8 stycznia 2017 roku zmarł bratanek artysty, Krzysztof Kubicki.

Msza żałobna odbędzie się dziś w Poznaniu o godz. 11.00 w kościele Maryi Królowej na Rynku Wildeckim, a pogrzeb o godzinie 12.30 na cmentarzu przy ul. Bluszczowej.

krzysztof-kubicki

Pan Krzysztof – zawsze elegancki i życzliwy. Wierny patriotycznym tradycjom Rodziny i tradycji ułańskiej. Gdy przed 19 laty rozpoczynałam moje studia nad awangardą i nie znaną jeszcze wówczas w Polsce twórczością malarską Kubickich oraz ich dwujęzycznym dorobkiem poetyckim, to on przekazał mi kontakt do swego kuzyna w Berlinie, St. Karola Kubickiego, który z czasem udostępnił mi swe bogate prywatne archiwum.

Wraz z żoną pan Krzysztof wielokrotnie udzielał mi informacji biograficznych na temat swego wuja i asystował moim pracom badawczym. Dziś z wdzięcznością, honorując jego pamięć, chciałabym przywołać wybrane fragmenty wywiadu, którego w 1991 roku wraz z także już zmarłą żoną Haliną udzielił Jarosławowi Mulczyńskiemu. Dołączam do nich komentarze i tłumaczenie.

Krzysztof Kubicki przed portretem podwójnym Margarete i Stanisława Kubickich (Transformacja M/S) Andrzeja Bobrowskiego. Wernisaż wystawy Bunt – Expressjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego, kwiecień 2015. (o wystawie m.in. TU)

Przypomnijmy, że artysta i poeta, Stanisław Kubicki, mąż równie kreatywnej Margarete, z domu Schuster, urodził się w styczniu 1889 roku, w Ziegenhain w okręgu Kassel, dokąd ze względów zawodowych przeprowadził się wraz z żoną jego ojciec Witalis – inżynier-mierniczy.

Jarosław Mulczyński: – Rodzina przeprowadzała się, jak wynika z Państwa wypowiedzi, i mieszkała coraz bliżej ziem polskich, a stryjowie Pańscy umierali już w Poznaniu i Wielkopolsce. Czy oznacza to, że przenieśli się do Polski?

Halina i Krzysztof Kubiccy: – Tak. Kiedy w 1915 r. zmarł ojciec Stanisława Kubickiego, jego matka wraz z córką Hanną przyjechały do Poznania i zamieszkały przy ul. Długiej. Mojej babce szczególnie zależało na zachowaniu i pielęgnowaniu polskości, i dlatego chciała mieszkać blisko Polski. Nosiła niemieckie nazwisko Stark. Mamy jednak dowód na to, że nie identyfikowała się z tą nacją, mamy w naszych domowych zbiorach jej rysunek z 1870 r., który sygnowany jest nazwiskiem Sztark!”

JM: – Jak w takim razie przyjęła wiadomość, że jej syn Stanisław pragnie poślubić rodowitą Niemkę, nie znającą słowa po polsku?

H KK: – To był dla matki z pewnością wstrząs. Sama demonstacyjnie prezentowała swoje polskie pochodzenie i kiedy mieszkała w Niemczech, nie poznała do końca dobrze tego języka – po prostu nie chciała. A jednak stosunki między matką a synową musiały być jak najbardziej poprawne. Kiedy nasze córki spotkały się z Małgorzata Kubicką w Berlinie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wspominała ona wtedy, że Kubiccy w jej pamięci zachowali się jako bardzo bliscy i serdeczni ludzie. Na niektórych pracach podpisywała się „Stasiowa“! [„Stanisławowa” – tak sygnowała m.in. manifest grupy Die Kommune w 1922 r. – LG.] I tak mówiła o sobie! Wynika z tego, że musiała być dobrze przyjmowana. (…) Przyjeżdżała do Poznania raczej na krótkie pobyty. Być może mieszkała krótko w mieszkaniu matki Stanisława przy ul. Długiej lub u znajomej matki – panny Zofii Hoppe przy ul. Półwiejskiej (list matki Stanisława z 21 lipca 1916 r.).

JM: – A jakie są wcześniejsze dzieje rodziny Kubickich? Nasuwa się skojarzenie z postacią Jakuba Kubickiego, architekta Stanisława Augusta.

H KK: –Nie, takich powiązań nie ma, już to bowiem sprawdziliśmy. Najwcześniej udokumentowany przodek naszej rodziny to Franciszek Kublicki, który urodził się około 1770 r., był z zawodu kowalem („Löffelschmidtmeister”) i mieszkał w Kotlarni na Śląsku (w tej miejscowości nazwisko to jest bardzo popularne). W rodzinnych przekazach ustnych mówiło się, że rodzina była herbu „krzyż i miecz”, co pozwala przypuszczać, że linia wywodzi się z Kublickich z Połockiego i prawdopodobnie przybyła na Śląsk w XVIII w., i wtedy mogła zmienić nazwisko na Kubiccy, wyrzucając literkę „l”. A na marginesie możemy dodać, że architekt Kubicki był herbu „skrzydlata kolumna” i, o ile wiemy, nie miał syna. W każdym razie wspomniany Franciszek Kublicki ożenił się z Rozalią Cieślick (na Śląsku bardzo popularne nazwisko) i miał syna Karola, urodzonego 7 lipca 1801 r., który był czwartym z kolei synem. Karol Kubicki jako jeden z pierwszych absolwentów ukończył polskie gimnazjum w Gliwicach (spis maturzystów w: Nitsche: Geschichte der Stadt Gleiwitz). Znał dobrze język niemiecki (odbywał praktyki w sądzie) i potem był sędzią miejskim w Sohrau (obecnie Żory [dwie pomyłki! Sorau i Żary a nie Sohrau i Żory – LG]). Dzięki znajomości języka niemieckiego został przeniesiony do Poznania. W latach trzydziestych XIX w., kiedy nastały rządy Flottwella, obowiązkiem wszystkich urzędników pracujących w Poznańskiem była znajomość tego języka. W tym celu sprowadzano ze Śląska urzędników i tym samym Karol Kubicki był pierwszym z rodziny, który około 1835 r. przyjechał na te ziemie. Pracował w Sądzie Miejskim w Poznaniu. Zmarł w 1854 r. i został pradopodobnie pochowany na św. Wojciechu. I tu w Poznaniu urodził się ojciec Stanisława Kubickiego, Witalis (ur. 27 kwietnia 1851 r., zm. w 1915 r. w Berlinie Pankow przy Binzstrasse 2). Jego matką była Teofila Żuromska, druga żona Karola, z którą miał troje dzieci. Witalis Kubicki studiował w Bonn meliorację i miernictwo, a praktykę odbywał na Śląsku. W 1886 r. w kościele św. Marcina w Poznaniu poślubił Marię Sztark, ur. w 1858 r. Witalis dostał pracę w Ziegenhain, gdzie przychodziło na świat młodsze rodzeństwo. Witalis znany był jako projektant urządzeń śluzowych. Kilkanaście lat temu śluza tego typu funkcjonowała jeszcze w Eberswalde Może ją projektował mój Dziadek? (…)”

Do Eberswalde Kubiccy przenieśli się z Ziegenhain, zanim zamieszkali w Berlinie-Pankow. W swym, otwartym dla patriotycznych polskich studentów domu, podejmowali także Stanisława Przybyszewskiego, późniejszego ideowego adwersarza młodych ekspresjonistów grupy Bunt.

Margarete Kubicka wspominała, że około 1911 jej późniejszy mąż udał się do Paryża. Miał tam m.in. tłumaczyć teksty teoretyczne jednego z inicjatorów kubizmu – Georgesa Braque’a. Środki na tę wyprawę pozyskać miał ze spadku, z którym obchodził się niezbyt roztropnie…

H KK:

Otóż jeden z antenatów rodziny, ze strony matki Stanisława, Marcin Goldmann, ustanowił 4 lipca 1854 r. fundację dla dzieci, a później potomków swoich dwóch sióstr, Teresy i Brygidy. Teresa wyszła za mąż za Sławskiego i otrzymała od brata Komorniki koło Poznania, natomiast Brygida wyszła za Starka, z którym miała troje dzieci, Antoniego, Carla (był ojcem Marii Sztark, matki Stanisława) i Paulinę. Fundacja Marcina Goldmanna, składająca się z 5 tys. talarów złożonych na 5%, miała konkretne przeznaczenie – ukończenie gimnazjów i studiów przez potomków obu sióstr. Przypuszczamy, że Stanisław mógł również korzystać z tego stypendium. Cała fundacja została zlikwidowana w 1948 r., a więc trwała ponad 100 lat i jest chyba mało znanym faktem historycznym. Fundacja przyczyniła się również do tego, że tak pieczołowicie przechowywane były dokumenty naszej rodziny, z których wiele zachowało się do naszych czasów.

2-rodzenstwo-kubickiego

Rodzeństwo Stanisława Kubickiego: od lewej stoją: Witold, Hanna, Tadeusz. Od lewej siedzą: Jerzy (ojciec Krzysztofa Kubickiego), Stanisław, Jan. Foto: Albert Klatt, Eberswalde 1910, zbiory prywatne Krzysztofa i Haliny Kubickich, Poznań.

Fragmenty tekstu Poznali się w Berlinie. Małgorzata i Stanisław Kubiccy (Rozmowa z Krzysztofem Kubickim, bratankiem artysty oraz jego żoną Halina, przeprowadzona w 1991 r. przez Jarosława Mulczyńskiego, Kronika Wielkopolski 1992/ 1(60), s. 81-89.

