Reblog z dyskusją. Pomnik polskich ofiar wojny w Berlinie

Krzysztof Ruchniewicz

Reblog  Po co jeszcze jeden pomnik w Berlinie?

Czy w Berlinie powinien powstać jeszcze jeden pomnik poświęcony ofiarom II wojny światowej? Chodzi o obywateli polskich, którzy cierpieli i ginęli podczas ostatniej wojny z rąk niemieckiego okupanta. Czy można poświęcić tylko jednej grupie narodowej (lub państwowej) osobny pomnik? Co z innymi pomysłami upamiętnienia, które pojawiły się już wcześniej? Czy nie powinno się postawić pomnika wszystkim ofiarom niemieckiej agresji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej?

Niechęć do pomników?

To prawda, że po 1945 roku w podzielonych Niemczech niechętnie stawiano pomniki ofiarom nazizmu z krajów okupowanych. Pewnego rodzaju wyjątkiem jest pomnik „Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty“, który odsłonięto w 1972 roku w Berlinie Friedrichshain1. Nie jest on jednak związany z upamiętnieniem ofiar nazizmu, a raczej oporu przeciw nim. Dzisiaj pomnik ten jest jedynie świadkiem historii i przykładem dawnej polityki historycznej. Także przebudowa niczego nie zmieni, bo jego symboliczne przesłanie jest jasno określone.

W połowie listopada 2017 roku grupa ponad 80 niemieckich osobistości wystąpiła z nowym / starym pomysłem budowy pomnika poświęconego zamordowanym polskim obywatelom, który miałby stanąć w centrum Berlina. Apel wystosowano do nowego Bundestagu2, trwa obecnie dyskusja na ten temat. W mediach przypomniano, że istnieje już inna inicjatywa upamiętnienia ofiar nazistowskiej okupacji Wschodu3, a pomnik ofiar holokaustu obejmuje także dużą część polskich ofiar4. Każda z tych propozycji jest ważna i godna podkreślenia, jednak moim zdaniem nie oddaje specyfiki problemu.

Vernichtungskrieg

Atak Niemiec hitlerowskich na Polskę w 1939 r., pierwszą ofiarę nowej wojny światowej, różnił się od dotychczasowych konfliktów. Od pierwszego dnia była to wojna zbrodnicza5. Celem była likwidacja polskich elit oraz podporządkowanie reszty społeczeństwa. Symbolem barbarzyństwa jest niewielkie miasto Wieluń, leżące wtedy na pograniczu polsko-niemieckim, które zniszczono niemal całkowicie z powietrza. Następne miesiące stały pod znakiem celowej eksterminacji (egzekucje w Lasach Piaśnickich na Pomorzu, podwarszawskich miejscowościach Wawer i Palmiry) i niszczenia polskiego majątku.

Rozpoczęto szeroko zakrojone przesiedlenia, które trwały całą wojnę. Do pracy przymusowej skierowano miliony obywateli polskich, także w obozach koncentracyjnych. Mimo istnienia silnego oporu, Niemcom udało się dokonać licznych akcji pacyfikacyjnych, mordów na ludności cywilnej. Siłą zdławiono powstanie w getcie w 1943 r., rozpaczliwą walkę resztki polskich Żydów, a w 1944 r. powstanie warszawskie. Podczas jego trwania wymordowano ponad 150 tys. cywilnych mieszkańców.

Zbrodnie ZSRR

Straty z rąk niemieckich nie były przy tym jedynymi. Dwa tygodnie po napaści niemieckiej do wojny przyłączył się ZSRR, który na ziemiach wschodnich Polski rozpoczął – podobnie jak wcześniej Niemcy – politykę eksterminacji i represji, która trwała do czerwca 1941 r. Aresztowania i deportacje objęły ok. 500 tys. osób. Symbolem zbrodni jest Katyń. Tam wiosną 1940 r. zabito strzałem w tył głowy kilka tysięcy Polaków. Stanowili oni część z 22 tysięcy oficerów i cywilów, o których rozstrzelaniu zadecydowało wtedy kierownictwo radzieckie. Warto pamiętać o zmieniającej się roli ZSRR w czasie wojny, w tym właśnie o latach współpracy między Hitlerem a Stalinem w 1939-1941 r.6

Propozycja budowy pomnika poświęconego polskim ofiarom niemieckiej okupacji w centrum Berlina odpowiada skali i znaczeniu w polskiej historii lat II wojny. W wyniku niemieckiego terroru prawie 6 mln. obywateli polskich straciło życie, w tym ok. 3 mln Żydów. Od początku ziemie polskie były laboratorium zbrodni na Żydach i Słowianach, którego „osiągnięcia” zastosowano po napaści na ZSRR.

Pomysłodawcy (wzniesienia nowego pomnika w Berlin – przyp. red. ) jako miejsce lokalizacji pomnika wskazują Askanischer Platz przed ruinami Anhalter Bahnhof. Przypomnijmy, że właśnie tu w 1940 r., okresie niemiecko-radzieckiego współdziałania, spotkali się Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow. Upamiętnienie polskich ofiar może poszerzyć wiedzę o przebiegu okupacji niemieckiemu społeczeństwu. Często bowiem ogranicza się ona do ofiar Zagłady, a pomija polskich obywateli innych narodowości i wyznania7.

Upamiętniać i przypominać

Wzniesienie pomnika jest potrzebne dla relacji polsko-niemieckich. Jak widać, wojna mimo upływu czasu odgrywa w nich nadal znaczącą rolę. Obiekt powinien jednak wyrażać dwie rzeczy, upamiętniać i przypominać. Po 1945 roku, w warunkach głębokich podziałów i wrogości, znalazły się w Polsce i Niemczech osoby, które mimo wszystko dążyły do nawiązania dialogu i pojednania. Ten aspekt powinen być także obecny w przestrzeni publicznej. Do dzisiaj w Niemczech nie ma miejsca pamięci, które byłoby poświęcone takim osobom. A przecież nie chodzi tylko o przypominanie zbrodni i ofiar, ale także o znaki pamięci, dające nadzieje i umacniające wiarę, że możliwy jest pokojowy, przyjazny byt narodów-sąsiadów. Mimo ciężaru historii, nie jesteśmy przecież skazani na konflikt.


Kochani Czytelnicy, przypisy do tekstu Krzysztofa Ruchniewicza znajdziecie na samym końcu tego wpisu. Na razie jeszcze sobie z autorem podyskutuję. Przeczytałam bowiem zreblogowany tu tekst z bardzo mieszanymi uczuciami. I to co najmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze nie lubię pomników i to z tak wielu powodów, że nie sposób ich wszystkich tu przytoczyć. Generalnie jestem zdania, że – oczywiście, musimy pamiętać, o tym co było, aby uczcić tych, których uczcić trzeba i przypomnieć o winie tych, których winy nie daje się zmazać. Ale znacznie ważniejsze wydaje mi się Pojednanie, a najważniejsze jest to, co dzieje się teraz i co zdarzy się w przyszłości. Najważniejsze jest to, że po 250 latach wrogości przez ostatnie 25 lat docieraliśmy krok po kroku do normalności. Zaczęło się od przebaczenia, poprzez likwidowanie uprzedzeń i resentymentów, po współpracę partnerską i dobrosąsiedzką, a zakończyło się przyjaźnią.

I groza mnie ogarnia na myśl, że możemy to wszystko zaprzepaścić wskutek politycznych przepychanek polsko-niemieckich, w których polska strona atakuje stronę niemiecką, a te posunięcia polityki zagranicznej są jednocześnie kolejnym sposobem zniewalania własnego wyborcy w kraju – bo podsuwają mu wroga zewnętrznego, rozdrapując jednocześnie ledwo co zaleczone rany i obiecując za to gratyfikację finansową. Oczywiście od wroga.    

Ale, po drugie, równie straszne mi się wydaje, że polityka niemiecka, która dokładnie wie, co się teraz w Polsce dzieje, zamiast twardo stanąć po stronie najważniejszych wartości europejskich – demokracji, tolerancji, otwartości i poczucia odpowiedzialności, podsuwa politykom polskim kąsek na ułagodzenie ich zajadłej i zapiekłej antyniemieckości. Po co? Bo Niemcy pragmatycznie już dawno rozpoznali, co my Polacy z przerażeniem przełknęliśmy dopiero 10 stycznia – że w Polsce nie ma żadnej opozycji, co oznacza, że sprawująca obecnie władzę formacja polityczna będzie rządziła przez najbliższych 10, 15 a może nawet 20 lat. I że w związku z tym trzeba z nią ustalić nowy model stosunków. Zaaranżować się!
PiS też to zresztą wie, stąd aktualna rekonstrukcja rządu, w której usunięto tych polityków, którzy najgorzej zapisali się w Niemczech i w Europie.

Obie strony porządnie odrobiły lekcję i mogą sobie teraz spokojnie spoglądać w przyszłość. A widomym znakiem odrobionych lekcji będzie pomnik na placu Askańskim w Berlinie. Pomnik postawiony ofiarom koszmarnej wojny w ponad 70 lat po jej zakończeniu. Czy to nie jest ironiczny grymas Historii? I naigrywanie się z ofiar?

Wolałabym, żebyśmy jakoś uhonorowali Pojednanie, List Biskupów, Bartoszewskiego, Mazowieckiego, żebyśmy postawili pomnik Bartoszewskiemu albo nazwali w Berlinie szkołę jego imieniem (to sugestie Krzysztofa Ruchniewicza i bardzo mi się podobają), żebyśmy zorganizowali więcej wyjazdów szkolnych dla młodzieży z Polski do Niemiec i z Niemiec do Polski, żebyśmy w każdej polskiej wiosce, w każdym miasteczku i w każdej dzielnicy w dużych miastach zorganizowali warsztaty demokracji i tolerancji… W takim kontekście ów pomnik wydaje mi się zorganizowanym z przyczyn merkantylnych czołobitnym pokłonem przed konserwatywnym antyeuropejskim nacjonalistycznym opartym na poczuciu krzywdy i tylko krzywdy pseudopatriotyzmem polskim.

PS.

Nie chcę dociekać, czy projekt nowego pomnika w Berlinie jest naprawdę inicjatywą oddolną grupy Niemców, którzy „tylko” znaleźli wsparcie ze strony polityków, bo szczerze powiem – nie wierzę w to. Uważam tę niemiecką narrację za element ugłaskiwania z kolei własnych wyborców. 


Przypisy do artykułu Krzysztofa Ruchniewicza:

  1. Zob. Rafał Żytyniec, „Pomniki polityczne ‚czerwonego Berlina’”, w: Siedlisko. Dziedzictwo kulturowe i tożsamość społeczności na Ziemiach Zachodnich i Północnych, nr 4/2007, s. 24-30; tenże, „Symbol myśli i czynu najlepszych sił obu narodów“ czy „historia polskiej walki z faszyzmem“? Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie-Friedrichhain (1965-1989), w: Historie wzajemnych oddziaływań, pod red. Roberta Traby, Berlin-Warszawa 2014, s. 125-172.
  2. Zob. Bartosz T. Wieliński, Niemcy chcą postawić pomnik Polakom zamordowanym podczas drugiej wojny światowej, „Gazeta Wyborcza“, 7.11.2017
  3. Zob. Peter Jahn, Erinnern! Aber woran?, „Die Zeit“, 22.11.2017.  
  4. Przykładowo zob. Gabrielle Lesser, Ein Museum der Okkupation tut not, „Jüdische Allgemeine“, 23.11.2017. Stefan Lehnstaedt, Ein Denkmal nur für polnische NS-Opfer? Das wäre ein falsches Signal, „TAZ“, 7.12.2017.
  5. Ostatnio: Jochen Böhler, Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce. Wrzesień 1939. Wojna totalna, Kraków 2009.
  6. Zob. Sławomir Dębski, Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939-1941, wyd. II poprawione, Warszawa 2007.
  7. Zob. Katarzyna Woniak, Niemiecka okupacja Polski w niemieckich podręcznikach szkolnych, w: „Fikcyjna rzeczywistość“. Codzienność, światy przeżywane i pamięć niemieckiej okupacji w Polsce, pod red. Roberta Traby, Katarzyny Woniak i Anny Wolff-Powęskiej, Warszawa-Berlin 2016, s. 281-307.
Reklamy
Opublikowano Krzysztof Ruchniewicz | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Przedruk: 60 lat temu na lotnisku Orly

Marek Hłasko, rys. Zbigniew Kresowaty

Urodził się 14 stycznia 1934 roku. W niedzielę miałby urodziny. Ale czy to ważne. Ten temat się tu pojawi. Był rok 1966. Napisał powieść, kultową, której przez 22 lata w Polsce nie wydawano, a mimo to wszyscy piękni dwudziestoletni mówili cytatami z tej książki. Chyba, że to Hłasko pisał tak, jak oni mówili. Ten temat też się tu pojawi. W tekście, na samym dole, znajdziecie najlepszą poradę dla pisarzy, jaką w życiu słyszałam.

Tekst za I wydaniem polskim, wyd. Alfa, Warszawa 1988.

Marek Hłasko

Piękni dwudziestoletni. Sznurowadełka, paseczki, krawacik

W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym, w lutym, wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy. Miałem przy sobie osiem dolarów; miałem dwadzieścia cztery lata; byłem autorem wydanego tomu opowiadań oraz dwóch książek, których wydać mi nie chciano. Byłem także laureatem Nagrody Wydawców, którą otrzymałem na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy.
I jeszcze jedno: zostałem uznany za człowieka skończonego i stwierdzone zostało ponad wszelką wątpliwość, że niczego już nigdy nie napiszę. Jak powiedziałem, miałem dwadzieścia cztery lata – ci, którzy pogrzebali mnie szybko z wprawą zawodowych grabarzy, byli ludźmi starszymi ode mnie o lat trzydzieści lub więcej. Adolf Rudnicki napisał kiedyś, że najmodniejszym kierunkiem w literaturze polskiej jest miażdżenie i niszczenie. Ten sam Adolf Rudnicki, kiedy wydrukowałem swoje pierwsze opowiadanie, zapytał mnie: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył? – „Dlaczego?” zapytałem. „Bo ja,” powiedział Rudnicki, „kiedy napisałem Szczury, moją pierwszą książkę, spotkałem Karola Irzykowskiego i Irzykowski spytał: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?”
Wysiadając z samolotu na lotnisku w Orly myślałem, że najpóźniej za rok będę z
powrotem w Warszawie. Dzisiaj wiem, że nie wrócę do Polski już nigdy; pisząc to jednak
wiem także, że chciałbym się omylić. Przez wiele lat nie mówiłem po polsku; żona moja jest
Niemką; wszyscy moi przyjaciele są Amerykanami lub Szwajcarami i z przerażeniem
zauważyłem, że począłem myśleć w obcym języku i tłumaczyć to sobie na polski! Wiem, że
to oznacza mój koniec; moi grabarze z Warszawy nie pomylili się. W tym zawodzie człowiek myli się najrzadziej.
Nie mówiłem nigdy nikomu o motywach, które skłoniły mnie do pozostania na
Zachodzie. Kiedy pytali mnie dziennikarze – odpowiadałem im najgłupiej jak tylko umiałem; wreszcie odczepili się ode mnie. Nie umiałem odpowiedzieć, dlaczego opuściłem mój kraj, ponieważ nie opuściłem go nigdy. Spróbuję jednak napisać o tym, dlaczego mieszkam w innym kraju, a właściwie w innych krajach: mieszkałem już w Anglii, Hiszpanii, w Niemczech, w Szwajcarii, Francji, Austrii, Danii, Izraelu i jeszcze paru innych.
Zacząłem pisać mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki
do czytania – tak, że stało się to moim drugim nałogiem. Szkoły nie ukończyłem; częściowo
na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez
nauczycieli. Nie jestem pewien do dzisiaj, czy między fizyką, algebrą i matematyką i chemią
zachodzi jakakolwiek różnica i nigdy się tego nie dowiem. Nie wiem, czy czterdzieści dziewięć da się w ogóle podzielić przez jakąś cyfrę; jęli się to w ogóle jakimś cudem uda, to na pewno nie mnie. Przez szkołę powszechną przepychałem się tylko dlatego, że nauczycielem matematyki był ten sam nauczyciel, który uczył języka polskiego. Kiedy w czasie wojny chodziłem do szkół sióstr zakonnych w Warszawie na Tamce, panował tam zwyczaj, że najgorszemu uczniowi przyczepiano olbrzymie ośle uszy z papieru; nosiłem je przez cały czas. Po wojnie, „jak wybuchła nowa Polska”, sytuacja moja polepszyła się nieco; nie potrzebowałem nosić oślich uszu – po prostu stałem sobie w kącie, odwrócony twarzą do ściany. W tych warunkach ciężko nauczyć się czegokolwiek; ale do ósmej klasy dawałem sobie jakoś radę, „jadąc” na wypracowaniach z polskiego.
Potem zaczęła się katorga. Ze szkoły ogólnokształcącej wyrzucono mnie za głupotę:
była to szkoła numer dwa imienia La Gauradii, potem – Marii Konopnickiej. Na wniosek
kuratora posłano mnie do poradni – nie jestem pewien, czy dobrze zacytuję nazwę –
psychotechnicznej czy coś takiego.
Kazano mi układać jakieś klocki, kazano mi do jakichś idiotycznych tekstów wpisywać brakujące słowa, zadawano mi szokujące pytania dotyczące moich rodziców i krewnych; wreszcie kazano mi się rozebrać do naga i uznano za niezdolnego do nauki w szkole typu humanistycznego; posłano mnie do szkoły handlowej we Wrocławiu – czy też do Spółdzielni Handlowej, wychodząc widocznie z założenia, że idioci niezbędni są w handlu;
być może chodziło tu o dobro kupujących. Nie wiem. Kariera moja skończyła się po paru lekcjach matematyki. W tym czasie utworzono w Warszawie Szkołę Techniczno-Teatralną; pojechaliśmy tam z moim bratem Józefem – przez trzy miesiące mój brat odrabiał za mnie zadania z matematyki, chemii i algebry, jednak na skutek tak zwanej waśni rodowej zaprzestał; wyrzucono mnie znowu. Była to dobra szkoła; mieściła się w gmachu YMCA w Warszawie i mieliśmy basen. Dyrektorem szkoły był – o ile pamiętam – Żmigrodzki, imponujący brodacz, który mógłby grać kapitana statku z opowiadania Conrada „U kresu sił”. Tam też poznałem Basię Świdzińską, ślicznego, rubensowskiego aniołka, i zapałałem ku niej uczuciem. Bez wzajemności.
Wróciłem do Wrocławia, gdzie zacząłem pracować i chodzić jednocześnie do wieczorowej szkoły rzemieślniczej; już nie pamiętam, dlaczego mnie wyrzucono. Wtedy zacząłem grać w klubie sportowym jako środkowy napastnik. Nie byłem utalentowanym graczem, ale na boisku odznaczałem się zwierzęcym okrucieństwem. Jak w tym opowiadaniu Capka, przed każdym meczem sekretarz klubu wzywał mnie, mówiąc: „Hłasko – jeśli nie skosisz przynajmniej dwóch, zostaniecie usunięci z
klubu dyscyplinarnie”. W tymże klubie sportowym nauczyłem się również grać w pokera; tamże poznałem Tadka Mazura, który był „bratankiem” jednego z pisarzy nie ulegającego w sposób przesadny wdziękom kobiecym. Tadek sam próbował pisać; przychodziłem do niego i w ten sposób poznałem jego „wuja” – był to pierwszy człowiek piszący, którego poznałem osobiście. Tam też poznałem „Kape” – innego kolegę, który był potem naszym lewym napastnikiem i który umiał kopać przeciwnika najpierw w piszczel, a padającego już – w twarz. Kape – to strzał prawą lub lewą stroną buta; oczywiście zewnętrzną. Kape potrafił tak kopnąć przeciwnika, że sędzia nie mógł tego zauważyć. Był przy tym bardzo grzeczny: zawsze podnosił skopanego i kłaniał się sędziemu. Widziałem potem podobnego gościa: był to bokser wagi lekkiej, Debisz z Łodzi. „Gentelman ringu”; potrafił w mgnieniu oka uderzyć jednocześnie poniżej pasa i doprawić łokciem w łuk brwiowy; po czym ze skruszoną miną kłaniał się sędziemu. Wygrywał dziewięćdziesiąt procent walk przez techniczne K.O.
Tadek, Kape i ja chodziliśmy co niedziela do Hali Stulecia we Wrocławiu, gdzie odbywały się mecze bokserskie. Nie dysponując jednak funduszami chodziliśmy przez dach, co nie wykluczało utraty życia. Gospodarzem hali był wtedy sędzia Mikuła – atletyczny grubas, który wyrzucał nas kopniakiem; potem jednak polubił nas wszystkich za fanatyzm i wpuszczał nas bez biletów. Naszym ideałem był wówczas Ryszard Waluga – chyba z IKS
Wrocław.
Był to dobry figber o silnym ciosie i świetnej technice; potem jednak kochaliśmy wszyscy Kaspereczka „Laleczkę”, naszego pierwszego powojennego Mistrza Europy. Chodząc na mecze poznałem – z daleka – dwóch innych pisarzy. Jednym był Staś Dygat, siedzący zawsze w pierwszym rzędzie z miną pełną dezaprobaty; a w czasie mistrzostw Polski w roku 1949 ujrzałem „Strasznego Józia” Prutkowskiego. Widziałem wtedy najpiękniejszą walkę mojego życia: Antkiewicz – Bazarnik w piórkowej. Ale ideałem naszym był „Tolek”. Żeby zobaczyć walkę Tolka z Czechosłowakiem Tormą jechaliśmy, weszliśmy na salę i bez biletów wróciliśmy do Wrocławia.
My wszyscy: Tadek, Tolek i ja żyliśmy z pokera, grając – jak to się mówiło – na RGO. Pomału interesy zaczęły się psuć: za hazard usunięto nas z klubu; Tadek poszedł do
więzienia, a ja z Kapem wzięliśmy się za bandytyzm. Pierwszą poważną pracę przeprowadziliśmy w szkole handlowej; o możliwościach tej imprezy poinformował nas inny kolega klubowy, „Kaczor”.
Kaczor wybił, niby to niechcący, okno w szatni szkolnej wychodzące na sąsiednią ulicę. Następnego dnia Kape czekał już tam, a ja wziąwszy teczkę wszedłem z innymi uczniami do szatni i ukryłem się za paltami. Byłem wtedy chłopcem małym, o szczerym
spojrzeniu Słowianina, który kłamie. Lekcja się zaczęła; woźny zamknął szatnię na klucz, a wtedy ja wybierałem co cenniejsze sztuki z garderoby i podawałem je Kapemu; potem wyszedłem przez okno z garderoby i już po godzinie sprzedaliśmy wszystko na Placu Biskupa Nankiera, gdzie mieścił się czarny rynek. Dowiedzieliśmy się pewnego dnia, że w drugim ogólnokształcącym gimnazjum, przy ulicy Stalina, odbędzie się zabawa szkolna i że
będzie tam porucznik UB, który kochał się w jednej z uczennic. Wierzyliśmy głęboko, że
porucznik zostawi pistolet w szatni, a ja już tam byłem. Broń przydała nam się parę razy,
potem jednak Kape upił się i zgubił pistolet i rozwiązaliśmy spółkę.
Skończyłem wtedy szesnaście lat i ustawowo, jako nie uczący się, musiałem zacząć pracować. Pracowałem jako pomocnik szofera w PPB; potem w firmie „Paged”, w bazie
Bystrzyca Kłodzka. Napisałem o tym książkę; wiele lat później Krzysztof Toeplitz, w swym
artykule „Święci Młodziankowie”, napisał, że jest to opowieść o ludziach, jak to sobie wyobraża mały Mareczek. Pytano mnie wielokrotnie, czy rzeczywiście było tam tak, jak o
tym napisałem. Nie, nie było tak. Było o wiele gorzej: wstawaliśmy rano o czwartej, a o
dziesiątej wieczór kończyliśmy rozładunek na stacji; potem jechało się jeszcze czterdzieści
kilometrów do domu, co przy samochodzie typu GMC z przyczepą, po górskich drogach,
zabierało około dwóch godzin.
Potem jeszcze gotowaliśmy sobie jeść, a potem dopiero kładliśmy się spać.
Niedziel i świąt nie było; pod koniec miesiąca kierownik bazy w Bystrzycy Kłodzkiej
oświadczał nam, że wyrobiliśmy około czterdziestu, czasami około czterdziestu pięciu
procent normy. Pracowałem tam stosunkowo niedługo; odszedłem, gdyż groziło mi więzienie za sabotaż i jeden wypadek złamania kręgosłupa; zresztą ten też zdaje się umarł już w szpitalu, gdyż nie byliśmy w stanie odtransportować go natychmiast; nasze samochody przystosowane były do wozu kłonic, więc nie można go było położyć.
Zarabiałem wtedy około siedmiuset złotych miesięcznie.
Tadeusz Konwicki powiedział mi: to nie jest książka, to jest western. Miał rację. Nigdy nie mogłem zrozumieć, na czym polega nieszczęście literatury polskiej. Logicznie rzecz biorąc, mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo – czegóż jeszcze trzeba na Boga? Żyjąc w Izraelu, mieszkałem z najgorszymi szumowinami, nigdy jednak nie spotkałem ludzi tak zrozpaczonych, zwierzęcych i nieszczęśliwych jak w Polsce. Genezą westernu jest obsesja sprawiedliwości: samotny człowiek, który musi niszczyć zło i przemoc. To nieważne, że robi się tysiące szmir, ale Jesse James, Earp i inni szybkoręcy są postaciami prawdziwymi. Taką
postacią mógłby być komunista; człowiek który wprowadza ład i spokój w spalonym kraju i wśród ludzi zdeprawowanych nieszczęściami – gdyby o to chodziło commies. Wśród tysięcy śmieci, które przeczytałem o commies, nie spotkałem takiego człowieka. Tylko jeden Jerzy Andrzejewski pokazał komunistę: to Podgórski z Popiołu i Diamentu.
Podgórski sądzi człowieka, który był kapo w więzieniu, ale ten pierwszy pojedynek
przegrywa. Jest jeszcze człowiekiem; w parę lat później stałby się prawdopodobnie majorem z arcydzieła Andrzeja Mandaliana. Lub sędzią Gletkinem z Koestera. Ale
najprawdopodobniej Rubaszowem którego sądzi Gletkin.
Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw commies. Tak długo jak oni popełniają
świństwa, a ja mogę o tym pisać – wszystko jest dla mnie O.K.
Jestem tylko świadkiem w procesie oskarżenia; sprawa jest dla mnie obojętna, byleby
proces był ciekawy. To wszystko. Życie które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją
opowiem, to już moja sprawa. Jedynie o to mi chodzi.
Pisząc to, zapytałem jednego ze swych przyjaciół, czy mam rację mówiąc, że my,
Polacy, mamy wszystko co trzeba, żeby dobrze mówić. Powiedział, że nie; powiedział, że
Polacy są zbyt zmęczeni i ogłupieni; i zbyt zrezygnowani. Nie rozumiem; czy chirurg ma
prawo do zmęczenia, jeśli przywiozą mu kogoś, kogo trzeba operować. Nie wiem. Pamiętam, że stojąc kiedyś z Pawłem Hertzem w barze, skarżyłem się kiedyś na kłopoty, na brak pieniędzy, na trudności z redaktorami. Hertz spojrzał na mnie z niesmakiem.
Powiedział: „O ile dobrze pana zrozumiałem, pan chce się zająć pisaniem. To nie jest
zajęcie przyjemne ani dla pana, ani dla ludzi, którzy będą pana czytać. Czegóż pan oczekuje?”
Odwrócił się wzruszywszy uprzednio ramionami; nasza rozmowa była zakończona.
Więc odszedłem wtedy z lasu i wróciłem do Warszawy; zacząłem pracować w firmie
„Metrobudowa”. Pracowałem jako ładowacz; po jakimś czasie zacząłem pracować w dziale
zaopatrzenia. Była to świetna praca; po prostu chodziłem po mieście z zamówieniami na
części samochodowe do rozmaitych firm i tam przybijano mi pieczątkę: CZĘŚCI BRAK.
Potem szło się do tak zwanego sektora uspołecznionego – czyli do małych wytwórni
rzemieślniczych. Jedyna różnica między sektorem państwowym a uspołecznionym polegała na tym, że w państwowym przybijali pieczątkę: CZĘŚCI BRAK, a w uspołecznionym – CZĘŚCI NIE MA. To wszystko. Wtedy robiło się tak zwany „protokół konieczności zakupu”, który podpisywali kierownik zaopatrzenia, kierownik rady zakładowej i sekretarz partii oraz kierowca unieruchomionego samochodu, jak również kierownik warsztatu. Potem ja brałem
butelkę wódki i jechałem do znajomego magazyniera z innej firmy, który mi dawał brakującą część.
Następnie szedłem do sklepu komisowego na Chmielnej, gdzie część tę zastawiałem, mój wspólnik przychodził za godzinę i wykupywał; potem urządzaliśmy przyjęcie towarzyskie. Był to mój własny system: wtedy nauczyłem się myśleć dramatycznie.
Któregoś dnia przyszła jakaś starsza baba i wezwał mnie kierownik bazy.
– Do partii należysz?
– Nie.
– Do TPPR?
– Nie.
– Do Związków Zawodowych?
– Nie.
– To będziesz korespondentem robotniczym.
Ta straszna baba była z Trybuny Ludu. Trybuna Ludu miała swoich tak zwanych „korespondentów terenowych”, którzy pisali o tym, że brakuje części zamiennych, że
samochody mają zbyt długie przestoje, ponieważ jest zbyt mało pomp benzynowych, które w dodatku nie są automatyczne, i o tego rodzaju sprawach. Pewnego dnia wezwano mnie do Trybuny Ludu. Dostałem nagrodę; była to powieść Anatola Rybakowa pt. Kierowcy. Tej nie zapomnę. Była to pierwsza socrealistyczna książka, jaką przeczytałem; muszę przyznać, że wpadłem w osłupienie. Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem.
Z „Metrobudowy” wyrzucono mnie. Nie mogłem znaleźć pracy; za dużo było kierowców, za mało wozów. Trybuna Ludu wsadziła mnie do Warszawskiej Spółdzielni Spożywców; kiedy zorientowałem się, że jestem konfidentem policji, było już za późno.
Praca w WSS była bardzo ciężka; baza mieściła się przy ulicy Sokołowskiej – ja mieszkałem tuż przy Marymoncie. O czwartej rano musiałem już być „na bazie”, jak to się mówiło; wstawałem często o drugiej i maszerowałem przez Powązki. Szedłem śpiąc: można nawet i tak. Potem zaczynał się koszmar; silnik nie chciał zaskoczyć; trzeba się było kłaść pod karterem z zapaloną lampą benzynową, gdyż gorąca woda grzana dla nas przez nocnych
kierowców pomagała tyleż, co wyskakującemu bez spadochronu odmawianie pacierza.
Wreszcie jechało się na „Zieleniak” – tam już czekali chłopi-badylarze, którzy jechali
przez noc; Warszawa musiała mieć o siódmej rano warzywa. Jechaliśmy zawsze w czterech: ja, mój pomocnik, konwojent i ładowacz. Konwojent płacił chłopu gotówką, warzywa dzielono na trzy kategorie.

Kategoria pierwsza była płatna najwyżej: konwojent wypisywał chłopu kwit na pierwszą i płacił za trzecią. Chłop nie miał wyboru; nasi konwojenci mieli z WSS umowę z
konwojentami MHD. Jeśli chłop nie chciał sprzedać – nie kupił nikt i musiał wracać do domu i wyrzucić warzywa. Zmowy tej nikt nie złamał: ani nasi z WSS, ani tamci z MHD; za to groziła, jak to nazywają gazety, „rozprawa nożowa”. Bardzo słuszna nazwa.
W ten sposób dorabiało się nieco na bloku; kiedy wracaliśmy około godziny siódmej
na bazę – czekała tam zawsze policja i sprawdzała, czy nie jesteśmy pijani; to już punkt
zahaczenia. Zajęcie ich o tyle pozbawione było sensu, że kierowca WSS – jak powiadają
chłopi – „nie mieli prawa” być trzeźwi. W tym celu zakupowano wódkę, którą wręczało się
policjantom czekającym „na bramie”. Tak robiliśmy my, kierowcy z Zieleniaka. Kierowcy z
Ząbkowskiej, czyli monopolowi, dawali sobie radę na swój sposób. Wódkę ciężko jest ukraść, w wypadku stłuczenia butelki należy pokazać szyjkę z zalakowaną główką i załączyć
protokół zniszczenia; ale na to szkoda było czasu. Nabywało się więc strzykawkę lekarską z igłą do zastrzyków domięśniowych; wyciągało z każdej butelki setkę wódki i uzupełniało wodą.
Potem przeniesiono mnie z Zieleniaka na „rzeźnię”. Tam najciężej było kraść; ale
kradło się i tam. Po wjeździe na wagę kierownik wpisywał wagę wozu, potem jechało się na
halę okrężną drogą. Ja stawałem i mówiłem do pomocnika: „Zdzisiek, spuszczaj wachę”.
Pomocnik kładł się pod wóz i otwierał kurek chłodnicy: w ten sposób wóz kładł się lżejszy o
dwadzieścia kilo – tę różnicę inkasowaliśmy w mięsie. Potem, tuż za bramą rzeźni, nalewało się znów wody. Wreszcie ci z rzeźni się skapowali’ wtedy spuszczało się benzynę. Gdzie „odpalało” się mięso – dwadzieścia kilo – pozostanie moją tajemnicą.
Przekleństwem naszym, kierowców z WSS, była tak zwana „akcja ziemniaczana”.
Jechało się wtedy po kartofle na wieś; ale kartofli sprzedać nie było komu. My, warszawscy
kierowcy, i tu znaleźli kolorowego ptaka. Jechało się „na akcję” w kilkanaście wozów; lepsze wozy ciągnęły słabsze; licznik wybijał kilometry, a potem benzynę sprzedawało się taksówkarzom prywatnym. Miałem wtedy osiemnaście lat; pisząc o tym dzisiaj, nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą ci, którzy mnie do tego zmusili. Pracując po czternaście godzin dziennie, włącznie z niedzielami i świętami, zarabiałem około siedmiuset złotych miesięcznie. Nie miałem mieszkania, mieszkałem na korytarzu. Pierwsze ubranie sprawiłem sobie mając dwadzieścia dwa lata. Dzisiaj niepotrzebne mi nawet i ubranie, i tak nie mam dokąd iść.
Siła commies polega na tandecie ich ideologii; robotnik niemiecki oblicza sobie, że z chwilą kiedy majątek Thyssenów czy Kruppów zostanie upaństwowiony – jego dochody
wzrosną o tysiąc procent. Siała commies polega na fantastyczności zjawiska. Gdybym powiedział robotnikowi niemieckiemu, że pracując czterysta dwadzieścia godzin w miesiącu mogłem sobie kupić za to kiepską parę butów – wzruszyłby ramionami i odszedł. I teraz, gdybym powiedział swojemu pomocnikowi: „Zdzisiek – niemiecki kierowca może w ciągu roku kupić sobie samochód; za swoją miesięczną pracę cztery ubrania; może pojechać do Włoch na urlop” – dostałbym w zęby tak, jak nigdy jeszcze nie dostałem. Dziennikarze niemieccy zawsze mówili do mnie: „Niech pan nie zapomina o tym, że to oni pierwsi weszli na niebo”. Nie jestem inżynierem; ale wydaje mi się, że o sukcesie technicznym można mówić tylko wtedy, jeśli zna się koszty inwestycji. Jeśli kosztem tysięcy drzew wyprodukuje się tysiąc wykałaczek, to wtedy jest tylko zabawa. Kennedy czy Johnson musi się wykłócać z Kongresem o każdy grosz, który idzie na space-action; naród amerykański zna te cyfry z
prasy i telewizji; przez lata śmieli się siedząc przy telewizorach i obserwując pociski
spadające po trzech sekundach lotu.
Nie wiem, ilu ludzi zamęczono i zlikwidowano, zanim Gagarin ukazał światu swoją twarz; i nie wiem, ile było nieudanych prób. Dopóki nie dowiem się tego, nie będę umiał się cieszyć sukcesem moich kapryśnych braci.
A wtedy, w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim, nie myślałem jeszcze o tym. Myślałem o zupełnie innych rzeczach tego dnia, kiedy stałem w Pałacu Mostowskich, a dyżurny milicjant powiedział do mnie:
– Paseczek. Sznurowadełka. I krawat.
– Nie noszę krawatu – powiedziałem i podpisałem kwit.
Mistrzem mojej młodości nie był Hemingway ani Jerzy Andrzejewski. Był nim Tadeusz Barwiński, oficer Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Jak powiedziałem, pracowałem w Warszawskiej Spółdzielni Spożywców jako kierowca skierowany tam przez kierownika wydziału korespondentów terenowych Trybuny Ludu. Był to rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty drugi. W owych czasach, w każdym dużym przedsiębiorstwie, był tak zwany „Samodzielny Wydział Wojskowy”; kiedy indziej nazywało się to: „Samodzielny Wywiad Ochrony”; i jeszcze inaczej. Była to komórka Urzędu Bezpieczeństwa; referent – taki
był tytuł tego bezpieczniaka – miał swoich kapusi wśród pracowników odnośnego urzędu,
którzy dostarczali mu informacji o ludziach; a on już wiedział, co z tym robić dalej.
Pewnego dnia około godziny siódmej po południu kiedy – jak to się mówiło – „zjechałem” na bazę, dyspozytor powiedział do mnie:
– Masz iść do „samodzielnego”.

– Pracujesz dziś na noc? – zapytałem go.
– Tak. Do szóstej.
– Jeśli nie wrócę, powiedz mojej matce.
– Gdybyś miał nie wrócić, zgarnęliby cię z domu – powiedział.
Gdybym w owych czasach czytał Hemingawaya, odpowiedziałbym mu: To jedna z tych rzeczy, których się nigdy nie wie. Powiedziałem jednak tylko: „Bóg to jedyny wie”.
Poszedłem. Siedział tam mały facet w okularach; drzwi były obite skórą; chodziło pewnie o to, aby w przesłuchaniu wywołać nastrój grozy. Wszystko jak w kiepskich filmach.
Kiedyś widziałem taki film, czy może czytałem książkę:
– Czy wiesz, co to jest – zapytał Sean, biorąc ze stołu leżącą tam łyżeczkę do herbaty.
– Srebro – powiedział Jack. – Kupiłeś to od Hary-Konia. To z tej roboty na 77 Street. Można tym mieszać herbatę. Dajesz bardzo kiepską herbatę, Sean. Czy taką pijają u was w
Dublinie?
– Nie tylko taką – rzekł Sean uśmiechnąwszy się krzywo. – Dostaniesz dobrą w takiej jednej, która nazywa się „Dirty Dick”. A co do łyżeczki, to można nią także wyłupać oko.
Tego krzyku Treppengelander już nie zapomni.
Albo inaczej:
Strzał z czterdziestki piątki szczeknął krótko, a ja strzeliłem jej prosto w brzuch, myśląc: Micky, tam przecież siedzi twoje dziecko. Ale nie mogłem inaczej; Chryste Panie – naprawdę nie mogłem inaczej. Pomyślałem o tym, jak Nick szedł na fotel, i o jego wystrzyżonej głowie, którą mu ostrzygli, aby lepiej przylegała elektroda. Gdyby nie Nick,
może mógłbym inaczej. Ale nie mogłem; przechyliłem się na nią i widziałem konające
światło w jej oczach.
– Jak mogłeś – szepnęła.
Milczałem przez chwilę, potem rzekłem:
– To nie było wcale takie trudne.
Może zresztą nie cytuję dokładnie. Nie o to jednak chodzi. Ze mną nie było aż tak zabawnie. „Samodzielny” kazał mi usiąść.
– Jak się nazywacie?
– Marek Hłasko.
– Urodzony?
– Czternasty, pierwszy, trzydziesty czwarty.
– Gdzie?

– W Warszawie.
– Ojciec.
– Maciej.
– Zawód.
– Adwokat.
„Samodzielny” zdziwił się.
– Adwokat?
– Adwokat.
– Żyje?
– Nie.
– Matka?
I tak dalej i tak dalej. Wreszcie powiedział:
– Wy zostaliście tutaj skierowani przez Trybunę Ludu?
– Tak.
– Jako korespondent terenowy?
– Tak.
– Dlaczego przestaliście pisać?
– Pracuję po czternaście godzin na dobę. Nie mam kiedy.
– Nie potrzebujecie więcej pisać – powiedział „Samodzielny”. – O wszystkim będziecie
mówić mnie.
– O czym?
Teraz zaczyna się Mike Hammer. Może zresztą Lord Lister, czyli tajemniczy
nieznajomy. We wszystkich tych książeczkach zawsze było: „czyli”. Lord Lister – czyli
tajemniczy nieznajomy. Ken Manyard – czyli mściciel prerii. Jerzy Rolkicz – czyli szesnastoletni chłopiec wśród Tbugów. Ale najlepszy był Lister.
Moja matka, która kazała mi czytać, wepchnęła mi kiedyś Żeromskiego: miałem wtedy
dziesięć lat. Przeczytałem zdanie: „Śnica zapuścił sępie spojrzenie swoich źrenic na jej
duszę.” Poczułem się zwolniony na zawsze od obowiązku czytania Żeromskiego; wziąłem
pełne wydanie Mortkowicza i zaniosłem na ulicę Ciepłą, gdzie był warsztat naprawy lalek i
jednocześnie antykwariat; zamieniłem komplet Żeromskiego na Lorda Listera i o tym drugim który zawsze mówił: „Już nie pamiętam jak się nazywał ten szybkoręki”. Dostałem od matki pasem, który został jeszcze po moim dziadku, dziadek był komendantem Straży Pożarnej Miasta Stołecznego Warszawy, a wszyscy wiemy, że pasy strażackie są najszersze i mają najwięcej miedzianych sprzączek.

Mike wyjął pistolet.
– Wiecie, co to jest?
– Wiem.
– Co?
– Radziecki pistolet TT.
– A skąd to wiecie?
– Widziałem to na filmie z Pawłem Kadożnikowem. Paweł Kadożnikow był radzieckim wywiadowcą i musiał zabić niemieckiego szpiega. Wyciągnął pistolet i powiedział: „Mocą i prawem danym mi przez ojczyznę…”
„Samodzielny” przerwał mi:
– Macie narzeczoną?
– Mam.
– Jak się nazywa?
Powiedziałem. I tak bredziliśmy przez dwie godziny; a on wychodził i zostawiał pistolet na stole; wracał i znów wychodził: to było śledztwo psychologiczne. W końcu podpisałem protokół, że mam narzeczoną Wandę, i że pistolet typu TT jest mi znany tylko z
filmu; że byłem napastnikiem w klubie; i tak dalej, i tak dalej. Kiedy dzisiaj to piszę, samemu nie wydaje mi się to zbyt prawdopodobne. Ale wtedy, przy podpisywaniu protokołu, pomyślałem sobie: Poczekaj synu. Niech ja się przynajmniej dowiem, jak cię ochrzcili.
Protokół musi być podpisany przez przesłuchiwanego i przez prowadzącego śledztwo.
Nazywał się Tadeusz Barwiński.
Aresztowano mnie w parę dni później za odmowę współpracy. Argumentacja oficera
policji – tym razem odbywało się to w Pałacu Mostowskich – była prosta: ponieważ pracuję w firmie powszechnie znanej ze złodziejstwa, muszę wiedzieć, co się tam dzieje; ponieważ
odmawiając współpracy zapobiegam tym samym wykryciu faktów sabotażu gospodarczego, podlegam karze z artykułu i tak dalej i tak dalej. Wtedy właśnie zdjąłem paseczek, krawacik i sznurowadełka; Polacy lubią eufemizmy. Nic nie mogę na to poradzić; nie pytano mnie o radę przy urządzaniu Państwa Polskiego.
W więzieniu zawsze jest wesoło, jeśli się do tego podejdzie w sposób właściwy. Wszyscy są zawsze niewinni; wszystko to jest omyłką, która się niedługo wyjaśni. W więzieniu w Palermo spotkałem człowieka, który zabił narzeczoną i jej matkę; spodziewał się
zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Monachium siedziałem z facetem, który dokonał
siedemnastu rabunków; spodziewał się zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Jaffie

zaprzyjaźniłem się z człowiekiem trudniącym się przemytnictwem narkotyków od czasu
powstania państwa Izrael; spodziewał się zwolnienia za parę dni.
W ogóle nie jest tak źle, jeśli tylko zaufa się szaleństwu. Mieszkając w Warszawie,
byłem stałym gościem komisariatu przy ulicy Bednarskiej za opilstwo i bójki towarzyskie. Po jakimś czasie miałem już tam przyjaciół wśród milicjantów i sypiałem nie „na deskach”, lecz w dyżurce, a rano odwozili mnie do domu. Był to najprzyjemniejszy komisariat w
Warszawie, tam lądowali wszyscy wychodzący z „Kameralnej” i z „Krokodyla”.
W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym odbywał się Festiwal Młodzieży; przyjechał wtedy teatr Bim-Bom ze Zbyszkiem Cybulskim. Spotkałem Romka Polańskiego
przed wejściem do teatru; Romek miał bilet, ale nie chciano go wpuścić, ponieważ
naładowało się mnóstwo publiki bez biletów i sala była przepełniona. Polański tak długo
upierał się, żeby wejść i pokazywał przy tym swój bilecik, aż wreszcie zabrali go dwaj
policjanci z „jedynki”. Byli to jednak policjanci nowi i nie znali mnie. Polańskiego prowadzili między sobą, a ja szedłem za nimi. Romka zamknięto, a ja poszedłem do mojego sierżanta, który mnie zwykle pozbawiał paseczka.
– Puść go – powiedziałem.
– To twój kumpel?
– Tak.
Polańskiego wypuścili; nabyliśmy litr wódki i razem z Romkiem, jego dziewczyną i
tymi samymi policjantami, którzy go przed dziesięcioma minutami aresztowali, udaliśmy się w pobliskie gruzy celem konsumpcji.
Potem nabyliśmy jeszcze dwie butelki; nie wiem dlaczego przyszła mi ochota, aby deklamować Apokalipsę. Milicjanci patrzyli na mnie, mówiąc od czasu do czasu:
– Panie Mareczku – ostrożnie, ostrożnie…
Miotały nimi sprzeczne uczucia: z jednej strony chcieli bawić się dalej, z drugiej – nie
wiedzieli, czy Apokalipsa jest tekstem wrogim czy też nie. Ta sytuacja, że człowieka zupełnie niewinnego wypuszczają za poręczeniem alkoholika – wydaje mi się świeża, dlatego o tym piszę.
Jak powiedziałem: szaleństwo jest jedyną rzeczą, której można zaufać. We Włoszech
zaaresztowano mnie za strzelaninę; chciałem w przystępie szaleństwa zabić jednego pana,
który mi powiedział, że nie zabija się sześciu milionów ludzi bez powodu – rozmawialiśmy o Żydach. Na drugi dzień sędzia śledczy zapytał mnie:
– Pan go chciał zabić?

– Tak – powiedziałem. – I chciałem zobaczyć włoskiego sędziego, który skaże mnie za
to, że chciałem obronić pamięć sześciu milionów zamęczonych ludzi.
Popatrzył na mnie przeciągle; oddał mi moje rzeczy; znów popatrzył na mnie i oddał
mi broń. Lektura faktów z życia Napoleona może się przydać nawet w sprawach bagatelnych.
Nie wiem, czy mój włoski sędzia nie był odpowiednikiem naszego Rzeckiego; wiem tylko, że zniszczył akta sprawy.
W Pałacu Mostowskim nie siedziałem długo. Pomyślałem sobie: potrzymają cię do
śledztwa, a potem dostaniesz swojego piątaka. To nieważne, że nikt nie będzie wiedział
dlaczego: wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien a kto nie; chodzi o
to, aby mieć winnego.
Nie czytałem wtedy jeszcze Koestlera, gdzie sędzia śledczy prowadzi długie, serdeczne rozmowy z gościem, którego chce zlikwidować. Nie czytałem jeszcze wtedy Orwella, gdzie Wielki Brat ma zeza widlastego; nie czytałem nawet Krywickiego. Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie. Commies przekroczyli tą granicę: kiedy Jeżow likwidował Jagodę, powiedział zebranym członkom GPU, że znany jest mu fakt, iż Jagoda pracował dla Ochrany. Nikt nie zaprotestował; w czasie kiedy istniała Ochrana, Jagoda miał dwanaście lat. Pomiędzy tymi, tam z GPU byli na pewno ludzie, którzy walczyli przeciw Kołczakowi, Denikinowi i Piłsudskiemu. Kiedyś byli odważni; ale nikt nie wstał i nie
powiedział, że dzieci mając do wyboru jazdę na hulajnodze albo rozmowy z urzędnikami –
wolą jednak hulajnogę. Commies przekroczyli tę granicę: stworzyli świat fantastyczny, w
który nie można uwierzyć. To ich siła.
Ja wtedy, w Pałacu Mostowskich, powiedziałem sobie: Balzak ci nie pomoże. Żeromski też nie; ale pomoże ci Lord Lister. W ten sposób zostałem konfidentem policji pracującym pod kryptonimem „Wanda”. Wanda to imię mojej dziewczyny; uważałem, że tak będzie zabawniej.
Poszedłem do mojego dyspozytora na bazę.
– Przenieś mnie z Zieleniaka – powiedziałem.
– Dlaczego?
– Nie chcę nic wiedzieć.
– Chcesz iść na rzeźnię?
– Nie. Znam rzeźnię.
– Na monopol?

– Znam i monopol.
Byliśmy sami.
– Zrobili cię za psa? – zapytał.
– Tak.
– Poczekaj – powiedział. Przeniosę cię na opla-blitza 167. To taki wóz, że się go codziennie ściąga z miasta. A ja powiem chłopakom, że jesteś lewy.
– Powiedz im.
Mój opel-blitz nie zawiódł mnie nigdy; już za bramą wysiadało mi sprzęgło; drugiego
dnia – karburator. Pojechałem do warsztatu; majster wiedział o wszystkim – oddaliśmy
karburator do naprawy. Trwało miesiąc; potem było delko; potem sprzęgło; potem spalał trzy razy tyle benzyny, ile powinien – odstawialiśmy go do eksepertyzy. Ja chodziłem po „bazie” i nie wiedziałem nic.
Od czasu do czasu zjawiało się u mnie dwóch facetów wyglądających jak łapsy z filmu. Już nigdy chyba nie dowiem się, czy ci w filmach wyglądają tak jak ci w życiu, czy też ci w życiu wyglądają jak ci z filmu.
Kiedy w Londynie chodziłem na body-bulding, widziałem treningi zawodowych średnich. Było tam dwóch managerów, którzy wyglądali tak jak ci z „The Champ” i ci z „The
Golden Boy”. Nosili meloniki i kamizelki; palili cygara, od czasu do czasu jeden do drugiego mówił: Harry is over the bill. Potem pluł; potem to samo mówił drugi.
Ci moi dwaj mówili: „Oj, bo się pogniewamy”. Nigdy nie dodawali niczego więcej, a
potem zaczęła się największa zabawa w moim życiu.
Trzeba było przekroczyć tę granicę wstydu. Mój pomocnik zaprosił mnie kiedyś na imieniny do swojej siostry. Było nudno: w samym centrum zabawy ukradliśmy patefon,
wynieśliśmy go na schody, a potem wróciliśmy i wraz z innymi gośćmi czyniliśmy
bezskuteczne poszukiwania. Milicjanci przenieśli mnie z WSS do MHD i tam rozpocząłem
swoją działalność pisarską uskrzydlony myślą, że jestem jedynym na świecie konfidentem a’rebours. O partyjnych pisałem, że są dwulicowi i że pragną powrotu ustroju kapitalistycznego; o ludziach, którzy mówili źle o Gospodarzu – pisałem, że są szczerymi
demokratami kochającymi Ziutka Słoneczko i tak dalej. Donosy pisałem regularnie;
dzwoniłem w tym celu do komendy głównej i podając swój kryptonim prosiłem, aby połączyć mnie z porucznikiem Jankiem – to jeden z moich łapsów. Narobiłem im strasznego burdelu; nie połapali się nigdy. Nie moja wina: sami tego chcieli.
W tym czasie zacząłem już pisać; kiedyś spotkałem Tadka Mazura, który przypadkowo znajdował się na wolności, i powiedziałem mu, że zacząłem pisać. Tadek
powiedział, abym mu pokazał. Wziął i poszedł do swojej cioty; ta ciota powiedziała mu, abym spróbował napisać coś dłuższego. Nie miałem jednak gdzie; poprosiłem moją matkę, aby posprzątała kuchnię i w trzy noce napisałem dwustronicową powieść. Tę powieść przeczytał Bogdan Czeszko: napisał do mnie list. Napisał, że książka do niczego, ale że jego zdaniem powinienem próbować dalej; zwrócił mi uwagę na wiele rzeczy. Bogdan był mądrym i kochanym człowiekiem – przynajmniej dla mnie. List ten mam do dzisiaj. Bogdan zwracał mi uwagę, że niepotrzebnie nadużywam słów ordynarnych i bardzo mi to odradzał; potem poznałem Bogdana osobiście.
Wyglądał jak niedźwiedź; poruszał się jak silne zwierzę. Kiedy mówił, to z trudem
udawało mu się wtrącić słowo. Pamiętam, jak kiedyś powiedział do kelnerki: „Niech pani da mi tej w d… j.. wody. Jestem sp.. jak k…”. To najkrótsze, co mu się udało powiedzieć, mnie gani. Nikt z nas, jeszcze jako młodych, nie potrafił pisać tak pięknym językiem jak ten miś; jego Tren mogę czytać, kończyć i zaczynać. Jest jedynym pisarzem młodego pokolenia, który od początku znalazł swój własny głos i pozostał sobie samemu wierny.
Tego nie potrafił ani Brycht, ani Nowakowski ani ja.
W tym czasie przepisałem książkę Rybakowa pod tytułem Kierowcy, podpisałem ją pod swoim nazwiskiem, nazwałem „Baza Sokołowska” i zaniosłem do Związku Literatów. Po jakimś czasie Newerly – będący wówczas opiekunem Koła Młodych – zawezwał mnie na
rozmowę. Newerly pomógł mi bardzo; pytał mnie o moje warunki, powiedział mi o usterkach „Bazy” i dał mi jedną radę – najmądrzejszą radę, jaką słyszałem od człowieka piszącego: „Jeśli pan chce coś napisać, niech pan o tym opowiada. Wszystkim. To nieważne, czy pana ludzie rozumieją, czy nie. Niech pan mówi; za każdym razem opowiadając, musi pan budować swoją historię od początku do końca; po jakimś czasie zrozumie pan, które elementy są ważne, a które nie. Chodzi o to, aby pan sam to umiał sobie opowiedzieć.” I tak zacząłem opowiadać; mówiłem o tym ludziom w Polsce, w Izraelu; mówiłem o tym poważnym Niemcom; i Arturowi Sandauerowi, który co chwila mi przerywał, mówiąc: „Do czego pan zmierza?”
Nie wiem: o to właśnie chodzi, że nie wiem. Wiem tylko, że będę biegł przez całą drogę; i że będę mówił przez cały czas.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Reblog: Wyspy nieszczęśliwe (Barataria 48)

Magda Bębenek

Reblog: 7 lekcji z tragedii, która nie wydarzyła się (przed)wczoraj na Hawajach

Miałam napisać dla Was w ten weekend tekst o historii Hawajów, coby uczcić przypadającą na wtorek i środę 125 rocznicę obalenia ostatniej hawajskiej królowej i rozpoczęcie okupacji amerykańskiej1. Jednak od rana nie mogłam przestać płakać z przerażenia, czytając wpisy znajomych Hawajczyków.

Nie wiem, czy śledzicie konflikt na linii Trump i USA – Kim i Korea Płn., a jeśli tak, to czy słyszeliście o tym, że pod koniec 2017 r. – po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat – zaczęto testować na Hawajach syreny ostrzegające przed atakiem nuklearnym. Comiesięczna praktyka kreująca atmosferę strachu oraz poczucie nadchodzącej katastrofy wśród mieszkańców wysp. Jest ona jednak niczym w porównaniu z tym, co wydarzyło się wczoraj.

Blisko milion mieszkańców archipelagu dostało SMS, że w ich kierunku wystrzelono pocisk (potencjalnie nuklearny). Oznaczało to, że mają 20 min, a potem rozpęta się piekło.

Gdy czytam kolejne posty znajomych czy oglądam ich filmiki, nieustannie przechodzą mnie dreszcze i łzy cisną mi się do oczu. Podobnie jest, gdy piszę Wam o tym teraz. Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której dostajecie SMS, że za 20 min Wy, Wasze rodziny, wszyscy znajomi oraz wyspy, które nazywacie domem, potencjalnie przestaną istnieć? Dokładnie to przeżyli wczoraj Hawajczycy.

W wiadomości napisane było „seek shelter”: szukajcie schronienia.

Gdzie? Jak?

Hawaje to archipelag małych wulkanicznych wysepek leżących pośrodku niczego, 3 000 km od najbliższego lądu. Większość ludzi żyje w domkach z cienkich desek, bez piwnic, w otoczeniu lawy. Aby mieć bieżącą wodę, potrzebny jest prąd, chyba że ktoś żyje na deszczówce (wbrew pozorom, przynajmniej na Big Island, takich osób jest sporo). Ponad 90% produktów jest importowane, co oznacza, że na wyspie znajduje się zapas wody i jedzenia na około tydzień. A potem? W przypadku ataku nuklearnego? Game over.

Podobna historia zmroziłaby mi krew w żyłach niezależnie od tego, gdzie miałaby się wydarzyć. A jednak jest coś, co sprawia, że jeszcze bardziej mną to wstrząsnęło: miałam tam teraz być i ja. Od dwóch tygodni mieliśmy z Piotrkiem być na Big Island i zbierać dla Was materiały o kulturze i tradycji rdzennych Hawajczyków2. Płakałam myśląc o tym, że wczoraj byśmy tam byli, tysiące kilometrów od domu, przez 38 minut przekonani, że zaraz zginiemy. Do kogo byśmy dzwonili? Czy przy dwunastogodzinnej różnicy czasu zdążylibyśmy się pożegnać z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi?

38 minut w oczekiwaniu na masową zagładę. Tyle bowiem zajęło odpowiedzialnym za to ludziom wysłanie korekty błędnej wiadomości. Przez 38 minut wielu ludzi żegnało się z życiem, nie wiedząc, gdzie pocisk uderzy ani jak się w tej sytuacji zachować.

Początkowa panika przerodziła się w złość. „Jak mogło do tego dojść?!” – pytają wszyscy.

Okazało się, że cała sytuacja miała miejsce, ponieważ ktoś przypadkowo wcisnął nie ten przycisk. Zamiast na „test alarm”, palec poszedł na „live alarm”. Odpowiedzialna osoba publicznie przeprosiła za swój błąd. Zrozumiałe oburzenie budzi fakt, że doszło do takiego zdarzenia. Jednak jeszcze większym błędem byłoby kierowanie swojej złości na człowieka, który się pomylił, a nie na to, przez co zagrożenie atakiem nuklearnym jest w ogóle możliwe.

Tym razem alarm był pomyłką. Ale co będzie w przyszłości?

To, na co pozwolimy.

Być może nie mamy wpływu na Trumpa czy Kima, ale mamy wpływ na to, co się dzieje na naszym podwórku. Na to, jak zachowujemy się w czasach konfliktów napędzanych przez media, polityków i grupy interesów. Na to, czy stajemy po którejkolwiek ze stron i czy to rzeczywiście robi komukolwiek dobrze. Na to, czy uczestniczymy lub w milczeniu przyglądamy się wzajemnemu wyzywaniu się, obrażaniu i zwalaniu winy jedni na drugich. Na to, czego wymagamy od polityków, ale i co tworzymy własnym życiem i relacjami. Być może w nas nikt nie wyśle w najbliższym czasie pocisku nuklearnego, ale jego odpowiedników, w mikroskali, doświadczamy na co dzień.

Musimy uczyć się łączyć, rozmawiać i szukać wspólnych rozwiązań oraz wspólnych płaszczyzn do działania.

Nigdy nie będziemy się z nikim zgadzać w każdej kwestii. Nauczmy się szukać tych płaszczyzn, na których wspólne działanie jest możliwe. Niezależnie od tego, co nas dzieli, zawsze są rzeczy, które są nam wspólne. I musimy nauczyć się je dostrzegać. Przestać polaryzować, a zacząć słuchać i spotykać się z innymi – z wszystkimi! – tam, gdzie to tylko możliwe.

I wiem, że nie jest to łatwe.

Sama wielokrotnie nie potrafię rozmawiać, współpracować, szukać kompromisów. Zamiast w spokoju wysłuchać, przyjąć, spojrzeć na coś oczami drugiej osoby, krzyczę, płaczę, oskarżam. Nikt nigdy nie nauczył mnie, jak się komunikować w sposób zdrowy, empatyczny, szanujący granice siebie i drugiego – bez agresji, wpędzania w poczucie winy, wypominania. Ale pracuję nad tym, tak w związku, jak i w kontaktach z ludźmi, którzy na pierwszy rzut oka wydają się być zupełnie „nie z mojej bajki”.

Klnę na Trumpa jak tylko mogę, krytykuję go i wiele na niego zwalam, ale gdy się zatrzymam i chwilę pomyślę, każdorazowo łapię perspektywę i wiem, że Trump, jak i podobni mu politycy czy biznesmeni, są jedynie produktem kultury i społeczeństwa, które współtworzę. Mało tego, czy i ja nie zachowuję się czasem tak jak ci, których tak bardzo krytykuję? Czy i ja nie bywam dziecinna, zawistna, megalomańska? Czy i ja nie oskarżam, nie przerzucam swoich emocji na innych, nie powielam stereotypów? Czy i ja nie zaogniam konfliktów, nie przyklejam innym łatek, nie wyśmiewam?

Gdybyśmy my, jako jednostki i społeczności, inaczej funkcjonowali:

  • transformowali konflikty, zamiast eskalować je do punktu, z którego nie ma już powrotu
  • nie ulegali komfortowi kreowania obrazu wroga i sprawcy naszych nieszczęść
    (niezależnie od tego, czy obraz ten namalujemy na podobieństwo kogoś z PiSu, PO, Syrii, Rosji, kościoła, meczetu, w spodniach, czy spódnicy)
  • nie wchodzili w pozycję „my” kontra „oni”
  • umieli być z naszym bólem, strachem i niepewnością
  • częściej mówili Nie wiem Nie rozumiem
  • wybaczali błędy, sobie i innym
  • szanowali granice, swoje i innych

milion ludzi nie czekałby wczoraj na Hawajach na uderzenie koreańskiego pocisku. Podobnie jak miliony ludzi nie żyłyby codziennie w strefach wojen. Miliony ludzi nie należałyby do gangów i nie zagrażały milionom innych, a przemysł zbrojeniowy nie byłby najszybszą ścieżką do zarobienia fortuny. Nie dalibyśmy się oszukać, że lekarstwem na walkę z terroryzmem jest bycie terrorystą w stosunku do innych. Nikt więcej nie wmówiłby nam, że „zabija w imię pokoju”.

Jakie lekcje wyciągam z tragedii, która nie wydarzyła się (przed)wczoraj na Hawajach?

  1. Uważnie uczyć się komunikacji.
  2. Gdy będę chciała po kimś pojechać lub kogoś obwinić za to, że jest produktem końcowym uwarunkowań, w których żyjemy, postaram się zatrzymać i pomyśleć: Co jest prawdziwym źródłem problemu? I co z tym mogę zrobić?
  3. Dostrzegać siebie w innych. Nie tylko wtedy, kiedy mi się to podoba i nie tylko w tych, do których aspiruję.
  4. Dążyć do tego, by nie uciekać od emocji, nie zagłuszać ich i nie przelewać na innych tych emocji, które wywołują mój dyskomfort, których nie rozumiem, których nie lubię doświadczać.
  5. Mówić Nie wiem Nie rozumiem, zamiast robić z siebie specjalistę w kwestiach, na których się nie znam, a w których niejednokrotnie w zdecydowany sposób opowiadam się za stronami trawiących Polskę konfliktów.
  6. Pozwalać sobie i innym na popełnianie błędów.
  7. Słuchać tego, co jest ok, a co nie jest w relacji ze sobą i z innymi.

Jakie wyciągasz Ty?

Zdjęcie tytułowe: Anthony Quintano/Civil Beat
  1. O tym, dlaczego z wyjazdu zrezygnowaliśmy przeczytasz tu.
Opublikowano Magda Bębenek | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Na Saksy 4 Über die Märchen

Łucja Fice

Die letzten Tagen

Dieser Nachmittag war nicht angenehm. Elvira wusste sich für meine freien Stunden zu revanchieren. Sie schickte mich in den Keller, ich sollte den Fußboden wischen, die Regale sauber machen und zweihundert Gläser mit Eingemachtem einsortieren, die vorher sorgfältig geputzt werden mussten.

„Alles muss sauber sein, alles muss tipptopp sein”.

Ich widersprach nicht. Das Alter besiegte mein ich. Diese deutsche Gründlichkeit fand ich entsetzlich. Da half mir aber meine Gewitztheit. Irgendwie musste ich das packen. Ich wickelte ein Buch ins Wischtuch ein und steckte es in die eine Schürzentasche, in die andere kam eine Taschenlampe und holte den Wassereimer und den Mopp aus der Besenkammer.

„Ich gehe in den Keller!”
„In einer Stunde musst du alles schaffen”, erwiderte die Alte hart.

Das war eine angenehme Lesestunde. Ich fühlte mich wie ein kleines Mädchen, dem man das Lesen verboten hat und das es heimlich tun muss. Als ich Elvira die Treppe runterkommen hörte, schaffte ich es, den Fußboden nass zu machen und mit dem Tuch über die Regale zu fahren. Der Betrug war gelungen.

***

Nur noch drei Wochen bis zum Vertragsende. Ich wollte keinen Ärger. Ich fasste den Entschluss. Morgen rufe ich die Agentur und die Tochter der Alten an. Ich wollte nach Hause. Die unwiderrufliche Entscheidung stand fest.

Nach zwanzig Uhr stand das Gießen der Rabatten auf dem Programm. Ich schleppte die Kannen mit zehn Litern Wassern, so dass meine Wirbelsäule quietschte. In diesem Moment hätte ich die Alte ermurksen können. Ich verwarf diese unschönen Gedanken und begann zu singen. Ich wusste es! Meine Heiterkeit würde sie erbosen. Ich reizte sie bis zur Weißglut.

„Schrei nicht so rum!”, brüllte Elvira aus dem Fenster und schaute mich verächtlich an. Sie sah aus wie eine böse Hexe, die sich zum Fotografieren aufplusterte. Die abgewetzte Schürze passte ideal zur abgemergelten Figur dieser langnäsigen Xanthippe. Es fehlt nur noch, dass sie mir einen roten Apfel aus dem Fenster zuwirft, den ich esse, mich vergifte und zu singen aufhöre.
„Willst du mich bezahlen, wenn ich aufhöre?”, entgegnete ich.

Ein anderer hätte wenigstens gelächelt, aber doch nicht diese alte Frau, die Fröhlichkeit unmoralisch fand und sich an Traurigkeit und Tränen ergötzte. Ich war aufgebracht und sang weiter. Die Alte donnerte das Fenster zu. „Hab’ ich denn so falsch gesungen? Mein Gott! Warum bedachtest du mich mit keiner Begabung, auf der ich mein verdammtes Leben stützen könnte”, sagte ich laut.

Uff! Die Arbeit war erledigt, der nächste Tag vorbei und trotzdem dachte ich, ich sei verrückt, dass ich diesen Vertrag nicht sofort kündige.

***

An diesem Tag hatte die Alte einen Termin beim Augenarzt. Ich hatte also frei und konnte sogar telefonieren. Dem Opa tat es auch gut, er bekam rote Wangen, lächelte, trank Wasser und aß die Süßigkeiten, die ich ihm anbot, wofür er sich mit Augenbewegungen bedankte. Ich freute mich darüber. Ich wusste, dass er die Augenblicke liebte, die er mit mir allein verbringen konnte. Seine Frau schenkte ihm sowieso keine Aufmerksamkeit. Er war für sie wie Luft, ein Mann ohne Eigenschaften, er blieb immer im Hintergrund. Ich nahm es dieser Hexe übel, dass sie ihren eigenen Mann so schlecht behandelt, ich war oft frustriert darüber. Für mich war er wertvoll, wie jeder ältere Mensch. Diesen Wert fühlte ich mit den Sinnen, unterhäutig. Ich sah seine innere Ruhe, die zwar zuweilen verflog und in Unruhe oder gar Aggressivität umschwenkte, wenn er mir seine geballten Fäuste unter die Nase hielt. In solchen Augenblicken erklärte ich mir das Verhalten meiner Schützlinge mit ihrem Alter, ihrer Krankheit und Schmerzen. Er hatte ungewöhnliche Augen. Ich schaute gern in diese scharf blickenden Katzenpupillen. Ich wusste ihn zu schätzen und es schmerzte mich, wenn Elvira ihren Mann ein ‚altes Schwein’ schimpfte.

***

Es blieb mir jedoch nichts anderes übrig, als die Agentur zu bitten, den Vertrag zu kündigen. Über diesen Entschluss informierte ich sie telefonisch.

„Ich will nach HAUSE, nach HAUSE!”
„Gabriela, wir beenden diesen Vertrag! Diese Familie verzichtet auf die Dienstleistungen unserer Agentur, also können wir niemanden an Ihre Stelle schicken.”
„Warum?”
„Wir glauben, es wird den Leuten zu teuer.”
„Also muss ich bis zum Schluss bleiben?”
„Genau! Ist aber bald vorbei”, tröstete mich Joanna. Meine Augen wurden feucht vor Ärger. Ich rief die Tochter von Elvira an. Ich hörte sie lallen und verstand nichts, bis auf das, dass sie betrunken ist. Also hatten die Nachbarn doch Recht, dass die Tochter Elviras Alkoholikerin ist, die nie nüchtern wird und dass ich mich nie mit ihr verständigen kann. Ich war sechs Wochen dort und sie verspürte nicht ein einziges Mal das Bedürfnis, ihre Eltern zu besuchen. An diesem Abend wollte ich nicht allzu früh ins Bett, ich legte mich auf Sofa. Die Gedanken in meinem Kopf flogen wie Billardkugeln umher. Im Zimmer befand sich nichts außer der Farbe an den Wänden. So schien es mir zumindest. Mich umspann Langeweile, bis ich etwas wie Flüstern vernahm. Es kam wie aus einem fahrenden Zug, der ruckelte und ratterte. Ich schlief nicht. Obwohl sich Träume bei mir plötzlich einstellen, war ich diesmal hellwach. Ich sah einen Menschenfluss, der über Felder auf mich zukam. Ich schaute sie mir an, wie einen bunten Katalog, in welchem mich die Anzahl der Kleider, Blusen und Hosen entzückte. Über ihren Schultern sah ich etwas oder jemanden, den ich nach der Rückkehr in die Realität vergaß, obwohl mir dieses mit den Sinnen registrierte Bild so realistisch erschien. Ich merkte mir eine weiße, dunkelblau gestreifte Bluse. „Was war das?”, fragte ich mich später.

***

Uff! Ich hab’s geschafft. Der Vertrag ist zu Ende. Mein Koffer steht gepackt in der Diele. Nur noch das letzte Abendessen und das Taxi bringt mich zur Bushaltestelle, ich steige in den Sindbad-Bus und es geht… nach HAUSE. Ich warf den letzten Blick auf mein Zimmer. Ich tanzte meinen Freudentanz und verabschiedete mich von den Wänden. Obwohl ich hier zwei Monate nächtigte, war die Spur, die ich in diesem Zimmer hinterlasse zu zart und zu flüchtig, als dass sie von jemanden vernommen werden könnte. Nicht einmal einen Geruch werde ich hier lassen, denn dieses Zimmer hat mich nicht richtig verinnerlicht. Ich hatte den Eindruck, als verließe ich leere Wände. Ich dachte an Elvira: „Eine furchtbare, alte Frau, die mich fertig gemach hat.” Ihre Verachtung einer Pflegerin gegenüber resultierte vermutlich aus der Sehnsucht nach der Jugend (irgendeinen Grund muss es ja dafür gegeben haben). Ich freute mich, dass ich nicht mehr jeden Tag ihrem Gejammer zuhören, ihre gealterte Haut sehen, den Geruch ihres Schweißes im ganzen Haus einatmen, ihre Sprüche ertragen und ihren Befehlen gehorchen muss. Ihr Lachen, das gar keine Freude versprühte, sondern erzwungen war, verunsichert mich sogar jetzt, als ich das schreibe. Im Grunde waren wir doch beide lächerlich. Zwei alte Frauen, die eine nur etwas jünger als die andere! Wie immer, versuchte ich, alles Unangenehme zu verdrängen. Ich schloss eine Tür hinter mir, die ich nie wieder öffnen werde und ging zum letzten Abendmahl.

Die Alte fragte mich nach meinen Wünschen.

„Was wirst du mit dem verdienten Geld machen? Was würdest du tun, wenn du mehr hättest?, fragte sie, schief lächelnd.
„Musst du auch jetzt noch gehässig werden? Ich habe es doch redlich verdient, also ist es nicht deine Sache.”
Die Seniorin brachte mich zum Taxi, das vor dem Haus wartete. Sie bezahlte die Fahrt, dann verabschiedeten wir uns.
„Behalte uns in guter Erinnerung!”, bat sie. „Entschuldige, dass du schwer arbeiten musstest, aber ich habe dich doch dafür bezahlt.”
Elvira zog aus dem Körbchen ihres Rollators ein schwarzes Täschchen, das mir schon früher aufgefallen ist.
„Das ist für dich, für den Silvester deiner Träume”.
Ich spürte eine angenehme Wärme in der Herzgegend, nichts Besonderes, aber wohlig eben. Das Täschchen schien mir irgendwie magisch. So eines würde ich nirgends zu kaufen bekommen.
Diesen Vertrag überlebte ich wie eine schwere Krankheit. Aber bevor ich zuhause ankam, waren alle Plackereien und Unannehmlichkeiten vergessen. Diese Fähigkeit, vergessen zu können, freute mich. Ich war zufrieden, dass ich die Alte, die Macht über mich hatte, besiegte. Und diese Zufriedenheit war das Wichtigste.

Zu Hause

Mein Mann war nicht auf meine Ankunft vorbereitet, wie letztens übrigens immer. Ich habe diese Veränderung bemerkt. Ich bat ihn, mir einen Kaffee zu machen. Ich lächelte mein Schicksal an, ich hatte Arbeit, ich war gesund. Und nach dem Frühstück folgte das große Auspacken.

„Und das ist das magische Täschchen für dem magischen Silvester.” Ich warf es auf den Tisch und widmete mich wieder dem Leeren meines Koffers.
„Weißt du überhaupt, was in dieser Kosmetiktasche drin ist?”, fragte mein Mann
„In welcher Kosmetiktasche?”
„Na in diesem Täschchen.”
„Was soll denn da drin sein?”
„Schau ‚mal.” Mein Mann holte ein Geldbündel raus und breitete die Scheine wie Spielkarten auf dem Tisch aus. Er zählte. Ich stand wie versteinert da. Ich traute meinen Augen nicht. Es waren sechzig Fünfeuroscheine. Ich begriff, dass die Frau jeden Tag fünf Euro sparte, um mir zum Abschied eine Überraschung zu bereiten und das Sparen schmackhaft zu machen, wovon sie ja so viel hielt. Ich war gerührt. Nun verstand ich, was Elvira meinte, als sie sagte:
„Was würdest du tun, wenn du mehr Geld hättest?” Ich weiß noch, was ich damals gedacht habe. Dieses Märchen kam also auf meine persönliche Bestellung, dessen war ich mir vorher gar nicht bewusst. Eines ist aber sicher! Man bekommt kein Geld für umsonst. Das ist die dritte WAHRHEIT, die ich entdeckte, obwohl ich es eigentlich immer wusste. Ich dachte: „War es mein Wunschdenken, das diese Belohnung erwirkt hat?” Existiert in dem uns umgebenden elektromagnetischen Feld wirklich ETWAS neben mir? Ist die Welt vielleicht ein Spiegelbild meiner Träume? Oder der Punkte in meinem Inneren? Ich erinnerte mich an die Worte meiner Mutter: DAS LEBEN LIEGT HINTER DEM KRISTALLSPIEGEL. Oder bin ich vielleicht ein kosmisches Spiel, Teil eines Hologramms und das Leben ist eine Magie?

Ich ließ diese Gedanken fallen, setzte mich hin und sagte zu meinem Mann: „Liebling! Vielleicht sind es die Quanteneffekte, die die Türen zum freien Willen öffnen und Möglichkeiten zur Wunscherfüllung liefern? Vielleicht hängt alles von uns selbst ab? Wir bestehen doch aus Gedanken und Gedanken sind eine Art von Wellen.”
„Du glaubst wohl an Märchen? Du denkst doch nicht logisch. Zum Denken verwendet man doch das Gehirn. Unsere Welt wird, mein Dummchen, von physikalischen Gesetzen regiert, die unter jeglichen Bedingungen objektiv und verifizierbar sind.”
Ich war da anderer Meinung.
„Du weißt doch ganz genau, dass nicht nur Philosophen, sondern auch moderne Wissenschaftler das Kausalgesetz und die materielle Welt anzweifeln, so wie sie von dir, von uns allen wahrgenommen wird. Angezweifelt wird bereits das Paradigma, nach dem unsere Welt ewig ist, mein Lieber. Die Theorien von Newton und Einstein sind zwar richtig, aber inkomplett. Unsere Welt ist komplizierter und unvoraussehbarer als es die größten Denker früher annahmen. Na gut! Du glaubst an die rationale Ordnung der Dinge, wo es keinen Platz für übernatürliche Phänomene gibt. Und ich denke, dass die Quantenphysiker schon bald eine vernünftige, wissenschaftliche Erklärung für diese, doch in der Natur stattfindenden Prozesse und Erscheinungen finden werden.”
„Ja, meine Liebe, ich bin ein Materialist und Rationalist. Und solche Menschen lassen keine anderen Erklärungen gelten als die, die der gesunde Menschenverstand liefert.”
„Hör’ einmal zu, du Dämlack…”, revanchierte ich mich. „Allein die Tatsache, dass diese komische Welt, das Leben und unser Bewusstsein entstanden, ist unwahrscheinlich genug und trotzdem akzeptierst du das. Ich akzeptiere mein übernatürliches Element, das heißt meine Träume und andere Geisteszustände. Die wirkliche Natur der Welt ist noch nicht erforscht, also sei dir nicht so sicher.”
Ich kannte meinen Mann und wusste: wenn er an seinen Daumen zupft, dann heißt es, dass er sich stark konzentriert.
„Und was mein Gehirn anbetrifft – ich leihe mir von dir die Fernbedienung mit Zugriff zu deinem Kopf.”
Er stand auf, trat an mich heran und nahm mich in seine breiten Arme und ich ließ mich umarmen. Damit war die Diskussion beendet.

***

Der Bus fuhr weg und ich stand mit meinem Koffer da und schaute mir das zweistöckige, vornehme, mit einem Gitter aus Gusseisen umsäumte Haus an. Die dekorativen Spiralen und spindelförmig gebogenen Stäbe ließen keinen Zweifel daran, dass die Umzäunung nicht allein als Zierde gedacht war. Ich konzentrierte mich. Meine langjährige Erfahrung im Arbeitstourismus lernte mich, über die Qualität des Vertrages erst nach einigen Tagen zu urteilen. Und mein Instinkt gebot es mir, im Gedächtnis zu wühlen.

Hinter dem Tor wartete eine neue Welt und ein neues Märchen auf mich. „Wer werde ich hier sein?”, dachte ich, bevor ich auf die Klingel drückte. Ich war froh gesinnt und optimistisch eingestellt. Vor einiger Zeit habe ich ein neues Programm in meinem Kopf eingespeichert: Null Angst, keine unerwünschten Vorstellungen, keine negativen Gedanken. Die Welt ist schön und sie wird dich schon eines schönen Tages von selbst anlächeln, in dem Moment, wo du es gar nicht erwartest. Ich las die Inschrift, die auf dem Schild am Tor eingraviert war:

DU SIEHST MICH NICHT, DU HÖRST MICH NICHT, ABER GLAUB MIR, ICH BIN DA”.

Mein neuer Koffer war leichter als sonst und ich war auch leicht, innen fast leer. Das erste Klingeln, dieser erste Moment, der für die Qualität des Vertrags ausschlaggebend ist. Oben auf der Hauswand stand das Baujahr: 1834. Ich hob den Blick, schaute mir das Haus mit den eingebauten Holzbalken an. Ein neues Dach. Hölzerne, dunkelblaue Außenjalousien machten das Haus noch reizvoller. Achtzehn Uhr.

Also soll das neue Märchen geschehen, denn das Leben ist für mich nur noch ein Märchen. Ich wunderte mich regelrecht, dass in mir nichts aufstieg, keine Angst, keine Furcht.

Irgendjemand machte das Tor auf und… fünf Personen kamen aus dem Haus, um mich zu begrüßen. Plötzlich standen auch zwei Hunde da. Erst jetzt verstand ich die Inschrift auf dem Schild am Tor. Die Hunde begrüßten mich wohlwollend und wedelten mit den Schwänzen. Alle lächelten mich an. Ich revanchierte mich und verschenkte auch das Beste, was ich in diesem Moment hatte. Die Begrüßungszeremonie prägte sich wie ein goldenes Siegel in meiner Seele ein. Ich fühlte mich so, als hätte dieses Haus auf mich gewartet.

Ich bin Klaudia, die Tochter vom Heinz, den du betreuen wirst. Papa ist noch im Pflegeheim. Wir holen ihn am Montag ab.

Dann kam Martin, Klaudias Mann und ihr Bruder Thomas mit seiner indischen Frau dran. Vor dem Haus wuchsen zwei große Palmen. Martin nahm meinen Koffer. Wir gingen hinein.

Das Gästezimmer war voller Blumen und ich fühlte mich, als hätte mir jemand einen Kranz aus Tausendschön aufgesteckt. Ich fühle mich damals wirklich wie ein Tausendschön und bedankte mich beim Schicksal für diese herzliche Begrüßung. Ich hatte keine Angst, so bekam ich das, was ich wollte.

„Ich heiße Helga, mein Mann hatte einen Schlaganfall”, im Gesicht der Frau malte sich Unsicherheit und Bangigkeit.
Für ihr Alter sah sie sehr gut aus. Es war keine gebückte Fünfundsiebzigjährige, sondern eine attraktive Frau. Ich reichte ihr die Hand und sagte tröstend:
„Machen Sie sich keine Sorgen, es wird alles gut werden. Ich habe zehn Jahre Erfahrung im Umgang mit kranken Menschen.”
„Oh! Gott sei Dank!”
„Aber… Mein Deutsch ist keineswegs perfekt, mit der Grammatik hapert es. Dafür ist mein Wortschatz recht groß, so dass ich mich gut verständigen kann. Ich spreche auch Englisch.”
„Wunderbar!”, sagte Martin. „Wir sprechen alle Englisch.”
„Na, dann hätte ich es nicht besser treffen können”, ich verschenkte mein Lächeln und wusste genau, wie die Konversation aussehen wird. Doppelsprache, Denglisch, also so, als würde ich eine neue Sprache kreieren. Ich bin die Schöpferin einer neuen Sprache, der Gabi-Sprache.

Das Gespräch war eine Wonne. Ich erzählte von mir, von meiner Kindheit und vom Kindergarten, als die Erzieherin zu mir sagte: „Gabi! Du wirst einmal eine Pflegerin oder eine Ärztin werden.” Ich konnte wirklich gut umgehen mit den Kleinen. Ja! Ich wollte immer Ärztin, Kinderärztin werden und wurde Chemikerin. Diese Erinnerung war dann lange verschüttet, sie kam erst wieder hoch, als ich Pflegerin wurde. Helga erzählte von ihrer Familie, über ehemalige Pläne, Träume, über den Umzug in dieses große Haus. Es machte Spaß, ihr zuzuhören. Thomas, der Sohn Helgas, machte einen unbekümmerten Eindruck, er wirkte so, als hätte er nie im Leben irgendwelche Probleme gehabt. Ständig lächelnd bedachte er uns mit witzigen Sprüchen und ich ließ sie alle in meine etwas irrationale Welt hineinblicken. Ich dozierte, dass das Leben keine Schicksalsfügung ist, sondern dass wir es selbst gestalten. Und diese Realisten hörten mir zu, als würde ich eine neue Pforte vor ihnen öffnen. Ich wollte Helga vor allem Schlimmen beschützen, was auf sie zukommen würde als der gelähmte Ehemann zurück nach Hause komme. Immerhin bin ich ja deswegen zu ihnen gekommen.

Somit beenden wir diese kleine Reihe der Texte aus dem neuen Buch von Łucja Fice über ihre Erfahrungen als, wie sie es selber sagt, Arbeitstouristin in Deutschland. Frühere Beiträge findet man HIER, HIER und HIER. Das Deutsch ist von Małgorzata Behlert. Will man mehr lesen, muss man es entweder auf Polnisch machen oder einen Verlag überzeugen, dieses Buch zu verlegen. Das werden wir alle herzlich begrüssen, die Autorin, die Übersetzerin und ich, die Administratorin dieses Blogs.

Opublikowano Lucja (Łucja) Fice | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wielka Orkiestra w Berlinie / Polnisches Hilfeorchester in Berlin (Charity)

Das Datum des 26. WOŚP-Finales ist schon festgelegt – notiert den 13. Januar in euren Kalendern, weil da was abgehen wird! 🎉🎶✨

WAS IST EIN WOŚP-FINALE?
➤ Eintägige Spendensammlung, die jedes Jahr von dem Großen Orchester der Weihnachtshilfe organisiert wird ❤️
➤ Eine alle möglichen Teilungen und Unterschiede übergreifende Veranstaltung – egal, wen du anfeuerst, welche Pizza du magst oder wie du dein Klopapier aufhängst 🖖🏽
➤ Das Ziel – Hilfe bei der Behandlung der Kinder sowie eine würdige Seniorenpflege 💰
➤ Ein internationales Fest – an den Finalen nehmen über 1500 Städte/Stäbe teil! 🌎
➤ „Das Licht zum Himmel” – die Finale-Tradition. Wir zünden Wunderkerzen an und senden positive Gedanken, wo sie am meisten nötig sind ✨
➤ Leckeres polnisches Essen 😋
➤ Konzerte, Versteigerungen, Kinderprogramm und wunderbare Atmosphäre 🤘🏼

w sobotę 13 stycznia od godziny 12
Samstag 13. Januar ab 12 Uhr

Restauracja La Luz
Adresse
Oudenarder Str. 16-20
13347 Berlin–Wedding
Telefon
(030) 450 892 30

➤ Jednodniowa zbiórka publiczna organizowana co roku przez Fundację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy ❤️
➤ Wydarzenie ponad podziałami – nieważne, komu kibicujesz, na kogo głosowałeś, czy lubisz hawajską i którą stroną wieszasz papier toaletowy! 🖖🏽
➤ Cel zbiórki – pomoc w leczeniu chorych dzieciaków i godna opieka geriatryczna dla starszych 💰
➤ Międzynarodowe święto – w Finałach bierze udział ponad 1500 miast/sztabów! 🌎
➤ „Światełko do nieba” – finałowa tradycja. Odpalamy zimne ognie i kierujemy pozytywne myśli tam, gdzie są najbardziej potrzebne ✨
➤ Pyszne polskie jedzenie 😋
➤ Koncerty, aukcje, losowania, atrakcje dla dzieciaków i świetna atmosfera 🤘🏼


And the day after!

🇵🇱 >> Kochani, DZIĘ-KU-JE-MY! 🙏🏼 Według wstępnych obliczeń zebraliśmy PONAD 9000 EURO—a to nie wszystko! 🎉 To znaczy, że TRZYKROTNIE przebiliśmy nasz zeszłoroczny rekord! 😱 Idziemy odespać ten dzień pełen emocji, a już od jutra działamy dalej ❤️❤️❤️

🇩🇪 >> IhrLlieben, DANKE SCHÖN! 🙏🏼 Wir wissen bereits, dass wir ÜBER 9000 EURO gesammelt haben—und das ist nicht alles! 🎉 Das ist dreimal so viel wie vor einem Jahr! Wir mussen jetzt ausschlafen, aber ab morgen geht es weiter! ❤️❤️❤️

🇺🇸 >> THANK YOU, friends! 🙏🏼 According to our first count, we already have OVER 9000 EURO—and that’s not even all of it! 🎉 This means we’ve more than TRIPLED last year’s record! 😱 Time to call it a day, but in the morning we’re starting prep for 2019 ❤️❤️

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego jestem antypisowcem?

Roman Brodowski

Moja antypatia do tego ugrupowania korzeniami sięga czasów, kiedy to PiS po raz pierwszy sprawował rządy w naszym kraju, czyli do lat 2005-2007.
To wówczas, w tym krótkim okresie, partia ta z jej prezesem na czele, dała się poznać od nie najlepszej, politycznej i programowej strony. Jej głównym celem było podporządkowanie sobie partnerówkoalicyjnych oraz przejęcie całkowitej kontroli nad krajem i to we wszystkich najważniejszych dziedzinach, począwszy od gospodarczej poprzez ekonomiczną, obronną, a na ideologicznej skończywszy.
Metody, jakie partia ta stosowała w celu wyeliminowania przeszkadzającej im w realizacji tego planu opozycji, w wielu przypadkach podobne były do tych, jakie stosowano w latach trzydziestych ubiegłego wieku na terenie III Rzeszy. Dzięki instytucjom rządowym takim jak policja, ABW, CBS oraz podległe ówczesnemu Ministrowi Sprawiedliwości i Prokuratorowi Generalnemu w jednej osobie Zbigniewowi Ziobrze sądowi jak i prokuraturze, Polska stawała się państwem policyjnym i to w pełni tego słowa znaczeniu. Inwigilacja, podsłuchy, kontrola, fałszywe oskarżenia, nie tylko przeciwników politycznych, ale także tych, którzy mogli stanowić przeszkodę w osiągnięciu przez PiS zamierzonego celu, stały się w naszym kraju codziennością. Wskutek takich działań wiele niewinnych osób straciło nie tylko godność, pracę, wolność, ale także życie.
W tamtym czasie zapędy dyktatorskiego rządzenia nie były tak jednoznaczne jak to się dzieje obecnie, a to z prostej przyczyny, że Jarosław Kaczyński pełnił funkcję Premiera Rządu.
Przypominam sobie reakcję naszego społeczeństwa, gdy PiS po dwóch latach, gdy premier podał się i koalicyjny rząd do dymisji, po czym przegrał kolejne przyspieszone wybory. Spontaniczna radość i ulga.

Niestety, mimo ostrzeżeń, jakie nadchodziły z wielu stron, o ewentualnym powrocie PiS-u do władzy, nikt nie podjął odpowiednich kroków, by do takiej sytuacji więcej nie doszło.
Nikt też nie rozliczył i nie postawił przed trybunałem stanu winnych za doprowadzenie do tragedii wielu ofiar terroru politycznego tamtego okresu.
Do dzisiaj nie wyjaśniona jest śmierć Barbary Blidy, Andrzeja Leppera czy też kilku innych tajemniczych aktów samobójczych.

Mimo upływu czasu, i partia i jej przywódca, prezes Kaczyński, nie zrezygnowali z dawnych planów, jakim była całkowita władza nad narodem polskim.
Już w 2005 roku porównałem PiS do raka. Twierdziłem, że ugrupowanie to i stosowana przez nie ideologia, podobnie jak guz rakowy piersi, musi zostać całkowicie, wraz korzeniami, usunięte z organizmu czyli z areny politycznej. W innym przypadku mogą nastąpić przerzuty, które z czasem zaatakują cały organizm.

Niestety obawy moje stały się faktem.

PiS w przteciągu ośmiu lat rządów koalicji PO – PSL solidnie przygotował się do przejęcia w kraju wszystkiego co możliwe. Nauczony doświadczeniem, łącząc kilka filozofii w jedną całość, jak na przykład machiawelistyczną metodę rządzenia państwem, zawartą w „Księciu”, filozofię Nietzschego o nadczłowieku (na której wzorował się Dostojewski pisząc  „Zbrodnię i karę“) czy rozważania religijne Hegla, przy wsparciu kleru, ze wzmożoną siłą powrócił do władzy.
Tym razem jednak, stosując metodę dezinformacji, politykę populistycznych haseł, i przekupywania na kredyt maluczkich, bez jakiego kolwiek kamuflażu, prowadzi grę, niszcząc wszelkie wartości społeczne, etyczne i kulturowe naszego (po części nieświadomego) społeczeństwa.

Tak, jeszcze raz powtórzę, że to, co się obecnie dzieje w naszym kraju, przypomina mi lata trzydzieste ubiegłego wieku, kiedy to Adolf Hitler tworzył III Rzeszę. Analogii jest tak wiele, że mam podstawy, by bać się o przyszłość mojej ojczyzny, Polski, a myślę, że wraz ze mną drżą tysiące, a nawet miliony rodaków.

Dlatego też, nie widząc innej możliwości, po raz kolejny postanowiłem podzielić się z z innym moimi obawami tak, jak tylko potrafię czyli wierszem:

Mali, wielcy, niebezpieczni

1 . Neron, Napoleon,
Hitler oraz Stalin
Mieli wspólny przymiotnik
Wszyscy byli mali

2. Każdy z nich też potrafił
Za ogólną zgodą
Rządzić niby bogowie
Przeciw swym narodom.

3. I u nas jest dzisiaj
Także mały „ktosik”
Pan – co władzę swą kupił
Od naiwnych…, za grosik.

4. Dyktatorem go zowią
Kurduplem, despotą
Tym, co naród naiwny
Pragnie wepchnąć w błoto.

5. Brak w nim jest szacunku
Dla Boga i ludzi
Niszczy wszystko i wszystkich
Więc pogardę budzi.

6. I choć jest niewielki
Nie potrafi zbyt wiele
Ma też groźne zaplecze
W sejmie i w kościele.

7. Fanatyczne pospólstwo
Wokół siebie zgromadził
Po czym nimi Rząd Polski
I parlament obsadził

8. Rządzi sobie spokojnie
Z ławy bocznej, sejmowej
I wydaje rozkazy
Zbieraninie owej.

9. Konstytucję zniewolił
Demokrację pogrzebał
Praworządność zagarnął
Powycinał drzewa…

10. A naród nasz Polski
„Znowuż głupim będzie”
Za + pięćset się sprzedał
Jak trzoda na spędzie.

11. Tak, jest ktoś malutki
Kto rządzi w Ojczyźnie
Więc chyba mam szczęście
Żyjąc na obczyźnie.

12. Bo nie muszę odczuwać
Pogardy, żenady
Za Kaczofaszystów…,
Tu nie ma ich śladów

Opublikowano Roman Brodowski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Reblog o obdarowywaniu i byciu obdarowywanym

Chciałam opublikować ten tekst na zakończenie okresu świątecznego czyli w okolicach Trzech Króli, ale… nie było miejsca. Umieszczam go więc kilka dni później z pełnym przekonaniem, że to, o czym pisze autorka, to nie przesłanie po-świątecznie lecz przesłanie na życie :-).


Zaczarowane skarpetki

Przepraszam. Zaniedbałam Państwa przed Świętami. Zapomniałam złożyć życzenia, zanim wszyscy siedli do wieczerzy wigilijnej. Pamięć ostatnio szwankuje. Z jednej strony wstyd. Z drugiej – czasem bywa radość, kiedy w najskrytszych zakamarkach domu odkryjemy zapomniane prezenty sprzed lat. A może by tak przetrząsnąć zakamarki naszych dusz i serc? Odnaleźć tam zapomnianych ludzi, nienapisane i niewysłane listy, rzeczy, których kiedyś nie mieliśmy odwagi albo mądrości powiedzieć? Spokojnych Świąt i lepszego Nowego Roku. Świat się nie kończy, dopóki coś mamy w zanadrzu.

***

Czasem nie wszystko idzie po naszej myśli. Po latach tłustych nadchodzą lata chude, brakuje sił, czasu, pieniędzy albo wszystkiego naraz, coraz trudniej dogadać się z ludźmi, na których powinno nam zależeć. Chyba dlatego z takim utęsknieniem czekamy na tę szczególną noc w roku, kiedy w każdym budzi się dziecko wypatrujące pierwszej gwiazdy na niebie. I tym większe bywa nasze rozczarowanie, gdy pod choinką – zamiast wymarzonego kompletu Symfonii Schumanna z Berlińczykami pod batutą Rattle’a za jedyne pięćdziesiąt euro – znajdziemy kolejną parę ciepłych wełnianych skarpetek.

Pewnie od szwagra. Co za prostak bez wyobraźni. I w dodatku skąpy. A myśmy wysupłali ostatnie oszczędności, żeby mu kupić profesjonalne słuchawki bezprzewodowe do tego głupiego ajfona. Czego on będzie przez nie słuchał? Chyba nie Brahmsa! Forsa wyrzucona w błoto, nam by się bardziej przydały. Zaraz, przecież my nie lubimy korzystać ze słuchawek. Przecież szwagier ma tego ajfona od lat, dostał go w jakiejś promocji, w przeciwnym razie nie byłoby go stać na to cacko. I nigdy się nie przymawiał o żadne słuchawki. Może wolałby dostać pod choinkę kapcie? Albo nowy krawat? U niego też się ostatnio nie przelewa. Rzućmy okiem na te skarpetki. Nawet ładne. W dyskretną kratkę, bardzo gustowny deseń. I jakie miłe w dotyku. Może się jednak przydadzą.

Wszyscy już poszli, w domu zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Kaloryfery kiepsko dziś grzeją, chłód przenika do szpiku kości. Raz kozie śmierć. Wkładamy skarpetki od szwagra. Najpierw nic. Potem cieplej. Ciszę przerywa raptowny stukot. Zegar ścienny po babci wybija dwunastą, coś wychodzi ze szpar w podłodze i ustawia się w równe szeregi. Czyżby myszy? Choinka rośnie, fotel ożywa, z półek gramolą się niewysłuchane od lat kompakty, z biblioteczki wyłażą nieprzeczytane książki, w komodzie chrobocze niewykorzystany bilet do filharmonii. Zewsząd słychać jakieś szmery i dziwne odgłosy. Gniewnie pomrukujące przedmioty otaczają nas coraz ciaśniejszym kręgiem.

Pamiętasz mnie? To ja, twój prezent sprzed dwóch lat. Komplet utworów klawesynowych Couperina w wykonaniu Władysława Kłosiewicza. Trzynaście płyt kompaktowych w kartonowym etui. Trafiłem pod twoją choinkę, zanim można było mnie kupić w sklepie. A jak potem chwalili grę Kłosiewicza: że artykulacja taka wyrafinowana, że frazowanie zmysłowe, że ornamentyka zwiewna jak piórko. Że owszem, naraz wszystkiego wysłuchać się nie da, że w tę „niezwykłą krainę, ciągnącą się od rydwanu Apolla po horyzont i dalej” (to słowa samego klawesynisty, z dołączonej do kompletu, nigdy nieotwartej książeczki) wchodzi się powoli, smakuje bez pośpiechu, tygodniami, ba, miesiącami, ale kiedyś wreszcie trzeba zacząć. A ja stoję zapomniany na tym regale i nawet folii nikt ze mnie nie zdjął!

A ja? – zaszeleściła gniewnie książka Briana Moynahana Leningrad. Siege and Symphony. Kto mnie przywiózł z Berlina? Rok temu z okładem? Podobno tak uwielbiasz Szostakowicza? Nie możesz się nasłuchać jego Siódmej i wciąż masz wątpliwości, czy wolisz klasyczne interpretacje Rożdżestwieńskiego i Mrawińskiego, czy może bardziej do ciebie przemawia skontrastowane, już to czułe i zmysłowe, już to zniewalające rytmem ujęcie Andrisa Nelsonsa? Czemu w takim razie nie interesują cię powikłane losy tego arcydzieła, które kompozytor zadedykował obrońcom Leningradu? Miasta umęczonego przez Stalina, zagłodzonego przez Hitlera, unieśmiertelnionego w utworze, który zapiera dech w piersi nie tylko słynnym marszem z pierwszej części – w którym Szostakowicz przewrotnie połączył motywy z Wesołej wdówki z tematem z własnej, wyklętej Lady Makbet mceńskiego powiatu – ale też elegią na pożegnanie Newy w rozdzierająco pięknym Adagio? Nie chcesz się dowiedzieć, jak wyglądałaby muzyka twojego ukochanego twórcy, gdyby nie Żdanow, Beria i Jagoda?

W ostatniej kolejności przypomniały o sobie zgromadzone w szufladzie zapowiedzi sezonów operowych w Berlinie, Monachium i Paryżu, foldery reklamowe festiwali w Bonn i Moritzburgu, zaproszenia na skromne, a może niesłusznie zlekceważone koncerty na polskiej prowincji, listy od kompozytorów i wykonawców, dopraszających się uwagi dla swoich najnowszych utworów i nagrań. A potem wszystko ucichło, nazajutrz nikt nie uwierzył w opowiedzianą przez nas historię, bliscy doradzili, żeby wykorzystać te święta z pożytkiem dla zdrowia i spędzić kilka dni w łóżku.

Czyżbyśmy za dużo się kiedyś naczytali Dziadka do orzechów Hoffmanna? Za często oglądali balet Czajkowskiego? A może to przez te skarpetki? Trochę się rozpruły w tym zamieszaniu. Trzeba poprosić ciotkę Droselmajer, żeby zacerowała. Ładne są. Ciepłe. Mięciutkie. Zdjęły z nas czar chciwości, pragnienia nadmiaru, posiadania więcej niż inni. Zamiast domagać się najnowszego boksu z nagraniami Berlińczyków, odpakujemy z folii zakurzonego Couperina. Przeczytamy te wszystkie książki, o których zapomnieliśmy. Zamiast czekać, aż nas zaproszą na kolejną premierę i bankiet w towarzystwie modnego reżysera, uciułamy trochę grosza i pojedziemy w kilka miejsc, gdzie wystawiają niechciane opery z udziałem niedocenianych w Polsce śpiewaków. Powymieniamy się z przyjaciółmi archiwalnymi rarytasami. Może spotkamy się kiedyś przy kawie i nalewce, żeby wspólnie pomuzykować. Zostaniemy władcami krainy najcudowniejszych rzeczy, które się słyszy, jeśli się słuchać umie.

tekst dostępny pod linkami:

http://atorod.pl/?p=241 na stronie Upiór w operze)

http://kozinska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/12/25/zaczarowane-skarpetki/#comment-14424

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Stuart 38

Well, I hope that I don’t fall in love with you
‚Cause falling in love just makes me blue
Well, the music plays and you display your heart for me to see
I had a beer and now I hear you calling out for me
And I hope that I don’t fall in love with you

Mam nadzieję, że się w tobie nie zakocham,
Bo to zawsze oznacza dla mnie smutek
Muzyka gra, a ty otwierasz przede mną serce
Wypiłem piwo i słyszę jak mnie wołasz,
Mam nadzieję, że się w tobie nie zakocham

Tom Waits, I hope that I don t fall in love with you

Joanna Trümner

Sally i Brian

Stuart zerwał ze kalendarza na ścianie kartkę z miesiącem „listopad”. „Za kilka tygodni znowu święta i koniec roku. Kiedy ten rok minął?”, zastanawiał się i wziął do ręki kartkę świąteczną z Berlina, którą rano znalazł w skrzynce pocztowej. „Pamiętaj o wczoraj, żyj dzisiaj, miej nadzieję na jutro”, przeczytał i uśmiechnął się na myśl o swojej siostrze, Kate. Wyobrażał sobie Kate w dalekim, pokrytym śniegiem i zimnym Berlinie, był przekonany, że spędziła wiele godzin na chodzeniu od sklepu do sklepu w poszukiwaniu kartek świątecznych, które mówiłyby coś więcej niż „Wesołych Swiąt i szczęśliwego Nowego Roku”. Kartka kończyła się napisanym kulfoniastym pismem dziecka zdaniem: „W lipcu przyjedziemy cię odwiedzić”.

„Nareszcie”, pomyślał z radością. Przypomniały mu się długie, samotne godziny spędzone w łóżku w szpitalu w Cancun, godziny, podczas których z niedowierzaniem patrzył na ścienny zegar na sali. Często wyobrażał sobie, że czas, który, zdawało się, stał w miejscu, a którego monotonię rozpraszało tylko czytanie „Davida Copperfielda”, stał tylko wskutek rozładowanej baterii w zegarze. Nieraz wyobrażał sobie, że w ciągu nocy ktoś wymieni baterię i dni zaczną płynąć szybciej, że wstanie o własnych siłach i wróci do domu. „Może czas mija szybciej, kiedy jesteśmy szczęśliwi? Jutro minie już przecież pół roku od pierwszej randki z Sally”, zastanawiał się, odkładając kartkę pocztową od Kate. Przypomniała mu się ich pierwsza, niezbyt fortunna randka. W tydzień po ślubie Toma umówił się z nią na sobotnie spotkanie przy wejściu do ogrodu botanicznego w centrum miasta. Błędnie ocenił możliwość dotarcia tam na wózku inwalidzkim. Autobus, który jechał pod ogród, był zapełniony po brzegi, nie było w nim miejsca dla pasażera takiego jak on. Kierowca autobusu zatrzymał się na chwilę na przystanku i popatrzył bezradnie. Na twarzy miał wypisane pytanie, skierowane do Stuarta: „Dlaczego nie siedzisz w domu?” Rozłożył ręce i ruszył.

Po odjeździe autobusu Stuart długo czekał na taksówkę, w duchu wściekał się na siebie – „Co mi odbiło, żeby umówić się na drugim końcu miasta?” Kiedy dojeżdżał na miejsce spotkania był spóźniony o dwadzieścia minut. Z okna taksówki zobaczył jak Sally rozgląda się dookoła i szybkim, zdecydowanym krokiem odchodzi w kierunku przystanku autobusowego. „Musi być strasznie wściekła”, pomyślał i otworzył okno taksówki: „Bardzo cię przepraszam za spóźnienie, autobus uciekł mi prosto sprzed nosa i musiałem bardzo długo czekać na taksówkę. Następnym razem wyjdę z domu o wiele wcześniej, proszę, nie bądź na mnie zła”. „O ile jeszcze będzie następny raz”, pomyślał w duchu. „Jestem idiotą, który nie potrafi zaplanować czasu, ale idiotą, który cię naprawdę przeprasza”, dodał.

W kilka minut później siedzieli koło siebie na ławce w ogrodzie botanicznym. Rozmawiali o weselu Toma, początkach pobytu w Sydney i pracy w szkole. Zwiedzili ogród, a potem znaleźli w pobliżu przytulny pub z dobrą muzyką. W pewnym momencie Sally zapytała: „Od dawna jesteś sam?” „Moja była dziewczyna nie żyje”, odpowiedział. W milczeniu, które pojawiło się między nimi, Stuart dziwił się w duchu, że koszmar, który przeżył – potworny wypadek, zdradę, upokorzenie, powrót i uczucie winy za samobójstwo Meg można opowiedzieć jednym zdaniem.

Wdzięczny był Sally, że przerwała milczenie. Opowiedziała mu o chłopaku, z którym wspólnie przyjechała na studia z Adelajdy, pierwszej jej miłości, która skończyła się w Sylwestra przed dwoma laty. „Nigdy nie zapomnę tego pierwszego Sylwestra w Sydney”, powiedziała. „Dowiedziałam się, że Ben od kilku miesięcy spotyka się z moją najlepszą przyjaciółką. W nowy rok weszłam bez przyjaciółki i bez chłopaka. Nienawidzę Sylwestra”, dodała ze smutkiem.

Spotykali się co kilka dni. Sally często oszczędzała Stuartowi skomplikowanej wyprawy do miasta i wpadała do niego. Godziny mijały im na słuchaniu muzyki i rozmowach.

Pewnego wieczoru Sally przyniosła ze sobą skrzypce. Do tej pory Stuart kojarzył ten instrument z muzyką klasyczną. Sally zzaskoczyła go, proponując, by wspólnie zagrali „Stairway to heaven”. Gitara i skrzypce uzupełniały się idealnie, ta stara, często grana przez Stuarta piosenka brzmiała dzięki w nowej aranżacji zupełnie inaczej, bez patosu i melancholii. „To można byłoby zagrać w filharmonii”, pomyślał Stuart, przyglądając się Sally. Nie mógł oderwać od niej oczu. Skupiona na muzyce i nieobecna myślami Sally wyglądała pięknie. „Chyba się zakochałem”, pomyślał i poczuł, że ogarnia go panika. „Przecież ja tego nie chcę. Nie chcę, żeby ktoś mnie znowu zranił i odszedł. Muszę to skończyć, póki nie jest jeszcze na to za późno”. Zaczął szukać pretekstu do zakończenia wieczoru.

Przez dwa kolejne tygodnie unikał towarzystwa Sally. Nie dzwonił do niej, unikał podchodzenia do telefonu bojąc się, że to mogłaby być ona. „Przed kim się ukrywasz?”, zapytał Tom widząc, że przyjaciel nie podnosi słuchawki. „Nie ukrywam się, próbuję zapomnieć”, pomyślał Stuart. Jednak im bardziej chciał zapomnieć o Sally, tym częściej przypominały mu się ich spotkania, tym mocniej zdawał sobie sprawę, jak bardzo mu jej brakuje. Po dwóch tygodniach nie wytrzymał i zadzwonił. „To miło, że się odezwałeś”, przywitała go z wyraźną radością w głosie. Nie zadała żadnych pytań w stylu, „a dlaczego się nie odzywałeś?” i „czy coś się stało?” Stuart z ulgą odłożył słuchawkę. Już wiedział, że nie obronił się przed tym uczuciem.

Wkrótce potem w końcu zaczął poruszać się bez pomocy wózka inwalidzkiego. Dzień, kiedy po raz pierwszy od miesięcy przeszedł kilka kroków, wsiadł do samochodu i pojechał na zajęcia fizjoterapii bez korzystania z niczyjej pomocy, był dla wyjątkową datą. „To są moje drugie urodziny”, pomyślał zakreślając w kalendarzu datę piątego listopada. W duchu obiecał sobie, że co roku będzie o tym pamiętał. Przypomniały mu się kolejne etapy powrotu do zdrowia, operacja ból i strach, że do końca życia nie uda mu się opuścić wózka inwalidzkiego. W kilka dni później przeprowadził się do trzypokojowego bungalowu na północy Sydney, który kupił dzięki pomocy Briana.

W wieczór przeprowadzki Brian wpadł do niego wieczorem z butelką czerwonego wina w ręku. „Zapraszam cię na pierwszą butelkę wina w twoim własnym domu”, powiedział wchodząc do kuchni. „Nawet nie wiesz jaki jestem ci wdzięczny, że tak się mną zająłeś, gdyby nie ty gniłbym jeszcze w tym szpitalu w Cancun”, odparł Stuart. „Dziękuję Ci za ten dom, mój pierwszy własny kąt. Swoją drogą to smutne, że niczego do tej pory nie dorobiłem się dzięki własnej pracy”. „Nie przesadzaj”, odpowiedział Brian. „Masz przecież rodzinę, i Kate i twoja mama na pewno przyleciałyby cię wybawić, gdybym ich nie uprzedził. Ja potrzebowałem zmiany, jesteśmy sobie wzajemnie w jakiś sposób potrzebni.”

„Jakie to dziwne, że tyle zawdzięczam obcej właściwie osobie, komuś, kto nie jest ani członkiem rodziny ani przyjacielem. Komuś, kto powoli ma mnie dosyć”, pomyślał Stuart z niepokojem. Od czasu, kiedy zaczął spotykać się z Sally, Brian zmienił stosunek do niego. Nie starał się nawet ukrywać dystansu i niechęci do Sally, sceptycznie komentował miłość, która rozkwitała na jego oczach. „Zajmij się swoimi sprawami, musisz zacząć zarabiać własne pieniądze, ta przygoda nie jest ci teraz do niczego potrzebna”, powtarzał Stuartowi raz po raz. Zapanowała między nimi dziwna, pełna napięcia i niedomówień atmosfera. „Może podświadomie prędzej czy później tracimy sympatię do ludzi, którzy nam pomogli? Przecież ta pomoc jest zawsze dowodem naszego własnego nieudacznictwa”, zastanawiał się Stuart. Z dużą ulgą przyjął wiadomość, że na początku stycznia Brian planuje miesięczną podróż po Australii.

Postanowił zorganizować zabawę sylwestrową w nowym domu. W duchu bał się, że Brian może się czuć źle w towarzystwie o wiele młodszych od siebie osób, mimo to zdecydował się go zaprosić. Brian był pierwszym gościem. Już od chwili, kiedy wszedł do domu, Stuart poczuł dziwne napięcie. Dziwną, pełną agresji atmosferę, której nie rozproszyło przyjście innych gości, Toma z żoną, Sally z przyjaciółką i jej chłopakiem i sąsiadów. Stuart przyniósł właśnie z ogródka gotowe mięso z grilla. Na talerz Briana położył duży kawałek baraniny. W tym momencie zobaczył w oczach Briana złość i niedowierzanie. Wkrótce potem Brian odsunął na bok talerz i głośno powiedział: „W życiu się nie spotkałem z taką niewdzięcznością. Przecież wiesz, że jedyne, czego nie jem, to baranina. Ja od miesięcy myślę o każdym twoim terminie, o każdej fizjoterapii, o tym, żebyś miał własny dom i pełną lodówkę.” Mimo upału na dworze Stuart poczuł, że robi mu się zimno. Nie przypuszczał, że elokwentny, oczytany, elegancki, ba wręcz wytworny Brian potrafi zrobić z baraniny sprawę życia i śmierci, dając publicznie upust wściekłości i nie licząc się z nikim. „Wieczna wdzięczność może przerodzić się we wieczne upokorzenie”, pomyślał w duchu.

Wkrótce potem Brian wziął krzesło i siadł z dala od wszystkich, w ciemnym kącie ogródka. Stuart próbował ratować atmosferę i zajął się rozmową z innymi gośćmi. W kilka minut przed północą poszedł do Briana. „Przepraszam, to było głupie niedopatrzenie”. Brian wyciągnął rękę do Stuarta: „To ja cię przepraszam, ostatnio powiedziałem tyle głupich, niepotrzebnych rzeczy. Rzeczy, których nie myślę. Może po prostu nadszedł czas, żebyśmy od siebie odpoczęli. Pamiętam mojego ojca, który terroryzował cały dom, wszystko było powodem do wściekłości – byle jak zawiązane sznurówki, wizyta matki u fryzjera, za słona pieczeń albo złe stopnie w szkole. Pamiętam, jak powiedziałem sobie, że zrobię w życiu wszystko, żeby nie stać się taki jak on. Nie dotrzymałem obietnicy, zachowałem się jak idiota, przepraszam. Mam nadzieję, że jak wrócę, to będziemy mieli obaj jakiś plan na dalsze życie”. O dwunastej wspólnie przywitali przyjście roku 1986.

Cdn

Opublikowano Joanna Trümner | Otagowano | Dodaj komentarz

Szopa w salonie 17

Już TU kiedyś, kilka lat temu, był wpis o mocy zer. Dziś temat wraca.

Łukasz Szopa

Pochwała ekonomicznych zer

Sytuację ekonomiczną – czy globalną, czy państwową, czy swoją własną – odczuwamy i oceniamy nie tylko na podstawie zasobu portfela czy zerknięcia na stan konta. Do pośrednich ocen naszego dobrobytu należą z jednej strony „odczucie“, z drugiej – statystyki.

A nieraz jedno z drugim się łączy, a raczej miesza, i to niekoniecznie sensownie i racjonalnie. Gdy zerkamy w dział gospodarczy gazety – co bardziej nas martwi: „Wzrost bezrobocia o 50%“ czy „Bezrobocie na poziomie 5%“? A co bardziej cieszy: „Przychód krajowy brutto (PKB) pozostał na poziomie 3%“ czy „W skali europejskiej mamy piąty najwyższy wzrost PKB“? Różne ujęcia statystyczne a i językowe wpływają tak na emocjonalne oceny stanu gospodarki. Ale, co ciekawe, jest i odwrotnie, gdy czytamy, że „Bank centralny obawia się wzrostu inflacji“ czy „Nastroje na giełdzie i w tym kwartale optymistyczne“. No, niby ekonomia ma być nauką, a w dodatku ścisłą – a wiadomo już nie od kryzysu finansowego w 2007, że rzeczy jak „optymizm“ czy „zaufanie“ pojawiają się w jej kontekście aż tak często – że chciałoby się ekonomię i -istów wysłać do psychologa.

Dlatego, jako ekonomista i jako optymista, opowiadam się za zerem, a właściwie – zerami.

W niektórych przypadkach absolutnymi – bo któż nie ucieszyłby się z informacji, że „bezrobocie jest na poziomie 0%“ albo że dług publiczny wynosi zero złotych czy euro?

Ale i na poziomie cyfr wyrażających relację, wolę krąglutkie zero od różnych wzrostów i spadków.

Na przykład ceny: Nie widzę powodu, dlaczego obawiać się deflacji bardziej niż inflacji – i mówię to nie tylko pamiętając polskie lata 80 i początek 90. Za każdym razem dziwię się, gdy bankierzy czy ministrowie finansów lub gospodarki „życzą sobie inflacji na poziomie przynajmniej 2%“. Dlaczego, pytam, coś ma drożeć (albo też: dlaczego pieniądz ma tracić na wartości)? Samo dla siebie? Oczywiście tu odpowiedź jest prosta: Żyjemy w kapitalistycznym światku, gdzie finansistów i szefów koncernów ogarnia panika, gdy nie chce nam się wydawać pieniędzy. A jak pieniądz „tak troszkę“ traci na wartości – to coś mówi nam, by jednak polecieć na zakupy, czy to w Zalando czy w Media Markt, czyż nie? A czy nie byłoby naturalne, by – pomijając kwartalne czy nawet roczne lekkie wahania – poziom cen po prostu pozostawał bez zmian?

Inny przykład to bilanse handlowe: Tu też trochę się chce śmiać, czy raczej biadolić nad albo brakiem kompetencji, albo brakiem szczerości niejednego ekonomisty. Bo prawie każdy życzyłby sobie (dla swojego kraju czy strefy ekonomicznej) pozytywnego bilansu, czyli by to, co sprzedajemy innym (i co przynosi nam dochód), było zawsze dodatnie. Rzecz „niestety“ w tym, że żyjemy w zamkniętym obiegu, czyli na planecie Ziemia, gdzie niemożliwe jest, by każda gospodarka narodowa miała pozytywny bilans handlowy: Każdy plus jednego kraju oznacza po prostu ujemny bilans innego. Więc i tu, in the long term, idealne byłoby zero.

Wreszcie przykład „fajnego zera“ najbardziej kontrowersyjny, ale i najważniejszy: Wzrost gospodarczy, czyli zmiana z jednego roku na drugi poziomu PKB. Ten numer statystyczny to dla wielu niemalże dogmat wiary: bez wzrostu, mówią, fatalnie. I tłumaczą co najwyżej nieaktualną już od dawna hipotezą, że bez wzrostu nie spadnie bezrobocie. Zapominając nawet o tym, że PKB liczy się jako sumę wydatków na konsumpcję, wydatki publiczne i inwestycje prywatne (plus bilans handlowy z zagranicą). Czy musiałoby więc być aż tak źle, jeśli dany kraj, jego obywatele i firmy, w porównaniu do roku poprzedniego roku wyda więcej na inwestycje niż na konsumpcję? Lub gdy – by dać i przykład ku uciesze neoliberałów – ograniczymy wydatki publiczne, a wzrośnie konsumpcja? Pominę tu dłuższy opis „lekkiej“ bezsensowności całego PKB, ograniczając się do przykładu, że o ile wzrost wydatków na zbrojenia czy na naprawę infrastruktury po kataklizmie wpłynie na PKB pozytywnie (gdyż PKB nie odzwierciedla ani stanu zadłużenia, ani wartości istniejącego kapitału jak domy, fabryki, autostrady), to z kolei ograniczenie konsumpcji paliw czy artykułów elektronicznych, choć dobre dla środowiska (a i dla stanu konta na rok następny!), wpłynie na PKB negatywnie… Może na koniec ujmę to w prosty przykład, porównując ekonomię całego kraju do rodziny z domkiem i ogródkiem: cóż nam z tego, że co roku nie tylko posadzimy więcej krzewów i drzewek, i kupimy jakieś nowe meble plus 50 nowych książek albo filmów. Może i lepiej, może gorzej – ale czy to naprawdę konieczne do naszego szczęścia, do naszego dobrobytu? Gdybyśmy chcieli tak co roku, musielibyśmy wykupić od sąsiada część jego działki – gdyż na naszej zabrakłoby miejsc na tak sensowne „inwestycje“ jak ogrodowe krasnale! Nie mówiąc o pomysłach rozbudowy domu o piętro (choć dzieciaki i tak chcą już się wynosić…) czy zakupie traktorka zamiast ręcznej kosiarki. Czy naprawdę w tym przypadku – a mówię o większości ludzi mieszkających w Europie, choć i reszta świata ma się całkiem nieźle jeśli o to chodzi – musimy zawsze „przeć do przodu“, i „gonić za więcej“, albo w ogóle sobie tego „więcej“ życzyć?

Hmmm. Może właśnie niestety w tym cały szkopuł. Że homo sapiens nie jest całkiem „homo oeconomicusem“, ale jednak jego genami mocno przepełniony. I czysto irracjonalne i emocjonalne „chcę więcej (niż wcześniej, niż sąsiad, itp)“ oznacza, że ekonomicznie mało kto „zmianą zerową“ się zadowala. Cóż, na tym niech zarabiają banki oferujące kredyty, no i oczywiście psychoterapeuci!

Opublikowano Łukasz Szopa | Otagowano | Dodaj komentarz

Barataria 47 czyli szaleniec z Wydm

Ewa Maria Slaska

Jaki ojciec taki syn

W kilku odcinkach, poczynając od TEGO, pisałam o Silvio Gesellu, ekonomiście-utopiście z początku XX wieku. Gesell był zwolennikiem gospodarki wolnorynkowej opartej na wolnym (nie dającym się tezauryzować) pieniądzu, funkcjonującej bez stosowania zasad marksistowskich, ale też i bez zasad wielkokapitalistycznych. Jednostki gospodarcze, najczęściej wioski lub społeczności kilku wiosek, oparte o model Gesella czyli posługujące się wolnym pieniądzem istniały i właściwie do dziś istnieją tu i ówdzie, odnosząc nawet spore sukcesy. Warunkiem powodzenia jest tu po pierwsze fakt, że są to grupy małe i że naprawdę a nie pod przymusem stosują się do zasad przyjętych przez wspólnotę oraz że własze  świata zewnętrznego pozwolą im na wprowadzenie, zrealizowanie i  kontynuowanie eksperymentu. Opowieść Gesella o tym, jak powstają takie systemy i z jakich powodów upadają, została ulokowana na odkrytej, a potem zapomnianej, wyspie Barataria gdzieś na Karaibach. Przypomnijmy że w zatoce Meksykańskiej, naprzeciwko miasta Nowy Orlean rzeczywiście leży wyspa o takiej nazwie, która przez kilkadziesiąt lat była siedzibą słynnego pirata Lafitte’a.

Również syn Silvia, Carlos, był szalonym utopistą. Informacje o nim znalazłam dopiero ostatnio w artykule Michaela Stolleisa Die Wunderinsel Barataria. Sancho Panza und die Kunst des Regierens / Czarodziejska wyspa Barataria czyli Sancho Pansa i sztuka rządzenia. W przeciwieństwie do mnie, autor nie uważa naszego giermka za wcielenie karnawałowego króla, lecz traktuje go nader poważnie, właściwie jak renesansowy ideał władcy, który wciąż jest rycerzem jak każdy władca średniowieczny, ale już jest również uczonym sędzią, jak ci, którzy obejmują rządy w czasach nowożytnych. Gubernator Baratarii jest miernikim, wg którego ocenić można także jego następców, Silvia i Carlosa Gesellów.

Ktokolwiek będziesz w okolicy Mar del Plata, możesz wśród licznych ofert wybrać modny obecnie kurort nadmorski Villa Gesell (miasteczko Gesell czyli Gesellowo lub Gesellówka). Jego główna ulica nosi nazwę Bulwar Silvio Gesella (ojca zatem, nie syna), ty zaś oddać się tu możesz nie tylko zwykłym rozrywkom plażowym, ale popłynąć na połów ryb na pełne morze lub odwiedzić jednego z mieszkających tu artystów. Tysiące turystów tak robią, wcale nie wiedząc o tym, że jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku rozciągały się tu tylko piaszczyste wydmy, po których hulały burze piaskowe.

Carlos Gesell (syn Silvia), był udziałowcem założonej przez ojca fabryki środków higienicznych i ubranek dla dzieci, na czym jak można zrozumieć dorobił się na tyle, by móc kupić kawał argentyńskiego wybrzeża o szerokości około półtpra kilometra i długości – kilometrów dziesięciu. Wydmy były, jak to wydmy, uporczywie piaszczyste, ale Carlos, być może zapatrzony w wizje Edenu, niemieckiej wioski produkującej owoce, gdzie w ostatnich latach życia zamieszkał tata, postanowił uczynić sobie ten skrawek ziemi poddanym, rozpoczynając uparte choć latami kończące się niepowodzeniem eksperymenty zamienienia wydm w oazę rolniczą. Miejscowi nazwali go «Loco de las dunas», szaleniec z wydm.

I oto kiedyś jego wysiłki zakończyły się powodzeniem – Carlos obsiał wydmy owsem nadmorskim, który umocnił luźne piaski i przygotował tym samym podłoże pod następne rośliny.

Ogromną rolę w użyźnianiu wydm odegrały akacje. W lasku maleńkich akacji Carlos założył utopijną kolonię, gdzie zamieszkał z żoną i garstką kolonistów. Rychło okazało się, że te surowe piaski zaczęły, podobnie jak rodzina szaleńca, z roku na rok coraz szybciej i więcej płodzić. Carlos miał trzy córki i trzech synów z pierwszą żoną, a potem jeszcze następne dzieci z drugą i trzecią.

Pierwszy dom zbudowany przez Gesella na użytek kolonistów stał właściwie w szczerym piachu i miał czworo drzwi w cztery strony świata, tak by zawsze, niezależnie od tego, co aktualnie zrobi wiatr z piachem, i które drzwi zasypie, zawsze można było wyjść z domu.

Kolonia Gesella rządziła się surowym rygorami, nie wolno było palić ani grać, a alkohol wolno było pić tylko od wielkiego święta.  Było to więc minipaństewko policyjne, w którym restrykcje zapewniały przestrzeganie zasad. To zresztą klasyczny wręcz problem wszystkich utopii (dziś się zaczęło nazywać dystopiami, jakby utopia za bardzo się – nam? – zaczęła kojarzyć z utopieniem się i utopcami). Są tylko dwie metody uzyskania posłuszeństwa zasadom – wychowanie czyli przymus łagodny bądź przymus bezpośredni.

W drugim zbudowanym w kolonii domu mieści się dziś muzeum.

Carlos, urodzony w 1891 roku, zmarł w podeszłym wieku w roku 1977. Ale wtedy jego utopijna kolonia dawno już przekształciła się w zwykłe kąpielisko jakich wiele w tej części Argentyny, 400 kilometrów na południe od Buenos Aires. Realny kapitalizm wchłonął bez reszty utopię szaleńca. Zresztą na życzenie samego założyciela, który jako pierwszy zaczął w kolonii budować domy dla spartańsko usposobionych turystów. Teraz zresztą nie mu już tych pierwszych hosteli turystycznych, zastąpiły je zwykłe hotele z basenami, sauną, barem i jakuzzi.

Carlos był podobnie jak jego ojciec, człowiekiem dobrze wykształconym i niezwykle kreatywnym. Jego zapał zjednywał mu ludzi. Gdy rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, dwoje dzieci pozostało z nim w koloni Gesell, podczas gdy reszta wyjechała z matką do Buenos Aires.

To wszystko są dobrzy ludzie, pisze autor, i Silvio, i Carlos Gesell, i fikcyjny Sancho Pansa. Chcą dobrze, podejmują wysiłki, a i tak przegrywają. Choć przecież możnaby tu zaoponować i powiedzieć, że nieprawda. Według wzorów zaproponowanych przez Silvia Gesella funkcjonowało jednak, ba dobrze prosperowało, kilka autentycznych jednostek gospodarczych, kres ich prosperity położyły zakazy wymuszone przez bankowców na rządzących. I jednak, umówmy się, Carlos Gesell rzeczywiście zamienił 25 kilometrów kwadratowych piachu w kwitnące krajobrazy modnego kąpieliska. I w końcu również Cervantes udowodnił nam na przykładzie Sancho Pansy, że można być dobrym sędzią, pod warunkiem że się umie używać rozumu, i że można bez złości zrezygnować z władzy, pod warunkiem, że nie stanowi ona dla człowieka jedynego celu w życiu.

A wszyscy trzej udowodnili, że czasem udaje się zrealizować idiotyczne marzenia.

U góry miasto Villa Gesell, liczące obecnie ok. ćwierć miliona mieszkańców,
poniżej: tereny zielone w parku miejskim

Extra dodatek dla tych, którzy znają niemiecki – jedna z najstarszych mieszkanek Villi Gesell założyła w roku 2012 (w wieku 90 lat!) specjalny blog, który nazwała geselligerunde-blog (nazwa wywodzi się oczywiście od nazwiska założyciela miasta, ale oznacza też: ożywione spotkanie towarzyskie). Jest to dwieście krótkich wpisów o mieście, domach, ludziach, zwierzętach i historii. W niektórych historyjkach pojawia się też osoba założyciela, już jako starszego pana z siwą brodą. Autorami wpisów są różne osoby, które autorka zaprosiła do współpracy.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz