Berlin o każdej porze roku. Wiosna

Elżbieta Kargol

Tulipany, tulipanie, tulipaństwa

I znowu zakwitły, wszędzie w ogrodach, w parkach, na skwerach, na klombach, rondach, między drzewami, za płotem i w trawie, w doniczkach i w wazonach, a przede wszystkim w berlińskim Britzer Garten, gdzie 21 kwietnia odbyło się oficjalne otwarcie kwitnięcia i gdzie ich ilość, różnorodność, barwność i miejsce przyprawiają każdego o kolorowy zawrót głowy. Skala ich barw jest niewiarygodnie szeroka, nie występują tylko w czysto niebieskim i czarnym okwiecie. Kwiaty są pojedyncze lub pełne, a ich kształt zmienia się od kielichowatego przez miseczkowy, kubkowaty, do form o skręconych lub postrzępionych płatkach, niektóre podobne do róży, inne do piwonii, ale najczęściej do lilii, bo do rodziny liliowatych wszak należą.

Mowa o tulipanach, tulipaniach i o całych tulipaństwach. Na świecie istnieją 194 państwa. Gatunków tulipanów jest około 120, a odmian uprawnych ponad 15 tysięcy. O nazwie nadawanej nowej odmianie decydują hodowcy. Nadawanie tulipanom imion znanych ludzi to element promocji. Jest Irena Sendlerowa i Fryderyk Chopin, jest Jurij Gagarin i Elvis Presley, i tysiące innych znanych lub mniej osobistości.


Tulipan zezwala, aby go podziwiano, ale nie budzi gwałtownych uczuć – pożądania, zazdrości, miłosnych zapałów. Jest pawiem wśród kwiatów.

Zbigniew Herbert

Niektórzy za ich ojczyznę uważają Holandię. Nic bardziej mylnego! Kwiaty te pochodzą z Azji środkowej, gdzie ich dzikie odmiany rosły na zboczach gór Tienszanu, Pamiru i Ałtaju, później w Chinach, Mongolii, aż dotarły do Persji i Imperium Osmańskiego. W XVIII wieku Turcją rządził sułtan Ahmed III. Czas jego panowania został nazwany „Wiekiem Tulipanów”. Nazwa tulipan pochodzi od tureckiego słowa tülbent – oznacza tkaninę, z której uwijano turbany. Czerwony tulipan, po turecku laleh, zapisuje się takimi samymi literami jak imię Allaha, a czytany od tylu daje helal czyli półksiężyc. Turcy wierzą, że kwiat ma boską siłę. Jego nazwa, choć zupełnie inna, pojawia się też w Pieśni nad pieśniami.

*

W połowie XVI wieku do Europy tulipany sprowadził z dworu sułtańskiego austriacki ambasador w Turcji, a ich uprawą zajął się holenderski botanik Karol Clusius. Rozpoczęło się tulipanowe szaleństwo. Ceny niektórych cebulek był warte domu w Amsterdamie. Do dzisiaj Holandia jest światowym potentatem w uprawie tulipanów.

Przed laty skorzystałam z oferty taniego przewoźnika i wybrałam się do Holandii, do Keukenhofu, aby podziwiać kwitnące łany tulipanów. Nic, oprócz folią przkrytych pól nie widzieliśmy. Był początek lub środek marca, wycieczka dwa tygodnie później kosztowałaby już 100 marek więcej.

Tulipan jest łatwy w obsłudze, rośnie w każdej ziemi, cebulki wysadzamy jesienią do gruntu, i w zależności od gatunku zakwitną od marca do czerwca. Po przekwitnięciu lepiej wyjąć cebulki z ziemi, przechować w chłodnym i ciemnym miejscu, a jesienią powtórzyć proces, żeby następnej wiosny znów cieszyły oczy.

Z moim dziadkiem, ogrodnikiem i pszczelarzem z zamiłowania, zajmowaliśmy się krzyżowaniem tulipanów. Przenosiliśmy pyłek z białego kwiatu na czerwony. W następnym roku dziadek patriota pokazywał mi w ogrodzie biało-czerwone tulipany, efekt naszych botanicznych eksperymentów. Prawdopodobnie mnie trochę oszukiwał, ale dawno mu to wybaczyłam, bo wszystko co wiem o faunie i florze w ogrodzie, na polach i łąkach, zawdzięczam właśnie jemu.

W berlińskim Britzer Garten posadzono 250 tysięcy tulipanowych cebulek. Choć zimne dni marcowe zaszkodziły wielu roślinom i nie wszystkie zakwitły lub nie zakwitną, to jednak większośc ich otuli(pani)ła ziemię barwnym kobiercem kwiatów

Tulipan

Jak ptak jesteś – o piórach z purpury i złota!
Nakrapianyś – jak skóra cudownego węża!
Jak płomień – którym wiatr bezgłośnie miota!
Jak płomień – co w pośpiechu ostygłby i stężał!

Chrzęścisz cicho jedwabiem pod zakrzepłym żarem,
siarkę mieszasz z krwi pąsem w chlasty, bryzgi, smugi,
aż powalony wreszcie własnym, szkarłatnym ciężarem,
masz w sobie coś z Mefista i chorej papugi…

Beata Obertyńska, z tomu Otawa, 1945


Zdjęcie Autorka, dalsze zdjęcia – mnóstwo wspaniałych zdjęć – TU

Reklamy
Opublikowano Elżbieta Kargol | Otagowano , | Dodaj komentarz

Barataria 62: balet bez Baratarii

Ewa Maria Slaska

Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot

Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski
Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)

Istnieją trzy wersje baletu, moskiewska z roku 1869, sanktpetersburska z roku 1871 (obie autorstwa Petipy) i wersja poprawiona przez Akesandra Górskiego z roku 1902, ta, którą wystawia się do dziś; w tej wersji rolę zakochanej Kitri zatańczyła Matylda Krzesińska, polska tancerka Tetaru Maryjskiego w St. Petersburgu, w której zakochał się następca tronu (a potem ostatni car Rosji), Mikołaj II – zresztą wszyscy to na pewno świetnie wiedzą, wszak w ubiegłym roku na ekranach kin pojawił się rosyjski film Aleksieja Uczitiela Matylda, który nacjonalistycznie nastawieni Rosjanie próbowali na całym świecie bojkotować, bo przypomnienie carskiego romansu obrażało pamięć o świętym (to nie  ironia – Mikołaj II po upadku komunizmu został kanonizowany) wszechrosyjskim władcy, zamordowanym wraz z żoną i dziećmi przez Sowietów. Matylda jest przepięknym (jeśli ktoś lubi kicz w wielkim stylu) kostiumowym romansem, rozgrywanym przez obwieszone klejnotami postaci w pełnych przepychu wnętrzach. Mikołaj, choć bardzo chce wziąć ślub z kochanką, przygotowuje się jednocześnie do ślubu z Alicją, księżniczką heską, która jako caryca przybierze imię Aleksandry. Film dzieje się jeszcze przed ślubem i koronacją Mikołaja i przypomina przy okazji niezwykły pojedynek pomiędzy dwiema primabalerinami carskiego baletu – Matyldą Krzesińską i Pieriną Lignani na… piruety. Legnani, Włoszka, uważana za najwspanialszą primaballerinę wszechczasów, była pierwszą tancerką, której udało się wykonać tzw. fouetté en tournant z 32 obrotami. W filmie ambitna Polka próbuje dorównać rywalce, co jej się w końcu udaje. Krwawiące stopy Matyldy i pożar je pałacu na sztucznej wyspie stanowią niewątpliwie główną atrakcję tej filmowej opowieści bez happy endu.

W słowniku terminologi baletowej polskiej Wikipedii znajdujemy takie oto wyjaśnienie: Fouetté – termin oznaczający rząd tanecznych pas przypominających obracającego się bąka. F. na 45° to wirtuozerskie obroty na palcach, w czasie obrotu pracująca noga “zamachuje się” za łydkę nogi oporowej, zgina w kolanie, jej nosek z tyłu przenosi się do przodu, potem noga silnie wyprostowuje się z równoczesnym opuszczeniem nogi oporowej w demi-plié (pół ugięcie). (Nawiasem mówiąc, to wygląda mniej więcej tak, trzeba to tylko obejrzeć 32 razy).

Fouetté stanowi najczęściej kulminację w różnych formach tańca klasycznego, zwykle w pas de deux np. w Jeziorze łabędzim czy Don Kichocie. I tak to, jak zwykle w tych wędrówkach po kulturze, dokądbyśmy nie poszli i tak „wracamy do naszych baranów”.


Natalia Maria Wojciechowska, autorka portalu Baletowe ABC, pisze

HISTORIA I CIEKAWOSTKI
  • Już w 1614 roku w królewskim Luwrze tańczono balet dworski Don Quichotte. Później motywy z dzieła Cervantesa zadomowiły się w balecie na stałe, owocując przez 400 lat dziesiątkami nowych opracowań. Prawdziwą furorę zrobił jednak dopiero balet Mariusa Petipy z muzyką Ludwiga Minkusa (1869), bo trwa na scenach do dzisiaj, odświeżany i przetwarzany przez kolejne pokolenia choreografów.
  • W 1740 roku Franz Hilvedring jako pierwszy wystawił Don Kichota w wersji dwuaktowej,
  • W 1768 Jean George Noverre rozbudował wersję Hilvedringa i jak poprzednik wystawił swoją wersję w Wiedniu – do muzyki Josefa Starzera,
  • W 1808 roku Charled Didelot znany jako „ojciec rosyjskiego baletu” wystawił w Petersburgu dwuaktową wersję Don Kichota,
  • W 1839 roku Paul Taglioni (wujek Marii Taglioni) wystawił własną wersję tego baletu w Berlinie,
  • W 1843 roku wujek Paula Taglioniego – Salvatore Taglini – wystawił swoją produkcję Don Kichota w Turynie,
  • Odtwórczynią roli Kitri podczas światowej premiery w roku 1869 w Moskwie była Anna Sobeshchanskaya
  • W 1871 – 21 listopada w Teatrze Kamenny w Petersburgu została wystawiona rozszerzona przez Petipę i Minkusa wersja w 5 aktach i 11 obrazach,
  • W 1924 roku zespół Anny Pawłowej, co prawda w kawałkach, ale jako pierwszy wystawiał balet Don Kichot poza granicami Rosji,
  • W 1950 Ninette de Valois wystawiła swoją wersję Don Kichota, wykonaną przez zespół Royal Ballet,
  • W 1962 roku po raz pierwszy poza Rosją została wystawiona oryginalna rosyjska wersja Don Kichota zatańczona przez Ballet Rambert,
  • W 1965 roku George Balanchine stworzył współczesną wersję Don Kichota dla New York City Ballet,
  • W 1966 Rudolf Nureyev wystawił swoją wersję tego baletu, którą stworzył dla baletu wiedeńskiego (Vienna State Opera Ballet),
  • W 1973 roku wersja Rudolfa Nureyeva tańczona przez balet australijski została sfilmowana,
  • W 1980 roku Michaił Barysznikow stworzył własną wersję dla American Ballet Theater, którą tańczyło wiele zespołów na całym świecie,
  • W 1900 roku 6 grudnia Aleksander Górski wystawia w Petersburgu swoją wersję Don Kichota z nowymi tańcami, jak wariacja Królowej Driad do muzyki Antona Simona,
  • Kiedy Aleksander Górski ponownie w 1902 roku wystawiał Don Kichota kompozytor Riccardo Drigo nalegał na wstawienie dwóch wariacji skomponowanych przez niego dla Matyldy Krzesińskiej,
  • Wersja Górskiego nie została dobrze przyjęta przez zwolenników Petipy oraz baletomanów i była postrzegana przez długi czas jak okaleczenie pracy Petipy,
  • Wersja Górskiego stała się stałą pozycją Teatru Bolszoi oraz Kirov.

No dobrze, to wreszcie opowiedzmy sobie, o czym jest ów balet:

PROLOG
Don Kichot, naczytawszy się ksiąg o przygodach błędnych rycerzy, postanawia wyruszyć na poszukiwanie ideału piękna, jakim dla niego jest Dulcynea. Towarzyszy mu wierny sługa Sancho Pansa.

AKT I
Na placu miasteczka codzienny gwar i krzątanina. Kitri, córka właściciela gospody, Lorenza, tańczy z przyjaciółkami. Dziewczyna jest zakochana w Basiliu, ale jej ojciec nie zgadza się na małżeństwo z biednym cyrulikiem – swata jej na męża bogatego Gamacha.
Na rynek wkracza niecodzienna postać: Don Kichot. Jest oczarowany tańczącą Kitri, która jawi mu się jako uosobienie Dulcynei. Składa jej rycerski hołd uwielbienia, który zostaje przyjęty z humorem. Wkrótce zręcznyny. Manewrem Kitri znika wraz z Basiliem, a Lorenzo, Gamache i Don Kichot z Sancho Pansą rzucają się za nim w pogoń.
W tawernie zebrali się matadorzy i Espada, adorujący uliczną tancerkę. Zainteresowanie wszystkich szybko przenosi się na tańczącą Mercedes. Uliczna tancerka nie chce dać za wygraną. Nieporozumienie przerywa pojawienie się Kitri i Basilia oraz całego goniącego ich towarzystwa. Lorenzo próbuje zmusić córkę do małżeństwa z Gamachem, co widząc Basilio – pozoruje samobójstwo. Lorenzo zmuszony przez Don Kichota, udziela błogosławieństwa Kitri i „umierającemu” Basiliowi. Chłopak natychmiast ożywa i młodzi uciekają. Oszukany Lorenzo i Gamache gonią ich, za nimi zaś podąża błędny rycerz z wiernym sługą.
Don Kichot jest przekonany, że to miłość wskrzesiła Basilia.

AKT II
Noc, Cyganie przy ognisku. W sam środek zabawy wpadają goniący Basilia i Kitri. Don Kichot dostrzega stojący nieopodal wiatrak i bierze go za wcielenie złych mocy. Rzuca się do walki, a wszyscy przerażeni uciekają.

Sancho Pansa pielęgnuje potłuczonego pana. Don Kichot jest oszołomiony; wydaje mu się, że Amor prowadzi go do krainy Driad. Jedną z nich jest Kitri – Dulcynea. Sancho cuci Don Kichota. Oto pojawia się spacerująca po lesie para – księżna z orszakiem, która zaprasza błędnego rycerza na zamek.

AKT III
Na zamku pojawiają się wszystkie znane nam postaci. W honorowym pojedynku Don Kichot zmusza natrętnego Gamacha do rezygnacji z ręki Kitri. Młodzi są szczęśliwi.

Błędny rycerz w towarzystwie wiernego Sancho Pansy udają się w dalszą drogę na poszukiwanie ideału piękna.


Od lutego balet w nowej wersji przygotowanej przez Víctora Ullate można obejrzeć w Deutsche Oper (Operze Niemieckiej) w Berlinie; najbliższe terminy: 27 kwietnia, 4 maja, 2 czerwca, 17 czerwca i 2 lipca. Bilety w cenie od 29 do 95 euro.

Zauważyliście oczywiście, że wideo kończy się owym słynnym Fouetté, tańczonym ongiś przez piękną Matyldę.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Über Indien am Sonntag 6 (und Schluss)

Tanja Krüger & Johanna Rubinroth

Die Autorinnen sind schon längst zurück in Berlin. Ich glaube auch, dass ich das Wichtigste, was sie mir per WhatsApp zugesendet haben, in letzten Wochen veröffentlichte. Höchste Zeit in meinem Handy und im Computer alles Indische von Joasia und Tanja aufzuräumen und wegpacken. Und dann sehe ich, dass mit jeder Woche, als ich die Sonntagsbeiträge vorbereitet habe, etwas geblieben ist, etwas, manchmal weil es schon zu viel war, andersmal, weil das, was da war zum Nix passte oder ich es mir nicht erklären konnte, worum es den beiden Travellerinnen dabei ging. Und als ich gerade dabei war, es wegzuschaffen, befiel mich ein Gefühl des Verlusts. Ich dachte plötzlich, dass ich es bereuen werde, diesen bizarren und unzusammen hängenden Fotos nicht genug Beachtung geschenkt zu haben.

Die Fotos, die ich hier zeige hatten meistens keine Unterschrift. Ausser eins, das betitelt wurde: mit nummerierten wasserhähnen am bahnhof… Na bitte. Und was wundert? In Berlin ist jeder Baum in der Stadt nummeriert 🙂


Und bei der Gelegenheit ein Foto eines nummerierten Baums im Garten meines Wohnhauses in Berlin und eine im Netz gefundene Information des Hauptstädtischen Grünamts: An den Berliner Straßen stehen über 50 verschiedene Baumgattungen. Die fünf am häufigsten vorkommenden Baumgattungen sind Linde, Ahorn, Eiche, Platane und Kastanie. Sie machen ca. 75% des Straßenbaumbestandes aus. Na!

 

Opublikowano Johanna Rubinroth, Tanja & Joasia, Tanja Krüger | Otagowano , | Dodaj komentarz

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Feiertage, Irving Penn Centennial, Der Jahrhundertfotograf

Ostern war und ist für mich eigentlich die Zeit der Ausflüge, der Unternehmungen, wenn es geht ins Freie und weg aus der Stadt. Doch wenn das Wetter nicht anders erlaubt auch in der Stadt; sich anschauen, was die Hauptstadt so anbietet. Es herrschte immer die Meinung, Berlin sei ein Hype, wenn es um Ausstellungen geht. Lange Zeit galt das auch für mich im Hinblick auf Berlin schon, doch seit circa zwei Jahren gab es keine so großen gelungenen Ausstellungen mehr, es wird viel renoviert und restauriert, gebaut und ausgebessert, dies und jenes ist vorübergehend geschlossen, noch nicht geöffnet, gerade in Planung… doch wir leben nur einmal, und alles was nach uns kommt, ist irgendwie für uns selbst irrelevant.

Desto mehr freute ich mich, als wir am Ostersonntag beim scheußlichsten Wetter aller Zeiten in die C/O Berlin gingen und uns eine wirklich gelungene Ausstellung ansahen. Der Name des Fotografen war schon ein Versprechen, doch die Zahl der Werke und ihre Gliederung übertraf meine Erwartungen. Sie wurde vom Metropolitan Museum of Art in Zusammenarbeit mit der Irving Penn Foundation verarbeitet; zugute kamen die Schenkungen von 180 Arbeiten oben genannter Stiftung an das Metropolitan Museum, so dass man in den Genuss von 240 Arbeiten des Fotografen kommt. Es sind Arbeiten aus verschiedensten Bereichen; das Einzige, was fehlt, sind Landschafts- und Architekturfotografien, Motive, die bei vielen anderen Fotografen als Hauptmotiv gelten. Penn hat sich eindeutig der lebendigen Dingen verschrieben: den Menschen. Wir erleben verschiedene Gattungen seiner Fotokunst – Akt-, Mode- und eben Porträtfotografie; das Gros der Arbeiten sind Porträts, die er auch neu definiert und oft die ganze Gestalt des Menschen zeigen. Seine Arbeiten sind immer auf das Wesentliche reduziert, zeigen berühmte Menschen eingezwängt in eine Ecke, oder sitzend auf einem Hocker, der nur mit einem grau-beigen Teppich bedeckt wurde. Übrigens ist auch der Teppich in der Ausstellung zu bewundern. Penn arbeitete seit seinen jungen Jahren als Coverfotograf für Vogue, er soll 166 Titelbilder für diese berühmte Modezeitschrift geliefert haben. Es gibt also in der Ausstellung wunderbare Fotos der Titelseiten mit den schicksten, elegantesten Frauen der Welt. Seine zweite Frau Lisa Fonssagrives-Penn wurde zum beliebtesten Objekt seiner Modefotografie; es sind Bilder, die exquisite Eleganz und eher kühle Weiblichkeit zur Perfektion bringen. Kein Wunder, dass ihn in den folgenden Jahren die Fotografen der jüngeren Generation wie Richard Avedon, Annie Leibowitz oder Helmut Newton versucht haben zu kopieren.

Penn selbst bleibt nicht nur bei der Modefotografie; er reist auch in ferne Länder, 1948 nach Peru, später in den sechziger Jahren nach Neuguinea und Marokko, überall fotografiert er Menschen in einfachen Studios ohne aufwändigen Hintergrund. Meistens mietet er das Atelier des dortigen Stadtfotografen und wartet auf dessen Kunden, die zum Fotografieren kommen. Interessant ist, dass er die Fotografien für die Zeitungen/Magazine farbig drucken lässt, doch für größere Formate und Ausstellungen zieht er die Bilder immer schwarz-weiß ab, auch alle Porträts sind schwarz-weiß, doch da spielen die Grautöne eine große Rolle. Seine Rolleiflex-Kamera war in der Ausstellung auch zu sehen. Sein Interesse an Menschen geht noch weiter und in der Serie The Small Trades (kleines Gewerbe) stellt er sie in ihrer Arbeitskleidung und mit den entsprechenden Requisiten dar. Es finden sich darunter: Bäcker und Kellner, Friseure und eine Ballonverkäuferin, Schornsteinfeger, Metzger etc… es gilt für ihn das Alltägliche ungeschönt mit der Kamera festzuhalten.

In all den Jahren hörte Penn nicht auf zu zeichnen und zu malen, auch wenn er in diesem Kunstzweig keine Erfolge feierte, half ihm die Beschäftigung damit bei seiner Arbeit als Fotograf. Zu seinen Lieblingsmalern gehörten Surrealisten, darunter Giorgio de Chirico, dessen menschenleere Landschaften ihn faszinierten. Die Liebe zur Kunst ist besonders in späteren Jahren sichtbar, als er sich den Stillleben widmet. Da stellt er alle Details sehr bewusst zusammen, man hat das Gefühl es sind Gemälde, die im Spiel des Schattens und Lichts den Betrachter ansprechen. Manche der Arbeiten erinnern mich an die Bilder meines Lieblingsmalers Giorgio Morandi, bei denen es um Nähe und Entfernung geht. Es sind Stillleben zusammengestellt aus alten, gefundenen Stücken von Röhren in verschiedenen Größen. Wunderschön sind seine Fotos von Mohnblühten.

Es gibt auch eine Serie von weiblichen Aktfotos, die mir vielleicht am wenigsten zusagen. Es fällt auf, dass es ihm nicht um die Schönheit dieser Körper geht, sondern um die Form. Auch das Verfahren, wie er die Abzüge produziert, ist eine mühsame Arbeit an der Perfektion. Man spürt überall, in jedem Bild, dass er mit seinem Blick den Gegenstand der Fotografie veredelt, aufwertet, einmalig macht. Es sind auf keinen Fall Schnappschüsse.

In allen Genres wird seine unheimliche Faszination an der Arbeit als Fotograf sichtbar.

Eine Ausstellung, die man nicht verpassen sollte. Ist auch bis 1. Juli in C/O zu sehen.

Opublikowano Monika Wrzosek-Müller | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Reblog (bo nie dało się inaczej): sukienka

Nie dało się inaczej, bo o sukience swojej mamy opowiedziała mi Helena Klitenik, ale jak ją poprosiłam o tekst, to powiedziała mi, że sukienka jest w Muzeum Polin i że mogę tam o niej przeczytać. Helena mieszka w Warszawie i bywa… Bywa w wielu miejscach, na wykładach, w teatrach, w kinie, Helena czyta, słucha, ogląda… Namawiam ją, żeby raz na miesiąc pisała dla nas o nowościach kulturalnych w Polsce czy w Warszawie. Wczoraj przyszedł mail:

Ewa,
pamiętam o Twojej prośbie. Odezwę się po 3 maja.
28 kwietnia będę w Teatrze Na Woli na „Historii Jakuba” Słobodzianka, a 3 maja w Teatrze Nowym na „Francuzach” w reż.Warlikowskiego.
Pozdrawiam.
Helena
P.S.
Mnóstwo pracuję na działce. Przyniosłam na balkon niezapominajki. Na działce już kwitnie miodunka, bratki, trochę tulipanów, niezapominajki, dużo żółtych kwiatów, których nazwa uciekła mi z głowy, niedługo zacznie kwitnąć pełnik europejski. Wzeszła rukola, koperek, rzodkiewka a zeszłoroczny jarmuż odbił świeżymi liśćmi.


Reblog:

Opracowanie i zdjęcie Przemysław Jaczewski, opowieść o sukience: Helena Klitenik

Sukienka Grani Klitenik: Historia Zagłady zapisana w przedmiotach

Grania Klitenik, z domu Juziuk, mieszkała z mężem i małym dzieckiem w Telechanach, niedaleko Pińska (obecnie w granicach Białorusi). Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka, zdecydowali natychmiast, że muszą uciekać na Wschód. Klitenik był komunistą, a spodziewano się, że Niemcy aresztują komunistów w pierwszej kolejności. Rodzina zabrała tylko najpotrzebniejsze przedmioty.

W czasie ucieczki rozstali się. Mężczyzna cofnął się do Telechan po swego ojca. Ten jednak zbagatelizował niebezpieczeństwo i zdecydował się pozostać. Uznał, że osobom niezaangażowanym politycznie nic nie grozi. W tym czasie Grani przydarzyła się straszna rzecz – ktoś zabrał jej dziecko, kiedy spała. Nie wiemy jak, ale mężowi udało się później je odnaleźć. Oddał je w Homlu do całodniowego żłobka. Sam wstąpił do armii.

Samotna Grania znalazła się po wschodniej stronie Wołgi. Była krawcową od 17 roku życia, więc udało jej się dostać pracę. Ponieważ z Telechan uciekła latem i bez jakichkolwiek ciepłych ubrań, musiała zdobyć jakieś okrycie na jesień i zimę. Z 50 skrawków szyneli wojskowych uszyła sobie sukienkę. Używała jej przez całą wojnę. Miała ją ze sobą również wtedy, gdy po odnalezieniu męża, przyjechali w 1946 roku do Polski.

Cała rodzina Grani i jej męża z Telechan zginęła, zabita w masowym mordzie ludności żydowskiej jeszcze w sierpniu 1941 roku.

Grania całe życie ich wspomniała – dziadków, mamę, zmarłego wcześnie ojca i siostrę. Siostra wyszła wcześniej niż ona za mąż, urodziła troje dzieci, które Grania bardzo kochała.

Klitenikowie nigdy nie dowiedzieli się, mimo usilnych poszukiwań, co stało się z ich dzieckiem. Żłobek homelski podczas bombardowań przenosił się z mijesca na miejsce, po synku wszelki ślad zaginął.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Reblog: 75 rocznica powstania Getcie Warszawskim

Wszyscy to już wiemy, wszscy czytaliśmy, ale mimo to – nie mogę na blogu pominąć tego listu…
Gorzki list do prezydenta Dudy przed rocznicą wybuchu powstania w getcie. Prof. Szlajfer odmawia udziału w obchodach

Szanowny Panie Prezydencie,

Przed kilku dniami otrzymałem Pańskie imienne zaproszenie do udziału w oficjalnych uroczystościach 75. rocznicy wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim. Z przykrością informuję, że Pańskiego zaproszenia nie mogę przyjąć. Piszę „z przykrością”, albowiem w innych okolicznościach udział Prezydenta RP w tej uroczystości byłby godnym uczczeniem pamięci żydowskich bohaterów, którzy choć osamotnieni, a jednocześnie świadomi, że ich walka jest częścią wspólnego oporu przeciwko niemieckiej machinie zagłady, podjęli bój z oddziałami generała SS Jürgena Stroopa.

Nie wnikając w tym miejscu szerzej w przyczyny, działalność obozu politycznego z którym jest Pan związany jest sprzeczna z wartościami, o które walczyli powstańcy, a także dziesiątki tysięcy innych Żydów w oddziałach partyzanckich, miejskiej konspiracji czy w armiach antyhitlerowskiej koalicji. Ci w istocie uprzywilejowani, którzy uzyskali dostęp do broni, a choćby tylko do koktailu Mołotowa, obojętnie, syjoniści różnych odłamów, harcerze z Haszomer Hacair, bundowcy, socjaliści z Poalej Syjon czy komuniści, podjęli walkę w Warszawie, ale także w innych gettach i obozach zagłady w imię ludzkiej godności i wolnościowej tradycji. „Parchy” z różnych obozów politycznych i orientacji (czy zareagował Pan na to poruszające wyobraźnię określenie jednego z czołowych publicystów Pańskiego obozu politycznego?), szli do walki razem i razem ginęli.

Wspominam o tym, albowiem propagowane dzisiaj pisanie historii „na nowo” prowadzi m.in. do brutalnej ingerencji w historię żydowskiego oporu i powstania. Przypomnę tylko, że to przedstawicielom Pańskiego obozu udało się przeciwstawić –– manipulując nazwami ulic –bundowca Marka Edelmana, w powstaniu zastępcę Mordechaja Anielewicza, i komunistę Józefa Lewartowskiego, współorganizatora wielopartyjnego bloku oporu w warszawskim getcie już wiosną 1942 r. Zaślepieni ignoranci i doktrynerzy z Pańskiego obozu, prawdziwi bluźniercy, nie mogą, jak widać, zrozumieć, że antykomuniści – socjalista Edelman i syjonista Mordechaj Anielewicz, mogli ramię w ramię walczyć wspólnie z nielicznymi komunistami przeciwko niemieckim oddziałom. Nie usłyszałem głosu protestu z Pańskiej strony, który wsparłby apel wszystkich głównych organizacji żydowskich w Polsce w tej sprawie. Milcząc, akceptował Pan ten brutalny akt ingerencji w historię Żydów, Warszawy i Polski. Nie usłyszałem Pańskiego głosu, gdy wojewoda z Pańskiego obozu politycznego odmawiał pod idiotycznym pretekstem włączenia w dniu 19 kwietnia syren dla uczczenia pamięci młodego, zaledwie 24-letniego dowódcy powstania i jego towarzyszy. Ale również i Pan, Panie Prezydencie, dokonał w zeszłym roku swoistego cudu w trakcie wizyty w Izraelu. W swoim wystąpieniu w Centrum Dziedzictwa im. Menachema Begina w długim akapicie na temat Powstania w Getcie Warszawskim zdołał Pan nie wspomnieć nazwy organizatora i głównej siły powstania – Żydowskiej Organizacji Bojowej. To tak jakby pisać o Powstaniu Warszawskim nie wspominając nazwy Armia Krajowa.

Żydowscy powstańcy z warszawskiego getta zasługują na coś więcej, aniżeli obecność przed ich pomnikiem w dniu 19 kwietnia ludzi reprezentujących rządzący obecnie obóz polityczny.

Panie Prezydencie,

List ten przekazuję zarówno na Pańskie ręce, jak i przyjaciół oraz innych zainteresowanych osób i instytucji. Piszę o kwestiach dotyczących życia publicznego, a te, jak sądzę, powinny być publicznie debatowane.

Z wyrazami szacunku,

Henryk Szlajfer, Em. profesor ISP PAN

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dla przypomnienia, o Powstaniu pisali już tu Krzysztof Mika, Anna Dobrzyńska i Andrzej Rejman (również  TU).

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Stuart

And time has told me not to ask for more
For someday our ocean will find its shore
So I’ll leave the ways that are making me be
What I really don’t want to be
Leave the ways that are making me love
What I really don’t want to love

Czas mnie nauczył nie pytać o więcej,
I tak któregoś dnia nadejdzie dzień
gdy nasz ocean zbliży się do brzegu
Więc opuszczam drogę, na której staję się tym,
Kim naprawdę nie chcę być,
I schodzę z drogi na której kocham rzeczy,
Których wcale nie chcę kochać

Nick Drake, Time has told me

Joanna Trümner

Be good to yourself

Po długiej rozmowie z matką Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Nie miał już żadnych złudzeń, wiedział, że była to jedna z jego ostatnich rozmów z nią, choroba posunęła się tak daleko, że nie można było liczyć na żaden cud. Wyszedł ze szpitala z uczuciem bezradności i smutku. „Ona niedługo umrze, a ja nigdy nie byłem dobrym synem”, pomyślał, „a teraz jest już na to za późno”. W drodze do domu myślał mo czasach sprzed wyjazdu do Australii. Długi okres, kiedy matka dochodziła po zdrowia po załamaniu psychicznym. Ich wspólne wieczory, podczas których grał tylko dla niej. Przypomniał mu się wieczór, w który matka nazwała go „swoim najbardziej utalentowanym dzieckiem”. „Ona zawsze we mnie wierzyła”, pomyślał, czując wstyd na wspomnienie długich tygodni, kiedy w ogóle się do niej nie odzywał. Za każdym razem po wykręceniu jej numeru telefonu wiedział z samego tonu głosu, jak bardzo na ten telefon czekała.

Dojechał do domu, zaparkował samochód i postanowił pójść na spacer brzegiem morza. Był odpływ, szedł po twardym, wilgotnym piasku, starając się nie deptać po wyrzuconych przez morze muszlach. Zapach morza zawsze kojarzył mu się z dzieciństwem. Zastanawiał się nad sprawami, które chciał przed matką zataić. Nad bilansem swojego dotychczasowego życia. „Ona nie może się przecież dowiedzieć, że znowu jestem sam i że nigdy nie oddaliłem się od muzyki tak bardzo jak przez ostatnie miesiące. Za dwadzieścia kilka lat na pewno będę zgorzkniałym, samotnym dziwakiem, który od życia dostał świadectwo «starał się jak mógł». Jej «najzdolniejsze dziecko» znalazło się na kolejnym zakręcie”.

Próbował walczyć z ogarniającym go coraz bardziej przygnębieniem. „Może najważniejsze jest to, że w ogóle próbowałem”, pocieszał się. Zapadał zmierzch i nagle zrobiło mu się zimno. Przeniknął go przenikliwy, wilgotny chłód zimowych wieczorów w Walton, o którym zapomniał przez ponad dziesięć lat pobytu w Australii.

Przyspieszył kroku. W zapadającym zmierzchu potknął się o wyrzuconą przez morze butelkę, której przedtem nie zauważył. Wziął ją do ręki z zamiarem wyrzucenia do najbliższego kosza na śmieci. Oczyścił ją z wilgotnego piasku i z zaskoczeniem ujrzał, że w butelce znajduje się list. Przypomniało mu się, że jako chłopiec godzinami chodził z kolegami po plaży w poszukiwaniu butelek z tajemniczymi,nieraz napisanymi w obcych językach wiadomościami i innych wyrzuconych przez morze skarbów. Walcząc z zakrętką od butelki poczuł się znowu jak dziecko, które nie może doczekać się chwili, kiedy pozna tajemnicę listu. W końcu udało mu się wyciągnąć kartkę z butelki. Z zaskoczeniem przeczytał napisane dziecięcym charakterem pisma słowa: „Be good to yourself”. „Kto to mógł napisać?”, zastanowił się. Może samotny, gruby chłopak, koło którego nikt w szkole nie chciał siedzieć i który zawsze zajmował ostatnie miejsce w zawodach sportowych? A może brzydka dziewczynka w okularach, nie rozstająca się z książką, która po raz pierwszy w życiu zakochała się, oczywiście bez wzajemności? Dziecko wracające do domu z kluczem na szyi i czekające do późna w nocy na powrót rodziców. Przestraszone każdym odgłosem w domu. Przypomniał mu się jego najzdolniejszy uczeń (znowu ktoś najzdolniejszy!), czternastoletni Adam, grubas w okularach o mocnych szkłach. Wiedział, że Adam po lekcjach zostaje w szkole i daje innym uczniom korepetycje z matematyki. Wiedział, że są dzieci, które są gotowe zapłacić każdą cenę za odrobinę uznania. Ktokolwiek napisał te słowa chciał znaleźć drogę do swojej godności, do uczucia, które zaczął tracić. „Przecież to takie proste”, pomyślał, „nie mogę sibie za wszystko obwiniać, muszę przestać robić sobie wyrzuty, że znowu zostałem porzucony, że nie miałem czasu dla matki, że od miesięcy nie wziąłem gitary do ręki, tak miało być, to wieczne poczucie winy do nikąd nie prowadzi… Nie mogę przestać wierzyć w siebie. Tylko ktoś, kto lubi sam siebie może w życiu naprawdę coś osiągnąć. Rzeczywiście, powinienem być dobry dla siebie. Ten ktoś ma rację.” Wiedział, że właśnie zrozumiał coś bardzo ważnego i że nigdy nie może tej dopiero co odkrytej prawdy zapomnieć. Postanowił, że nigdy nie rozstanie się z tą butelką i ukrytym w niej na pozór prozaicznym liścikiem. „To będzie mój życiowy talizman”, pomyślał i wtedy z daleka zaczęły napływać dźwięki nowej piosenki. Wiedział już, że będzie to utwór „Be good to yourself”. Czuł, że ogarnia go spokój, dziwne, ciepłe uczucie, że wszystko, co się zdarzyło i zdarza jest częścią jakiegoś planu, za który on nie ponosi winy. Wrócił do domu, na jego widok Kate uśmiechnęła się ze zrozumieniem, zrozumiała od razu, że Stuart znalazł podczas tego spaceru spokój. „Ja potrafię w nim czytać jak w otwartej książce”, pomyślała, zastanawiając się, czy jest tak dlatego, że są rodzeństwem, jednymi z pierwszych poznanych w życiu osób, czy też dlatego, że zawsze dobrze się rozumieli i potrafią na siebie patrzeć widząc rzeczy, które dla innych pozostają tajemnicą.

Następnego dnia Kate wracała do Berlina, a Stuart zamierzał odwiedzić Williama pod adresem, który znalazł w książce telefonicznej Londynu. W drodze Kate zaskoczyła brata wiadomością, że matka nie chce być pochowana we wspólnym grobie z ojcem, chce mieć wspólny grób ze swoim drugim mężem – Natem. „Musimy to jej życzenie uszanować”, powiedziała Kate zaskakująco pozbawionym emocji głosem. „Przecież ona z ojcem spędziła większą część życia”, skomentował Stuart, który odebrał prośbę matki jak zdradę rodziny. „Ale naprawdę szczęśliwa była dopiero po jego śmierci”, powiedziała Kate. Po jej tonie Stuart zorientował się, że i ona nie potrafi tego zrozumieć. „Więc chce ojcu wystawić rachunek po śmierci?”, pomyślał przypominając sobie awantury rodziców o prowadzenie pubu, wieczne zmęczenie matki, jej załamanie psychiczne. Stuart zawiózł Kate na lotnisko i pojechał odwiedzić Williama. Bez problemu znalazł elegancki, duży dom w zachodniej części miasta. „Więc go na to stać?”, pomyślał z lekką zazdrością i przypomniał sobie swoje studenckie mieszkanie w okolicach Greenwich. „Ciekawe, co teraz robią Ian i Ann? Kim się stali od czasu, kiedy się rozstaliśmy?”, pomyślał, czekając aż ktoś otworzy drzwi. Dochodziła pierwsza, prawdobodobnie nikogo w domu nie było. „Wrócę później”, pomyślał i zdecydował się wsiąść do metra, pojechać do centrum i pochodzić po dawno nie widzianych kątach. Krótko przed piątą wrócił tam i tym razem miał szczęście, drzwi otworzył mu sam William. Na jego widok zdziwił się i przez chwilę walczył z odruchem zamknięcia drzwi.

„Czy mogę wejść i z tobą krótko porozmawiać?”, zypytał Stuart. „Kto tam?” usłyszał głos dziecka. „Twój wujek, Stuart”, odpowiedział z zakłopotaniem William. W chwilę później mały George przytulał się do Stuarta, widać było, że siostrzeniec bardzo się cieszy z tego spotkania. „Gdzie byłeś tak długo?”, zapytał chłopiec z wyrzutem. „Tam, gdzie mieszkają kangury. Nie mogłem wcześniej przyjechać”, odpowiedział Stuart i przez chwilę pomyślał o tym, że nie ma dla małego żadnego prezentu. „Następnym razem”, pomyślał. „Tata musi chwilę z wujkiem porozmawiać”, powiedział William. Stuart bał się pierwszego słowa, wiedział, jak dużo zależy od przebiegu tej rozmowy. I instynktownie wybrał słowa najwłaściwsze: „Cieszę się, że ci się życie dobrze układa i że kogoś znalazłeś. George wygląda na bardzo szczęśliwe dziecko”. Rozmowa, której tak bardzo się bał, okazała się bardzo dobra. William powiedział mu, że matka bardzo go zraniła, komentując jego nowy związek słowami: „Dziecko przecież się w takiej perwersji nie może wychowywać”. Następnie William opowiedział mu o tym, jak bardzo męczyła go ciasnota Walton, ciągłe ukrywanie swoich skłonności i fakt, że w tym małym miasteczku, w którym każdy zna każdego, nigdy nie będzie mógł być sobą. „Gdybym nie poznał Matta, wpadłbym w kompletną depresję, były chwile, że chciałem ze sobą skończyć.” Stuart w milczeniu słuchał tego wyznania i nie mógł opanować myśli, że wszystko to raz już słyszał, że jego wujek Stuart przechodził przez podobne piekło. „Nie ma chyba prawdy absolutnej, konflikt Williama z matką to też dwie prawdy. Prawda matki, skrzywdzona miłość do wnuka, miłość na której przebieg ona nagle nie ma wpływu, której rozwój zależy od dobrej woli ojca. I prawda Williama, upokorzenie, jedno z wielu upokorzeń, które przeżył i za które nikt nigdy nie poniósł konsekwencji”.

Po chwili milczenia zwrócił się do szwagra: „To chyba już nie ma znaczenia, ona umiera i jej największym życzeniem jest zobaczenie małego”. Po minie Williama odczytał od razu, że znowu udało mu się znaleźć odpowiednie słowa. W pół godziny później na siedzeniu samochodu siedział George.

Cdn.

Opublikowano Joanna Trümner | Otagowano | Dodaj komentarz

Szopa w salonie 24

Łukasz Szopa

Delegacje anty-wolnorynkowe

Nie wiem, kto z czytelników ogląda regularnie wiadomości telewizyjne czy czyta papierowe dzienniki, i kto czynił to w latach 70 czy 80 poprzedniego wieku. To ostatnie szczególnie w Polsce, czyli centralnie planowanej gospodarce socjalistycznej. Ale może ktoś pamięta relacje z wizyt zagranicznych „głów państw“, szczególnie „zachodnich“ (zarówno wizyt, jak i samych „głów“). No więc padało wtedy regularnie – zwłaszcza podczas odwiedzin w Warszawie „głów ważniejszych“ (czyli np. gości z Republiki Federalnej Niemiec i Francji, ale i Wielkiej Brytanii, Belgii czy Austrii) – takie oto sformułowanie: „Do Polski przybył w oficjalnej wizycie premier/prezydent/kanclerz … (nazwa głowy i kraju), a wraz z nim delegacje przestawicieli przemysłowych/gospodarczych (tylko nazwa kraju, te głowy nie wymieniane), by omówić… i takie tam.“ Wtedy, oglądając filmowane delegacje, schodzące schodkami z samolotu, by dotknąć płyty warszawskiego Okęcia, wiele się nad tym sformułowaniem nie zastanawiałem, było nudne, nic nie mówiące i typowe jak większość treści telewizyjnego czy innego dziennika.

Podobnie reagowałem już „na Zachodzie“, choć relacje były tym razem w języku niemieckim, gdy relacjonowano wizyty „głów“ państw i ich delegacji biznesmenów zagranicą, czy też takich, co odwiedzali Austrię czy Niemcy. (Aha, jedyne co było wtedy różnicą, że w socjalistycznej Polsce wspominano tylko wizyty „innych u nas“ – a jakoś wcale wizyt „naszych u innych“ w towarzystwie panów „z gospodarki“…)

W każdym razie dopiero po latach, wielu latach, coś w mnie w tych niby nudnych i standardowych relacjach z delegacji zaintrygowało. A zaintrygowało mnie nie tylko w niemieckim dużo ciekawsze językowo sformułowanie „Kanzler … besuchte heute … in Begleitung österreichischer/deutscher Wirtschaftsvertreter“, jakoby tych kilku-kilkunastu szefów największych koncernów było rzeczywiście „reprezentantami“ całej gospodarki danego kraju. Dużo bardziej dziwne stało się nagle dla mnie, skąd się ci „Vertreter“ w ogóle wzięli nie tylko w odwiedzanym kraju, ale już w samolocie jako towarzysze kanclerza czy kanclerki. Pomijając już samą – pewnie bardzo ciekawą – kwestię, jak to w praktyce funkcjonuje: kto ma ten honor, powinność, szczęście być wybranym i przez kogo do „reprezentowania gospodarki“ i towarzyszenia głowom państw i ministrom w zagranicznych wizytach (a jeszcze ciekawe, kto gdzie siedzi w tym samolocie i czy panowie szefowie koncernów dorzucają się do biletu).

Najbardziej dziwne, wręcz szokujące było stwierdzenie faktu, że… mamy niby do czynienia z krajami (tymi z wizytą, niekoniecznie tymi wizytowanymi, choć i takie przypadki bywają), które nie tylko w telewizyjnych i gazetowych wiadomościach w kółko podkreślają i chwalą się „wolnorynkowym“ charakterem swojej gospodarki! No bo co, jak to tak, kurczę blade (jakby powiedział mały Mikołajek) – niby gospodarkę mamy wolnorynkową, kipiącą niezależną gospodarką od państwa i państwem niezależnym od gospodarki i na nią nie wpływającym, niby mamy konkurencję między przedsiębiorstwami – choćby w branży samochodowej czy energetycznej – a tu nagle… wszystko na opak!!! Ktoś najwyraźniej planuje te wspólne wojaże i imprezy (gospodarka planowana?…), ktoś decyduje, kto jedzie a kto nie (niezależność biznesu od państwa?…), a w dodatku – pewnie podekscytowani pozytywnie, że udało im się znaleźć miejsce w samolocie kanclerza czy kanclerki – szefowie niby konkurujących ze sobą ostro firm w najlepszej komitywie jak grupa pierwszoklasistów podąża pod opieką „pani“ na zagraniczną wycieczkę!!

Coż, można by to nazwać „miłym spędzeniem czasu“, można i „dziecinadą“, a można też – co niniejszym robię – nazwać to bezwstydnym, otwartym i publicznym (i stąd nie wiem, czy w takim razie „zakłamanym“…) lobbyzmem, nepotyzmem i w sumie korupcją. I naprawdę chciałbym wiedzieć, czy ci panowie w ogóle dokładają się jakoś do kosztów tych wojaży, czy też okazuje się, że jako niemiecki podatnik… płacę za to ja?…

Opublikowano Łukasz Szopa | Otagowano | Dodaj komentarz

Barataria 61 czyli Jeść wiśnie z możnym panem

Hrabia Christian Ernest von Benzel Sternau

Deutscher Text gleich unter dem Bild

Tak jak obiecałam, dziś tekst jednej ze sztuk pana Hrabiego: Kozioł ofiarny czyli Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem.

Tu wersja po polsku         Hier Original auf Deutsch

Ewa Maria Slaska

Jak to los dziwnie plecie… wybierając sztukę do tłumaczenia zupełnie na chybił trafił, trafiłam nie chybiając na historię, gdzie jeden z bohaterów to Hrabia, a w pierwszym rozdziale rozmawiający panowie (a tak, bo to sztuka, gdzie tylko panowie grają – jeden zresztą całkiem nieobecny) mówią o położonym nad Wisłą Królestwie Sarmacji i jego pseudokrólu. Nie zajęłoby mnie to specjalnie, wszyscy wiemy, że sztuki teatralne rozgrywają się … „gdzieś” (chętnie na wyspach Baratariach), a już szczególnie interesujące jest to „gdzieś” w szekspirowskiej Opowieści zimowej (już… gdzieś o tym pisałam), która dzieje się w Czechach, a dopływa się tam statkiem. Myślałabym więc, że to „gdzieś” w sztuce Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem, to właśnie taka Sarmacja gdzieś (ależ to wyraz, to „gdzieś” – jak go tu powtórzyłam kilka razy, to aż mnie zamurowało z wrażenia – przecież to nie może być naprawdę to „gdzieś”!)

Tym niemniej w scenie gdzie pojawia się Sarmacja, w rozmowie Sekretarza z Opatem, gdy już jezuicki księżulo z Anglii drogo sprzedał sekretarzowi Ministra Imperium Niemieckiego zgodę na wsparcie kandydatury… dobrze, o tym później, bo się tu zaplączemy. Na razie wystarczy, jeśli powiem, że na końcu pertraktacji Sekretarz, zresztą Czech w służbie cesarskiej, pozwala sobie na boku na maleńką kąśliwą uwagę, że teraz zapłaci szczwanemu angielskiemu jezuicie, ale on i tak na szubienicy skończy, zwłaszcza, że już go nazwisko do tego predestynuje, nazywa się wszak Strikland.

Wiadomo jak to jest. Jeśli ktoś w sztuce nazywa się Stryczkowski i mają go obwiesić, toć go przecież i obwieszą. A tu nie! Opat obiecuje skuteczne poparcie, zabiera pieniądze i znika ze sztuki na zawsze. Czyli ten jakiś Stryczkowicz wcale się na darmo alibo po nic tak nazywa. A to w porządnej sztuce nie-mo-żli-we! Niemożliwe i już. W powieści może być inaczej, w wierszu też, to jasne, tam się mogą ukazać jakieś mgły, bo to naoczny wyraz ma być stanu ducha podmiotu lirycznego. Bogdaj tam literatura. Ale w sztuce teatralnej każda rzecz, każde słowo musi być po coś! To ta dubeltówka – musi wystrzelić! Dlaczego zatem Strikland?

Nie byłabym sobą, gdybym nie dotarła do sedna rzeczy. Strikland to William Strickland, angielski duchowny, bardzo zręczny dyplomata, który był jednym z głównych architektów strategii przetrwania jezuitów w latach oficjalnej kasacji zakonu, zadysponowanej przez papieża Klemensa XIV i trwającej od roku 1773 do 1814.

Gdy to znalazłam, wiedziałam już, że pozbawione „c” nazwisko Opata to wskazówka autora do tych, którzy czytając lub wystawiając sztukę, będą ją chcieli osadzić w konkretnych realiach. A wtedy się okaże, że pod każdą z postaci sztuki – Opata, Sekretarza, Wielkiego Kanclerza czy Księcia – da się podstawić konkretne osoby, a lekka sztuczka dworska okaże się uszczypliwą satyrą na współczesną politykę.
Przy tej okazji od razu powiem, że sztuka wcale nie jest błaha, jest dobrze napisana, autor nie mówi człowiekowi wszystkiego, czyli, jak to dawniej określaliśmy – daje do myślenia. Naprawdę, dobrze wam radzę – przeczytajcie ją!

Przyznam też, że dawno żadne tłumaczenie nie sprawiło mi takiej przyjemności, jak obcowanie ze sposobem myślenia i pisania pana hrabiego Benzel-Sternau. I od czasu jak je skończyłam, chodzę sobie po świecie i myślę, że chciałabym przetłumaczyć wszystkie te sztuki (40!), a potem je rozszyfrować, opracować i wydać. Również po niemiecku, bo przecież NIKT ich już tu nie zna! Oczywiście wiem, to zadanie ponad moje siły, nie jestem przecież ani historyczką, ani literaturoznawczynią, i na niczym się nie znam. A w ogóle, kogo to interesuje i kto by mnie tu mógł wesprzeć, i czy jakieś wydawnictwo…

Czysta baratarystyka!, mówię Wam.

Na razie wróćmy jednak do Stricklanda. Wcale niełatwo go było znaleźć, ciocia Wikipedia zawiodła tu na całej linii, no ale wujek Google, jak zawsze, w końcu dogrzebał się do informacji. Znalazł je w jakichś wewnętrznych pisemkach zakonnych w Anglii, jedną na stronie, która natychmiast zawiesza działanie całego komputera! Wydaje mi się, że to nie z jezuickiej złośliwości (choć ta była znana i wysoko ceniona), lecz przez ten obrazek, niepoprawnie umieszczony na stronie przez ojca redaktora (tu jest poprawnie).

William Strickland (1731-1819), obraz namalowany przez George’a Romney’a

Już same te dwa portrety otwierają wiele tropów, którymi, o nie!, wcale nie pójdę. (Na przykład popiersie mężczyzny z dużym nosem, widoczne na obu obrazach na biurku Stricklanda. Czy to Ignacy Loyola?

Giacomo del Conte namalował ten obraz w dniu śmierci
założyciela zakonu, 31 lipca 1556 roku.)

Wracamy, wracamy do naszych baranów! Jest druga połowa XVIII wieku (w III scenie sztuki zostanie to tak właśnie zapisane). Papież Klemens XIV zawiesił działanie potężnego zakonu jezuitów, wydając w tym celu stosowną bullę, Dominus ac Redemptor.

Bulla została wydana w lipcu 1773 roku i zastosowana z wielkim zapałem we Francji, Hiszpanii i Portugalii, które miały swoje powody, żeby nienawidzić zakonu (Francja z uwagi… o nie! nie myślcie sobie, wcale się tym nie będę zajmowała! Ale jak by co, obejrzyjcie film Misja lub przeczytajcie powieść Suego Żyd Wieczny Tułacz). To co się działo we we Francji, jako żywo przypomina, że już kilkaset lat wcześniej w tym kraju zlikwidowano pewien potężny zakon, a że tym razem nie zapłonęły stosy, to tylko dlatego… (no nie, nie skusicie mnie… do baranów!)

Rok 1773. Dla Polski trudny czas, bo oto zaledwie przed półtora rokiem rozegrał się pierwszy rozbiór Polski. Dwa kraje, które tego dokonały, protestanckie Prusy i prawosławna Rosja, ignorują papiestwo i nie widzą (póki co) powodu, żeby stosować się do papieskich rozporządzeń. Z drugiej strony oba wiedzą, że zagarnęły właśnie wielkie kęsy Polski, kraju katolików i coś z tym fantem trzeba będzie zrobić. Co? Wzmocnić zakon jezuitów, przyciągnąć ich z Francji, Hiszpanii, Portugalii… Pozwolić im tu działać i rosnąć w siłę.

Również Anglia, od czasu rozwodu Henryka VIII z Katarzyną, niezależna od papistów, wspiera jezuitów i staje się centrum zarządzania zakonem. Stąd Strickland, wychowanek jezuickiej akademii w Liege, po powrocie do Anglii będzie kierował zabiegami zakonu, o utworzenie niezależnej prowincji w Rosji, co mu się uda, ale to już zupełnie inna historia.

W sztuce jednak nie ma mowy o tym, że we Francji rewolucja, wręcz przeciwnie złowrogi przybysz z Francji, zwany tu Książę lub Le Duc, został przysłany jako dyplomata przez Kardynała-Ministra. A więc rzecz rozgrywa się przed wybuchem rewolucji.

Co pozwala ustalić, że akcja sztuki toczy się pomiędzy rokiem 1773 a 1789.  Z rozmowy Stricklanda z Sekretarzem wynika, że w Sarmacji właśnie zapaść muszą jakieś decyzje. Jakie? Nieważne.  Instrument do zarządzania Sarmacją znajduje się w rękach Wielkiego kanclerza. Król się nie liczy. Taki z niego pseudokróla pseudorepubliki, komentuje złośliwie Sekretarz, zakłócający spokój chłopski tyran. „Chłopski tyran”, to nie „z chłopa król”, tylko ten, co chłopów uciska. To już wtedy, gdy hrabia Sternau pisze swoją sztukę, zdumiewający Europę fakt, że w Polsce chłopi wciąż są niewolnikami swoich panów (i będzie tak jeszcze dobre pół wieku, dopóki Rosja i Prusy nie zniosą pańszczyzny, ale tego hrabia nie może wiedzieć).

Oczywiście chodzi tu o Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przy wsparciu carycy Katarzyny został osadzony na tronie polskim w roku 1764, po to, by nie utrudniał rozbiorów. I tak sobie rządził aż do ostatecznego końca Polski, bo abdykował po ostatnim rozbiorze w roku 1795 i… (o nie, nic z tych rzeczy, nie będę się tu zajmowała pobytem króla-exula w Skt. Petersburgu, ani tym, że  jego ukochaną lekturą był wtedy Upadek cesarstwa rzymskiego Gibbona, tak jakby poniewczasie chciał się czegoś nauczyć od historii, nauczycielki…) Póki co jest jeszcze królem Polski, jak pisze Sternau, „słabeuszem i katolikiem, który może być sobie katolikiem z łaski Wielkiej Kobiety”.

Dokonajmy krótkiej analizy sytuacji politycznej. W Prusach albo rządzi jeszcze Fryderyk Wielki (1712 – 1786), albo już jego bratanek i następca, Friedrich Wilhelm II (17441797); wielki Fryderyk zmajstrował I rozbiór Polski, drugi był odpowiedzialny za dwa następne.
W Rosji przez cały czas rządzi caryca Katarzyna (1729 – 1796), która umarła jak już dokonała ostatecznego rozbioru Polski.
W Austrii sytuacja jest bardziej skomplikowana. Zasadniczo cesarzem jest Józef II Habsburg (1741-1790), s
yn Marii Teresy, która zresztą jako regentka nadal ma wiele do powiedzenia. A sytuacja jest skomplikowana, bo Józef jest jednocześnie ostatnim cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (i tu oczywiście można by dalej i dalej, o wojnach Prus o dominację, o wojnie siedmioletniej, o wojnach śląskich…). Doradcą cesarza i matki regentki jest nasz Wielki Kanclerz i to on steruje politykę Prus i Austrii w kierunku rozbiorów Polski.
W Anglii, skąd przybywa Strickland, rządzi aktualnie Georg III (1738-1820) – od 25 października 1760 roku ostatni król Wielkiej Brytanii i Irlandii, a pierwszy (od 1801 roku) król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, ostatni elektor Rzeszy i książę oraz pierwszy król Hanoweru.
W przedrewolucyjnej Francji rządzi jeszcze Ludwik XV (do roku 1774), zięć króla Polski, Stanisława Leszczyńskiego, mąż jego córki Marii, ale może już Ludwik XVI (1754-1793) król od roku 1774 do 1791, choć po prawdzie już w roku 1789 rewolucja pozbawiła go wszelkiej władzy. Jego żoną była Maria Antonina, córka cesarzowej Austrii Marii Teresy.

I wszyscy w domu!

Wielokrotnie wspominany w sztuce Kardynał-Minister Francji to zapewne kardynał de Rohan, ten zaplątany po uszy w słynną aferę naszyjnikową, która rozegrała się w roku 1784/1785. Ponieważ w sztuce nie ma mowy o aferze, być może zawężamy tym samym jej możliwe ramy czasowe do okresu 1773-1784.

Pozostaje nam jeszcze papież, bo to on ma przyznać ów ze wszechmiar pożądany kardynalski kapelusz. Nie jest to już chyba Klemens XIV, tylko raczej Pius VI (1775 – 1799), jezuita. Jego następca Pius VII przywróci zakonowi jezuitów wszystkie prawa. Pius VI tego nie uczyni, ale sprzyja jezuitom i najwyraźniej mają oni u niego wielki mir.

To zresztą sprawy (przynajmniej pozornie) marginalne. Głównym tematem sztuki są bowiem negocjacje o kardynalski kapelusz. Stąd przypuszczenie, że nie określone bliżej niemieckie imperium, które macza łapy w sprawach polskich, to trzecia potęga rozbiorowa – katolicka Austria, a projektantem tego handlu ewidentnie pro domo sua  jest właśnie Wielki Kanclerz: Wenzel Anton Graf Kaunitz-Rietberg (1711 – 1794), ambitny i wpływowy polityk austriacki. Zgodnie z enuncjacjami autora Minister osiągnął w życiu właściwie wszystko, ale młodszy syn, oddany do stanu duchownego, przysparza mu zmartwień, wdał się w nieczyste sprawki, w co go wciągnął przysłany z Paryża dyplomata, francuski książę, okultysta i satanista. Wielki Kanclerz musi jak najszybciej zaprowadzić porządek. Odsyła syna na wygnanie do klasztoru i poprzez wciągnięcie do gry kardynała Rohana zamierza przeinterpretować satanistyczne zabawy syna i Francuza z potępionego czarnoksięstwa w młodzieńcze wybryki. Ma powstać nowa MaBeNa – Machina Bezpieczeństwa Narracyjnego. Francuski Książę i syn Kanonik to nie skazani na anatemę wyznawcy Belzebuba, nie, to nie Politycy Wyklęci. To tylko dzieci się bawią.

Uratowany od banicji syn uda się z klasztoru prosto do Rzymu po ów kupiony od Stricklanda kapelusz kardynalski.

Wszystko pięknie. Kanclerz Kaunitz miał dzieci aż siedmioro, ale wygląda na to, że żaden z synów nie był kardynałem albo choćby duchownym.


No nic, na razie więcej faktów nie wyduszę z tego jednego krótkiego zdanka w sztuce, które, złapane mocno w garść, okazało się drogą do zagmatwanej historii Polski i Europy pod koniec XVIII wieku. A wszak jedno zdanko Sekretarza to tylko było. Do kasy więc (do siebie). Stryczek go nie minie, jako ostatnie wyniesienie – w końcu nazywa się Strickland!

Na zakończenie dodam, że hrabia Sternau zatytułował naszą sztukę Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem i wcale a wcale wam nie wyjaśnię, że w tym przysłowiu chodzi o to, że możny pan wypluje wam pestki w gębę. Przeczytajcie, to sami zobaczycie (i same!)

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Über Indien am Sonntag 5

Tanja Krüger & Johanna Rubinroth

Unsere Autorinnen sind immer noch in Indien, diesmal unter anderen da, wo alles motorisierte verboten ist! Wegen der Luft aber auch der Wunsch der Gewerkschaft der Handkarren Wallaa. Matheran. Es ist ein Luftkurort, wo es zwar von den Touristen wimmelt, die sind jedoch alle Einheimischen, solche also, die für Touristen nich als Touristen gelten. Pferde sind erlaubt. In Matheran leben 500 Pferde.

 

Man reitet von einem View-Point zu anderen.

 

Im Wald verfallene Bauten. In der Stadt viel Obst. Targola, Amarut…

Man kommt an mit dem kleinen Zug, später aber wird jeder mit dem Handwagen gefahren, oder auf dem Pferd reiten, manchmal aber auch… ja!… wird man getragen.

Die Autorinnen haben nicht erklärt, was es ist. Plastikbeutel mit Getränke?


Nächste Station Mumbay. Es geht zurück nach Hause.

 

Auf Wiedersehen.

Opublikowano Johanna Rubinroth, Tanja & Joasia, Tanja Krüger | Otagowano , | Dodaj komentarz