Legenda o Warszawie – odcinek III

Wiktor Ostrowski

Puszcza

Odcinek rozpoczyna się wielostronnymi najazdami, odjazdami i panoramami puszczy. Będą tu zdjęcia zwierząt w puszczy, ptaków i zbliżenia małych zwierząt na tle drzew. Przez cały czas wstępu przyciszony chór śpiewa pieśń o puszczy.
(Ewentualnie może to być melodeklamacja)

Szumi puszcza, szumi las
W przedwieczorny, letni czas,
Ptaków zamilkł liczby rój,
Lis porzucił barłóg swój…
Szumi puszcza szczytem drzew,
Milknie z wolna zgiełk i śpiew,
Przemknął się w korzeniach wąż,
Sowa w gęstwi drzew śpi wciąż…
W krzakach bezszelestny ruch,
Coś bezszumnie – może duch,
Może południca zła
Między drzewa cicho szła…
Może z drzewa w dół na krzew,
Budząc Doli złość i gniew,
Skacze mały, zwinny skrzat,
Dobry duch, każdemu brat…
Szumią krzaki, chrzęści chrust
Coś jak chlupot, coś jak plusk:
Płynie rzeczka pośród mchów,
W głębi wody widać znów:
Ni to ryba, ni to dziw,
Ni topielec, ni to żyw,
W przedwieczorny opar wpadł,
Drzewem wstrząsnął – szyszek grad
Zeszłorocznych spada w dół,
A on na dno i w sam muł
Zarył się i cicho znów…
Puszcza… Duchów świat i snów…

Mała polana w puszczy. Słychać łkanie i ciężki, głuchy oddech. Głosy te zbliżają się i na polankę wbiega Bożenka. Biegnie coraz wolniej i wreszcie pada na ziemię, ciężko oddychając. Ma nadal związane z tyłu ręce. Poszarpane giezło, spalone od dołu, ledwie ją okrywa, jest cała zabłocona. Leży na kępie mchu i odpoczywa. Wzrok ma dziki i wystraszony. Przypomina w tym stanie śmiertelnie przerażone ranne zwierzę. Z wolna jednak przytomnieje, uspokaja się. Czujnie słucha, czy nie usłyszy pogoni – ale w puszczy poza gwarem ptaków nic nie słychać. Przy głowie dziewczyny rosną kępami jagody. Bożenka nachyla się i chciwie zrywa samymi ustami jagody – je. Bożenka podnosi się i nasłuchuje. Słyszy szmer wody. Parę kroków dalej płynie strumień. Bożenka wchodzi do wody, klęka, nachyla się i chciwie pije wodę. W tym momencie widzi duży, ostry głaz na brzegu strumienia. Podchodzi, siada tyłem do głazu, wybiera starannie pozycję i zaczyna trzeć sznur, którym ma związane ręce o ostry kamień. Ruchy jej, początkowo gwałtowne, stają się coraz bardziej miarowe i celowe. Uśmiecha się nawet, kiedy czuje, ze można tak przerwać sznur. Rzeczywiście, po pewnym czasie ostatnie nici sznura pękają i Bożenka wyciąga naprzód uwolnione ręce. Zdjęcie więzów teraz nie napotyka na trudności. Wraca do strumienia, zanurza obolałe ręce w wodzie, wykonuje nimi ruchy, aż do tego momentu, kiedy odzyskuje całkowitą władzę w rękach. Teraz zmywa z rąk i nóg kurz i błoto i przemywa poranione i obolałe miejsca. Już rękami zrywa leśne jagody i maliny. Opasała się sznurem i rozgląda się dokoła. Dokąd iść? Trzeba dostać się do rzeki i przepłynąć ją – dopiero tak – dziewczyna to dobrze rozumie – można zgubić ślad. Wyłamała z suchego drzewa ostry, długi kij i tak uzbrojona idzie wzdłuż strumienia. Strumień wkrótce zaprowadził ją do rzeki. Tę rzekę zna, tu przecież łowiła z ojcem. Nawet nie musi płynąć – odnalazła płycizny i tak przeprawiła się na drugi brzeg, idzie w dół rzeki, ale – nie chcąc zostawiać śladów idzie wodą przy brzegu. Bożenka spieszy się, chcąc przed nocą przebyć jak największy odcinek drogi. Zresztą nie wie właściwie, dokąd ma iść. Jedyny cel – to jak najdalej od grodu, od pogoni, od Rosława. Może jednak nie będzie pogoni? Może w grodzie uważają, że ona już została spalona?
Z wysiłkiem dziewczyna przebywa dalszy odcinek drogi. Zmrok zapada. Czas pomyśleć o odpoczynku. Znajduje rozłożyste drzewo, zwinnie wdrapuje się, mości sobie jakie-takie posłanie z liści w rozwidleniu gałęzi, przywiązuje się sznurem, do sznura przywiązuje kij i niemal natychmiast zasypia.
Dziewczyna we śnie widzi różne zjawy leśne. A może ona nie śpi i te istoty naprawdę są? Zjawiają się na polanie nad rzeką skrzaty, tańczą, śpiewają i wykonują różne mało zrozumiałe ruchy i czynności.
Bożenka nawet się ich nie boi, większą obawą przejmują ją zwierzęta, zwłaszcza duże, które tu schodzą się do wodopoju.
A skrzaty – nie. Nawet przysłuchuje się ich śpiewem i słyszy je dobrze.

Pieśń skrzatów:

W dzień spać, spać, spać, spać
W ciemnej nocy
Za trud się brać, brać
Ile mocy
Gdy w dół spadł liść, liść
Sprzątnąć trzeba
Na młyn z nim iść, iść
Upiec chleba
A młynarz skrzat, skrzat
Zaraz zmiele
Chce chleba brat, brat
Więc podzielę
Spadł dziś deszcz, deszcz, deszcz
Mucha tonie
Nie krzycz, nie wrzeszcz, wrzeszcz
Ja obronię
Więc muchę susz, susz
I już leci
Dość trudu już, już
Czas spać, dzieci
W dzień spać, spać, spać, spać
Głośno chrapać
W nocy wstać, wstać, wstać
W lesie człapać

Księżyc jasno świeci. W poświacie księżycowej puszcza wygląda, jak zaczarowana. Gałęzie drzew układają się w dziwne kształty. Może to nie gałęzie, a postacie. Może naprawdę na gałęzi siedzi rusałka. Czy ten nietoperz nadlatujący bezszumnie ma naprawdę ludzką twarz?
Czy to pojawia się mały, jasny obłoczek, czy też jakaś postać, która do puszczy spływa na promieniu księżyca. Chlupnęła woda w rzece, a może to z gałęzi coś skoczyło do wody. Kumkanie żab zlewa się w niemal ludzki chór głosów. Cała puszcza, cała rzeka i jej liczne rozlewiska żyją, śpiewają, wydają różne głosy, odbijane wielokrotnie echem w puszczy. Głosy stopniowo milkną, na księżyc nadchodzi czarna chmura, powiał wiatr i zaczyna padać rzęsisty deszcz.
Zaczyna świtać. Bożenka śpi na drzewie. Cała skulona. Przemoczone łachmany źle okrywają jej zziębnięte i przemoczone ciało.
Dziewczyna budzi się, odwiązuje od drzewa i w promieniach rannego słońca – bo właśnie przebiły się jego promienie przez rozpędzone chmury, rozprostowuje zziębnięte ręce i wyszukuje leśne jagody które chciwie je. Jednak nie jest to dostateczny posiłek… Bożenka schodzi na sam brzeg rzeki i po kilku krokach zatrzymuje się raptownie. Na brzegu leży nadłamany z jednego końca oszczep. Ale grot jest cały, tylko pokryty rdzą. Na samym brzegu widać ślad łodzi, która tu została wciągnięta. Na piasku ślady stóp ludzkich.
Bożenka rozumie. Tu był łowca, pewno polował. Odpłynął łodzią, a oszczep zostawił lub porzucił śpiesznie odpływając przed niebezpieczeństwem. Tak czy inaczej – jest broń. Bożenka odnajduje duży głaz i starannie trze grot o granit. Już grot zasrebrzył się czystym metalem, a koniec jego stał się ostry i gładki. Dziewczyna odnajduje mały krzemień, uderza nim o grot, wywołując iskry. Bożenka aż klasnęła w ręce z radości i w uniesieniu całuje oszczep. Ma broń i może rozniecić ogień. Teraz trzeba zdobyć pożywienie. Przechodzi na sam brzeg rzeki, zdejmuje giezło i, trzymając oszczep nad głową, wchodzi do wody. Na głębszej wodzie trzyma już oszczep na wyciągniętej ręce pionowo, grotem w dół i zamiera w bezruchu. Wie ona, jak łowić ryby na oścień… Błyskawiczny ruch i dziewczyna wyrzuca oszczep z wielką rybą na brzeg. Sama dopada w kilku susach brzegu. Ryba rzuca się, walczy. Dziewczyna chwyta ciężki kamień – uderzenie i ryba nieruchomieje. Bożenka odziewa się, zbiera gałązki i suchy mech, uderza grotem o krzemień, po kilku chwilach ognisko już zapala się. Dziewczyna dokłada gałązki, czyści rybę, nabija ją na gruby patyk, z dwóch innych robi podpórki i w ten sposób na ogniu piecze rybę. Widzimy ją następnie rozkoszującą się jadłem. Bożenka wypoczywa na słońcu, suszy swe łachmany i potem zawija połowę ryby w dół swego giezła, znów opasuje się sznurem i – uzbrojona w oszczep – idzie po wodzie wzdłuż brzegu w dół rzeki…

Piosenka Bożenki:

We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Jaki los mnie, biedną, czeka
Wiedzą w grodzie,
xxxxxxxxxxWiedzą w grodzie
Gdzie Bożenka w dal ucieka
I gdzie brodzi
xxxxxxxxxxI gdzie brodzi
Kto od złego tego człeka
Mnie odgrodzi
xxxxxxxxxxMnie odgrodzi
Kto ucieka – ten nie zwleka
I uchodzi
xxxxxxxxxxI uchodzi
Bity pies też gryzie, szczeka
O to chodzi
xxxxxxxxxxO to chodzi
Cicho płynie wielka rzeka
Idę co dzień
xxxxxxxxxxIdę co dzień
Kto ucieka – nie narzeka
Woda chłodzi
xxxxxxxxxxWoda chłodzi
Może płynie już z daleka
Pogoń w łodzi
xxxxxxxxxxPogoń w łodzi
Rabą złego być człowieka
Bitą co dzień
xxxxxxxxxxBitą co dzień
Nie! uciekam, deszcz mnie sieka
I drżę w chłodzie
xxxxxxxxxxI drżę w chłodzie
We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Wolność widzę, choć z daleka
Więc uchodzę
xxxxxxxxxxWięc uchodzę