Więcej interesujących informacji na temat rodziny Kubickich m. in. we wspomnieniach prof. St. Karola Kubickiego (w języku niemieckim) zamieszczonych na naszym blogu w kilku odcinkach – odcinek 1 TU, a potem co tydzień.

oraz w publikacjach:

Alina Sokołowska (córka Krzysztofa Kubickiego), Kiedyż będzie koniec tej okropnej wojny – wojenne listy matki do synów, z archiwum rodzinnego Kubickich. Pierwsza wojna światowa i przewrót 1918; Kronika Miasta Poznania 2014/2, s. 145-166.

Bunt – Ekspresjonizm –Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego / Bunt – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde. Werke aus der Berliner Sammlung von Prof. St. Karol Kubicki, red. Lidia Głuchowska, Poznań: Muzeum Narodowe, 2015.

Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910-1945, Berlin, Gebr. Mann 2007.

Lidia Głuchowska, Stanisław Kubicki. In transitu. Ein Poet übersetzt sich selbst/ Poeta tłumaczy sam siebie, Wrocław: Dolnośląskie Centrum Sztuki i Kultury 2015.

***

Im Andenken an Krzysztof Kubicki

Bisher haben wir auf diesem Blog mehrmals über den Maler, Grafiker und Dichter Stanisław Kubicki berichtet, wie auch über seinen Sohn, Karol, der im 2015 die von seinen Eltern vererbten Werke der Künstlergruppe Bunt (Revolte) dem Nationalmuseum in Poznań sowie dem Leon-Wyczółkowski-Regionalmuseum in Bydgoszcz vermacht hat.

Am 8 Januar ist der Neffe des Künstlers, Krzysztof Kubicki, verstorben.

Die heilige Trauermesse findet heute um 11 Uhr in Poznań (Kirche Maryja Królowa, Rynek Wildecki) und die Beerdigung um 12.30 auf dem Friedhof Bluszczowa-Str. statt.

Krzysztof – immer elegant und herzlich. Er war der patriotischen Tradition seiner Familie treu, wie auch der Ulanen-Tradition. Er war derjenige, der mir, als ich vor 19 Jahren meine Studien an der Avantgarde und dem damals noch in Polen unbekannten malerischen Werk der Kubickis und am ihren zweisprachigen dichterischen Schaffen ansetzte, Kontakt zu seinem Cousin in Berlin, St. Karol Kubicki, vermittelt hat, der mir mit der Zeit sein reiches Privatarchiv zur Verfügung stellte.

Krzysztof Kubicki und seine Ehefrau haben mir mehrmals biografische Auskünfte über seinen Onkel gegeben und begleiten wohlwollend meine wissenschaftlichen Forschung. Heute, aus Dankbarkeit und zum ihrem Andenken, möchte ich einige Fragmente aus dem Interview zitieren, welches Krzysztof und seine Frau Halina 1991 Jarosław Mulczyński gegeben hat. Diesen füge ich meine eigene Kommentare bei, sowie meine eigene Übersetzung.

Am Anfang sei daran erinnert, dass der Maler und Dichter, Stanisław Kubicki, Ehemann der ebenso kreativen Margarete, geb. Schuster, zur Welt im Januar 1889, im hessischen Ziegenhain (Kreis Kassel) gekommen ist, wohin aus beruflichen Gründen sein Vatter Witalis, – Landvermesse und Kulturingenieur – mit seiner Frau gezogen ist.

Jarosław Mulczyński: Die Familie zog, wie Ihrer Äußerung zu entnehmen ist, um und wohnte damit näher an Polen, und Ihre Onkel sind in Posen und Großpolen gestorben. Bedeutet das, daß Sie nach Polen umgezogen sind?

Halina und Krzysztof Kubickis: Ja. Als der Vater von Stanisław Kubicki 1915 starb, zog seine Mutter mit der Tochter Hania nach Posen und ließ sich in der Długa Straße nieder. Meine Großmutter lag viel an der Erhaltung und Pflege der nationalen Tradition, deswegen wollte sie in der Nähe von Polen wohnen. Sie trug zwar den deutschen Namen Stark, wir haben aber einen Nachweis, dass sie sich mit dieser Nation nicht identifizierte. Wir haben in unseren familiären Aufzeichnung ihre Unterschrift von 1870 mit der Schreibweise Sztark.

JM: Wie nahm sie denn im solchen Fall die Nachricht auf, dass ihr Sohn Stanisław eine gebürtige Deutsche heiratete, die kein Wort Polnisch kannte?

H KK: Das war für die Mutter mit Sicherheit ein Schock. Sie selbst stellte ihre polnische Herkunft heraus, und lernte, als sie in Deutschland wohnte, die Sprache nie vollkommen – sie wollte einfach nicht. Die Beziehungen zwischen Mutter und Schwiegertochter dürften jedoch sehr korrekt gewesen sein. Als unsere Tochter 70/80er Jahre Margarete Kubicka in Berlin traf, erwähnte sie, dass sie die Kubickis als ihr sehr Nah stehende und höfliche Leute im Gedächtnis habe. Auf manchen Bildern unterschrieb sie mit „Stasiowa“! [als „Stanislawowa“ signierte sie 1922 Manifeste der Gruppe Die Kommune – LG.] Und so sprach sie über sich! Es folgt daraus, dass sie gut aufgenommen gewesen sein musste. Auf der anderen Seite gab es nicht viele gegenseitige Kontakte. Sie kam eher zu kurzen Aufenthalten nach Posen. Wahrscheinlich wohnte sie in der Wohnung von Stanisławs Mutter an der Długa Straße oder bei einer Bekannten von ihr – einer Frau Zofia Hoppe in der Półwiejska Straße (siehe einen Brief von Stanisławs Mutter von 21. Juli 1916).

JM: Und wie sind die früheren Erlebnisse von der Familie Kubicki? Besteht eine Verbindung zu Jakob Kubicki, dem Architekten von Stanisław August [Poniatowski, der letzte polnische König – L.G.].

H KK: Nein. Solche Verbindung existiert nicht. Wir haben das schon überprüft. Der erste erwähnte Vorfahr unserer Familie ist Franciszek Kublicki, geboren 1770. Er war von Beruf Löffelschmiedemeister und wohnte in Kotlarnia in Schlesien (in diesem Ort ist das ein sehr häufiger Name). In den mündlichen Übermittlungen heißt es, die Familie habe ein Wappen mit „Kreuz und Schwert“ gehabt. Das lässt vermuten, dass unser Familienzweig von Kubickis aus Połockie abstammt und wahrscheinlich im 18. Jahrhundert nach Schlesien kam, und dann den Namen auf Kubicki verändern konnten, indem sie den Buchstaben „l“ wegließen. Beiläufig sei erwähnt, daß der Architekt Kubicki ein Wappen mit geflügelten Säulen hatte, und – wie wir wissen – keinen Sohn hatte. Der erwähnte Franciszek Kublicki heiratete Rozalia Cieślick (in Schlesien ein sehr häufiger Name) und hatte einen Sohn Karol, geb. am 7. Juli 1801. Der war der vierte Sohn. Karol Kubicki schloss als einer der ersten Absolventen das polnische Gymnasium in Gleiwitz ab (Abiturientenverzeichnis der Geschichte der Stadt Gleiwitz). Er sprach deutsch (leistete Praktika im Gericht ab) und wurde später Standrichter in Sohrau (jetzt Żory [Sorau dh. Żary und nicht Żory – LG]). Dank der deutschen Sprachkenntnisse wurde er nach Posen versetzt. In den dreißiger Jahren des 19. Jahrhunderts, mit Beginn der Regierung Flottwells, wurden die Kenntnisse dieser Sprache für alle Beamten im Regierungsbezirk Posen Pflicht. Zu diesem Zweck wurden Beamte aus Schlesien her versetzt, und so war Karol Kubicki der erste der Familie, der gegen 1835 in diesem Bereiche ansässig wurde. Er arbeitete am Standgericht in Posen. 1854 ist er gestorben und wurde wahrscheinlich am Friedhof des Heiligen Wojciech („Święty Wojciech“) begraben. Und hier in Posen wurde Stanislaw Kubickis Vater, Witalis, geboren (* 27. April 1851, † 1915 in Berlin-Pankow, Binzstraße 2). Seine Mutter war Teofila Żuromska, die zweite Frau von Karol, mit der er drei Kinder hatte. Witalis Kubicki studierte in Bonn Melioration und Vermessungswesen, und machte sein Praktikum in Schlesien. 1886 heiratete er in der Kirche des Heiligen Martin in Posen die Lehrerin Maria Sztark, geb. 1858. Witalis bekam eine Stelle in Ziegenhain, wo Stanislaw zur Welt kam, und wo später in Kassel die jüngeren Geschwister geboren wurden. Witalis war bekannt als Projektant der Schleusenanlagen. Solche Schleusenwehre funktionierten vor einigen Jahren noch in Eberswalde. Vielleicht entwarf sie mein Großvater.

Nach Eberswalde zogen die Kubickis aus Ziegenhain, bevor sie sich in Berlin-Pankow angesiedelt haben. In ihrem für die polnische patriotische Jugend offenen Haus, haben sie auch u.a. Stanisław Przybyszewski empfangen, der später zum ideologischen Gegner der jungen Künstler der Expressionistengruppe Bunt wurde Bunt.

Den Erinnerungen von Margarete Kubicka ist zu entnehmen, dass ihr späterer Ehemann ca. 1911 aus diesen Mitteln seine Reise nach Paris finanzierte. Dort soll er u.a. theoretische Texte eines der Initiatoren des Kubismus – Georges Braque ins Polnische übersetzt haben. Mit seiner Erbschaft ging er allerdings nicht sehr sorgfältig um…

H KK: Einer der Ahnherren von Stanislaws Familie mütterlicherseits, Martin Goldmann, gründete am 4. Juli 1845 eine Stiftung für Kinder und Nachkommen seiner zwei Schwestern Teresa und Brygida. Teresa heiratete einen Sławski und bekam von dem Bruder Komorniki bei Posen. Brygida heiratete einen Stark, mit dem sie drei Kinder hatte: Antonie, Carl (der Vater von Maria Stark, Stanislaws Mutter) und Paulina. Martin Goldmanns Stiftung – 5.000 Thaler, deponiert auf 5% – hatte das konkrete Ziel, die Finanzierung des Gymnasienbesuch und das Studium von Nachkommen der beiden Schwestern. Wir vermuten, dass auch Stanisław das Stipendium nutzen konnte. Die Stiftung wurde erst 1948 aufgelöst, überdauerte also 100 Jahre, und das ist eine wenig bekannte historische Tatsache. Die Stiftung beeinflusste auch die sorgfältige Aufbewahrung der Familiendokumente, von denen viele bis in unsere Zeit erhalten sind.“

2-rodzenstwo-kubickiego

Geschwister von Stanisław Kubicki: Von links stehend: Witold, Hanna, Tadeusz. Von links sitzend: Jerzy (Vater von Krzysztof Kubicki), Stanisław, Jan. Foto: Albert Klatt, Eberswalde 1910, Privatarchiv von Krzysztof und Halina Kubickis in Poznań.

Das ganze Interviev wurde veröffentlicht:

Poznali się w Berlinie. Małgorzata i Stanisław Kubiccy (Rozmowa z Krzysztofem Kubickim, bratankiem artysty oraz jego żoną Haliną, przeprowadzona w 1991 r. przez Jarosława Mulczyńskiego, [Sie lernen sich in Berlin kennen. Margarete und Stanislaw Kubicki. (Ein Gespräch von Jarosław Mulczyński mit Krzyszof Kubicki, dem Neffen des Künstlers, und seiner Frau Halina 1991) / Kronika Wielkopolski 1992/ 1(60), s. 81-89.

Mehr interessante Details die Familie Kubicki betreffend befinden sich u.a. auf unserem Blog (Erinnerungen von Prof. St. Karol Kubicki) – der erste Teil HIER, danach regelmäßig jede Woche am Montag – so wie in den Publikationen:

Alina Sokołowska, (eine der Töchter von Krzysztof Kubicki), „Wann endet dieser schreckliche Krieg…” Kriegsbriefe der Mutter an die Söhne aus dem Familienarchiv Kubickis. Erster Weltkrieg und Umbruch 1918, Kronika Miasta Poznania, 2014/2, S. 145-166.

Lidia Głuchowska (Hg.), Bunt – Ekspresjonizm –Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego / Bunt – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde. Werke aus der Berliner Sammlung von Prof. St. Karol Kubicki, Poznań: Muzeum Narodowe, 2015.

Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 19101945, Berlin: Gebr. Mann 2007.

Lidia Głuchowska, Stanisław Kubicki. In transitu. Ein Poet übersetzt sich selbst/ Poeta tłumaczy sam siebie, Wrocław: Dolnośląskie Centrum Sztuki i Kultury 2015.

Opublikowano Lidia Głuchowska | Otagowano | Dodaj komentarz

Memy XXI wieku

Ewa Maria Slaska

Cecilia Gallerani i jej zwierzątko

Urodziła się w roku 1473, kochanką księcia Ludwika Sforzy zwanego Il Moro została w roku 1489. Miała więc 16 lat, w rok później  sportretował ją Leonardo da Vinci. Była już w ciąży.

Zwierzątko, które trzyma na ręku doczekało się niezliczonej ilości interpretacji. Podobno na początku miał to być kot, ale jest w końcu łasiczka zwana gronostajem. Jak gronostaj to to stworzenie nie wygląda, ale podobno książęcy kochanek był kawalerem Zakonu Gronostaja i dlatego… Można jednak dopuścić i inne wyjaśnienie, gronostaj, który nam się kojarzy przede wszystkim z królewskim płaszczem wszystkich bajkowych królów z dziecinnych książeczek, był symbolem niewinności i… opiekunem kobiet ciężarnych. A Cecylia była w ciąży. Ale jednak może nie, może jednak historycy sztuki pozwolą zwierzęciu, które wygląda jak łasiczka być łasiczką. Łasiczka nazywa się po grecku γαλέη (galée) i byłaby przypomnieniem nazwiska rodowego pięknej Włoszki, choć Gallerani to nie tylko Łasica czy raczej Łasiczy tylko … Koci. Więc jednak kot! Symbol nieprawych związków miłosnych. Ale namalowana jest łasica. Leonardo lubił takie gry pomiędzy słowem a obrazem. Na portrecie Ginevry d’Benci twarz dziewczyny otaczają gałązki jałowca, który po włosku nazywa się ginepro a po łacinie juniperus. A o związku nazwiska Gioconda (Wesoła) ze słynnym uśmiechem portretowanej kobiety napisano chyba tysiące tomów.

29 grudnia 2016 Fundacja Książąt Czartoryskich przekazała do Skarbu Państwa całą kolekcję, w tym Damę z gronostajem-łasiczką-fretką, za kwotę 100 mln euro. Była to transakcja równie wieloznaczna jak zwierzątko, który głaszcze piękna Cecylia. Podobno wcale nie musieliśmy jej kupować… Podobno koniecznie trzeba ją było kupić. Ciekawe czy zmiana właściciela rozwiąże problem, z którym od kilku lat borykają się internauci. Bo póki obraz należał do Fundacji Czartoryskich, właściciele nie pozwalali go reinterpretować. Oficjalnie, czyli np. w takiej jak poniżej reklamie piwa. Nieoficjalnie w świecie sztuki i tak każdy robi, co chce.

Grafika Łukasz Adamczyk. Praca nagrodzona w konkursie na reklamę piwa. Reklamy nie wolno jednak było użyć, bo Fundacja zażądała jej usunięcia. Zakaz nie ma podstawy prawnej, bo dzieło nie jest objęte prawami autorskimi. Prawa autorskie należały (by) do Leonarda da Vinci, ale nie należą bo malarz umarł dawniej niż 70 lat temu. Fundacja się po prostu szarogęsi, co przypomniało mi sprawę, kiedy to firma Wawel zakazała pewnej blogerce podawania przepisu na ptasie mleczko, bo dobroć powszechnie spożywana jest własnością korporacji. Zezłoszczeni zakazem polscy internauci z „Dziennika Intenautów” ogłosili konkurs Zabaw się kreatywnie z Damą z łasiczką.

 

      „Dama z tapirem”                      „Dama w łańcuchach”                       „Dama ugryziona”
xxxRadosław CzajkaxxxxxxxxxxxxxBartosz KurasxxxxxxxxxxxxxRadosław Prekurat
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxI nagrodaxxxxxxxxxxxxxxxNagroda Redakcji DI

Moja ulubienica, „Dama hipsterka” Karoliny Drozd

A tymczasem, jak mawia chętnie mój wnuk, ustalając narrację aktualnej zabawy – jego gry fabularne rozwijają się zgodnie z dwoma osiami czasowymi: „a tymczasem” i „a nagle” – a tymczasem internauci światowi w ogóle nie musieli sobie zawracać głowy jakimiś pseudoprawami właścicieli i robili, co chcieli i co mogli.


Tom Waldschrat (?) „Gronostaj z gronostajem”

z-aua

I tak dalej…

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Unbegleitete

Aus den Gedanken einer Lehrerin in der Zeit der großen Flüchtlingsströme, in Deutschland im Jahre 2017

Natürlich arbeitete sie weiter und natürlich schimpfte sie auch. Die Sachen sind immer komplizierter, als wir sie uns vorstellen oder wahrhaben wollen. Die Zusammenhänge bringen uns an den Rand des Verstandes und doch verstehen wir immer weniger. Und es ist nicht der schlechte Wille, sondern die Umstände, die der Weltpolitik, sorgen dafür, dass wir verzweifeln.

Wie kam es, dass unter den sog. Unbegleiteten, d.h. den Kindern, die ohne Angehörige sich nach Deutschland durchgeschlagen haben oder durchgeschlagen sind, kein einziger Syrer war, sondern eher gut situierte Teenager aus Gambia, Mali, Somalia, Moldawien, Albanien etc… alle seit drei Monaten in Berlin. Von den Eltern auf die Reise gut vorbereitet, nicht alle, aber einige, viele, auch nicht schlecht ausgestattet?

Wie kam es, dass ihre Freundin, die ihr Leben lang hart gearbeitet hat, in dem Moment, in dem sie auf das Geld vom Staat angewiesen war, vor dem Nichts stand? Wie ging das zusammen mit der Tatsache, dass sie, die Lehrerin, Flüchtlingskinder in der Schule einzeln unterrichtete – damit die den Anschluss fanden – und dafür auch ganz gut entlohnt wurde; einzelne Kinder aus Flüchtlingsfamilien, nicht fünf, sechs Kinder in einer Gruppe? Woher kam plötzlich das Geld, scheinbar im Überfluss? Nicht dass diese Kinder das nicht brauchten, doch diese großzügigen finanziellen Gesten schockierten sie. Denn andererseits gab es eben diese Freundin, der, obwohl schwer krank, das Jobcenter die Erstattung ihrer Aufwendungen verweigerte. Oder die älteren Menschen in den neuen Bundesländern, die den Anschluss nicht geschafft haben und jetzt dahinsiechen.

Natürlich waren da die Ämter und die Beamten und Zufälle, und die Mühlen mahlten langsam – aber ob in die richtige Richtung; da war sie sich plötzlich nicht mehr so sicher. Die Welt geriet aus den Fugen und rundherum vergnügten sich die `richtigen` Menschen auf Reisen zu immer entfernteren Zielen, auf immer größeren Kreuzfahrtschiffen mit immer ausgedachteren und pompösen Menüs auf den Tellern, mit Theater, Kino, Swimmingpool, Casino und was sie alles noch brauchten. Sie wollte aber Gerechtigkeit in der Welt und für sich und helfen und sah, dass das nicht mehr ging, also sie konnte für sich diese Gerechtigkeit in der Welt nirgendwo entdecken.

Sie sah auch ganz deutlich, dass sich viele Flüchtlinge nicht anpassen wollten oder nicht konnten, dass sie sich auch in der Zukunft nicht anpassen würden. Und die ganze political correctness wurde plötzlich für sie ein Albtraum; sie vermutete manchmal, dass die Leute heuchelten und sich in etwas hineinredeten, woran sie selber nicht glaubten, indem sie z.B. Vorsicht bei der Bearbeitung des Themas Familie anmahnten, denn die Flüchtlinge wären weit weg von ihren Familien. Sie sah eher freche, fordernde Jugendliche, die Forderungen stellten, sich irgendwelche Hirngespinste zugelegt hatten und hauptsächlich hinter ihren Handy-Spielen verschwanden. Natürlich sah sie ein, dass es sinnvoll war, die Jugendlichen zu beschäftigen, erwartete aber Respekt und ein Minimum an Anpassungswillen.

Manchmal fragte sie sich, ob man diesen jungen Menschen etwas Gutes tat, wenn man ihnen hier eine goldene Zukunft vorgaukelte. Das Problem war so komplex, sie versuchte nicht daran zu denken. Klammerte sich an die wenigen geglückten Fälle, die sie inzwischen erlebt hatte, und ermahnte ihre Schüler, sich zu bemühen, richtig und fleißig Deutsch zu lernen, alles gleich mit den Artikeln, und die Handschrift zu üben.

Auch ihre persönlichen Gründe, warum sie diese Arbeit doch so magisch anzog, waren ihr oft nicht ganz klar. Manchmal fühlte sie sich doch ausgebrannt und leer und nicht fähig, ihnen etwas zu geben; doch sie fotokopierte, überlegte, baute Kreuzworträtsel, spielte mit ihnen Sprachspiele. Eines war sicher, sie brauchte das auch für sich; sie brauchte ihre Lebendigkeit, die sie hier vermisste, ihre Direktheit und ihr einfaches Lachen über nichts und keine Hintergedanken und große Denkkapriolen, und sie konnte da, mit ihnen, der förmlichen Höflichkeit entkommen.

Dazu kam noch die Achtung den Leuten gegenüber, die mit Flüchtlingen arbeiteten, und sie litt an dem Mangel von Achtung für sie in dem Land, in dem sie inzwischen so lange lebte, für ihren Beruf; da befielen sie wiederum Zweifel, ob das denn die richtigen Gründe wären, mit den Jugendlichen arbeiten zu wollen.

Manche Kinder mochte sie sehr und freute sich, dass sie ihnen helfen würde, sich im fremden Land zu orientieren; manchmal aber merkte sie, die Familien von ihnen wussten viel besser Bescheid über Ämter und Gänge zu den Ämtern als sie selbst; sie wäre in der Situation untergegangen; sie strotzten vor Zufriedenheit und verlangten nach mehr und suchten unbeirrt alle Möglichkeit, die ihnen zustehenden Zuwendungen auszuschöpfen. Da schlich sich bei ihr ein Gefühl von Unwohlsein ein, eine kleine Gemeinheit, denn sie dachte an das Konkurrenzpotential; oder nein, es kam der Gedanke an ihre Kinder, würden sie um ihre Existenz so kämpfen können, würden sie es schaffen, sich so um das Überleben zu kümmern. Daran zweifelte sie.

Irgendwann kam das Wort Übermut, ja, das Wort spielte eine große Rolle in der ganzen Sache: war das das Erbe der Kolonialgeschichte, dass sich die westliche Welt immer doch als Retter aus allen möglichen Weltproblemen auch für die Anderen aufspielte, von denen sie aber keine Ahnung hatte. Sie spürte oft, dass die Gedanken nicht gerecht waren, dass sie Leute traf, die ganz spontan halfen und sich aufopferten, ihre Zeit den Flüchtlingen widmeten, ohne dafür etwas zu verlangen. Sie bewunderte sie, verstand manchmal nicht und aber sah einen riesigen Berg sich vor ihr und vor der Gesellschaft auftun und dann klingelte das Wort Übermut leise im Hinterkopf.

Opublikowano Redakcja | Otagowano | Dodaj komentarz

Reblog: Myślnik Stankiewicza 74

myslnikstank

O autorze

Nazywam się Piotr Stankiewicz. Część z Was może mnie kojarzyć, choćby jako autora Sztuki życia według stoików. Na „Myślniku” umieszczam rzeczy, które nie znalazły się w tej książce, ani nie znajdą się pewnie w następnych.

Słownik nieoczywistych smutków

Zastanawialiście się kiedyś nad słowami, które powinny istnieć, ale nie istnieją? Nad uczuciami, które istnieją, ale są nienazwane? Oto coś dla Was! Dzisiaj wszyscy jesteśmy Adamami – nadajemy nazwy rzeczom.

Dzisiaj na „Myślniku” wyjątkowo coś, czego autorem jestem tylko jako tłumacz. Jak może wiecie, istnieje coś takiego jak „Dictionary of Obscure Sorrows” , czyli ułożony przez Johna Koeniga słownik takich właśnie terminów – które nie istnieją, a które istnieć powinny. Oto moja swobodna adaptacja części z nich na język polski.

* * *

Xeno – najmniejsza mierzalna jednostka relacji międzyludzkiej. Wymieniana jest na ogół między osobami całkowicie obcymi. Przyjmuje postać, przykładowo, błysku flirtu w oku, kiwnięcia ze zrozumieniem, albo wspólnego uśmiechu nad jakimś zrządzeniem losu. Te momenty są zupełnie nieprzewidywalne i mijają szybciej niż trwały, ale są ważnym pokarmem emocjonalnym, który łagodzi naszą samotność.

Kenopsia – niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste. Szkolny korytarz wieczorem, opustoszałe biuro w weekend, pusty plac po wyjeździe wesołego miasteczka. Emocjonalny powidok tłumu, który sprawia, że to miejsce nie jest po prostu puste, ale ultra-puste, jakby nie było tam zwykłe zero, ale ujemna liczba ludzi. Ich nieobecność, która rzuca się w oczy, świeci jaskrawo, jak neon.

Swish fulfillment – ukłucie szczęścia po tym jak rzucimy coś przez pokój, a to idealnie trafi w swój cel. Książka na właściwy stosik, zmięta kulka do kosza, klucze w dłoń drugiej osoby. Jednorazowa bezbłędność, wewnętrzna doskonałość tej trajektorii i trafienia, która zaspokaja nas w pełni i która nie daje krzty pokusy ani potrzeby, żeby spróbować raz jeszcze. I która jest lepszym dowodem na sens monogamicznej miłości niż jakakolwiek piosenka kiedykolwiek zaśpiewana pod gitarę.

Lalalalia – kiedy mówimy sami do siebie, ale nagle orientujemy się, że ktoś jest obok i że może usłyszeć. I płynnie przechodzimy w to podśpiewywanio-pomrukiwanie pod nosem, robimy tę magiczną sztuczkę, która ma zwieść zmysł słuchu i ustrzec naszą przypadkową widownię przed usłyszeniem tego, co słyszy. A naszą pewność siebie przed rozmienieniem na drobne.

Midsummer – dzień 26. urodzin, czyli moment w życiu, w którym młodość przestaje być wymówką do czegokolwiek . Nie ma już na co czekać, musimy zacząć zbierać plony, nawet jeśli dopiero co je zasialiśmy. Od tej chwili dni będą już tylko coraz krótsze, aż w końcu i babie lato w powietrzu będzie nam przypominać o nadchodzących śniegach.

Flashover – magiczna chwila, w której wszyscy obecni zaczynają nagle mówić szczerze i o rzeczach dla siebie istotnych. Tak jakby chwilowy skok wzajemnego zaufania wywołał spięcie i słowom udało się wreszcie ominąć te wszystkie izolatory z ironii, które w sobie nosimy. A ładunek emocjonalny, którym się stale ładujemy, ocierając się i przeciskając przez świat, momentalnie spłynął do ziemi.

Chrysalism – pierwotny, kojący spokój, który czujemy siedząc w czasie burzy w jakimś w przytulnym wnętrzu. Hałas deszczu, który słyszymy jak czyjąś kłótnię piętro wyżej, kłótnię, w której nie rozróżniamy słów, ale w której słyszymy uwolnienie napięcia, które już rozumiemy doskonale.

Monachopsis – subtelne, ale uporczywe poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu. Że ciągle jesteśmy w obcym sobie środowisku, jak ryby wyjęte z wody, jak foki na plaży. Niezdarni, nieporadni, nie umiemy się skupić, odnaleźć, ogarnąć. Tłoczymy się wśród innych niedostosowanych i nawet nie potrafimy się rozeznać, że tutaj blisko, ledwie za rogiem, szumi świat któremu byliśmy przeznaczeni, świat w którym bylibyśmy jak ryby w wodzie, naturalnie, lekko i bezwysiłkowo u siebie.

The meantime – chwila, w której sobie uświadamiamy, że nasze planowane przyszłe „ja” nigdy się nie zjawi, a jedyna wersja nas samych, którą mamy do dyspozycji, to ta, która jest w tej chwili. Jak gdyby rola, którą mamy w życiu odegrać, spadła właśnie na to wiecznie nieprzygotowane dziecko, które ciągle sobie nie radzi i które długo, długo, powtarzało sobie tekst pod nosem, ale wciąż go nie umie. A tu nagle zostaje wypchnięte w sam środek naszego życia, które jest już gdzieś w połowie drugiego aktu.

Velllichor – melancholia antykwariatów, pełnych starych książek, których nigdy nie przeczytamy. Każda z nich zamknięta jest w swojej własnej epoce, podstemplowana datą i zamknięta jak stary pokój, który autor porzucił lata temu. Jak stryszek, do którego nikt nie zagląda, a na którym kurzą się myśli porzucone zaraz po tym, jak zostały pomyślane.

Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.

Silience – mistrzostwo w niejednej sprawie, które niezauważenie dzieje się wśród nas. Ukryte talenty naszych przyjaciół i dalszych znajomych. Ulotne solówki grajków w metrze. Nikomu nieznane portfolia początkujących artystów. Cięte, a nigdzie nieutrwalone riposty w internecie. Wszystko to, co mogłoby być okrzyknięte arcydziełem, ale nie będzie, i to tylko dlatego, że arbitralnie sobie przyjęliśmy, że doskonałość musi być dobrem rzadkim. Przegapiamy w ten sposób diamenty tkwiące tuż pod powierzchnią, które może i nie są nieskazitelne, ale są na swój sposób wspaniałe.

Catoptric tristesse – smutek, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę myślą o nas inni. Czy myślą dobrze, czy źle, ani nawet czy w ogóle o nas myślą. Ciekawa rzecz, bo mimo że widzimy się nawzajem zupełnie ostro – tak jak siebie samych w lustrze – to i tak jest to obraz zupełnie przekłamany. Zniekształcony i wykrzywiony, tak jakby każde z luster było zanadto zajęte wygibasami i próbami przejrzenia się samo w sobie.

Adomania – uczucie, że przyszłość przybywa grubo przed czasem, że wszystkie te fantastyczne daty w rodzaju „2017” nagle są już tutaj, że wyskakują ze swoich przyszłych kryjówek i stają są teraźniejsze. I niezapowiedzianie krzyczą „sprawdzam” wszystkim naszym planom i oczekiwaniom. Podczas gdy my staramy utrzymać się w siodle, jedną ręką ściągając lejce, a drugą wymachując wysoko, jak uczeń w podstawówce, który w końcu wie, jaka jest odpowiedź na pytanie.

Trumspringa – pokusa żeby rzucić wszystko i wyjechać, zostać pasterzem w górach, który wędruje ze stadami owiec z pastwiska na pastwisko, za towarzyszy ma tylko strzelbę i psa, i który wieczorami siada z fajką w progu swej chaty by nasłuchiwać grzmotów w odległych stronach. Jest to zarazem pokusa zupełnie realna, wystarczy kliknąć i bilet już kupiony, ale jest też z góry oczywiste, że to tylko hipotetyczno-hipnotyczna wycieczka naszych myśli, ot naszego mózgu przerwa na marzenie, zanim wrócimy za bezpieczne biurko.

La cuna – nagły smutek na myśl o tym, że być może nie ma już nic do odkrycia i nowych światów do zasiedlenia. Smutek, że kiedy ostatni odkrywca wyruszał w stronę ostatniej białej plamy na mapie, to nie zawrócił, przypomniawszy sobie, że jego córka ma przecież zagrać w przedstawieniu, a on jej obiecał, że będzie. Gdyby był zawrócił, to może i cały nowy kontynent mielibyśmy dzisiaj do odkrycia, i moglibyśmy go trzymać w odwodzie jak żelazną rezerwę tajemnicy. Choćby po to, żeby móc mówić dzieciom, że „tego nikt nie wie” i „może ty, jak dorośniesz”.

Lapyear – rok, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli wtedy, kiedy my się urodziliśmy. Rok, który daje znak, że nasz zegar ruszył, że nasza zmiana w sztafecie już się rozpoczęła. I że musimy już biec na własną rękę, że nie możemy się już kryć za ich plecami. Że już nie będzie tak jak dotąd, że ciągnęli nas za sobą, a my tylko patrzyliśmy jak pokonują coraz to nowe płotki, płoty i rowy z wodą. Teraz to my musimy założyć żółte koszulki, te same, które tak nas zawsze fascynowały… i absolutnie przerażały.

Moledro – poczucie głębokiej więzi z pisarzem czy artystą, którego nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Ten człowiek żył może stulecia temu i tysiące kilometrów stąd, ale mimo to umiał bezbłędnie wejść do naszej głowy i zostawić w niej szczyptę swojego doświadczenia, tak jak wędrowcy ustawiają piramidki kamieni, żeby oznaczyć szlak wiodący przez nieznane terytorium.

Énouement – słodkogorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało. Możemy się dowiedzieć kim została nasza młodsza siostra, na kogo wyrośli nasi przyjaciele i gdzie zaprowadziły nas nasze własne wybory. To jest bezcenna wiedza, zdobyta podjazdem do obozu przeciwnika, i odruchowo chcemy się nią podzielić z każdym, kto jeszcze tej podróży nie odbył. Ale z kim? Czyżby istniała jakaś część nas samych, która na ochotnika została gdzieś z tyłu, w tych minionych latach, i tam, na zapomnianym przez wszystkich posterunku, wciąż czeka na wiadomości z frontu?

Dead reckoning – gdy uświadamiamy sobie, że czyjaś śmierć dotknęła nas bardziej niż się spodziewaliśmy. Tak jakbyśmy podświadomie zakładali, że ta osoba będzie wiecznym i niewzruszonym punktem krajobrazu, niczym latarnia morska, którą możemy codziennie widzieć i nie zauważać przez lata, a która pewnej nocy po prostu się nie zapala. I choć ubywa nam tylko jeden punkt odniesienia, i choć ciągle możemy odnaleźć drogę – to czujemy się jakoś dużo bardziej w dryfie.

Ellipsism – smutek, że nigdy nie dowiemy się co było dalej, że nigdy nie będziemy wiedzieć jak dalej się potoczy historia kraju, świata i człowieka. Nie dowiemy się kto na czym wyszedł dobrze, a kto źle, nie dowiemy się co przyszło z tych wszystkich wysiłków ludzkości. Smutek, że z tej anegdoty, jaką jest życie, będziemy musieli wyjść przed końcem i nawet nie dowiemy się jaka jest puenta. Choć z drugiej strony, jest całkiem prawdopodobne, że ta puenta by nas ani nie rozśmieszyła, ani nie zaciekawiła. Że cała ta anegdota ma się nijak do naszego poczucia humoru i że okazałaby się jakąś koszarową, idiotyczną opowiastką o Polaku, Rusku i Niemcu, których diabeł zatrzasnął w latrynie i dał po dwa zadania.

The kinda blues – smutna świadomość, że wszystkie zdarzenia jakie zachodzą w naszym życiu, a które wydają się nam tak nowe i głębokie, nie są niczym wyjątkowym, a tylko jednym z kilkudziesięciu możliwych riffów na tej samej kombinacji akordów. I że te wszystkie emocjonalne poruszenia, tam głęboko, w sercu, to nic innego jak tylko covery starych standardów z Wielkiego Śpiewnika Emocji, który w 98% pokrywa się z tym, który ma szympans.

Ameneurosis – gdy w nocy usłyszmy trąbiący gdzieś w oddali pociąg. Ten dźwięk, który zarazem brzmi tak smutno i samotnie, a jednocześnie jest niesamowity, pociągający, wzywa nas do podróży, do ruszenia się stąd.

Sonder – kiedy uświadamiamy sobie, że każdy człowiek ma życie równie złożone jak my. Że każdy ma swój własny, osobny świat przyjaciół, ambicji, obaw, przyzwyczajeń i dziwactw. Że to jest ta wielka epopeja, która toczy się wokół nas codziennie i niezauważenie, jak mrowisko, które rozciąga się w głąb ziemi i łączy się tajemnymi, nieznanymi przejściami z tysiącami innych żyć, w których nigdy nie będzie nawet śladu po tym, że myśmy istnieli. Że dla tych wszystkich ludzi jesteśmy niczym więcej jak statystami na drugim planie w kawiarni, porannym korkiem na drodze, rozświetlonym oknem o zmierzchu.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , | Dodaj komentarz

Z harcerskich „Skrzydeł”

Przypominam, że „Skrzydła” były miesięcznikiem harcerek polskich, wydawanym w latach 1930-1939 w Warszawie. Jedną z redaktorek tego czasopisma była moja cioteczna babka, harcmistrzyni RP, Karolina Lubliner-Mianowska, która swoje teksty podpisywała Karolina Lublinerówna lub Bukowa Jagoda. Tego leśnego pseudonimu Karusia (bo tak ją zawsze w domu nazywałyśmy) używała pisząc teksty o ochronie przyrody, stał się on też potem jej pseudonimem okupacyjnym.

Dziś kolejny tekst Bukowej Jagody, wzruszający i nadal aktualny. Czuje się, że to nie jest tekst programowy, lecz własny, pisany z głębokiej potrzeby serca.

wspolzycie-z-przyroda

Współżycie z przyrodą

Obóz drużyny Y-ej przed tygodniem rozłożył namioty w lesie pod wsią ***. Właśnie skończono co ważniejsze pionierskie roboty. Jutro wycieczka dwudniowa, sumiennie przygotowana. „Czy aby nie zacznie lać?”- niepokoi się drużynowa. Przy wieczerzy badamy stan nieba. Gęste baranki biało-sine i jaskrawa zorza zachodu. Czy to wróży deszcz, czy pogodę? Przemyślna wywiadowczyni idzie po radę do sąsiada gospodarza, skąd się mleko przynosi. Dowiaduje się, że pogoda pewna, tylko wiatr. Jakoż w nocy klaszczą nam płótna namiotów, a warta zbiera po krzakach fruwające ścierki. Dziwimy się po cichu mądrości gospodarza i uczymy się od niego w ciągu całego pobytu.

W życiu obozowym jesteśmy zależne od przyrody więcej niż rolnik. Jesteśmy zależne jak pierwotni ludzie, gotowiśmy czcić boga-słońce i błagać darami wiatry, żeby deszczów nam nie zsyłały. Poznajemy dokładnie twardość, kruchość i spoistość różnych drzew, kiedy obrabiamy je z trudem na małą siekierką na sprzęt obozowy, czy na opał. Poznajemy rodzaj gleby i podglebia kopiąc doły, budując stoły i piwnicę. Wiemy, gdzie znaleźć otoczaki, gdzie czysty, biały píasek, a gdzie czerwono-żółty orsztyn, z którego się usypuje wielką lilję na środku stołu.

orsztyn czyli rudawiec

Wiemy, gdzie znaleźć kwiaty trwałe i suche lub barwne owoce, któremi stroimy kapliczkę i tablicę rozkazów, wiemy też których roślin rwać nie warto, bo prędko schną.

W kąpieli poznajemy nieznośne wodorosty czepiające się nóg podczas pływania i różne twory wodne, które bez skutku próbujemy łapać. Taką to normalną drogę zbliżenia z przyrodą przechodzi każda obozująca drużyna, najczęściej wcale o tem nie myśląc.

Wartoby do tych cennych momentów praktycznych poznawania przyrody dodać jeszcze jedną największą wartość – ś w i a d o m o ś ć. Zauważmy więc, jaka to gleba sprzyja naszym ziemnym robotom, a jaka je utrudnia. Zauważmy, gdzie rosną najszybciej więdnące kwiaty, a gdzie trwalsze – domyślmy się, dlaczego tak się różnią. Prowadząc ćwiczenia i gry harcerskie można nawiązać częściej ów konieczny kontakt z przyrodą. Naznaczyć zbiórkę drużyny przy krzaku kruszyny, który rośnie pod jarzębiną na wschód od obozu – niech zastęp szuka teraz właściwego punktu. Wyznaczyć trop śladem berberysowych jagód, nie pokazawszy ich wprzód. To właściwie już ćwiczenia przyrodnicze zastępów, choć nikt ich za takie nie uważa. A jeśli jeszcze na wszelkich obozach „szumiący dąb gawędy” nosić będzie swe właściwe miano wierzby czy topoli – to powiemy, że obozy młodszych drużyn dostatecznie poznają przyrodę.

W starszych drużynach, obozujących trzeci, czwarty czy piąty raz – prace przyrodnicze mogą być traktowane jako pewna specjalizacja zamiłowanych w tym kierunku zastępów.

Morszczyn (Fucus vesciculosus)

I tu zaznaczyć muszę – prowadźmy te prace w porozumieniu z ludźmi, którzy się na tem znają, np. z nauczycielami przyrody. Zastęp harcerski prowadzący w obozie ćwiczenia przyrodnicze, może przywieźć jesienią do swojej szkoły zbiory i materiały, z których korzystać będzie wiele klas, a które zdobywać jest zazwyczaj trudno. Przypomnę tu o morszczynach z Wvbrzeża morskiego i szyszkach jodeł, świerków i modrzewi, skamienielinach i skałach z Gór Świętokrzyskich. W zapale robienia zbiorów i pomocy naukowych nie zapomnijmy o najważniejszym obowiązku „ochrony przyrody”. Przed wyjazdem drużyny powinna zdobyć wiadomości, czy w okolicy niema rezerwatów, czy nie spotykają się tam rośliny lub zwierzęta podległe ochronie. Zebranie tych informacyj nie przedstawia szczególnych trudności, znajdziemy je w licznych a niedrogich wydawnictwach „Państwowej Rady Ochrony Przyrody”

Drużyna harcerska może całej okolicy dawać przykład szanowania przyrody, może ideę ochrony przyrody propagować czynnie. Zaczniemy od łatwych zadań, nie zrywać i nie kupować żadnych roślin podlegających ochronie, np. szarotek w Tatrach; nie zostawiać napisów na drzewach, murach i skałach, zacierać, jeśli się uda, napisy zostawione przez innych. Obowiązek pozostawienia w porządku terenu obozowiska szczęściem wszedł już w krew harcerską, ale, jak dotąd, nie uczymy tej cnoty innych, przechodzimy obojętnie obok śmieci rozrzuconych przez „cywilów“. Sądzę, że obóz wędrowny przechodzący np. przez Hel, mógłby znaleźć godzinkę czasu na wyzbieranie śmieci z lasu helskiego, który jako ogrodzony, zaśmiecony jest tylko przy drogach, ale za to bardzo dokładnie! Takie zbieranie śmieci, wykonane przez harcerzy gromadnie, hucznie a wesoło, niejednemu gościowi helskiemu otworzy oczy na ten rażący dowód braku kultury.

Cośkolwiek możemy zrobić i w sprawie ochrony drzew. Wiele drzew starych i pięknych otaczają opieką właściciele lub leśnictwa. Wiem, że drużyny odniosą się do nich z należytym szacunkiem, ale to nie wszystko, czego żąda od nas polska przyroda.

W dalekich wioskach Wileńszczyzny czy Wołynía spotkamy może parusetletnie drzewa, o które nikt szczególnie nie dba. Zwrócimy wtedy uwagę miejscowych władz na te skarby, postaramy się, by je otoczono opieką. A na odjezdnem zawiesimy na pniu staruszka naszą kapliczkę obozową z brzozowych patyków, co wcale dobrze, choć nieurzędowo, ochrania drzewo przed ścięciem.

Najgorętszem mojem życzeniem jest, aby jesienią czasopismo „Ochrona Przyrody” zamieściło w swej kronice szereg wzmianek mówiących o tem, jak to drużyny harcerskie swoją pracą wakacyjną przyczyniły się do szerzenia w społeczeństwie pięknej idei ochrony przyrody.

Bukowa Jagoda

Opublikowano Karolina Lubliner-Mianowska | Otagowano | Dodaj komentarz

Stuart 16

Joanna Trümner

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Grow Old with Me, Tom Odell

Czekanie

Tygodnie pobytu Meg w Sydney minęły bardzo szybko. Dziewczyna wstawała razem z nim, przygotowywała mu kanapki do pracy, a potem wracała na godzinę lub dwie do łóżka. Po porannej kawie wychodziła z domu i zwiedzała miasto. Już w kilka dni po przyjeździe do Sydney wiedziała o tym mieście więcej od swojego chłopaka, który mieszkał tu od kilku lat na stałe. Któregoś wieczoru opowiedziała mu o Muzeum Australijskim, do którego on sam nigdy jeszcze nie dotarł, a Stuart pomyślał z zażenowaniem, że to przecież wstyd, że tak mało zna to miasto. Może to przez to, że wszystkie ciekawe miejsca, muzea, teatry są tuż na wyciągnięcie ręki, pod nosem. I sama świadomość tego, że w każdej chwili można do nich pójść, usprawiedliwia lenistwo i prowadzi do tego, że nigdy się tego nie robi. Nadszedł czas, by poznać tę drugą ojczyznę i jej historię. Przypomiał mu się pobyt w Berlinie Zachodnim, kiedy to brnął w zimnie przez wiele zakątków miasta, ciekawy jego historii i ludzi. „Może ta ciekawość to tylko przywilej ludzi, którzy chcą wziąć ze sobą z podróży jak najwięcej wrażeń do domu?” – przeszło mu przez głowę.

W pierwszy weekend po przyjeździe Mag wybrali się na spacer po Ogrodzie Botanicznym. Gdy wrócili do posprzątanego mieszkania, gdzie czekał przygotowany przez Meg obiad, Stuart nie mógł powstrzymać się od uwagi: „Wiesz, czuję się, jakbyśmy byli starym małżeństwem i znali się od co najmniej kilkudziesięciu lat” „To niedobrze” – odpowiedziała Meg. „Stare małżeństwa przeważnie nie mają sobie już nic do powiedzenia i może po to głównie potrzebne są dzieci i wnuki, żeby chociaż na chwilę można było przerwać milczenie”. „Ale chyba są jakieś wyjątki?” – Stuart zorientował się, że źle dobrał słowa, którymi chciał nazwać rytuały, jakie powoli zaczęły wypełniać ich życie i swe powroty do mieszkania, które nie jest puste i w którym ktoś na niego czeka. Ktoś, z kim mógł się podzielić wrażeniami z całego dnia pracy, kto był wyrozumiały i bez marudzenia akceptował popołudniową drzemkę ktoś, komu nie przeszkadzały stojące na środku pokoju buty i nierówno wycisnięta tubka pasty do zębów.

Meg nie tylko zwiedzała miasto, ale zaczęła też zbierać informacje na temat życia w Australii i własnych perspektyw zawodowych. Odwiedziła kilka urzędów i z zadowoleniem dowiedziała się, że jej dyplom otwiera wiele drzwi i że mogłaby natychmiast podjąć pracę. Wybrała się, dość zresztą przypadkowo, na uniwersytet, gdzie wysłuchała wykładu na temat sieci prewencji samobójstw, ponoć najlepszej na świecie. Odtąd raz w tygodniu chodziła na uniwersytet i słuchała wykładów z psychologii. Po czterech tygodniach, kiedy jej pobyt dobiegał końca, uznała, że widzi dla siebie miejsce w Australii. W dzień przed jej odlotem do Anglii Stuart zabrał Meg do chińskiej restauracji niedaleko domu i zapytał, czy przyjedzie do niego na zawsze, „Tak, to będzie mój prezent na Święta” – odpowiedziała z uśmiechem. Na początku października odprowadził ją na lotnisko.

Mieszkanie opustoszało i nagle Stuart zdał sobie sprawę, że ma w Sydney tak niewielu znajomych, oczywiście oprócz Iana, którego jednak nie widział od dnia ślubu, poznał tutaj tylko kilka osób, kolegów z pracy i personel knajp, w których dawał kiedyś koncerty. Nie znał nikogo, z kim mógłby pójść na piwo albo spędzić wolny czas po pracy. „To trzeba będzie zmienić” – pomyślał, usprawiedliwiając swą samotność tym, że dopiero od kilku miesięcy ma w końcu adres i własny telefon. Któregoś wieczoru oglądał nudny program przyrodniczy o szkołach dla młodych słoni w Tajlandii i nagle zaskoczył go odgłos klucza otwierającego drzwi do mieszkania. „Tu nawet nie ma czego ukraść!” – próbował uspokoić lekki niepokój i wstał, żeby podejść w kierunku drzwi. Niespodziewanym gościem był Ian: „Chciałem ci oddać klucz od mieszkania i pogadać”. Stuarta zaskoczył wygląd przyjaciela – Ian sprawiał wrażenie starszego niż był i zmęczonego, a mówił w mechaniczny, monotonny sposób. „Albo się nieźle napił albo naćpał” – pomyślał Stuart i zrobiło mu się żal przyjaciela. Ian zaczął opowieść o swym życiu małżeńskim. „Nawet nie wiesz, w jakie piekło się wpakowałem. Tatuś rządzi wszystkim, ja w tej rodzinie nie mam nic do powiedzenia. Decyduje o umeblowaniu mieszkania, o urządzeniu pokoju dla dziecka, o mojej pracy, bo ta w banku, to był dla niego żart, sam więc zadzwonił do dyrektora i od początku października pracuję w jego firmie – jestem dozorcą i otwieram mieszkania klientom zainteresowanym wynajmem, zajmuję się wszystkim, co się w tych jego pieprzonych nieruchomościach popsuje – nieważne czy chodzi o zapchaną ubikację czy o zepsutą windę. „Niech się tym zajmie Ian”. Zarabiam lepiej niż w banku, ale to nie jest praca dla mnie, a jak się spróbuję postawić, to tatuś obetnie nam kasę i wyrzuci mnie z domu. Na każdym kroku słyszę „To nie twoje, nie twoja sprawa”. W tej rodzinie nikt się nie buntuje, mama jest szczęśliwa, że stać ją na fryzjera dwa razy w tygodniu, niezłe ciuchy i kosmetyczkę, która masuje jej na twarzy wszystkie ślady starzenia się. W niedzielę podczas wspólnych rodzinnych obiadków mamusia i moja żonka kiwają głowami na mądrości starego, a jak tylko się odezwą, to słyszą: „i tak się na tym nie znacie”. Stary na każdym kroku daje mi odczuć, że mnie po prostu kupił. Z moją wspaniała żonką nie mamy sobie wiele do powiedzenia – ją interesują tylko zakupy dla przyszłego dziecka – mamy już komplet różowych i niebieskich ubranek na następne dwa lata. Zostaje nam tylko łóżko, a i z tym nie najlepiej, bo ona jest ciągle potwornie zmęczona tym lataniem po sklepach i spotkaniami z przyjaciółkami. Źle mi się robi na myśl o tym, że tak będzie wyglądało moje życie aż do śmierci starego i nie wiem, co ze sobą zrobić. Pamiętam jak ojciec ciągle nam powtarzał: „Jak siebie nie uszanujesz, to nikt cię nie uszanuje” – ten głupi tekst mnie kiedyś potwornie denerwował. Myślałem, ot, jedna z wielu mądrości ojca, za którą niewiele stoi, przysłowie bez żadnego znaczenia, ale teraz, kiedy rano patrzę w lustro, wiem ile w tym jest racji i nie mogę na siebie patrzeć”. „Przecież tego chciałeś” – pomyślał Stuart, czując równocześnie litość nad Ianem. „Jak się teraz rozwiedziesz, to będzie to chyba najkrótsze małżeństwo w historii Australii” – powiedział, próbując obrócić sytuację w żart. „A tak naprawdę to byłeś kiedyś zakochany?” – zapytał, przypominając sobie te dziesiątki dziewczyn, które przyjaciel skrupulatnie zapisywał w notesie. „Ilu ludzi chodzi po świecie nie wiedząc nawet, że można być tak blisko drugiego człowieka. Miałem dużo szczęścia, że mogłem to przeżyć już dwa razy” – myślał czekając na odpowiedź przyjaciela. „W twojej siostrze, ale mnie nie chciała” – odpowiedział Ian.

Umówili się, że Ian może w każdej chwili wpadać do swojego byłego mieszkania i po prostu wygadać się przed Stuartem: „Ty nawet nie wiesz, ile to znaczy, że ktoś potrafi słuchać, dziękuję. To tak fajnie mieć prawdziwego przyjaciela”. Stuart pomyślał w duchu: „To nie jest moment, żeby mu powiedzieć, że dla mnie ta przyjaźń się skończyła, on mnie za bardzo teraz potrzebuje”.

Kolejne tygodnie mijały na pracy i sporadycznych koncertach w knajpach. Najczęściej występował w „Black Lion”, pubie, w którym dał przed laty swój pierwszy, zorganizowany przez Iana, występ. Ze zdziwieniem zobaczył, że jest to jedno z tych niewielu miejsc na świecie, w których nigdy nic się nie zmienia. Te same pożółkłe od tytoniu ściany, ten sam właściciel, który nie rozstawał się z papierosem, ta sama kelnerka – Tracy, która witała go za każdym razem słowami: „czas na sztukę” i patrzyła na niego z nieukrywanym podziwem, ci sami klienci, po których już przed rokiem widać było skutki picia alkoholu, znudzeni i zabijający czas, czekający na nowe twarze i nowe przeżycia. Czasami chodził do biblioteki i przygotowywał lekcje w szkole, dwa razy w tygodniu dzwonił do Meg i, mimo że te rozmowy pochłaniały dużą część jego zarobków, cieszył się za każdym razem, że słyszy głos. Te rozmowy były, pomimo tysięcy kilometrów, tak dobre, że chwilami wydawało mu się, że Meg siedzi obok niego i że czuje jej oddech. Pod koniec listopada, kiedy mieszkańcy Sydney cierpieli z powodu potwornej fali upałów, a w Walton spadł pierwszy śnieg, w środku nocy zbudził go telefon od Meg: „Muszę odwołać przyjazd na święta, matka znowu zaczęła pić i muszę się nią zająć. Przylecę, jak tylko ulokuję ją w jakimś ośrodku, w lutym, a może dopiero w marcu, nie wiem, bardzo bym chciała być teraz z tobą, ale, zrozum, nie mogę. Na pewno przyjadę, już dawno się zdecydowałam” .

Po tej rozmowie Stuart nie mógł zasnąć, był rozczarowany, że czekanie potrwa znacznie dłużej niż myślał. Po pracy wrócił do domu i nie mógł znaleźć sobie miejsca w pustym mieszkaniu. Wybrał się do „Black Lion”, żeby przy kilku drinkach spędzić wieczór i nie odczuwać tak okropnie samotności. Ucieszył się na widok Tracy, która wypytywała go o życie w Anglii, o Londyn, Berlin, wielki świat, którego nigdy nie poznała. Kiedy powiedziała: „Jak śpiewałeś Heart of gold to miałam łzy w oczach” poczuł, że jest dla niej kimś bardzo interesującym i świadomość, że ktoś go bezgranicznie podziwia, poprawiła mu humor.

W Sylwestra miał dyżur w domu starców. Kierownik ośrodka poprosił go o koncert dla pensjonariuszy. „Tylko nie przesadzaj, oni o dziewiątej mają być w łóżkach” – powiedział, zaznaczając, że dostanie za ten koncert dodatkowe pieniądze. O wpół do dziesiątej Stuart skończył pracę i czuł się podle – przecież i on brał udział w tej maskaradzie, kiedy starszym ludziom wmówiono, że już wybiła północ i że mają iść spać. Nie miał ochoty na imprezę dla pracowników i nie bardzo wiedział, dokąd ma pójść, żeby przywitać rok 1980. Wybrał się więc do „Black Lion” i tam słyszał zegary bijące dwunastą. „Happy New Year” – powiedział całując Tracy w policzek. „Happy New Year” odpowiedziała. Pił jednego drinka za drugim, kiedy „Black Lion” zamykał podwoje o piątej nad ranem, Stuart ledwie mógł się utrzymać na nogach. „Może przyjdziesz do mnie na śniadanie?” zapytała go Tracy.

W kilka godzin później zbudziły go w jej łóżku dochodzące z radia dźwięki piosenki Beatlesów: Don’t let me down. Jej słowa przeraziły go, wiedział już, że od tego dnia zawsze będzie mu się ona kojarzyła z największą głupotą, jaką zrobił w życiu i że w jego idealnym związku z Meg pojawiła się historia, której nie wolno mu będzie nigdy wyjawić.

Cdn.

 

Opublikowano Joanna Trümner | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dawno zapomniane śniadanie

Pamiętacie Rasmusa i włóczęgę. Pewnie nie pamiętacie. Ja nie pamiętałam. Rasmus ucieka z domu dziecka, jest noc. Chłopiec biegnie i podśpiewuje sobie piosenkę „Nie boję się iść sam po zielonej ścieżce”, ale oczywiście się boi, tak jak każdy, a nie tylko mały dziesięcioletni chłopczyk, boi się iść sam w lesie po ciemku.

Astrid Lindgren
Przekład Irena Szuch-Wyszomirska, tłumaczka książek Astrid Lindgren i słynnych Muminków.

Rasmus i włóczęga

Krótka letnia noc staje się długa, gdy się wędruje drogami. Gdy się wędruje bez wytchnienia, aż nogi ledwo mają siły się poruszać. Aż powieki niemal zamykają się i jest się tak śpiącym, że głowa kiwa się i opada w marszu. Nastaje świt, słońce rzuca pierwsze promienie pomiędzy drzewa, ale nie widzi się tego. Pajęczyny błyskają pomiędzy trawami, krople wody lśnią na płatkach kwiatów, lekkie mgły poranne giną, nikt nie wie gdzie, a na wierzchołku najbliższej brzozy siada drozd i wznosi pierwszy radosny trel poranka. Lecz tego się nie widzi, gdy jest się tak bardzo zmęczonym i sennym. Tak niewypowiedzianie sennym.
Rasmus dochodzi wreszcie do niewielkiej szarej szopy, do takiej właśnie, w jakiej lubią spać włóczędzy. Stoi ona pośrodku łąki i mimo swej szarości wygląda bardzo gościnnie. O tej porze roku takie szopy na łąkach pełne są siana.
Z trudem otwiera ciężkie wrota. Wewnątrz jest mrocznie i cicho, a siano pachnie mocno i pięknie. Rasmus wydaje westchnienie ciężkie jak łkanie i opada na siano. Już śpi.

Obudziło go zimno i źdźbło siana, które łaskotało go w nos. Usiadł gwałtownie, nie pamiętając, gdzie się znajduje, skąd się tu wziął. Potem przypomniał sobie nagle wszystko i uczucie bezgranicznego osamotnienia wycisnęło mu łzy z oczu. Poczuł się bardzo nieszczęśliwy – o wiele trudniej było być zbiegiem, niż przypuszczał. Tęsknił już za Västerhagą, za Gunnarem, za ciepłym łóżkiem i poranną kaszką. Tak, czuł tęsknotę za domem dziecka jak za utraconym rajem. Mogło się oczywiście zdarzyć, że się dostało w skórę, nie było to jednak takie straszne, jak być samemu na świecie, marznąć i być głodnym.
Przez szparę w ścianie przesączał się ku niemu wąski strumień słońca. Tego dnia pogoda była piękna, więc nie powinien tak bardzo marznąć. Miał na sobie odświętny kubraczek i zwykłe codzienne spodenki z grubego samodziału, które ciocia Olga połatała na kolanach. A jednak marzł tak, że szczękał zębami. Najchętniej położyłby się i spał dalej, ale wiedział, że nie uśnie, gdy jest tak zimno. Siedział więc, drżąc, na sianie i śledził ponurym wzrokiem pyłki kurzu, wirujące w promieniach słońca.
Wówczas usłyszał coś. Coś przeraźliwego, co dreszczem lęku przeszyło całe jego ciało. Ktoś  z i e w n ą ł  tuż obok niego. Nie był więc sam w szopie. Ktoś oprócz niego spał tu tej nocy. Wodził wokoło wylęknionymi oczyma, aby dojrzeć, kto tu jest. Wtem zobaczył kędzierzawą czuprynę wyłaniającą się zza sterty siana tuż obok niego. Nagle dał się słyszeć głos:
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxHo, ho, tak, tak,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx       i noce, i dzionki,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx      ale najgorsze te poranki…

Zza siana wyłoniła się głowa, a potem cała twarz okrągła, nie ogolona, z ciemnym zarostem. Para mrugających oczu spojrzała na niego ze zdziwieniem, a okrągłą twarz przeciął szeroki uśmiech. Coś jakby zabulgotało w nim ze śmiechu, po czym powiedział:
– Sługa uniżony?
– Sługa… uniżony – odpowiedział Rasmus z wahaniem.
– Coś ty taki wystraszony? Czy myślisz, że zjadam dzieci?
A gdy Rasmus się nie odezwał, mówił dalej:
– Coś ty za knot? Jak się nazywasz?
– Rasmus.
Powiedział to cichutkim głosem, bał się zarówno odpowiadać, jak i milczeć.
– Rasmus… ach tak, Rasmus – powtórzył brodacz i kiwnął głową w zamyśleniu. – Czy uciekłeś z domu?
– Nie, nie… z domu – wyjąkał Rasmus, który uważał, że nie kłamie. Västerhaga nie była prawdziwym domem. Jak ten brodacz mógł myśleć, że się miało ochotę uciekać z  pXrXaXwXdXzXiXwXeXgXo   domu!
– No, nie rób takiej wystraszonej miny. Powiedziałem ci przecież, że nie zjadam dzieci.
Wówczas Rasmus zebrał się na odwagę i zapytał ostrożnie:
– A czy wujek uciekł z domu?
– Wujek… czy ja wyglądam na wujka, co? Czy uciekłem z domu… tak, tak, to się zgadza – odpowiedział brodacz i roześmiał się serdecznie.
– To wujek jest włóczęgą – informował się Rasmus.
– Daj spokój z wujkowaniem, mój drogi. Nazywam się Oskar.
Podniósł się na sianie, a wówczas Rasmus zobaczył, że jest on z pewnością włóczęgą. Kraciasta marynarka wytarta była i wystrzępiona, a spodnie zwisały jak wór. Był wysoki, barczysty, miał dobrą twarz, a gdy się śmiał, białe zęby lśniły w jego brodatym obliczu.
– Włóczęga, powiedziałeś… czy nie słyszałeś nigdy o Rajskim Oskarze? To właśnie jestem ja. Rajski włóczęga i wolny ptak boży – to właśnie ja.
– Wolny ptak? – Rasmus zaczął się zastanawiać, czy ten włóczęga ma dobrze w głowie. – Dlaczego Oskar jest wolnym ptakiem? – zapytał.
Oskar pokiwał w zamyśleniu głową.
– Ktoś musi nim być przecież. Musi być ktoś, kto się wybiera na włóczęgę i jest wolnym ptakiem bożym. Pan Bóg chce, żeby byli włóczędzy.
– Naprawdę chce? – zapytał Rasmus z powątpiewaniem.
– Oczywiście, że chce – odpowiedział Oskar. – Skoro zadał sobie tyle trudu, że usiadł i zmajstrował całą ziemię, to chce, żeby  w s z y s t k o  na niej było, rozumiesz chyba. A jak by to wyglądało, gdyby było na niej wszystko oprócz włóczęgów.
Oskar pokiwał głową z zadowoleniem.
– Wolny ptak – tak, tak!
Potem wsadził rękę do plecaka, leżącego obok niego na sianie i wyjął dużą paczkę, owiniętą w gazetę.
– Teraz śniadanko będzie pysznie smakowało! – ucieszył się.
Słysząc to Rasmus poczuł, jak żołądek kurczy mu się z głodu. Czuł taki głód, że gotów był żuć siano jak wół.
– Mam tu gdzieś koło szopy butelkę mleka – mówił dalej Oskar.
Jednym susem znalazł się przy wrotach. Skrzypnęły, gdy je otwierał i ciężko poruszyły się w zawiasach. Oskar pchnął je i otworzył na rozcież. Szeroki pas światła słonecznego wpłynął do szopy. Oskar stanął w świetle słonecznym, przeciągnął się, a potem znikł nagle. Powrócił niebawem z dobrze zakorkowaną litrową butelką mleka w ręku.
– Teraz śniadanko pysznie będzie smakowało! – powtórzył, sadowiąc się wygodnie na sianie. Odwinął papier i wyjął ogromne pajdy wiejskiego razowego chleba. Z pomrukiem zadowolenia zatopił zęby w jednej z nich. Rasmus dojrzał na chlebie plasterki schabu, a schab na zimno był, zdaniem Rasmusa, najlepszą rzeczą na świecie.
Oskar najwidoczniej także lubił schab na zimno. Żuł, spoglądał z lubością na pajdę chleba i znów żuł. Rasmusowi aż nos zbielał z głodu. Starał się patrzeć w innym kierunku, lecz było to zupełnie niemożliwe. Jego oczy nieposłusznie powracały do kromki chleba i czuł, że ślina napływa mu do ust.
Oskar przestał żuć. Przekrzywił głowę i spojrzał zaczepnie na Rasmusa.
– Ty na pewno nie chcesz takiej zwykłej kromki chleba z mięsem – powiedział. – Tacy jak ty jadają chyba rano tylko kaszkę na mleku z rodzynkami? Zwykłej prostej pajdy chleba nie chcesz chyba?
Czy ktoś odmawia niebiańskiej rozkoszy, jeśli mu ją proponują?
– Owszem, proszę – odpowiedział Rasmus, głośno przełykając ślinę. – Owszem, proszę, jeśli można.
Oskar bez słowa podał mu kromkę chleba. Była wspaniale gruba i wspaniale długa i leżały na niej dwa duże kawałki schabu. Rasmus wpakował ją sobie do ust i ugryzł… o nieba, ten słony smak schabu zmieszany ze wspaniałym smakiem razowego chleba. Przymknął oczy i jadł.
– Mleko – powiedział Oskar.
Wówczas otworzył oczy.
Oskar podał mu blaszany kubek wypełniony po brzegi. Chłopiec zaczął pić głębokimi łykami. Zimno mu się zrobiło w żołądku i marzł jeszcze bardziej niż przedtem, ale to nie miało znaczenia. Pił, dopóki nie zostało ani jednej kropelki.

oskar-rasmus
Ilustrowała Maria Orłowska-Gabryś

– Jeszcze chleba? – zaproponował Oskar, podsuwając mu następną kromkę, długą jak pomost.
– Czy można? Nie będzie za wiele? Czy starczy?
– Ależ proszę cię bardzo – zapraszał Oskar. – Nie wszystkie baby na wsi są skąpe, a ta, która mi to dała, musiała przeczuć, że cię spotkam:
Siedzieli na sianie, milcząc, i jedli, dopóki nie zostało ani okruszynki. Wypili całe mleko, a Rasmus uczuł jeszcze większe zimno w żołądku.
– Dziękuję bardzo – powiedział syty i dygocący. – To było najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek jadłem.

 

Opublikowano Redakcja | Otagowano | 1 komentarz