W grodzie – pod nieobecność Rosława – niepodzielnie rządzi Dziwomir. Nagradza on sowicie swych sojuszników, pije miód z Sułkiem, który wykonywa zalecenia wróża. Woje Sułka są należycie karmieni i honorowani. Teraz wszystko im wolno. Wszelkie objawy nieposłuszeństwa ze strony młodzieży są natychmiast brutalnie tłumione. Toteż życie rybaków, zwłaszcza młodych chłopców i dziewcząt, staje się coraz cięższe, coraz trudniejsze.
Dagniew, Tur i inni towarzysze Warsza zmawiają się cichaczem i nocą zbierają się na puszczańskiej polanie, z dala od grodu, by postanowić o dalszym swym losie. Zbiera się około 30 chłopców, z trzech dziesiątek Warsza. Z nimi na naradę przychodzi tyleż dziewcząt. Każdy chłopak ma tu swoją dziewczynę. Czasami zmówioną z nim, a czasem dopiero sympatyzującą.
Zagaja wiec Dagniew. Mówi, że Dziwomir ze swoimi sojusznikami wyniszczą ich zupełnie, że w grodzie stanowią oni mniejszość, że nie potrafią nawet obronić dziewcząt przed napastliwością nowych przybyszy.
Jedyna rada – mówi Dagniew – to tą gromadą, którą my stanowimy iść precz z grodu. Iść ku wschodowi, przez puszczę. Tam płynie wielka rzeka i nad nią osiądziemy bronieni puszczą i odległością od prześladowców. Nie chcemy – mówi – niewoli. Tam założymy nowe swoje sioło, będziemy żyć w ciężkiej pracy, ale na wolności. Pracować będziemy dla siebie, a nie na komorników, obcych wojów, ciemiężców… Tu czekać, aż ci twoją dziewczynę zabiorą! Nie zwlekać – trzeba tylko uciekać.
Mówi Żywia, drużka Bożenki, dorodna, wesoła i zgadzająca się zawsze z losem, dziewczyna. Mówi – czekać, aż schwycą mnie, oddadzą niemiłemu, aż zrobią ze mnie niewolnicę, aż mnie spalą, jak Bożenkę? A gdzie indziej możemy żyć, jak wolni ludzie. Z nas żadna pracy się nie boi – mówi, uśmiechając się do Dagniewa.
Tur mówi krótko. Kto się decyduje – niech przedtem powie Dagniewowi, a on wyznaczy, kto ma co zabrać ze sobą. Nie możemy zaczynać nowego życia z pustymi rękami. A zabieramy ze sobą: broń – łuki, strzały, sulice i oszczepy, topory, piły, sprzęt do stawiania domostw i budowy łodzi. Tam żelaza – pamiętajcie – nie dostaniemy. Dalej odzież, zapasy jadła na długą drogę. Ziarno do zasiewu: reż, proso, groch, konopie i len. Sprzęt domowy, garnki a kotły – małe, ale musimy je mieć. Jak nas idzie kopa to rozłożym tak wiuki, żeby żaden nie niósł za dużo. Takich tobołów ma być mniej, niż nas jest, bo przed nami pójdzie kilku chłopaków z bronią i toporami pilnować dzikiego zwierza i torować drogę w puszczy. Może ktoś osłabnie tedy jego tobół poniesie inny czy inna – bośmy wszyscy i wszystkie są równi. Kto będzie gotowy niech powie mnie albo Dagniewowi. Dagniew nas prowadzi.

Ciemna noc bezksiężycowa. Gród i podgrodzie śpi. Stróża na wałach też się pospała. W końcu grodu, przez niestrzeżony wyłom w ostrokole, wymykają się kolejno obciążeni chłopcy i dziewczęta. Giezła podwinięte nie przeszkadzają w chodzie, ani biegu. Idą sznurem, jak duchy. Nie stuknie, nie zachrzęści broń. Nikt nie piśnie słowa. Daleko już od grodu, o wczesnym świtaniu, przeprawiają się przez rzekę i idą dalej przez dziewicza puszczę, kierując wciąż ku wschodowi.

Nawałnica w puszczy. Nad rzeką idzie z wolna Bożenka. Jest zmęczona i przemoczona. Cała dygoce z zimna. Zatrzymuje się, zbiera gałązki i stara się rozpalić ognisko. Ale mokry mech i mokre drzazgi nie chcą się zapalić. Bożenka bez sił opiera się o drzewo. Z osłabienia i bezsiły płacze…
Parę kroków od niej przechodzi łania. Dziewczyna nagle z nieoczekiwaną siłą rzuca oszczep w bok łani i rani ją śmiertelnie. Łania pada nieżywa. Bożenka odzyskuje siły. Przyskakuje do martwego zwierzęcia, ostrzem grota nakrawa jej skórę i, dobrawszy się do mięsa, odcina wielki jego kawał. Znów zbiera mach i gałązki – teraz w cieniu wielkiego drzewa udaje się jej rozpalić ognisko. Dziewczyna dokłada wciąż drzewa i w końcu wielkie ognisko rozpala się. Nad ogniem piecze się olbrzymi kawał mięsa. Teraz Bożenka, nacinając ostrożnie skórę łani, zdejmuje ją. Czyści zgrabnie i cała otula się w ciepłe futro. Mięso już upieczone. Bożenka zaczyna chciwie jeść, ale nagle widzi z dala kilka przybliżających się wilków. Dziewczyna chwyta upieczony kwa kawał mięsa, jeszcze drugi surowy. Chwyta płonącą głownię i rzuca ją w stronę zbliżających się wilków. Wilki cofają się nieco, a Bożenka skacze ze swoim ciężarem na drzewo, z wysiłkiem wspina się na niedostępną dla wilków wysokość, tam przywiązuje mięso i sama się układa w rozwidleniu gałęzi, jak w łożu. Dalej je mięso, przyglądając się, jak wilki rzucają się na ścierwo łani i pożerają je łapczywie. Zapada noc, wilki odeszły, Bożenka, otulona w ciepłą skórę, nasycona, zasypia.
Ranek. Dziewczyna zeszła z drzewa, zdejmuje skórę i starannie czyści ją grotem oszczepu i piaskiem. Przykrawa, łączy części tego nowego odzienia kawałkami swego porwanego giezła. Wkłada na siebie i śmieje się sama do siebie.
Znów rozpaliła ognisko i piecze pozostałe mięso. Z dala pojawia się wilk. Dziwne – bo już jest dzień. Ona potrząsa płonącą głownią i głośno krzyczy, ale wilk nie ucieka i nagle, głośno szczekając, przypada do stóp dziewczyny.
To nie wilk. To jej wierny pies, Ryk. Widać, że ogłuszony uderzeniem przy ówczesnej obronie Bożenki, nie zdechł, a tylko ogłuszony spłynął wodą. Widać, że polował w puszczy, jest silny i odpasiony. Bożenka ściska i całuje swego wiernego druha – już teraz nie będzie samotna. Taki pies – to pewna obrona.
Już pełny dzień. Bożenka idzie z psem przy nodze w dalszą drogę.

Opublikowano Wiktor Ostrowski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Finisaż

…wystawy Stanisław Kubicki (1889–1942) – Hermann Stöhr (1898–1940)

 

W miniony wtorek, 23.05.2017 w ratuszu dzielnicy Kreuzberg w Berlinie odbył się finisaż podwójnej wystawy

Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”

&

Hermann Stöhr (1898–1940) – „Das unmissverständliche Nein“/ „Nie, które na pewno znaczy Nie”.

połączony z wykładem kuratorki wystawy o Stanisławie Kubickim, dr Lidii Głuchowskiej.

Wygłoszony po niemiecku wykład, zatytułowany „Rückkehr der Grafiken von Posen nach Berlin und zurück. Schicksal der Werke der polnischen Expressionistengruppe BUNT 1917-2017“, dotyczył donacji S. Karola Kubickiego, syna należących do grupy Bunt artystów – Margarete i Stanisława Kubickich – dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy w roku 2015.

***

Dwa dni przed finisażem kuratorka omówiła w Berlinische Galerie prace  Stanisława Kubickiego i jego żony, Margarete, a w oprowadzaniu publiczności asystowali jej studenci Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. W centrum uwagi znalazły się obrazy Wieża kościelna na tle wschodzącego słońca oraz Ekstaza Kubickiego oraz seria akwarel Kubickiej pt. Trzy skoki Wang Luna wykonanych jako ilustracje do powieści Alfreda Döblina o tym samym tytule.


Kuratorka pomiędzy dwoma obrazami Kubickiego – po lewej Wieża kościelna, po prawej Ekstaza.

W przeddzień finisażu w ratuszu dzielnicy Kreuzberg stowarzyszenie Städtepartner Stettin oraz Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego przygotowały towarzyszący wystawie warsztat artystyczny z udziałem uczniów Szkoły Specjalnej im. Marianne Cohn w Berlinie.

Warsztat obejmował wykład wprowadzający dr Lidii Głuchowskiej, zatytułowany

Der Turmbau zu Babel Stanislaw Kubickis Geschichte, Symbolik, Inspiration für die Gegenwartskunst”

dotyczący siły oddziaływania najsłynniejszej grafiki Kubickiego na sztukę współczesną oraz jej transformacji dokonywanych techniką kolażu i remake.

Następnie dr Patrycja Wilczek w asyście studentek Wydziału Artystycznego z Zielonej Góry – Katarzyny Smugarzewskiej i Marty Olejnik, a także uczestników programu Erasmus – Tri Minh Ngutyena i Sinh Truong Nguyena – przeprowadziła warsztaty artystyczne „Moja wieża Babel” zainspirowane symboliką linorytu Kubickiego.

Celem warsztatów było przekazanie dzieciom umiejętności wyrażania emocji za pomocą środków wizualnych oraz uświadomienie im potrzeby pojednania między narodami mimo różnic językowych. Pod przezroczystą folię z reprodukcją Wieży Babel dzieci wklejały m.in. swój portret i wycinki z różnojęzycznej prasy, przez co symbolicznie stały się uczestnikami procesu przebudowy świata, tak jak to sto lat temu postulowali twórcy awangardowi.

Dzieci i ich opiekunowe byli bardzo zadowoleni z udziału w warsztach, a dzieci stwierdziły wręcz, że w takich zajęciach mogłyby uczestniczyć nawet co tydzień. Sukces tego przedsięwzięcia, wpisującego się w społeczno-polityczny program wystawy Stanisław Kubicki (1889–1942) – Hermann Stöhr (1898–1940), potwierdzają ich uśmiechnięte twarze na pamiątkowej fotografii.

Prace zostały oprawione przez dorosłych, ponieważ do produkcji passe-partout z czarnego kartonu trzeba było użyć ostrych noży.

Collage wykonane przez dzieci zostały umieszczone w oknach na I piętrze ratusza, na przeciwko wejścia do sali posiedzeń Rady Dzielnicy. Okazało się to znakomitą lokalizacją, bo już następnego dnia w sali odbyło się otwarte posiedzenie Rady, dzięki czemu wystawę obejrzeli zarówno radni, jak i licznie przybyli na spotkanie mieszkańcy berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Interesujące było to, iż niektóre z dzieci tworząc prace wybrały nietypową perspektywę prezentacji tytułowego motywu, tak iż Wieża Babel stojąca na głowie bądź prezentowana w układzie horyzontalnym, symbolizowała świat w stanie chaosu, który należy „wyprostować”.

Wystawa powarsztatowa zaprezentowana zostanie również w Szkole Specjalnej im. Marianne Cohn w Berlinie, a potem w Polsce w siedzibie Kuriera Szczecińskiego i w pomieszczeniach Uniwersytetu w Zielonej Górze podczas dorocznej wystawy Instytutu Sztuk Wizualnych.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Fotoausstellung des UMBRUCH Bildarchivs

Respekt!
Solidarische Begegnungen

20.5.17 – 24.8.17 im RegenbogenCafé

Eine Fotoausstellung des Umbruch Bildarchivs in Zusammenarbeit mit der Regenbogenfabrik als Kontrapunkt zu Fake-News, Hasstiraden und destruktiver Stimmungsmache in den sozialen Medien.

Mit Fotos von: Andrea Linss, Jutta Matthess, Christina Palitzsch, Monika v. Wegerer, Oliver Feldhaus, Peter Homann, Michael Hughes, Adrienne Gerhäuser, Nicholas Ganz, Merchi, Jan, Omer Fadl und Hermann Bach.

Für kurze Zeit öffneten sich in Deutschland Grenzen:
„Welcome Refugees” stand für eine gesellschaftliche Offenheit und Solidarität, die auf das Sterben in Syrien und die Toten im Mittelmeer antwortete.
Diese Stimmung begann nach wenigen Monaten durch eine aggressive Berichterstattung der Medien zu kippen, Brandanschläge und Angriffe auf Geflüchtete nahmen ein entsetzliches Ausmaß an. In diesen Attacken und der Flut der Fake-News und Hasstiraden auf Geflüchtete und Nicht-Deutsche scheint der reale gesellschaftliche Rassismus auf der Straße und in den sozialen Medien auf.
Ob sich hier gesellschaftliche Mehrheiten widerspiegeln oder nur scheinbare Mehrheiten virtuell erzeugt werden, ist nicht leicht zu erkennen.

Die Ausstellung setzt der virtuellen Hetze eine andere Welt entgegen. Statt der Aus- und Abgrenzung von Menschen zeigt sie solidarische Begegnungen voller gegenseitigem Respekt: Menschen, die sich mit Offenheit, Freundlichkeit und ohne Vorurteile begegnen. Virtualisierten Feindbildern und Hass stellt sie die Wirklichkeit alltäglichen Widerstands entgegen. Die Ausstellung versucht, die Subjektivitäten aller Menschen wie auch das allen Gemeinsame durch die fotografische Linse zu sehen, zu erkennen und zu respektieren.

Ein Versuch, der im alltäglichen und im perspektivischen Zusammenleben unverzichtbar ist.

Öffnungszeiten:
Mo. 13-20h, sonst 10-20h

Die Fotos hat für uns Christine Ziegler ausgesucht

Opublikowano Christine Ziegler, Redakcja | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Reblog: Jabłka Lutra czyli reformacja

 

 

 

 

Podobnie jak Leśmiana tak nowy rząd nie chciał też uczcić rocznicy Reformacji. Tymczasem gest Martina Lutra, który 31 października 1517 roku przybił na drzwiach kościoła zamkowego w Wittemberdze słynne 95 tez o pokucie, było to wydarzenie, które zmieniło bieg historii… W nieregularnym rytmie, trochę tak jak mi się coś nasunie, będę tu publikowała teksty o Reformacji, również w Polsce.

Pierwszy dzień tych działań nie został wybrany przypadkowo. W maju zaczynają się w całych Niemczech obchody tej wielkiej rocznicy i będą trwały pół roku. Dziś w Berlinie i w Wittemberdze zaczyna się zlot wiernych czyli Dzień Kościoła (Kirchentag), na który przyjeżdża ulubieniec berlińczyków – Barack Obama.

Zaczynam od zreblogowania tekstu, który w listopadzie 2011 roku został opublikowany na blogu Jak udusić kurę…

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Jabłka Lutra

Gottfried Benn

O co szło Lutrowi z ta jabłonką?
O koniec świata nie dbam – on też mrzonką –
Przed swoim stoję jabłoniowym sadem
I ze spokojem czekam na zagładę –
jam w Bogu, co po tamtej stronie świata
atutów dość ma w talii swej do skata –
świat może się roztrzaskać jutro cały,
ja wiecznie będę Jego, gwiezdnotrwały –

czy o to się staremu rozchodziło?
raz spojrzał na swą Kate miłą
i wypił jeszcze piwa dobrą kwartę,
i poszedł spać, nim zacznie się o czwartej?
Doprawdy byłby mężem jakich mało,
do dziś podziwiać by go należało.

Tłumaczył Jacek St. Buras

(…) 31 października to nie tylko Halloween, ale także Święto Reformacji; jest ono jedynym oryginalnym świętem ewangelickim. Nawiązuje bezpośrednio do wywieszenia w 1517 roku przez Marcina Lutra 95 tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze. Wydarzenie to dało początek dyskusji nad odnową Kościoła i zainicjowało rozłam w Kościele zachodnim. Pamiątka Reformacji nie jest świętem ku czci Marcina Lutra i innych reformatorów. Ma na celu przypomnieć dziedzictwo intelektualne, kulturalne i muzyczne. Luteranie traktują to święto, jako podkreślenie roli Biblii w życiu chrześcijan.


Wittemberga, kościół zamkowy

Wittemberga, drzwi kościoła zamkowego – 95 tez Lutra

Kilka lat temu byłam jesienią Wittenberdze. Wspaniałe nieduże senne zabytkowe miasto przesiąknięte duchem Lutra i luteranizmu. Jeśli tam kiedyś zawędrujecie, koniecznie odwiedźcie Dom Lutra i Muzeum Reformacji. To jedno z najciekawszych muzeów historycznych, jakie kiedykolwiek widziałam, do tego ekspozycja na miarę XXI wieku. W jednej z sal jest tzw. izba Lutra – surowe, stare wnętrze z epoki.

Wittemberga, izba Lutra

Ku pokrzepieniu po wizycie w Muzeum polecam smakowitą zupę dyniową w muzealnej kawiarni. Polecam też „Ucztę Lutra”. Uczta to specjalna kolacja, którą trzeba zamawiać z wyprzedzeniem. Podczas tej kolacji serwowane są tylko dania takie, jakie jadano w czasach Lutra i tylko z ówczesnych produktów, czyli pieczone i gotowane różne kawałki mięs oraz dużo pieczonych i gotowanych warzyw: marchew, brukiew, pasternak, cebula, kapusta, groch. Podawane jest to w wielkich kamionkowych misach;  je się też z kamionkowych naczyń. Było przepyszne, mimo prostoty dań i prostoty wykonania, to siła potraw ze znakomitych produktów.  A oto witryna restauracji zachęcająca do zamówienia uczty.

Wittemberga, uczta Lutra

Nie pamiętam by uczcie towarzyszył jakiś deser. Wydaje mi się, że jednak mógłby; proponuję deser bardzo prosty, pasujący do luterańskich pieczonych warzyw  – pieczone jabłka.

Ścinamy 1/3 część jabłka wraz z korzonkiem i wycinamy gniazdo nasienne. Do środka wkładamy nadzienie według fantazji: łyżeczkę cukru z cynamonem lub garść rodzynek i łyżeczkę miodu, albo dwie kostki czekolady, albo dwie łyżeczki konfitury z żurawin lub z róży (fantazja nie zna granic). Przykrywamy ściętą górą jabłka, zawijamy w folię aluminiową i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika. Pieczemy w temperaturze 180·C przez ok. 30 minut (bardzo duże jabłka piec dłużej, nawet około 40 – 45 minut). Podajemy gorące, wyjęte z folii. Można podawać z gałką lodów waniliowych lub z bitą śmietaną.  Jak kto lubi.

Moja wersja pieczonych jabłek z czasów Lutra – to jabłka wypełnione tylko miodem, pieczone bez folii.

Wszystkie zdjęcia: Autorka

***

Wydaje mi się, że może warto przypomnieć, jakie Tezy sformułował Martin Luther czyli Marcin Luter, bo podejrzewam, że NIKT nie wie. Ja też nie wiedziałam, ale oczywiście w sieci wszystko można znaleźć. TU, na stronie luteranie.pl tezy po polsku. Zostały napisane po łacinie.

Amore et studio elucidande veritatis: hec subscripta disputabuntur Wittenbrge. Presidente Reverendo Patre Martino Lutther Eremitano Augustiniano Artium et Sacrae Theologie Magistro: eiusdemque iibidem lectore Ordinario. Quare petit: vt qui non possunt verbis presentes nobiscum disceptare: agant id literis absentes. In nomine domini nostri Iesu Christi. Amen.

Zwróćmy uwagę na przykład na tezę 92: Więc precz z prorokami, którzy wołają: pokój, pokój, pokój, a pokoju nie ma (Ezech. 13,10.16).

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Haus, Buch, Grab und Zufall

Ewa Maria Slaska

Von Thessaloniki nach Berlin

Für Brigitte und Darek

Neulich war ich ein paar Tage in Thessaloniki und wohnte in einem alternativen Haus, in dem alles so aussah, wie in Berlin nach der Wende. Ich verbrachte die Zeit dort abwechselnd auf Englisch diskutierend und ziellos von einer Ecke des Hauses zu der anderen schlendernd, um alles zu fotografieren.

Irgendwann wurde mir klar, dass ich gleich zurück nach Berlin fliegen muss, was auch bedeutet, dass ich, und zwar sofort, Deutsch zu sprechen habe. Unbedingt brauchte ich, um mich umzustimmen, für die Flugstunden etwas auf Deutsch.

Ich machte mich auf die Suche.

In dem großen Theatersaal, wo auch Bibliothek untergebracht wurde, wollte ich nicht stöbern, aber in einem engen dunklen Flur gab es ein Korb voller Sachen zu mitnehmen und nebenan auch ein Brett mit abgelegenen Bücher.

Und da, siehe einen an, auch ein englisches Buch, aber in deutscher Übersetzung. Barbara Belford, Viktorianische Liebesspiele. Die Geschichte der Violet Hunt und ihrer Liebhaber und Freunde. DTV München 1998. Erstaunlich guter Fund. Meistens sind Bücher, die man in Bypackers-Hostels in aller Welt findet, ziemlich öde, so zwischen Publikationen der Zeugen Jehovas und Ken Follett. Man liest sie sowieso, ich hätte auch Marx gelesen, aber interessante Bücher bekommt man selten.

Diese Violet Hunt, erstaunlich… Eine emanzipierte Frau, geboren 1862, gestorben 1942.  Generation meiner Urgroßmutter Eugenia. Sie war auch emanzipiert, studierte, als erste Frau in der Familie, gründete in Russisch-Warschau eine Sonderschule für zurückgebliebene Kinder (erste in ganz Polen), dies alles aber im Bereich Bildung und soziales Engagement, wie es sich damals, während der Teilung Polens, für eine patriotische Polin ziemte. In ihrem Familienleben entsprach sie jedoch (fast) vollkommen dem gängigen Muster einer konservativen Ehefrau und Mutter vierer Kinder. Violet Hunt dagegen blieb ihr ganzes Leben unverheiratet, war eine berühmte Geliebte, eine femme fatale, exzentrisch und ausgesprochen frei von Konventionen, eine Frau, die für ihre Intelligenz, scharfe Zunge und bissigen Witz bewundert und gefürchtet wurde. Sie war eine Journalistin und Schriftstellerin (wie ihre Mutter), sie könnte malen (wie ihr Vater), sie war mit Oskar Wilde, Henry James und Joseph Conrad befreundet, die Schriftsteller Ford Madox Ford, Orson Welles und W. Somerset Maugham sowie der Verleger Oswald Crawfurd waren ihre Liebhaber.

Auf dem Flughafen und dann im Flugzeug lese ich dieses Buch. Die Autorin holt weit aus. Da die Familie von Violet in Durham ansässig war, schreibt sie auch etwas über die Stadt selber.

…Durham besaß eine intellektuelle Bürgerschicht und eine mittelalterliche Kathedrale.

Ich klicke in mein Handy den Stadtnamen und den Namen von Violets Vater, Alfred Hunt, der ein Landschaftmaler war und die Stadt zig mal malte. Bin sofort findig.

Alfred William Hunt, Elvet Bridge, Durham

Von solchen Bildern ihrer Vater schrieb Violet in ihren Tagebüchern, dass sie ihre Kleider, Schuhe und Schulbücher finanzierten.

Zuerst aber ist Violet überhaupt noch nicht geboren. Die Autorin schreibt über die Stadt.

Die Geschichte von Durham beginnt mit Cuthbert, dem heiligen Hirten, der Bischof von Lindisfarne wurde, 687 starb und elf Jahrhunderte später die Karriere von Violets Großvater beeinflußte. Nach der Legende wurde der Leichnam Cuthberts vollständig mumifiziert, und sein Sarg wurde von seiner Gefolgschaft mitgeführt, als sie zwei Jahrhunderte später  vor den Dänen floh. 995, wieder zwei Jahrhunderte später, zog die Gemeinde noch einmal weiter und blieb eine Zeitlang in Dunholm, der „Berginsel” – so lautete der alte Name von Durham. Als sie wiederum aufbrach, ließ sich der Sarg nicht hochheben, ein Zeichen, daß St. Cuthbert dort bleiben wollte, wo er sich befand.

1017 wurde eine steinerne Kathedrale für den Sarg errichtet. Fünf Jahre später wurden die Gebeine von Beda venerabilis überführt. 1093 begannen die Normanen (1066 kamen sie nach England, was die Autorin nicht erwähnenswert findet, aber was soll es, in England weiss es doch jedes Kind – Anm. d. Bloggerin) mit dem Bau jener Kathedrale, die heute noch in Durham steht. (…) Pilger zogen dorthin, bis Heinrich VIII. sich mit Suprematsakte zum Haupt der englischen Kirche erklärte. (…)

1812 zog James Raine, Violets Großvater mütterlicherseits, gerade erst 21 geworden, aus benachbarten Ovington nach Durham. Er wurde Rektor der Schule von Durham, wo er 15 Jahre ein Lehrer war. Später wurde er zum Priester geweiht und 1816 zum Bibliothekar des Domkapitels ernannt. Er wurde auch Historiker, Mitarbeiter von Robert Surtees, der die Geschichte von Durham verfasste.

1827 hatte Raine St. Cuthberts Grab öffnen lassen und die verwesten Überreste des Heiligen entdeckt. Der Sarg war schon 689, 1022, 1104 und 1539 geöffnet worden, und jedesmal hatten die Geistliche bestätigt, dass der Körper des Heiligen nicht verfallen sei. Dieses vielgepriesene Wunder, schrieb Raine in seinem ein Jahr später veröffentlichtem Buch, sei „bestimmten Interessen zuliebe in einem abergläubischen Zeitalter erfunden” und mehr als Tausend Jahre durch klerikale Verschwörung am Leben erhalten worden.

Zurück in Berlin muss ich sofort zu einer Veranstaltung los, die ich moderiere, nach dem Vortrag gehen wir noch zu dritt mit dem Referenten essen. Brigitte, Darek und ich. Aus welchen Grund auch immer kommen wir im Gespräch an das Thema langlebige Lügen. Wie es möglich ist, wer sorgt dafür, dass sie sich so lange halten? Das Thema erinnert mich natürlich an die Geschichte von St. Cuthbert Grab und die Lüge über seinem angeblich nicht verfallenem Leichnam, die ich vor ein paar Stunden gerade gelesen habe. Wisst ihr, sage ich, es gibt in Nordengland so eine Stadt Durham…

– Durham, sagen Brigitte und Darek unisono.
– Sag ich doch, Durham…
– Nein, antworten die beiden, immer noch im Einklang, Durham…
Ach, wie immer. Ich habe keinen musikalischen Gehör, ich höre diese Aussprach-Unterschiede überhaupt nicht.
– Verdammt, ich wollte euch etwas über die Lügen erzählen. Also in dieser Stadt gibt es in der Kathedrale…
– Normannische, sagt Darek.
– Da liegt der Heilige Cuthbert begraben, sagt Brigitte, der Bischof von Lindisfarne.

Ich glaube, ich spinne. Ich habe es gerade heute das erste Mal in meinem Leben erfahren, von Durham, Kathedrale und Cuthbert, und die beiden wissen einfach alles… Woher Dariusz es weißt, lässt sich vermuten, ist doch Kunsthistoriker, Museumsdirektor in Stettin, na OK, aber Brigitte ist eine Musikerin in Berlin…

– Woher weißt du das? – frage ich.
– Ich war da zig mal wandern! Ich liebe diese Stadt, diese Kathedrale, Nordengland überhaupt…

Ich erzähle endlich meine Geschichte, wir unterhalten uns über Heiligen Cuthbert, England und Küche, dh. übers Essen überhaupt. Hier sind wir uns einig, die Englische Küche ist nicht unbedingt der Inbegriff des Schmackhaften…

Am nächsten Tag schickt uns Brigitte die Bilder. Von Cuthbert, von Kathedrale und von ihrer Wanderungen.

Ihr Lieben,
das Thema St. Cuthbert hat meine Erinnerungen an eine Reise nach Northumberland/Lindisfarne geweckt. Wie schön es dort ist!!! St. Cuthbert wurde in Lindisfarne bestattet, welches sehr ungeschützt war vor den wiederholten Wikingereinfällen. Sein Sarkophag wurde gerettet, mehrere Jahre lang hier und da und dort versteckt.


Illuminated manuscript of Bede’s Life (1180) of St Cuthbert, showing the discovery of his Incorrupt Body

Er fand schließlich seinen endgültigen Ruheplatz in der normannischen Kirche von Durham. Es gibt bei St. Cuthbert diese Legende von einer angeblich unzerstörten Leiche. Hier ein link zur Wikipedia und einige Landschaftsbilder – ich bekomme gleich Lust in den Norden zu fahren, wo es im Sommer so angenehm kühl ist und ebenso angenehm unbevölkert. Darüber wird die englische Küche unwichtig.

Durham

Lindisfarne

Wandern an der Fluss Wear bei Durham

Und so wandert man an einem Tag aus Makedonien über Berlin nach Nordengland in Gesellschaft einer deutschen Musikerin und eines polnischen Kunsthistorikers. Wir gehen bei einem (wie man in Berlin so sagt) Griechen essen und stellen fest, die Küche ist (auch) wichtig :-).

Opublikowano Brigitte von Ungern-Sternberg, Dariusz Kacprzak, Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 1 komentarz

Miłość w sadach pradziadka

Andrzej Rejman

powraca dziś do postaci swego niezwykłego pradziadka. Przed dwoma laty wpisem o Adamie Hrebnickim rozpoczął współpracę z tym blogiem.

Tėvyne Lietuva, mielesnė už sveikatą!
Kaip reik tave branginti, vien tik tas pamato,
Kas jau tavęs neteko.
Nūn tave vaizduoju
Aš, ilgesy grožiu sujaudintas tavuoju. …

(Ach, jaki ten język jest tajemniczy, niezrozumiały, ale śpiewny i malowniczy jak cała Litwa!)

Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…

***

Jak co roku, odwiedziłem Raj, obecnie Rojus, miejscowość na Litwie, przed wojną w II Rzeczypospolitej, gdzie pracował i mieszkał do śmierci w 1941 roku mój pradziad Adam (Doktorowicz) Hrebnicki.

W istniejącym od 1961 roku muzeum Adama Hrebnickiego wśród zgromadzonych eksponatów, ducha tego miejsca podtrzymują obrazy jego córki – Marii, malarki, absolwentki petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Malowała ona głównie pejzaże i portrety. Jeden z portretów to Kostuś Hrebnicki, kuzyn, którego darzyła nieodwzajemnionym uczuciem.

Obrazy Marii Hrebnickiej w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju

Kostuś Hrebnicki ok. r. 1910

Wśród zapisków pozostałych po Adamie Hrebnickim, znajdujących się w bibliotece Instytutu Rolniczego w Kownie znajdują się wiersze Marii Hrebnickiej, pisane w latach 1909-1915 między innymi właśnie w Raju, dokąd przyjeżdżała razem z ojcem na wakacje z Petersburga.

Jeden z wierszy poświęcony jest z pewnością jej ukochanemu Kostusiowi Hrebnickiemu.

Wiersz, prosty, oczywisty, wręcz banalny. Gdy jednak widzimy portrety obojga, oraz wpatrzymy się w tutejsze krajobrazy, wyobraźnia dopowiada to, co nieopisane i nienazwane.

Krajobrazy Raju i Berżenik z lat 1908-1911

Do ***

…Przyszedłeś…
Jak królewicz z bajki wymarzony,
Uwieńczon promieniami złocistej korony,
Co zza siódmej góry i zza siódmej rzeki,
Porzuciwszy królestwo w świat dąży daleki,
Do zaklętej krainy, niedostępnej wieży,
Tam, gdzie piękna księżniczka w zaklętym śnie leży,
Tak ty, rzuciwszy wszystko sercem kierowany
Przyszedłeś do mnie!…
Jam ciebie czekała…
Że ty przyjdziesz, sny nie powiedziały moje,
To nie mówiło serce, przeczuć mych mówiły roje…
Uśmiechy słońca szczęście mi przepowiedziały,
Kwiaty, trawy i drzewa, tak słodko szeptały,
Ustroiłam się we wstęgi, przywdziałam bursztyny,
Bo ja chciałam być piękną dla Ciebie jedyny,
Ja wiedziałam, że przyjdziesz – serce cię czekało,
I jakieś dziwne szczęście objęło mnie całą,
I ty mnie nie zawiodłeś, przyszedłeś kochany
I byłeś taki piękny, młodością odziany
Z ponad gwiazd łuku, brwi dumne lśniły,
I jak róża, purpurą usta się płoniły,
A twoje oczy były jak niebios szafiry,
Głos twój dźwięczał, jak pieśń złotej liry,
Że przyszedłeś tu dla mnie – spojrzenie mówi
A moje serce hymnem radości się biło…
Bo ty przyszedłeś do mnie…

Raj, 1911, 26 sierpnia

Maria Hrebnicka

 Maria Hrebnicka ok. roku 1910

Maria Hrebnicka z ojcem w ogrodzie ok. r. 1910

Rękopis wiersza „Do…” M. Hrebnickiej z 1911 roku

Groby na starym cmentarzu w Duksztach (2017)

Opublikowano Andrzej Rejman | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Barataria 18

Spotkaliśmy się z nim już w zeszłym tygodniu.

Silvio Gesell

w książce Cudowna Wyspa Barataria wykłada podstawowe zasady gospodarki pieniężnej tak, by ją pojął każdy głupi.  Tłumaczyła i skróciła to dla Was, Drodzy Czytelnicy, Ewa Maria Slaska

Z życia Baratonów

 Wyspa Barataria leży na tej samej szerokości geograficznej, o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia. Nazwana została tak dlatego, że barato znaczy tani, a wszystko było niesamowicie tanie na Baratarii. Ale nie w lichwiarskich sensie, kiedy to otrzymujesz dużo towarów za mniejsze pieniądze – bo to nie oznacza, że korzyści miałby producent, lecz przeciwnie, musi on oddawać swoje towary za małe pieniądze. Nie, na Baratarii wszystko było tanie i należy to rozumieć w duchu polityki społecznej – lud pracujący, bez wyjątku, otrzymywał dużo, choć musiał po temu wykonać mało pracy. Zagadkowe, wiemy, ale spróbujemy to wyjaśnić.

Wyspa została skolonizowana w 1612 roku przez 500 hiszpańskich rodzin. Wracały do domu, a że ich statki zniknęły bez śladu, w Madrycie przyjęto bez zastrzeżeń, że koloniści zginęli wraz ze swoimi karawelami. O wyspie zapomniano, co sprawiało że przez długi czas Baratanowie żyli całkowicie odcięci od świata.

Przypomnijmy, że w tym właśnie czasie nasz Sancho Pansa zarządzał w Hiszpanii wyspą Barataria. Cervantes pisał o sierpniu roku 1612, Zitzenbacher wręcz o roku 1600. Pierre i Jean Laffitte, koloniści francuscy i słynni piraci, zajęli prawdziwą bagnistą wyspę Baratarię, położoną w płytkich wodach Zatoki Nowoorleańskiej,  jeszcze w stylu wieku XVIII, ale już w roku 1803 czyli dopiero dwa stulecia później.

Wzorem najlepszych powieści szkatułkowych w tym miejscu pojawia się nowe źródło, z jakiego czerpiemy wiadomości o życiu Baratonów – Kroniki probostwa Villapanza czyli Miasta Pansy. Prawdziwa, położona w pięknych ogrodach Villa Panza znajduje się we włoskim mieście Varese i nie ma probostwa, ale daruję już Czytelnikowi dalsze wycieczki tym nowym tropem. Wracamy do naszych baranów. Jak się potem okaże, Villapanza jest stolicą wyspy…

Początkowo Baratarianie stosowali gospodarkę komunistyczną. Ale już w 10 lat po tym, jak koloniści wylądowali w Baratarii, zostali oni wezwani przez nauczyciela Diego Martineza, aby omówić wprowadzenie gospodarki opartej na własności prywatnej. Wezwanie  to brzmiało następująco:

Uwaga, pojawia się kolejny narrator,  tym razem uczestnik omawianych zdarzeń. Policzmy więc: Cervantes opowiada historię Don Kichota, jego imitator Alonzo Fernandez de Avellaneda naśmiewa się z niej, na co Cervantes po 10 latach odpowiada w roku 1614 drugą częścią, gdzie to Sancho Pansa wskutek okrutnego żartu Księstwa Villahermosa, zostaje gubernatorem wyspy Barataria. Jednocześnie koloniści hiszpańscy na Karaibach zakładają osadę na wyspie, nazwaną przez nich Barataria. Niejaki Juan Acratillo, co się wykłada Jan Bezpański, w  roku 1675 opowiada ich dzieje w pewnym rękopisie, opierając się jednak na kronikach proboszcza miasta Villapanza, stolicy wyspy, ten zaś korzysta z relacji nauczyciela z Baratarii Diego Martineza. Pedro Tramposo (Piotr Oszust), odnajduje rękopis, Klaus Rosenfeld go tłumaczy na niemiecki, Silvio Gesell wydaje tę historię drukiem, i wreszcie ja, tłumaczka i interpretatorka światowych tropów wiodących do i z Baratarii, Ewa Maria Slaska. Jestem dziesiątą narratorką. I każdy z nas, na każdym etapie mógł tę opowieść wymyślić, przeinaczyć lub nagiąć do swoich celów. Celem Silvio Gesella jest udowodnienie, że kapitalizm i socjalizm są do niczego, a jedynym wartym uwagi sposobem gospodarowania jest „wolny pieniądz”. W jego imieniu Diego Martinez, nauczyciel wiejski tworzy manifest:

Gospodarka komunistyczna, której do dziś pozostaliśmy wierni, z pewnością pozwoliła nam osiągnąć więcej, niż większość z nas się spodziewała, ale nie może ona spełnić wszystkich naszych oczekiwań, nie zapewnia nam bowiem pełnej osobistej wolności, niezależności i poczucia odpowiedzialności. Jako że koszula jest bliższa ciału niż spódnica, tak samo jest z egoizmem i altruizmem, z instynktem samozachowawczym i instynkte zachowania gatunku. Nie wszyscy w jednakowym stopniu ponosimy odpowiedzialność za wszelkie nasze działania i lub ich zaniechanie. Niech ktoś przez niewagę zostawi jedno z narzędzi na polu, niech ktoś inny źle zadba o chorego konia, niech ktoś lekkomyślnie igra z ogniem, zbuduje dom na wadliwych fundamentach czy źle zaplanuje jego budowę. Nie ma sprawcy szkody, ale mimo to własność publiczna ponosi szkodę. Codziennie tracimy przez zaniedbanie. Siano wczoraj nie zebrane, przemarzło, podobnie stało się z truskawkami, bo nikomu nie chciało się podjąć trudu, aby ochronić je przed przymrozkiem. Nikt nie chce pracować szybciej niż inni – już chociażby dlatego by tych innych nie zawstydzić – ci, co pracują najwolniej, nadają tempo wszystkim. Kiedy gruby Gomez ogłasza koniec pracy, wszyscy porzucają narzędzia, tam gdzie ich akurat używali. Dzieje się u nast tak, jak to ma miejsce w plątaninie zbyt wąskich uliczek, gdzie wół  obładowany wielkimi koszam zatarasuje drogę wszystkim innym pojazdom i narzuci im tempo posuwania się naprzód. Inaczej by było, gdyby każdy miał prawo własnoście do tego, co produkuje własną pracą. Wiele można by zrobić inaczej i lepiej. Dziś jednak, jeśli chcemy zrobić coś lepiej, musimy najpierw uzyskać zgodę towarzyszy w długiej i szerokiej debacie. W gadaninie zatraca się zwykle najważniejszy sens proponowanej zmiany, a pamiętajmy, że i tak uzyskasz tylko to, co zrozumie większość, a wiemy, że nie jest to dużo. Rzeczy, które dla ich zrozumienia wymagają pogłębionej analizy, nie można rozstrzygać demokratycznie. Nasi wynalazcy pozostają więc bezczynni, bo wiedzą, że nie uda się im uzyskać zgody na dalsze badania. Dla większości to, czego nie znają, na zawsze pozostanie utopią.

Oczywiście słownictwo i problematyka tego wezwania nie mogły wyjść spod piór autorów żyjących w XVII wieku na tropikalnej wyspie Barataria. Zmarnowane siano  czy truskawki zwarzone przez nocny przymrozek to doświadczenia Silvia Gesella z pobytu w utopijnej komunie producentów owoców Eden w Oranienburgu koło Berlina. Anachronizmy i lokalny koloryt z regionu Brandenburgii pojawiają się w całym tekście. Baratoni wprowadzają prywatną własność ziemi, podział usług i wyrobów, a zatem będą potrzebowali pieniądza, którego siłę nabywczą obliczać się będzie w ziemniakach, bo jest to najłatwiej dostępny i najważniejszy produkt lokalnego rolnictwa. Martinez obiecuje Baratonom, że pieniądz zaspokoi ogólne pragnienie wolności, własności, odpowiedzialności i samodzielności.

Przez moment zastanawiano się nad tym, czy by jednak nie wprowadzić pokrycia pieniądza w guanie, jako że było ono na wyspie jeszcze łatwiej dostępne niż ziemniaki, w końcu jednak zwyciężyła frakcja ziemniaczana, a to dlatego że w głosowaniu mężczyźni opowiedzieli się wprawdzie niemal jednogłośnie za guanem, ale kobiety – z przyczyn estetycznych – wybrały ziemniaki, a kobiet było więcej. Bank wymieniał ziemniaki na papierowy pieniądz, a pieniądz na ziemniaki. Jednostką wagi przy wymianie był centnar, co nadało też nazwę barataryjskim banknotom. Ciekawostką niech będzie fakt, że inicjator reform został dyrektorem narodowego banku ziemniaczanego.

System monetarny Baratarii zdecydowanie lepiej odpowiadał by zasadzie „towar za pracę” niż jakikolwiek system oparty o ekwiwalent pieniądza w złocie, ponieważ w okresie kryzysu można było po prostu produkować więcej ziemniaków, czego ze złotem już się nie da zrobić. Ziemniaki miały oczywiście tę wadę, której złoto nie miało, a mianowicie podlegały zniszczeniu. I była to największa zaleta tej waluty tak jak każdego „wolnego pieniądza”. Według obliczeń Martineza były to straty w wysokości 20%, co jednak w niczym nie zmieniło siły nabywczej papierowych centnarów. Po dwóch latach zrezygnowano wręcz z wymiany 1 centnara monetarnego na 100 kilo ziemniaków.  Pokryciem pieniądza były tylko i wyłącznie towary, które zostały wyprodukowane i  znajdowały się na rynku. Ciekawostką systemu Gesella-Martineza była propozycja, żeby wszystkiemu nadać wartość pieniężną, również pojęciom abstrakcyjnym, takim jak demokracja.

Z uwagi na problem z przechowywaniem w sejfach banku kartoflanego gnijących a zatem cuchnących kartofli niezmorodowany Martinez zaproponował po kilku latach zmianę systemu na, jak to określił, „coś w rodzaju pieniądza muszlowego Hotentotów” (tak, tak, Muschelgeld der Hottentotten! w dzisiejszych czasach sformułowanie z uwagi na political incorrectness absolutnie niedopuszczalne) czyli na pestki szyszek pinus moneta (sosny pieniądzodajnej), zwane potocznie orzeszkami piniowymi. Późniejsi komentatorzy zaproponują wręcz, by pieniądz piniowy – Pininegeld – nazwać… Pinunzen, pieniądze, ma to sens, bo nazwy są podobne w brzmieniu, ba, twierdzi dalej pan Starbatty, zachodzi nawet podejrzenie, że owo używane w… dialekcie szwabskim słowo pochodzi od słowa pinia. O tym, że jest to polskie określenie pieniędzy komentator nic nie wie, podobnie nie wie, że jest to zniekształcone słowo fenig, co było groszem niemieckim, ale wybaczmy mu, bo nie wie też, że Barataria to wyspa z powieści Don Kichot i że Villapanza to miasto naszego miłego giermka, Sancho Pansy…

To nie jest pieniądz z Baratarii tylko srebrna kanadyjska dwudziestodolarówka z kolorową gałązką sosny nabrzeżnej (Pinus Contorta) (no ale, co wolno wojewodzie…). Na świecie znajduje się 8500 takich monet.

Na wyspie – i to w samym jej środku rosło drzewo (Eden! Eden!). Była to jedyna tutejsza pinia, (choć podobno na Madagaskarze rosną nieprzebyte lasy sosny monetarnej). Otoczono ją murem i tak to elegancki i schludny obiekt dendrologiczny zastąpił smrodliwe na przednówku skarbce ziemniaczane. Te zostawiono zresztą tam, gdzie były, wychodząc z założenia, że ich całkowity rozpad będzie oznaczał abstrakcyjne przejście wartości zawartej w ziemniakach na wartość orzeszków piniowych. Autor dodaje, że choć nikt w Baratarii nie rozumiał, o co chodzi, Baratoni i tak zaakceptowali te propozycje.

Wszystkie reformy wprowadzone przez niestrudzonego Diego Martinez nieodmiennie prowadziły do dalszego wzrostu powszechnego dobrobytu, który, o dziwo, „wcale nie rozpadał się na bogactwo i nędzę, jak to się dzieje w systemach opartych o pieniądz niezniszczalny”. Nie było kryzysów i bezrobocia. Niewiele było też przestępstw, a niezależnie od tego, co było monetą obiegową, od pożyczek nie pobierano procentu, ani na konsumpcję ani na inwestycje. Było to w pełni zrozumiałe, lepiej bowiem pożyczyć komuś centnar ziemniaków lub kilo orzeszków i otrzymać za rok w takiej samej ilości świeży towar z nowych zbiorów, niż trzymać swą własność w sejfie, gdzie mogła spleśnieć, zgnić lub zeschnąć.

Bezprocentowy pieniądz pozwalał tanio produkować, tanio budować i tanio inwestować. Jedynie handel pobierał niewielki procent, który był ceną za produkt z jego pomocą wytwarzany, czyli transakcje kupna-sprzedaży. Nie było oszczędności, bo psujący się pieniądz nie dawał się oszczędzać, i bardziej się opłacało zamieniać go na zapasy towarów…

Zauważmy, że ktokolwiek naprawdę był autorem tych rozważań, a był nim najpropodobniej jednak Gesell, zapisał on je na dobre pół wieku zanim niejaki Nixon (prezydent zresztą) zwolnił bank USA z obowiązku wypłacania każdemu za każdego dolara jego ekwiwalentu w złocie. Wszystkie więc dalsze rozważania na temat dystopijnej gospodarki Baratarian jako modelu dającego się z powodzeniem zastosować zawsze i wszędzie, już się chyba zdezaktualizowały. Ale w latach 30 eksperyment można jeszcze było swobodnie ralizować i przypominam, że się powiódł – pisałam już tydzień temu o austriackim miasteczku Wörgl.

Powiedzmy więc tak, był moment w naszej historii, kiedy jeszcze mogliśmy zrezygnować z kapitalizmu i socjalizmu i wprowadzić na świecie wolny pieniądz.

Ale niestety, zarówno w Wörgl jak i w Baratarii zarzucono w pewnym momencie ideę niszczejącego pieniądza, a jak to się skończyło – wiemy, w realnym miasteczku wolny pieniądz został zakazany, w Baratarii…

Ciąg dalszy za tydzień 🙂

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Legenda o Warszawie – Odcinek II

Wiktor Ostrowski

Stos ofiarny

Warsz z kilkoma innymi niewolnymi zostali doprowadzeni nad rzekę. Tam już pod strażą czekają inni niewolni, schwytani wcześniej, skierowani są oni do ciężkiej pracy. Warsz – jako rybak – ma teraz dla  Prusów łowić ryby. Otrzymuje sieć i małą łódkę. W ciężkich dwóch łodziach zbrojni Prusacy pilnują więźniów. Praca jest i musi być wytężona. Za każde nieposłuszeństwo winny karany jest chłostą. Nawet bez powodu okrutni oprawcy biją swe ofiary, ponaglając ich do bardziej wytężonej pracy. Warsz jednak nie rezygnuje z zamiaru ucieczki, wypatrując sposobnej chwili. Na razie jednak praca jego jest wytężona, chce on bowiem zaskarbić sobie zaufanie i przez to osłabić czujność Prusów.

Komora w chacie Rosława

Na wiązce słomy leży Bożenka. Już  zdjęto jej więzy, ale komora jest zamknięta. Ryś i Kyś, zmieniani  przez innych pachołków, cieszących się zaufaniem Rosława, pilnują i nie dopuszczają do chaty nikogo.  Wiadro z wodą, kawał chleba, a dwa razy dziennie pachołek nosi jej miskę kaszy. Dziewczyna,  mimo osłabienia i rozpaczy, zmusza się do jedzenia – jednak ma  nadzieję, jednak chce odzyskać siły, jednak marzy ciągle o ucieczce, o wyzwoleniu.

Słychać kroki zbliżających się mężczyzn, wchodzi dwóch pachołków, bez słowa chwytają Bożenkę, wiążą jej ręce z tyłu i wychodzą. Wchodzi Rosław z pletnią w ręku i również milcząc, bez  litości smaga już i tak obitą Bożenkę po całym ciele. Nasyciwszy  swój gniew, rozwiązuje jej ręce, kopie pogardliwie i odchodzi.

Na polanie, pod starym rozłożystym dębem, zbiera się wiec  starców. Siadają oni dostojnie na kłodach. Rosław zagaja wiec.  Mówi najpierw o połowach, zbiorach żyta, konieczności zwiększenia  dostaw suszonej i wędzonej ryby dla księcia i jego wojowników ze  względu na pochód przeciwko Prusom, a następnie mówi o pożarze  lasu i tu prosi Dziwomira o omówienie sprawy ofiary dziękczynnej  dla Dadźboga. Przy dźwięku tego słowa wszyscy pochylają się w kornym pokłonie. Dziwomir mówi krótko. To – jego zdaniem – Bożenka  w  czasie swej ucieczki zaprószyła ogień w lesie. On, Dziwomir,  uprosił Dadźboga o darowanie klęski, ale obiecał za to krwawą ofiarę. Nie baran, nie wół ma być spalony na ofiarę, ale dziewczyna.  Tą ofiarą nie może być nikt inny, jak Bożenka, ona właśnie przecież  – dowodzi kłamliwie wróż – zawiniła, ona spowodowała klęskę, która  tylko dzięki modłom i obietnicom została oddalona.

Wiec uchwala spalenie Bożenki na stosie – na ofiarę dla Dadźboga. Ta decyzja zostaje podana do wiadomości przez obwoływacza. Dziwomir osobiście zawiadamia o niej rodziców Bożenki i czyni to  tak, że Dabor i Rada są przekonani, że spalenie Bożenki wywyższy ją i wsławi. Są oni tak przekonani o konieczności posłuszeństwa  wobec Dziwomira i Rosława, że nawet nie protestują i nie biadają.

Chata Rosława

Wyprowadzają z komory Bożenkę. Jest ona w  strzępach giezła. Na ramionach, plecach i nogach widać bardzo liczne ślady od uderzeń pletni. Trzy stare kobiety, prawdziwe wiedźmy,  narzucają Bożence na jej łachmany giezło godowe, białe i  stroją ją w kwiaty. Na głowę zakładają jej również kwietny wieniec. Osmagane ramiona zakryły się zielenią i  kwiatami. Ręce  wiążą jej do tyłu i do rąk przywiązują dwa sznury, również przeplecione kwiatami. Teraz dwóch starców bierze za końce sznura i prowadzą ją na błonie za grodem. Na błoniu zbity tłum, przeważają  starsi rybacy i rybaczki. Młodzież ciśnie się z tyłu. Dziewczęta płaczą, a chłopcy bezsilnie zaciskają pięści. Jest ich zbyt mało na bunt i nieposłuszeństwo. Wśród śpiewów, dźwięków kapeli i okrzyków doprowadzają Bożenkę  do wzniesionego na błoniach stosu ofiarnego i tam uroczyście wprowadzają na stos. Przywiązują dwa sznury do dwóch pali i wróż rozpoczyna przed stosem modły ofiarne. W momencie ich rozpoczęcia  obecni padają na twarz, nie śmiejąc podnieść głów. Wróż w stroju  obrzędowym, z końską skórą na ramionach, w czapie z kory brzozowej,  z długą laską w ręku, wydaje z siebie niesamowite głosy, wyje,  piszczy, drgawki nim wstrząsają, wpada w trans, skacze i obraca się, przypada do ziemi i zrywa się w podskokach, wreszcie zamiera bez  ruchu w nieprawdopodobnej pozie. W tym momencie Rosław daje znak  i dwóch pachołków z dwóch stron trzymanymi przez nich cały czas  płonącymi łuczywami podpalają stos.

Śpiew i krzyki wzmagają się, stos powoli rozpala się, dym zaczyna się wznosić ku górze. Nagle, od strony grodu słychać sygnały: bębny i chrapliwy dźwięk rogu. Trwoga! Na gród widać następuje nieprzyjaciel! Tłum bezładnie gna schronić się za wały grodowe. Z dala widać jak  ludzie chwytają sprzęty, gnają bydło i spieszą do bramy grodowej.

Kilka chwil i całe błonie, i całe podgrodzie pustoszeje. Pozostaje  tylko płonący stos i dymy. Kurz odgradza zupełnie stos od grodu.  Ogień rozpala się coraz mocniej i zajmują się już te belki,  na których stoi przywiązana Bożenka.

Ale ogień, zanim do niej dotarł – doszedł do pali. Jeden z  nich, widać bardziej smolny zapłonął jasnym płomieniem. Sznur przepalony głośno trzasnął i z jednej strony zwolnił dziewczynę.

Bożenka ze stanu półprzytomnego bezruchu przeszła natychmiast  do czynu. Rzuca się w stronę drugiego słupa i, nie zwracając uwagi  na to, że godowa jej szata już od dołu płonie, zdołała podpalić drugi sznur płomieniami. Dwa kroki i od strony tylnej, jeszcze nie  palącej się, stosu, skacze w dół – prosto w bajorko. Przewraca się  i – tarzając się w błocie i wodzie – gasi płomienia na gieźle, zrywa się, dziko krzycząc, biegnie w stronę puszczy, wlokąc za sobą długi sznur. Dym i kurz zasłaniają dziewczynę całkowicie od  strony grodu. Biegnie bez wytchnienia, przewraca się, zrywa i dalej biegnie, aż znika wśród pierwszych krzewów puszczy.

W grodzie nikt już nie dba o spaloną zapewne dziewczynę. Od strony przesieku w puszczy zbliża się silny oddział wojowników.  Wrota od strony podgrodzia są już zamknięte – brama spuszczona, dyle  mostu zerwane. Rosław nie każe jeszcze zrywać dyli od głównej  bramy, ale dwóch ludzi z toporami są gotowi do wykonania tego w jednej chwili. Rosław zarządza obronę grodu, rozstawia ludzi na wałach gotują gary z wrzątkiem. Jest on niespokojny, bowiem brak trzydziestki Warsza mocno osłabił obronę.

Wreszcie na drodze zjawia się – już dobrze widoczny z grodu –  idący oddział, w którym wkrótce ludzie poznają oddział Warsza.  Trwoga zmieniła się w radość. Rosław dowiaduje się, ku swojej uldze, że oddział wrócił, ale bez dowódcy. Dagniew oznajmia grododzierżcy, że Warsz albo jest zabity, albo ranny i został po tamtej, pruskiej stronie.

Razem z oddziałem Warsza przybył do grodu silny, kilkadziesiąt ludzi liczący oddział przysłany tu na odpoczynek i dokarmienie.  Ich dowódca, Sułek, starszy woj, zaprawiony w bojach, wita się z  Rosławem, żąda wygodnych legowisk dla swych ludzi, a przede wszystkim dla siebie. Rosław obiecuje wszystko, liczy tylko na to, że nowi woje pomogą mu utrzymać porządek wśród jego gromady. Sułkowi  tylko w to graj. Obiecuje sobie, że przy okazji utrzymania tego  porządku potrafi on niejedno zrabować i że żyć tu będzie wygodnie i  syto.

Dziwomir – zaraz po stwierdzeniu, że Warsz nie powrócił, wymyka się z grodu i spieszy na błonie. Stos się już dopalił. Wróż  szuka zwęglonych kości i nie znajduje. Obchodzi zgliszcza stosu  i odnajduje opalone skrawki gíezła, ślady stop Bożenki, widoczne w  błocie, a potem w piasku. Widzi, że dziewczyna uratowała się z płomieni i zbiegła do puszczy.

Wróż zaciera starannie ślady i wraca  do grodu.

Tam rozmawia z młodymi ludźmi, którzy już wiedzą o spalaniu  Bożenki i pałają chęcią wywarcia pomsty. Wróż przekonywa ich, że  to Rosław, mszcząc się za zniewagę, kazał Bożenkę spalić, choć on  się temu sprzeciwiał í zaleca młodzieży zachowanie spokoju przez  dwa dni, a potem Rosława spotka zasłużona kara.

Następną rozmowę wróż przeprowadza z Rosławem. Mówi mu o tym,  że Bożenka zdołała uwolnić się z więzów i zbiegła w puszczę. Namawia go, wobec wrzenia w grodzie, żeby Rosław udał się w pogoń za  zbiegłą. Podczas jego nieobecności zdoła on, przy pomocy Sułka i jego wojów, zaprowadzić ład w grodzie. Bożenki trzeba szukać wzdłuż rzeki, tylko brzegiem może ona wędrować. Ona – rybaczka – w rzece  są ryby i tylko idąc wodą może się czuć bezpieczna.

Zatem – dobra łódź i dwóch pewnych ludzi – najlepiej Rysia i  Kysia – obu dobrze uzbrojonych. Po schwytaniu Bożenki – cichcem  zabrać ją do komory, tak, żeby nikt o tym nie wiedział. Sprawą Rosława jest zmusić dziewczynę do posłuszeństwa. On – Dziwomir – bierze na siebie objaśnienia ludziom, skąd się Bożenka wzięła. A potem, kiedy już ona z wolą, czy bez niej, zostanie żoną Rosława –  jego sprawą będzie, jak się dalsze losy potoczą, ale chyba po raz  drugi już jej Rosław nie każe spalić. Będzie miał w domu piękną  i pokorną niewolnicę. To już sprawa Rosława.

Długo tak radzą dwaj starcy, chodząc nocą po brzegu rzeki.  Wreszcie Rosław zgadza się na ten projekt.

Tej samej nocy Ryś i Kłyś wyładowują łódź zapasami żywności,  przenoszą swe tarcze i miecze do łodzi i czekają na Rosława, obiecując sobie wesoła i korzystną wyprawę. Oddzielnie wróż mówi z nimi. Obiecuje chłopcem dostojeństwa  i dostatek za wykonanie takiego rozkazu: Po schwytaniu Bożenki mają znienacka zabić Rosława i dowieść Bożenkę do grodu, do chaty Dziwomira.

Wróż jednak ma inny zamiar: da pachołkom syty í zatruje ją. Kiedy już obaj będą nieżywi, załaduje ich nocą na łódź i z dala od grodu wrzuci do wody. Wodą ciała spłyną daleko. A Bożenkę  – projektuje z lubieżnym zadowoleniem wróż – przechowam u siebie.  Potrafię zmusić ją do uległości.

Następnie rozmawia z Sułkiem. Przy dzbanie miodu wróż  mówi o jakiejś tajemniczej wyprawie, którą przedsięwziął Rosław,  wyraża powątpiewanie w jej powodzenie i napomyka, że przecież Sułek  mógłby lepiej być grododzierżcą. Obaj zgadzają się, iż w razie  objęcia grodu przez Sułka – przymierza między nim a Rosławem będzie  trwałe i korzystne dla obu. Jednak pierwszy warunek – to  surowy rygor w grodzie, zwłaszcza ostre postępowanie z młodymi.

Noc księżycowa. Do łodzi, w której pachołki czekają, wchodzi  Rosław w zbroi, z sulicą, łukiem, tarczą i strzałami.  Wróż żegna się z grododzierżcą i łódź cicho odpływa. Zaczyna  się pogoń.

Opublikowano Wiktor Ostrowski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Der Turmbau zu Babel

Jeszcze o wystawie Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”We wtorek wystawa dobiega końca w oprawie trzech wydarzeń:

W niedzielę, 21 maja – w Berlinische Galerie o godz. 12.00 – odbędzie się wykład kuratorki wystawy, dr Lidii Głuchowskiej na temat dzieła malarskiego Stanisława Kubickiego i jego żony, Margarete Kubickiej.

W poniedziałek, 22.05.2017, o godzinie 10.00 w Rathaus Kreuzberg odbędzie się warsztat artystyczny dla dzieci ze szkoły im. Marianny Cohn (wydarzenie zamknięte): Moja wieża Babel. Warsztaty poprowadzi dr Patrycja Wilczek-Sterna z Wydziału Sztuki Uniwersytetu Zielonogórskiego  we współpracy ze studentkami i studentami, pogadankę wstępną wygłosi kuratorka.

I wreszcie we wtorek, 23.05.2017, o godzinie 18.00, ma miejsce finisaż połączony z oprowadzaniem kuratorskim i  prezentacją dziecięcej wystawy powarsztatowej: Von Posen nach Berlin und zurück. Schicksale der expressionistischen Grafiken der Posener Künstlergruppe BUNT (1918–1922).

Wykład o Wieży Babel Kubickiego (1917) przystosowany zostanie do możliwości percepcyjnych dzieci. Tu jednak, z uwagi na fakt, iż jest to dzieło o kluczowym znaczeniu w dziejach awangardy polskiej i międzynarodowej, poświęcimy temu linorytowi więcej uwagi.

Wieża Babel, która w kwietniu 1918 roku ukazała się na plakatach I wystawy grupy Bunt w Poznaniu, przygotowanych wbrew lokalnemu status quo zarówno w języku polskim, jak i niemieckim, jest jedną z najbardziej znanych grafik w dziejach polskiego i środkowoeuropejskiego modernizmu i awangardy.

Przez prawie 100 lat Wieżę Babel postrzegano jako apoteozę rewolucji. Radykalnej reinterpretacji tego dzieła, wskazującej na jego ambiwalentną wymowę i groteskowy charakter dokonała dopiero Lidia Głuchowska, która jako pierwsza przeanalizowała korespondencję słowa i obrazu w dorobku Kubickiego, w tym jego dwujęzycznej twórczości poetyckiej i programowej.

Zostały one opublikowane w monografiach:
Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910–1945; Berlin 2007
oraz
Stanisław Kubicki – in transitu. Poeta tłumaczy sam siebie/ Ein Poet übersetzt sich selbst, Wrocław 2015 oraz w licznych artykułach.

Specjalnie dla naszego blogu autorka przygotowała nowatorski i nigdzie dotąd nie publikowany tekst – refleksje pisane z dystansu lat badań na temat genezy i wymowy Wieży Babel oraz jej inspirującej funkcji w dziejach sztuki najnowszej.

Dr Lidia Głuchowska

Wieża Babel – Alfa i Omega

Andrzejowi Bobrowskiemu w podziękowaniu za
”Transformację M/S” (2015)

Wieżę Babel (1917) Stanisława Kubickiego od dawna już uznaje się za manifest i ikonę polskiej awangardy.

Na progamową wymowę tytułowego motywu dla progresywnego nurtu polskiego modernizmu z przenikliwością wskazywał choćby Andrzej Turowski w swej książce Budowniczowie świata. Reprodukowana setki razy, ukazała się choćby na okładkach takich syntez badawczych jak Ekspresjonizm w sztuce polskiej (red. Piotr Łukaszewicz, Jerzy Malinowski, Wrocław 1980) czy – ostatnio – Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech (red. Lidia Głuchowska, Honorata Gołuńska, Michał F. Woźniak, Bydgoszcz 2015).

Mimo kariery medialnej tego dzieła, mało kto jednak zna jego genezę. Warto zatem przypomnieć, że Wieża Babel jest kwintesencją formalno-ideowych poszukiwań Kubickiego zainicjowanych w 1916 roku w Bunzlau (Bolesławcu) i kontynuowanych w Schömbergu (Chełmsku Śląskim).
W pewnym sensie więc, to Śląsk, a nie Poznań mógłby zostać uznany za kolebkę polskiego ekspresjonizmu w jego fazie historycznej. (Na dygresje na temat pre- i postekspresjonizmu w rodzimej sztuce brak tu niestety miejsca).

 

Wieża Babel jest syntezą poszukiwań stylistycznych i motywów, które w Schömbergu znalazły się w centrum zainteresowania artysty – pejżażu i wieży kościelnej na tle wschodzącego słońca i kulis tamtejszego rynku. Staje się to oczywiste, jeśli prześledzić wnikliwie współczesne fotografie inspirujących go miejsc, realistyczne szkice i coraz bardziej od nich odległe i sumaryczne wyobrażenia natury i kultury – dwóch archetypów ekspresjonistycznego universum – które wyszły spod ołówka, pióra czy dłuta Kubickiego w 1917 roku. To zatem synteza w sensie formalnym abstrahowania od dokumentowania rzeczywistości i dosłownego sensu objektów i zdarzeń.

Śledząc po kolei rysunki i linoryty z Schömbergu, dostrzec można, jak jej zarys wyłania się  z odwzorowania pejzażu,najpierw horyzontalnego, z czasem przyjmującego formę zwartą, centryczną, jak i z modyfikacji wyobrażenia wieży czy rynku – najpierw diagonalno-wertykalnych (do których Kubicki powróci dopiero w 1919 roku – por. ilustracje we wczorajszej prezentacji na tym blogu), a z czasem wibrujących odśrodkowo.

Analogiczną jak w przypadku ewolucji przedstawień Wieży kościelnej i Pejzażu z Schömbergu formę przybierają NB obłoki w tle Aktu z chmurami.

Porównanie formy tych prac wskazuje jednoznacznie na to, iż Akt z chmurami był najpewniej stadium pośrednim między przedstawieniami wieży i pejzażu a Wieżą Babel i to nie tylko dzięki wprowadzeniu do kompozycji figury ludzkiej, lecz również poprzez odwołanie do kodu kultury wysokiej i tradycji artystycznej. Akt na tle pejzażu jest bowiem czytelnym odniesieniem do osławionej w czasach moderny i awangardy reformy życia, przywołanym pour épater le bourgeois, a jego „antyestetyczna”, prymitywizująca forma to formalny atak na akademizm. Zadziwiające jak wiele zmienia zastąpienie anonimowego aktu kobiety niedookreślonym płciowo tłumem (w którym mimo wszystko zakłada się społeczność reprezentatywną, czyli męską). Jeszcze bardziej stymulujące intelektualnie (prowokacyjne?) pytanie brzmiało by: Co by się stało, gdyby na tle Wieży Babel zamiast anonimowej masy pojawił się pojedynczy akt męski?…

Akty męskie pojawiały się wprawdzie w dorobku awangardy, ba, nawet w dorobku grupy Bunt, by wspomnieć tylko zasługujący na wnikliwą interpretację, choć może nieprzekonujący pod względem formalnym Akt męski na tle [manifestującego] tłumu (n.d.) Stefana Szmaja. We wspomnianym przypadku obecność masy „filistrów“ automatycznie heroizuje „akt męski”.

Jaką jednak wymowę miałby, gdyby zaistniał solo, a nie w ramach „nowej wspólnoty” naturystów (Niemcy określają to skrótem FKK – Freiekörperkultur) – jak w pracach artystów z grupy Die Brücke) na tle pejzażu dziś? A co dopiero, w roku 1910? (Lata 30. to znów co innego – heroizowana po faszystowsku nagość aryjska…)

Siłą Wieży Babel w porównaniu z Aktem z chmurami jest poza maskulinizującą czyli uniwersalizującą multiplikacją i zastosowaną w tym samym celu abstrahizacją form natury i architektury – wpisanie całegoprzedstawienia w sferę religijnego/ideologicznego mitu, indywidualnie i „profanacyjnie“ reinterpretowanego i zawaszczanego przez artystów od czasów romantyzmu.

 

Opublikowano Lidia Głuchowska, Redakcja | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Werke Kubickis in der Berlinischen Galerie

Vortrag in der Berlinischen Galerie, Sonntag, 21.05.2017, 12.00 Uhr

Bitte Eintrittskarten selber kaufen

Im Rahmen des Begleitprogramms zur Ausstellung Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” (Rathaus Kreuzberg, 2-23.05.2017) findet

ein Vortrag von Dr. Lidia Głuchowska statt.

Die Assistenz bei der anschließenden Präsentation übernehmen Studierende der Kunstfakultät Universität Zielona Góra: Katarzyna Smugarzewska, Marta Olejnik sowie Tri Minh Ngutyen und Sinh Truong Nguyen – Teilnehmer des Austauschprogramms Erasmus aus Vietnam am Institut für Visuelle Künste.

Im Zentrum der Betrachtung befinden sich drei von fünf in der Berlinischen Galerie befindlichen Kunstwerke des deutsch-polnischen Avantgardekünstlerpaares Margarete und Stanisław Kubicki: Kirche vor Aufgehender Sonne und Ekstase Kubickis und die Aquarellreihe Kubickas zum Roman Alfred Döblins Die drei Sprünge des Wang Luns.

Weiterhin besitzt das Berliner Museum für Moderne Kunst zwei Pastelle Kubickis, die jedoch derzeit nicht ausgestellt werden: Das Blühen III (1928) und Mutter mit totem Kind (1926).                                  

Dazu ein paar einleitende Worte von Dr. Lidia Głuchowska:

Kirche vor aufgehender Sonne (1919) Kubickis gehört, neben Ekstase zu den zwei bis heute erhaltenen Gemälden Kubickis, die 1919/1920 in der berühmtesten Galerie der Avantgarde – Der Sturm Herwarth Waldens – ausgestellt wurden. Dort wurden sie von Fritz Karsen erworben. Das Motiv geht auf die ersten expressionistischen Darstellungen im Werk der polnischen Künstlergruppe Bunt (Revolte, 19181922) zurück, die Kubicki 1916/1917 im schlesischen Schömberg (heute Chełmsko Śląskie) geschaffen hat. Diese haben ihr Ursprung in den naturalistischen Skizzen der dortigen Landschaft und Architektur, welche immer noch mit den Gegenwartsfotografien davon identifizierbar sind. Synthetisiert wurden sie danach zu expressionistischen Linolschnitten, die sich durch die prägnanten schwarz-weiss Kontrasten auszeichnen und 1917 in Posen/Poznań ironisch als „drei Kuben Kubickis“ (nach dem Motto nomen est omen) mitbezeichnet wurden.
Die weitere Transformation des Motivs erfolgte ca. drei Jahre später. Deren Ergebnis waren – eine elegante Tuschezeichnung, ein verschollenes Aquarell sowie eine Kreidezeichnung. Die Vollendung des Gestaltungsprozesses bildet das in der Berlinischen Galerie befindliches Gemälde, welches zu den am häufigsten ausgestellten Werke des Künstlers zählt.

Motiv der Schömberger Kirche vor aufgehender Sonne
Werke Stanisław Kubickis, 1917-1919, Foto Marek Kubicki,1997,
aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

Die Ekstase (1919), der noch ein Originalzettel der Sturm-Galerie beigefügt ist (Kat. Nr. 60, Lagernr. 83), entstand beinahe parallel zur letzten Version von Kirche… Vom ausgewiesenen polnische Expressionismuskenner, Jerzy Malinowski, wurde das Gemälde zu den drei ersten abstrakten Werken der polnischen Kunst zugerechnet.


Stanisław Kubicki, Ekstase, um 1919

Im Zentrum dieser Komposition – die obere Partie ist gelblich, die untere grau-blau gehalten – befindet sich eine nur skizzenhaft angedeutete, entmaterialisierte, geometrisch aufgefasste menschliche Silhouette. Ihre Hände sind nach oben geworfen, ihre Beine angeknickt, und der Kopf ist nach unten gebeugt. Gesichtszüge und jegliche andere individuelle Merkmalle sind eingespart. Die ganze Gestalt scheint im Raum hoch über dem Boden zu schweben. Sie erinnert an einen Vogel, der im Flug innehält. So visualisiert Kubicki den vom Menschen erträumten Zustand der endgültigen Befreiung vom geistigen und körperlichen Schmerz, den Zustand der buddhistischen Nirwana oder vielleicht des höchsten erotischen Glücks.

In Kubickis Linolschnittfassung von Ekstase bestimmen parallele schwarze Flächen und Linien, die Spannung erzeugen und diese betonen, das Charakteristische des Dargestellten. Dieses Bild wirkt jedoch noch viel abstrakter als die oben besprochene Ölfassung aus der Berlinischen Galerie.

Es existieren noch vier weitere Kompositionen Kubickis in diesem Stil gehalten, die ebenfalls Versuche künstlerischer Visualisierung abstrakter Begriffe darstellen. Alle gehen zwar von der alltäglichen Wahrnehmung konkreter Objekte aus, wie z.B. eines musizierenden oder im Gebet knienden Menschen oder auch der den Kopf stützenden Hand – pars pro toto eines Denkers, sowie einer im Balletttanz vibrierenden Frau, doch sind diese realen Motive in den Linolschnitten Baßgeigenspieler, Demut, La pensée und Tänzerin kaum erkennbar. Diese Werke hatte wohl vor Augen der Gründungsdirektor der Berlinischen Galerie, Eberhardt Roters als er feststellte:

Stanislaw Kubicki, ein Deutsch-Pole, malt im Stil eines dynamischen Kubo-Expressionismus, der in Verbindung mit der Berechnung der Bildkomposition aus pythagoreischen Zahlenfigurationen, später immer deutlicher einen metaphysischen Gedankengrund zu erkennen lässt.

Abstrakte Linolschnitte Stanisław Kubickis, 1918-1919
Ekstase, Der Eintretende, Demut, Maternité, Hockende Frau, Tänzerin, La pensée

aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

***
Ihre 12-teilige Aquarellfolge Die drei Sprünge des Wang Lun (1925) inspiriert vom gleichnamigen Roman Alfreds Döblins, stellte Margarete Kubicka (1895-1984) zeit ihres Lebens mindestens acht Mal aus, was darauf hinweist, welche Gewichtigkeit die Künstlerin ihr beigemessen hat. Dieser hat sie auch ihr melancholisches, verschlüsseltes Selbstbildnis beigefügt. Die Folge widerspiegelt ihre Auseinandersetzung mit dem Buch, die wohl die ganze Künstlergeneration prägte und eine Abrechnung mit der Revolution und zugleich einen Ausgleich zwischen den Idealen der vita activa und vita contemplativa schildert.

Vier Werke Margarete Kubickas aus ihrer 12-teiligen Aquarellenfolge Die drei Sprünge von Wan Lun (1925)  nach dem Roman Alfred Döblins sowie ihr dieser Folge angeschlossenes Selbstbildnis
aus: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Berlin 2007

Die Gestaltung der Figuren in der Aquarellfolge weist Verwandtschaften mit Umberto Boccionis futuristischen Einmaligen Form des Kontinuität im Raum von 1913 auf, am deutlichsten wohl in ihrem Bild Unaufhörlich gellte Wang. Die Bildfläche wirkt in Werken Kubickas lichtdurschienen und transparent. In ihrer Gestaltungsmethode schlugen sich die Entdeckungen der Photokinetik und der Röntgenbilder nieder, was besonders in Bezug auf die Darstellung menschlicher Figuren zum Ausdruck kommt.

Die futuristisch-transparent-figürlichen Werke Margarete Kubickas sind den zumeist statisch-kubistisch-abstrakten Werken ihres Mannes gegenüberzustellen, was ihre künstlerische Eigenständigkeit deutlich bezeugt.

Kubicka äußerte sich in Aquarell(-enfolgen) häufig. Schnell zu gestalten – sie musste ja als Zeichenlehrerin allein den Unterhalt der 4-köpfigen Familie meistern – waren sie gewissermaßen ihr Tagebuch.

Zu den wichtigsten Aquarellreihen, die sie geschaffen hat, zählten – außer den Drei Sprüngen des Wang Lun, solche Visualisierungen des menschlichen Lebens in der Geschichte wie wohl die schönsten – Tode (1927/1928), Frauen (1943) sowie im autobiografischen Werk 1945. Doch eine absolute Sonderstellung in ihrem Oeuvre hat die ihrem Mann glorifizierende Folge Hommage à Kubicki (1924), die ihn als Avantgardekünstler fortschrittlicher sozialen Ansichten in unterschiedlichen Aktivitäten des modernen Lebens darstellt, von denen keineparadoxerweise – mit Malen oder Schreiben gleichgesetzt wird…

Opublikowano Lidia Głuchowska | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz