Reblog: Furia mać

O powieści Furia mać tydzień temu pisała Alicja Molenda. Dziś nadesłany przez samą autorkę fragment książki. Sądzę, że wszyscy to znamy, nawet więc, o dziwo, nie dopisłam w tagach słowa „kobiety” – opisana tu sytuacja w przypadku kobiet objawia się zjadliwiej, al generalnie jest ponadpłciowa, a zapewniam was, że również ponadpokoleniowa, chociaż moim młod(sz)ym czytelnikom na pewno się wydaje, że oni to nie, nigdy, ale matki, ciotki, babki i teściowe… Więc nie… My też tak mamy.

Sylwia Kubryńska

Święta

W pierwszej kolejności jesteś wściekła na siebie. Zawsze na siebie. Gdy budzisz się i czujesz jak zalewa cię złość, masz ochotę wyrwać sobie tę głupią głowę z korzeniami. Jeden, jedyny, wyczekiwany dzień bez pracy, kiedy nie musisz zrywać się rano, kiedy możesz poprzewracać się z rozkoszą w łóżku, możesz się napawać wylegiwaniem, porankiem, pościelą, słodkim lenistwem – właśnie ten dzień sobie spierdoliłaś. I tego wspaniałego dnia będziesz przez bite dwanaście godzin leczyć kaca i ból głowy. Nie poczujesz się dobrze do osiemnastej. A o osiemnastej zrozumiesz, że weekend się kończy, święta się kończą, że została ci już tylko niedziela, a w niedzielę wiadomo, chodzisz wkurwiona, bo jutro poniedziałek. Teraz jednak jest sobota, ta sama sobota, o której marzyłaś przez cały tydzień, każdego poranka, gdy zrywasz się do roboty, wizualizujesz sobie ten pełen blasku brak przymusu, ten świt z koktajlem porzeczkowym w kryształowej szklance, ten cichy pomruk kota u twoich nagich stóp przemierzających bezszelestnie czyste mieszkanie, okno, balkon, taras, oddech, delikatny powiew wiatru, zapach kwiatów, śpiew ptaków, bajka, kochani, bajka.

Tymczasem ta przeklęta miska przy łóżku, głowa trzaska i pełna chata ludzi, których sama pozapraszałaś, bo chciałaś pokazać, jaka jesteś fajna gospodyni i wyprawiłaś święta dla całej rodziny i połowy znajomych z Facebooka. I przez cały wczorajszy wieczór prowadziłaś waśnie o sprawy, na które nie masz wpływu, aż w końcu musiałaś się porządnie znieczulić wódką, bo nie dałabyś rady dalej. I teraz masz cały dom butelek, niedopałków, resztek z lodówki, poprzewracanych kubków, upaćkanych szklanek i zaschniętych ryb w galarecie. I ludzi. Mnóstwo ludzi. W twojej pękającej głowie uwiera ta świadomość, że za drzwiami czai się hałaśliwy tłum. Jak tylko cię zobaczą, zaczną cię komentować, rechotać z własnych dowcipów, a ty pod ścianą będziesz się przemykać, byle do nikogo zanadto się nie zbliżyć, byle z nikim nie rozmawiać, byle nikogo nie widzieć. Najchętniej byś ich wszystkich przepędziła na cztery wiatry, ale rzecz jasna, nie wypada gości wyrzucać, więc zaciskasz zęby. Kiedy jakieś zwierzę nie ma ochoty na przebywanie z kimś w jednym miejscu, to sobie idzie na drugi koniec świata i ma w dupie. Tylko ludzie przyklejają sobie ten drętwy fałszywy uśmiech i zasznurowani konwenansem, udają, że jest fajnie. I ty też udajesz. Już za chwilę będziesz się mordować robieniem śniadania nie tylko dla dziecka, ale jeszcze dla dwunastu pałętających się po chałupie gości i będziesz wyć niemo z wściekłości na samą siebie, że taka jesteś skończenie głupia, że nigdy się nie nauczysz, że, kurwa, w koło Macieju to samo, piątek reset, sobota piekło. Piekło to inni, mówił Jean-Paul Sartre. Nie uściślił jednak, że piekło to inni ludzie w sobotę rano. A dokładnie: inni ludzie w sobotę rano w twoim domu. Dlatego właśnie twój wkurw teraz delikatnie będzie ewoluować z wkurwu na siebie samą do wkurwu na innych ludzi. Ale w związku z tym, że głupio tak drzeć mordę na gości, zbierzesz całą amunicję swojego niezadowolenia i wystrzelisz ją w kierunku tej osoby, która na pewno ci nie odpyskuje, nie obrazi się, w ogóle nic ci nie zrobi. Zgadnij, kto to?

***

sylwiafurianozeAle po kolei. Zacznijmy od świąt. Święta zawsze zaczynają się niewinnie. Z początku spowijają człowieka mgłą samotności, nawet gdy tkwi przy wigilijnym stole z całą liczną rodziną. Samotność świąteczna jest samotnością niezwykłą i nie ma nic wspólnego z luksusem błąkania się przez życie w pojedynkę. Swoją drogą, od kiedy wyszłam za mąż, w kółko marzę o życiu w pojedynkę. Rozmawiałam o tym z Kaśką, ona też tak ma. Ewka już to zrobiła – rozwiodła się. Chyba wszystkie kobiety, które wyszły za mąż, chciały by być same. Ja bym chciała. Pewnie dziś nie miałabym całej chałupy gości, tylko pojechałabym sobie na narty z jakimś chwilowym amantem i gwizdała rozkosznie na cały ten rodzinny kierat. Ale ja na taką samotność nie mogę liczyć. Potrzeba samotności, o której mowa, nachodzi osoby uwikłane w relacje, tkwiące od lat na swoim miejscu w społecznym stadzie. Osoby te nie znają uczucia tęsknoty za drugą osobą, choć z samą tęsknotą są za pan brat. Tyle że jest to tęsknota za samotnością właśnie. Ta tęsknota budzi się razem z człowiekiem i snuje się za nim przez cały świąteczny dzień, by pod wieczór spocząć z rezygnacją wśród roztrajkotanej gawiedzi, wśród wyznań, ustaleń, problemów, wśród obaw o kraj, politykę, finanse, wśród rozmów o exposé premiera i wśród komentarzy opozycji, wśród wyrazów panicznego strachu przed zagładą, końcem świata, kryzysem, zablokowanym ratingiem, podwyższonym kursem franka, bezrobociem, mobbingiem w pracy, kolejnym dzieckiem w drodze, wojną ze wschodu i południa.

Siedzi więc taki stęskniony za samotnością człowiek przy stole, kciukami kręci młynki, a w głowie ma chmury, a w głowie mgła, a w głowie dmuchawce… I patrzcie Państwo, nagle: puf! Leci! Leci w przestrzeń, w otchłań, w niebyt, w tę swoją wymarzoną kapsułę odpływową, macha rękami i to działa, nareszcie został człowiek obdarzony umiejętnością lotu, cofnął się człowiek w czasie i zmienił rasę.

– Sama głosowałaś na ten PiS.
– No i dobrze. Nie żałuję!
– Pożałujesz jeszcze, jak nam czołgi wjadą.
– Jak wjadą, to nie przez PiS.
– A przez kogo?
– Nałóż kapusty.
– Samą kapustę będziemy jeść niedługo.
– Kapusta jest zdrowa.
– Tylko emigracja nam pozostanie.
– Ciapatych chyba.
– Daj pieprz, nie piernicz.

Iluzja samotności jest jedyną ucieczką od spraw tego świata. A sprawy tego świata dominują debaty rodzinne i wybuchają nad barszczem z uszkami głosami oburzenia z coraz większą siłą. Człowiek tymczasem lata pod niebem i pewnie tak by sobie latał do końca świata, gdyby nie to straszliwe zdanie ciotki Janki. Zdanie to, jako oczywista konsekwencja wymiany poglądów polityczno-gospodarczych w tym kraju, nie powinno człowieka dziwić. Jednak dziwi i, co gorsza, boleśnie na Ziemię (chwilowo jeszcze całą) sprowadza:

– A ja myślę, że świat się rozpadnie.
– Sama się rozpadniesz.

To mój ojciec. Nalewa wódki i puszcza do mnie oko. Wyobrażam sobie, jak rozpada się ciotka Janka, widzę ją w kawałkach przy wigilijnym stole. Tu oko, tam nos. Ciocia, nie martw się. Ja też się rozpadam. Rozpadam się codziennie, nie tylko od święta. Rozpadam się z rozpaczy, że tak mi źle. Źle się dzieje. Wszystko. I wszystko mnie wkurwia, ciocia. Chodź się napijemy, powiesz mi, co wkurwia ciebie. Ciotkę wkurwia wiele rzeczy. Feministki. Zakompleksione stare panny. Obłudne. Do tego brzydkie. W ogóle kobiety. Ładne kobiety. Czemu ładne kobiety wkurzają ciotkę?

– Bo są najgorsze! Wielkie mi wyzwolone! Wyzwolone a durne! Wszystkim chodzi o jedno. O faceta! A faceci są zniewieściali. Już nie wiadomo w ogóle, czy to facet czy baba. Co to w ogóle jest? A wiesz czemu? Właśnie przez te baby głupie, co im odbierają męskość. Facet to ma być facet. Silny, mocny, ostry. Żeby pierdolnął pięścią w stół, jak trzeba! A tak? Wieczne dzieci. Dzieci z kolei może nie są aż takie złe, pod warunkiem, że są nasze. Dobrze wychowane, nie to co teraz. Bez wartości, bez religii, tylko ten smartfon. Wiesz, czego tu trzeba? Twardej ręki. Ja to mówię, ja powtarzam cały czas. Za dużo się patyczkują teraz z tymi dzieciakami. Sama widziałam w telewizji, jak się gówniarze zachowują. A zresztą, telewizja należy do Żydów.

Ciotka Janka się rozkręca, przez stół miota pioruny. Wujek Jurek bawi się w najlepsze, moja matka opróżnia piąty kieliszek. Patrzę ukradkiem na Marcina, a ten wyciąga komórkę i nagrywa wszystko. Oszaleję. Oszaleję. Muszę coś powiedzieć, bo wybuchnę. Muszę coś powiedzieć, tylko co? Jeśli cokolwiek powiem…

– Ciociu, co ty opowiadasz? Jakich Żydów? Gdzie ty masz Żydów? Znasz jakiegoś Żyda? – jestem spokojna i opanowana. Mówię powoli, wyraźnie i całkowicie panuję nad sytuacją. Ciotka mnie nie przegada. Nie przegada… – Poza tym, o co ci chodzi? Wygraliście wybory! Macie władzę! Macie telewizję! Wszystko idzie pięknie, zmiany pełną parą, trybunał do rozbiórki, gimnazja do rozbiórki, media do rozbiórki. Nikt wam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Absolutnie! – mój sarkazm zaczyna niebezpiecznie dryfować w kierunku furii. – Spoko. Nie ma sprawy. Wszystko da się naprawić. Wszystko da się zniszczyć. Szkoły, biurowce, hale, boiska, stadiony, asfalty z szos – do wyburzenia! Ścieżki rowerowe i parki – do wyburzenia! Po co nam ścieżki rowerowe? Na rowerach jeżdżą ateiści! Autostrady, mosty – do wyburzenia! Tęcza – do spalenia! Jebut Polsko, jebut, dobra zmiano! – Czuję w sobie te demony, znany stan, gdy wszyscy patrzą z rozdziawionymi ustami, kiedy ja wpadam w ten rozbujany ton. „Pęka w dłoni szklanka z wódką, rozpierdala myśli mi”. – Trzeba zniszczyć wszystko, z czego Unia nas okradła! Niech odpowiedni resort z ODPOWIEDNIMI ludźmi przygotowuje wnioski o dotacje unijne dla tych zmian. Nie ma nic za darmo!. Niech zapłacą za zburzenie tego, co zbudowali. Prawda, ciociu? Niech też zapłacą za budowę kolejnych kościołów, bo mało jest. Aha, i za tuning do auta księdza dyrektora. I za samolot dla „Naszego Dziennika”, żeby nie było dąsów! – Co się ciocia tak denerwuje? Spokojnie, dacie radę! Dacie! Staniecie do walki. I będzie to walka zwycięska. Pokonacie wszystkich. Zmieciecie z powierzchni Ziemi całą ludzkość. To będzie krucjata, wojna apokaliptyczna, w której wszystko obrócicie w perzynę, w której pokonacie Świat. Ale w pierwszej kolejności i przede wszystkim zniszczycie największego wroga, co od lat nie daje wam żyć. Ten dziwny kraj. Polskę.

Ciotka patrzy na mnie, kipi.

– Aż tak cię otumanili, Magda? Aż tak? Ty naprawdę tego nie widzisz? Nie widzisz, że wszędzie wokół są zdrajcy? Problem polega na tym, że wszyscy są zdrajcami. Wszyscy ludzie na całym świecie, nikomu nie można ufać. Widziałaś listę zdrajców ojczyzny? Już nawet aktorzy i sportowcy tam są. Wystarczy pogrzebać w życiorysach, zobacz, dziadek Tuska…

Ciotka jest moim gościem. Nie wyrzucę jej. Tu jest Polska. Tu jest kraj, w którym przy wigilijnym stole rzucamy w siebie cukiernicą. Kraj, gdzie w każdym domu przebiega linia demarkacyjna przez stół i z każdego siedzenia lecą granaty. Tu jest kraj, gdzie w każdej rodzinie leje się mentalna krew w imię wielkich spraw. I w tym kotle, w tym znoju piekielnych waśni nie ma miejsca na opuszczenie stołu. Nie ma szans na ucieczkę. A przede wszystkim nie ma możliwości wyproszenia kogokolwiek. Nawet gościa politycznego. Gość polityczny to właściwie każdy gość pochodzący z tego kraju. A już zwłaszcza z rodziny. Z rodziną każdy wie, jak się wychodzi i jest to ten słynny interes opiewany sloganem o Zabłockim i mydle z perspektywą wspólnej fotografii w finale. Jednak nie mamy tu do czynienia z żadną ekonomią, tu nie chodzi o racjonalność, tu wszak chodzi o święta. A kiedy chodzi o święta, zawsze chodzi o politykę. O politykę w skali mikro i w skali makro. O starcie się światów, o gwiezdne wojny. Nikogo nie obchodzi smażony w pocie czoła sandacz z debetu. Nikt nie zwraca uwagi na świąteczny wystrój i nastrój. A już na pewno nikt nie zająknie się na temat misterium Bożych Narodzin, czy Zmartwychwstania. Tu rządzi coś większego, coś potężnego, coś w rodzaju „dziadek Tuska”.

– A co mnie obchodzi dziadek Tuska?! – skaczę więc na fotelu, a Marcin nagrywa i faktycznie mam ochotę rzucić w niego cukiernicą. – Co mnie obchodzi dziadek Tuska?! Mnie obchodzi mój dziadek. Dziadek Waldek. Co, nie wiesz, ciocia?! Wybacz, mój dziadek, a twój tatuś też jest na liście. Proszę bardzo! Wyguglaj sobie! Wyguglaj i sama sobie odpowiedz czyja to wina. Szukajcie a znajdziecie! Co się pukasz, co się pukasz w głowę?! To twoja wina! Jestem oburzona tobą! IPN dorwał się do twojego sumienia, do moich korzeni, do DNA naszej niecności. Z drzewa genealogicznego boleśnie strząsnął wszystkie jabłka, które po roztrzaskaniu o ziemię – co było do przewidzenia – okazały się robaczywe. Tak, droga ciociu! Każdy, kto ma jakichkolwiek przodków – to przy nas małe miki. Bo jeśli ja jestem gagatkiem, ty jesteś czarną owcą. Kolejnym robaczywym owocem zepsutego do ostatniej komórki łyka, drzewa. Zdrajcą narodu, niecnym pasożytem, nieczystej rasy nie-patriotką. O ile bowiem na kogoś znaleziono jeden hak, na naszym drzewie genealogicznym wiszą same haki. I każdy, niezależnie od poglądów, religii czy rasy – w odpowiednim czasie znajdzie coś dla siebie. W historii naszej rodziny majaczy bowiem nie jedna mroczna tajemnica, ale ich dziesiątki, kto wie, może setki? Dziadek jest na liście Wildsteina. Sprawdźcie sobie, nie kłamię. – Towarzystwo ma teraz marmur na twarzach, nikt nic nie je. Święta, kurwa! Ja wam dam święta! – Każdy ZAWSZE jest na jakieś pieprzonej liście! Wujek służył w Armii Krajowej, a to też był kiedyś całkiem przyzwoity hak. Babka była w Wehrmachcie, a jej ojciec był Żydem. Matka babki pochodziła z Gruzji, jak nie przymierzając Stalin. Ojciec pradziadka ze strony wujka miał konotacje szwedzkie. Od strony matki – rosyjskie. Od strony ojca – tatarskie. Od strony ciotki – marsjańskie!!!

Czuję, że lecę w kosmos, ale język jest szybszy od rozumu. Zaraz mnie wyprowadzą z własnego domu i to będzie DRUGA impreza w moim życiu, na którą nie będę miała wstępu. Ale nie mogę przestać. Nie mogę, rozkręciłam się. Rozkręciłam się, chociaż Lena na początku tej apokalipsy mówiła, że NIE MUSZĘ. Nie muszę nic mówić. A ja mówię. A ja krzyczę. A ja jadowicie szydzę:

– Jezu, coś mi mówi, że stryjeczny pradziadek po kądzieli kupował znaczek z muflonem na poczcie u naczelnika, który zjadł własną żonę i poćwiartował sąsiada! Mówicie, że nie macie na to wpływu? Że nic nie możecie poradzić? Bzdura! Mogliście! Powinniście się NIE URODZIĆ! A wy pchacie się na ten świat bez wstydu! Jak Niemcy!

Z ciszy betonowej wyłania się głos ciotki Janki, która teraz patrzy w sufit i cała się gotuje. I powoli cedzi:

– Zamknij się, bo zaraz chyba puszczą mi nerwy i nie będę już taka miła ciocia!

I łup pięścią w stół. A na stole podskoczyła kapusta, a na stole podskoczył sandacz, za którym latałam po wszystkich bankach w województwie pomorskim, żeby wyprawić święte rodzinne spotkanie według starej polskiej tradycji chrześcijańskiej.

***

Zorganizowane przez Alicję Molendę spotkanie z Sylwią Kubryńska odbędzie się w kawiarni w Regenbogenfabrik (Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin-Kreuzberg) 2 września o godzinie 20. Można będzie kupić książkę, a autorka ją podpisze:-).

plakatsylwia

 

Opublikowano Sylwia Kubryńska | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Flucht-Ucieczka

Wagony towarowe były otwarte z obu stron. Moja sąsiadka i ciotka, które były wysiedlane, stały z jednej strony otwartego wagonu. Moja siostra miała wtedy jedenaście miesięcy. Wziął ją Niemiec i po prostu wrzucił, tak że przeleciała przez cały wagon. Ciotka, która stała po drugiej stronie, ją złapała. (Świadek z Gdyni)

Spektakl dokumentalny w wagonach towarowych
Polsko-niemiecka koprodukcja teatru Das Letzte Kleinod i Teatru Gdynia Główna

Historie o przesiedleniu, migracji, a w końcu o ucieczce przed frontami II wojny światowej stanowią główny kontekst dokumentalnego projektu teatralnego „Ucieczka-Flucht”, realizowanego w wagonach towarowych na dziesięciu dworcach na terenie Polski i Niemiec.

Teatr Gdynia Główna oraz Das Letzte Kleinod, podróżując przez Rosję, Polskę i Niemcy, odnalazły osoby, którzy jako dzieci przeżyli wysiedlenie w czasie II wojny światowej. Na podstawie ich osobistych historii, często opowiedzianych po raz pierwszy, został opracowany scenariusz sztuki teatralnej pt. „Ucieczka-Flucht”, która 6 i 7 sierpnia będzie prezentowana w Berlinie.

Miejsce i czas prezentacji:
Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau
6 lipca godz. 19:00 i 20:30
7 lipca godz. 19:00 i 20:30

Reżyseria: Jens-Erwin Siemssen (Niemcy) / Dramaturgia: Zindi Hausmann (Niemcy) / Aktorzy: Matylda Magdalena Roźniakowska (Polska), Katja Tannert (Niemcy), Margarita Wiesner (Rosja), Wlada Vladislava (Rosja), Iwo Bochat (Polska), Radosław Smużny (Polska)/ Muzyka: Szymon Jabłoński (Polska), Marcin Kozioł (Polska)

Ticket: https://www.konzertkasse.de/product/flucht-ucieczka-dokumentartheater-in-gueterwaggons-tickets-berlin.html

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Reblog: Światowe Dni Młodzieży / 21. Weltjugendtag

Ist ja auch für meine deutsche Leser:
Papst Franziskus – In Polen geliebt und gehasst

Agnieszka Hreczuk

Papież Franciszek w Polsce – kochany i znienawidzony

Deutschlandradio Kultur 24.07.2016

Dziś zaczynają się w Krakowie Światowe Dni Młodzieży: przyjadą setki tysięcy ludzi, żeby zobaczyć papieża Franciszka. Ale nie wszyscy w Polsce są do papieża przyjaźnie nastawieni. Dla niektórych jest on zbyt liberalny – przede wszystkim w stosunku do uchodźców i homoseksualistów.

W Krakowie wszystko jest już prawie zapięte na ostatni guzik. Na Rynku stoi Zegar Dni Młodzieży i odlicza godziny do rozpoczęcia uroczystości. Na polu, na którym papież Franciszek będzie odprawiał mszę, prowadzone są jeszcze intensywne prace, żeby wszystko było gotowe punktualnie. Mieszkańcy Krakowa, ludzie z całej Polski i ze świata pomagają, prawie każdy jest w jakimś stopniu zaangażowany.

„Cieszę się, że przyjeżdża. Lubię go i wysoko cenię to on robi. Jest taki otwrty i taki nezwykły. Całkiem inny niż jego poprzednicy. Jest skromny i kieruje się w życiu własnymi regułami.”

„Jasne, że jestem na Światowych Dniach Młodzieży, cieszę się na papieża. On jest po prostu fantastyczny! Ja jeszcze nigdy w życiu tak pozytywnie myślącego człowieka nie widziałem“, mówi Piotr, trzydziestoletni pracownik naukowy i praktykujący katolik. Ale on wie, że nie wszyscy Polacy mają takie samo zdanie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wielu ludzi jest bardzo sceptycznych. Jedni uważają, że Franciszek rozwadnia katolickie doktryny, inni twierdzą, że dopuszcza do zniszczenia Europy przez islam. To tylko niektóre z zarzutów.

Na krakowskich ulicach wiszą flagi i małe portrety papieża. Ale na tych portretach widoczny jest Jan Paweł II. Mówi się, że to dlatego, że on był pierwszym organizatorem tych uroczystości, tak jakby założycielem. Ale może nie tylko dlatego.

Parada Równości w Polsce (2015) © Kampania Przeciw Homofobii

Miłosierdzie idące za daleko

Ponad połowa Polaków uważa, że seks przedmałżeński jest w porządku, polscy katolicy akceptują też jego wyroumiałość dla osób rozwiedzionych. Ale nie mogą zaakceptować papieskiego miłosierdzia wobec uchodźców, ani jego tolerancji dla lesbijek i gejów.

Kwestionowanie słów papieża jest dla Polski czymś nowym, mówi ksiądz Tomasz Jaklewicz, zastępca redaktora naczelnego gazety „Gość Niedzielny“, który dodaje:

„W redakcji także sprzeczamy się na temat Franciszka. To papież, który wzbudza duże emocje. Jedni mówią, że on jest tym, na którego już długo czekali, inni się od niego dystansują. W Polsce wielu wierzących i księży jest zdezorientowanych. Oni nie wiedzą, w jakim kierunku papież kościół prowadzi“.

Oficjalnie papież ma pełne poparcie. Episkopat nawet wydał niedawno oficjalne oświadczenie, że katolicy w Polsce kochają papieża i są mu posłuszni. „Jeżeli musi być wydawane takie oświadczenie, to znaczy, że coś nie gra” – mówi Adam Szostkiewicz, publicysta, który już od trzydziestu lat obserwuje działania Kościoła katolickiego. „Stosunek Polaków do Franciszka jest schizofreniczny“, uważa Szostkiewicz.

Odradzający się faszyzm w Polsce

Zbyt postępowy

Jego spontaniczność, otwartość i serdeczność, za które wielu Polaków go kocha, jest dla innych podstawą ataków, przede wszystkim w internecie. „Zdrajca“, „fałszywy prorok“, „lewak“ – takich określeń używają jego przeciwnicy.

Zdaniem księdza Jaklewicza, dla sporej grupy nie istnieje nic, co by papież dobrze robił. Najbardziej krytykowana jest postawa Franciszka wobec uchodźców, ale także jego postępowość. Może uda się te nieporozumienia i napięcia ułagodzić podczas spotkania w Krakowie. To będzie zależało do tego, jak otwarci będą Polacy i od tego, co on powie – mówi zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego“.

Inaczej widzi to Piotr: „Polscy katolicy powinni się wreszcie otworzyć dla przyszłości i pojąć, że polski Kościół nie jest pępkiem katolickiego świata. To było wspaniałe, że mieliśmy papieża Polaka, ale to minęło. Teraz mamy Franciszka i jeżeli jesteśmy katolikami, to powinniśmy iść za nim”.

Streszczenie: Marzanna Dyjak-Diederich dla strony DOK – Democracy is OK – jak napisał redaktor strony Bartek Hlebowicz, streszczenie zostało zrobione „po godzinach”: w metrze, w trolejbusie, w kolejce do sklepu, w deszczu, w przerwie na lunch i w ogóle.

Najserdeczniejsze podziękowania!!!!

Dodane 28 lipca. Wczoraj Papież przybył do Polski.

papiezwPolsce

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Pomnik Kościuszkowców – cz.3

Anna Dobrzyńska

Prawy brzeg ostatnią deską ratunku…

Krążyły łodzie wysyłane przez gen. Berlinga dla ratowania tych, dla których ratunku już nie było, lecz było ich za mało i pływały za rzadko. Łącznie udało się przetransportować 293 żołnierzy. Wobec ciągłych meldunków o opóźnieniu łodzi, żołnierze podejmowali próby przedostania się na prawy brzeg na własną rękę. Niektórzy próbowali się ratować przechodząc przez przęsła wysadzonego mostu Poniatowskiego. „Nieprzytomnymi oczami łapiemy zarysy żelaza, bezsilnymi rękami chwytamy się jego zimnych krawędzi i brniemy dalej… naprzód! W głowie się kręci, szumi, dzwoni”– wspomina Stanisław Lechmirowicz „Czart” z batalionu „Zośka”. Inni podejmowali próby przepłynięcia Wisły wpław. Chwytano wszystko. Deski, drzwi, baniaki – byle sobie wspomóc przeprawę. Dla niektórych i tego zabrakło – płynęli skazani jedynie na własne siły. Jednakże byli mocno wycieńczeni, głodni, bez snu… prąd mocny a Wisła szeroka… Nielicznym się to udało.

Jednym z nich był Tadeusz Targoński, który tak wspomina moment zanim zaczął płynąć:

Gdy po raz ostatni obejrzałem się na dopalający się Czerniaków, jakoś tak same łzy jak groch potoczyły się po policzkach – może od snującego się dymu, a może od tych przelatujących myśli, że wszystkie nasze ofiary i całe tak ogromne poświęcenie poszły na marne.

kosciuszkowcy1b

Tadeusz Targoński po lewej w stopniu ppor., maj 1945, po prawej – w stopniu płk.dypl. w st. spocz., na tle sztandaru 3 DP, w siedzibie Ogólnopolskiego Klubu Kombatanckiego 3 Pomorskiej Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta w Warszawie – 26.03.2004 r.( zdj. Sz. Nowak) http://szymonnowak.historia.org.pl/2015/10/15/zolnierze-przyczolka-czerniakowskiego-cz-1-tadeusz-targonski/

Wielka polityka…

Polscy żołnierze od początku czuli coś podejrzanego. Przecież widzieli bierność Rosjan. Widzieli ogrom rosyjskiego wsparcia, które nie zostało użyte. Oburzeni byli, że pomoc to tylko Czerniaków. Wiedzieli, że można zrobić więcej. Akcja czerniakowska była po to aby sfabrykować dowód, że nie było możliwości wsparcia Warszawy. Stanowiła alibi – dla którego umyślnie posłano ludzi na śmierć – mówi Władysław Tykociński na antenie Radia Wolna Europa. 

kosciuszkowcy2bTo samo miejsce – 40 lat później…

Dokładnie 17 stycznia 1985 r., w rocznicę wyzwolenia Warszawy, władze ludowe dokonały uroczystego odsłonięcia pomnika. Pomnik powstał z inicjatywy Związku Kombatantów Wojska Polskiego i Klubu Kościuszkowca. Przewodniczącym społecznego komitetu budowy był Włodzimierz Sokorski. Akt erekcyjny wbudowano 7 października 1983 roku w rocznicę w powstania Ludowego Wojska Polskiego. Rzeźba została wykonana z 300 elementów w Zakładach Mechanicznych im. Marcelego Nowotki. Waży 48 ton i mierzy 16 metrów. Pomnik miał być ustawiony w 1980 roku lecz plany pokrzyżował zryw „Solidarności” i stan wojenny. Projekt został wybrany spośród 30 prac nadesłanych na konkurs pt.: ”ale najpiękniejszy jest naszej Wisły brzeg”.

Odsłonięcie pomnika. Fot. Chris Niedenthal. Album 1973 Wybrane Fotografie.

Pomnik jest przez warszawiaków zwany żartobliwie – „pięć piw proszę” lub „Obserwatorów Powstania Warszawskiego”.

Opublikowano Anna Dobrzyńska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Z zapisków stróża (5)

Zbigniew Milewicz

Krwawy lipiec

Lato w pełni, ludzie się wczasują, tylko Zły nigdy nie ma urlopu. Można odnieść wrażenie, że w sezonie urlopowym pracuje wręcz na zdwojonych obrotach, żeby zepsuć człowiekowi zasłużony odpoczynek. Ostatnio działa w dokładnych, czterodniowych odstępach czasu: 14 lipca ma miejsce rzeź w Nicei, 18 – w pociągu pod Würzburgiem uciekinier z Afganistanu przy pomocy siekiery i noża ciężko rani turystów z Hongkongu, a 22 dochodzi do tragedii w Monachium, mniej więcej cztery kilometry od osiedla, na którym mieszkam. Jest więc coraz bliżej.

Dowiaduję się o strzelaninie via Berlin, od starszego syna, który na bieżąco śledzi newsy w swoim iphonie i zaraz dzwoni do mnie, żeby się zorientować, czy ze starym wszystko w porządku. Później kolejno zgłaszają się młodszy syn i córka, z tym samym pytaniem, czy żyję, na szczęście żadnego z nich nie ma w tym czasie w Monachium. Firma ochraniarska, w której dorabiam do emerytury, sprawuje pieczę również nad centrum handlowym OEZ, pod którym zabójca zastrzelił z pistoletu dziewięć osób. Tego dnia, zgodnie z planem pracy, byłem w innym obiekcie, na rannej zmianie, gdzie w pobliżu też znajduje się McDonald. Nie lubię jedzenia z tej sieci, ale czasami kupuję sobie tam kawę i gdyby mi przyszło pracować na wieczornej zmianie w Olimpiaeinkaufszentrum, to być może zaszedłbym do miejscowego Mc- a i później już nie odebrałbym tych wszystkich telefonów. Co komu pisane…

Zły działa globalnie i czasami można się go spodziewać. Kiedy w pierwszej połowie lipca, w Luizjanie i Minnesocie biali policjanci zabijają z błahych powodów dwóch Afroamerykanów, w Dallas, podczas demonstracji zorganizowanej w związku z tymi wydarzeniami, ciemnoskórzy snajperzy likwidują w rewanżu pięciu stróżów prawa, białych oczywiście. A kiedy na nadmorskiej promenadzie nicejskiego kurortu tłum bawi się z okazji narodowego święta Francji, to wręcz prosi się, żeby policja profesjonalnie zaryglowała ten teren, bo okazja do zepsucia zabawy jest ogromna, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów tego nie robi. Człowiekiem, który bohatersko zajedzie drogę rozpędzonej ciężarówce śmierci, będzie niepozorny kierowca skutera o imieniu Franc, pracujący na miejscowym lotnisku. Pochodzący z irańsko-niemieckiej rodziny Ali David S., otworzył ogień do swoich ofiar na monachijskim Moosachu dokładnie w piątą rocznicę masakry dokonanej przez Breivika, norweskiego prawicowego ekstremistę, który w imię ochrony swojego kraju przed islamizacją zabił 77 osób. W pokoju osiemnastolatka znaleziono dowody dużego zainteresowania sprawcy tą postacią, jak i ogólnie wcześniej dokonanymi w świecie przez różnych psychopatów zbiorowymi morderstwami, ich osobowościami, taktyce policji w prowadzeniu śledztw, etc. W większości sprawcy byli młodociani i wykonywali egzekucje w szkołach, na rówieśnikach i nauczycielach. Wyczerpujące informacje na ten temat czerpał głównie z przetłumaczonej na niemiecki książki amerykańskiego psychologa, Petera Langmana, zatytułowanej „Amok im Kopf“.

Już w kilka godzin po dokonanej zbrodni, kiedy zidentyfikowano dziesiąte zwłoki, leżące w bocznej uliczce nieopodal OEZ, jako należące do sprawcy, policja orzekła, że najprawdopodobniej jego czyn nie miał charakteru politycznego. Uznano za mało prawdopodobne pogłoski o możliwych powiązaniach S. z neonazistami albo z tzw. Państwem Islamskim. Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu w głowę – stwierdzono, dodając, że był… leworęczny. W sobotę przybyło w mediach informacji. Pokazano sąsiadów rodziny S. z Maxvorstadt, którzy dziwili się, jak taki miły i grzeczny młody człowiek mógł z zimną krwią zamordować dziewięć osób, głównie swoich rówieśników, ale i dzieciaków. Jak na krótko przed zbrodnią podstępnie wabił swoje ofiary przez fejsa na jedzonko do McDonalda. Mieszkał z rodzicami i młodszym bratem we wspólnym mieszkaniu, ojciec był taksówkarzem. Maxvorstadt należy do zamożniejszych, monachijskich dzielnic, tu przeprowadzili się niedawno z dużo biedniejszego Moosach, gdzie Ali uczęszczał do średniej szkoły. Był w niej podobno ofiarą mobbingu i nie lepiej wiodło mu się w nowej szkole. Nieliczni jego koledzy określają go mianem spokojnego, zamkniętego w sobie odludka, którego poza komputerowymi grami siłowymi niewiele interesowało. Trochę z nimi przesadzał – mówią.

Czyżby więc postanowił się za ten mobbing zemścić, nie wirtualnie, ale realnie? Śledztwo pewnie wykaże, jaki miał kontakt z rodzicami, z młodszym bratem, co o nim w sumie wiedzieli. Stwierdzono, że w swoim czasie leczył się na depresję, nic ponadto.

Żywię naiwną nadzieję, że w kolejny czwarty dzień lipca nic szczególnie złego się nam nie przytrafi, że limit nieszczęść na ten miesiąc jest wyczerpany, ale przed nami jeszcze Światowe Dni Młodzieży w Polsce. Dla dobrych ludzi będzie to okazja do zademonstrowania pozytywnych wartości, dla służb porządkowych – zdolności do ich ochrony, ale Zły może też się upomnieć o swój ogarek, więc nie lekceważmy jego inteligencji. W Doniecku już nie udaje, że śpi, bratobójcza wojna o wschodnią Ukrainę rozgorzała ze wzmożoną siłą.

Krysieńka z Rudy Śląskiej, z którą się znamy i lubimy już tak długo, że nawet najstarsi górale tego nie pamiętają, także martwiła się o mnie. Napisz cykl porad, jak sobie radzić w dzisiejszym, złym świecie – zaproponowała w smsie. Hmmm… łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Jedno jest pewne, egoizmem ewentualnie można coś wygrać, kiedy życie toczy się gładko i w miarę przewidywalnie, a po schodach na pewno łatwiej się wchodzi nie samemu. Funkcję poręczy pełni ramię i serce drugiego człowieka, raz moje, raz twoje:-).

Opublikowano Zbigniew Milewicz | Otagowano | 1 komentarz

Cygan, Jagiełło i Slaska patrzą na sztukę

Ewa Maria Slaska

Byłyśmy w muzeum. Umówiłyśmy się z Dorotą, weszłyśmy więc pod sam koniec muzealnego dnia pracy – bo z Dorotą tak się właśnie wszędzie chodzi – jeszcze nie jest całkiem za późno, ale zawsze na ostatnią chwilę, choć w tym wypadku ta chwila to była jednak prawie cała porządna godzina. Ostatnia godzina urzędowania, co potem jeden ze strażników dał nam porządnie odczuć. Miał wypisane nie tylko na niezadowolonej buźce, ale też na krzepkich ramionach i rozzłoszczonych plecach, że nie wiadomo na jaką cholerę baby w ogóle chodzą do muzeum, a na dodatek wtedy, gdy porządny człowiek chce iść do domu, one muszą jeszcze do toalety! No zgroza wielka!

20160713_173725_resized

To my trzy wyobrażając sobie herbatę w cudownych płaskich i przezroczystych filiżankach w Bröhan Museum na wystawie Francja przeciw Niemcom! Sprawdzam w sieci – nie jednak Niemcy przeciw Francji!

Art Deco kontra Jugendstil. Spór artystyczny rozpoczęty na przełomie wieków (tamtych, rzecz jasna) i ciągnący się aż do lat 30, kiedy to Le Corbusier, Francuz zresztą, połączył zwaśnionych i zawistnych o sławę konkurenta projektantów, wprowadzając na kilka dziesięcioleci unifikujący wszystko modernizm.

Ale oczywiście Niemcy przeciwko Francji to też nader aktualne nawiązanie do piłki nożnej. Odważne, bo wystawę otworzono w kwietniu, a więc na długo przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy, kiedy wcale jeszcze nie było pewne, że Francja i Niemcy w ogóle ze sobą zagrają, a już na pewno nie, że bój to będzie ostatni, o prawo do złota… No cóż, w końcu i tak obie strony go nie dostały…

Interesujące, powiedziała Dorota, jak zamysł badawczy pozwala tych niewiele rzeczy, które się posiada, tak poprzestawiać, żeby zrobić nową wystawę, nową reklamę i nowy marketing, jednym słowem Art Nouveau.

No tak, marketing… Piłka była w końcu świetną okazją do całej masy pomysłów marketingowych. Mnie się najbardziej podoba ten (uwaga dla nieuważnych – obiekt na zdjęciu został zakupiony w sklepie Penny, a nie w Bröhan Museum :-)).

Tym niemniej i muzeum nie najgorzej nas zaskoczyło.

20160713_171818_resized

Przed chwilą spadło i przykleili gaferem, mówi Dorota, jutro przykleją porządnie. Nie, odpowiada Elżbieta, patrzcie… No, zaiste.

20160713_171102_resized_1

Biegamy od sali do sali, wszędzie kartki z cytatami z epoki przylepione niebieskim gaferem. Gaffer Tape. Blau. Ciekawe jak to się nazywa po polsku?

Dlaczego? Dlaczego? Jesteśmy we trzy, należy nam się potrójne zdumienie. Dlaczego?
Może, mówi Dorota, twórcy wystawy chcieli nam pokazać, że ten spór estetyczny trwa do dziś. Ale niemożliwe, oponuję, przecież chyba nie ma związku czasowego ani technologicznego między secesją a srebrną taśmą klejącą (to oficjalna polska nazwa). Choć czy ja wiem… może jakiś jest, bo jak potem sprawdzę to wprawdzie srebrną taśmę wymyślono podczas II wojny światowej, ale tę przezroczystą, biurową już w latach 30.  W Ameryce ta srebrna nazywała się duct tape.

W sieci znajduję stronkę, co można zrobić przy użyciu duckt tape. Na przykład… zdjęcie rentgenowskie. Znajduję też niezły cytat, który wprawdzie wcale nie pasuje do naszej wizyty w muzeum, ale co tam…

Duct tape – srebrna mocna taśma. W Polsce średnio znana, zaś w USA jest obiektem kultu. Jak powiedział Walt Kowalski (Clint Eastwood) w filmie „Gran Torino” do młodego chłopaka: „Weź te trzy rzeczy – trochę WD-40 (spray olejowy), kombinerki i rolkę srebrnej taśmy. Każdy porządny mężczyzna da radę tym naprawić większość usterek.”

Srebrna taśma klejąca skleiła kiedyś błotnik w pojeździe księżycowym, ale można też  zrobić sobie srebrne spodnie (a zatem i niebieskie, skoro istnieje niebieski duct tape):

Koniec zwiedzania. Wychodzimy w poczuciu totalnego nie-rozumienia świata. I przegranej własnych możliwości intelektualnych. Kto, po co i dlaczego na pięknej wystawie pełnej pięknych rzeczy poprzyklejał kartki niebieską duct tape?

Szukam w sieci. Owszem często pojawia się informacja, że kartki z cytatami  uzupełniają eksponaty i dopełniają narrację. Ale ani słowa o niebieskim gafferze.

000EineFrau

Eine Frau von Geschmack könnte sich schwerlich in dieser bedrückenden Atmosphäre aufhalten.

Kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem odnajdzie się w tej przygnębiającej atmosferze.

Słowa te napisał jeden z najbardziej znanych krytyków sztuki, Louis Vauxcelles, (Francuz rzecz jasna) o pracach z tzw. warsztatu monachijskiego wystawianych w paryskim Salonie Jesiennym w roku 1910. Ten cytat rzeczywiście oddaje sedno konfliktu estetycznego między Francją (piękno, indywidualny dobry smak, dekoratywność) a Niemcami (użytkowość, oszczędność, masowa produkcja przemysłowa).

No dobrze, nadzwyczaj ciekawe. Ale ta cholerna taśma. W końcu nie wytrzymuję i dzwonię do muzeum. Pan Kurator jest setnie ubawiony: i to panią w tej wystawie najbardziej zainteresowało? o tym zamierza pani pisać?

No tak, odpowiadam, jestem człowiekiem, który lubi wiedzieć i rozumieć. Akceptuję swoją niemożność zrozumienia sensu operacji finansowych, ale w dziedzinach humanistycznych zazwyczaj jednak rozumiem, o co chodzi. A tu nie.

Może pani zauważyła, odpowiada poważnie Pan Kurator, że nie ustawialiśmy na wystawie mini wnętrz, nie chcieliśmy byście państwo zachwycali się estetyką przestrzeni. Widz powinien całą swą uwagę skierować na wystawiane obiekty. I ocenić je obiektywnie.

Obiektywne obiekty. OK.

Ach tak… Dziękuję. Informuję, że osiągnęliście państwo efekt odwrotny do zamierzonego. Obiekty przestały się liczyć. Jako kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem zrozumiałam, po co wam była ta cholerna taśma? Chyba jednak wylaliście dziecko razem z kąpielą…

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Reblog: Wardzia

Krzysztof Nodar Ciemnołoński. To jego blog. Pisze o sobie, że jest PolakoGruzinem, jest związany z Kaukazem i zajmuje się turystyką. Nie pytajcie, dlaczego „zaprzyjaźniliśmy się” na Facebooku, bo nie wiem. Coś mnie zainteresowało, może on sam i to wspaniałe nazwisko, może coś, o czym akurat napisał a FB mi akurat podsunął pod nos, a może jednak jest to ta Azja, która, jak już pisałam, od jakiegoś czasu „chodzi za mną” i nie daje spać. Tatarskie dziedzictwo po ojcu, po prababci…

ვარძია czyli Wardzia – najważniejszy zabytek Gruzji

Muszę się publicznie przyznać, że uwielbiam program „Starożytni Kosmici” emitowany m.in. w stacji History. Wieczorami po skończonej pracy odpalam serię odcinków na Youtube, z pełną premedytacją oglądam i w końcu od nagromadzenia zbitek słownych, w stylu „niektórzy wierzą…”, „niektórzy sądzą…”, „zdaniem zwolenników teorii o starożytnych astronautach….”, dramatycznie akcentowanych przez lektora z zatkanym nosem jak najlepsze mantry… zasypiam.

To moja idealna dobranocka, która sprawdza się pod każdą szerokością geograficzną, wszędzie tam, gdzie jestem, zawsze tam gdzie bywam.

Dzięki tej fascynującej produkcji dowiedziałem się o istnieniu Derinkuyu, ukrytego pod ziemią skalnego miasta w Kapadocji, na terenie dzisiejszej Turcji, które, według badaczy natchnionych wizją prehistorycznych ufoludków, powstało przed Zlodowaceniem. Świadczyłoby to, że jesteśmy na tej planecie dłużej niż dotychczas sądzono. Jeśli nie ludzie to kto je zbudował, jakoś trudno mi wyobrazić sobie przodków dzisiejszych Turków?

Narracja wiesza się w kosmicznym suspensie, następuje przerwa na reklamę albo ładuje mi się internet w jakimś hotelu w Gruzji… i wtedy na ekranie pojawia się TEN Grek.

I-am-not-sayingWedług klasycznej nauki Derinkuyu zostało wydrążone w miękkich tufowych skałach w VIII wieku p.n.e. W odległej od Kapadocji centralnej Gruzji nieco później, bo w V wieku p.n.e powstało opisywane już przeze mnie Uplisciche, które w przeciwieństwie do tureckiego wzoru stworzono na powierzchni niewielkiego masywu górskiego. Kolejnym skalnym arcydziełem jest położony w Gruzji Wschodniej na styku Gruzji i Azerbejdżanu kompleks klasztorów Dawid Garedża z VI wieku n.e. Każdy z tych oszałamiających zabytków od Kapadocji aż po gruzińską półpustynię na pewno wpłynął na zbudowaną na przełomie XII i XIII wieku Wardzię, którą śmiało można nazwać najważniejszym zabytkiem w kraju.

Zwiedzanie Wardzii

Z Achalciche trasa prowadzi wzdłuż życiodajnej rzeki Mtkwari. Największa rzeka w Gruzji bierze swój początek na Wyżynie Armeńskiej w Turcji, prowadzi przez Gruzję i Azerbejdżan do Morza Kaspijskiego. Na jej trasie jest tyle do obejrzenia, że można napisać przewodnik „szlakiem Mtkwari”.

Droga jest niezwykle malownicza, zaczyna się zaraz za Achalciche, mijam pola gdzie rosną najlepsze gruzińskie ziemniaki a później banner z czołgiem. To znak, że w pobliżu stacjonują jednostki zmechanizowane. Stąd można odbić do zespołu klasztornego i pałacowego Sapara. Jesteśmy na pograniczu, jak zwykle na Kaukazie. Niby wielki region ale taki maleńki, 20 km do Turcji, 80 do Armenii. W zamierzchłych czasach przewalały się tędy armie perskie, mongolskie i tureckie a pobliską twierdzę Chertwisi (II w p.n.e), zgodnie z legendą, zdobył Aleksander Macedoński. Ogromny obiekt militarny pomimo długoletnich starań o objęcie ochroną przez UNESCO jest pozostawiony sam sobie, za murami porządku strzegą krowy, osły i jeden dochodzący mnich, który opiekuje się lokalną kapliczką.

Twierdza ChertwisiPrzyjeżdżam tu od 8 lat i nic się nie zmieniło. „Zamczysko” jak straszyło tak dalej straszy pustką i zaniedbaniem ale wiem, że przyjdzie dzień, w którym władze przypomną sobie o potencjale tego miejsca. Podobnie było z twierdzą Udżarma w Kachetii, gdzie wreszcie od roku płaci się za wejście a miejsce przyciąga kolejnych turystów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ogóle strasznie mnie denerwuje gdy czytam opinie turystów-ekspertów, którzy po siedmiu dniach w Gruzji twierdzą, że jest już zadeptana. To nieprawda, jest jeszcze od cholery miejsc, których nikt nie widział, mnóstwo pomijanych czy niesłusznie uważanych za nieatrakcyjne. Zresztą wystarczy sobie porównać Kaukaz z typowym wakacyjnym & masowym kierunkiem. Świat i ludzie! Turystyka to jedyna szansa dla mojego ukochanego kraju a szufladkowanie jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Oczywiście nie tylko Gruzja boryka się z podobnymi schematami myślowymi, jest tyle pięknych miejsc do obejrzenia, że chyba zostanę wyznawcą jakiegoś modelu religijnego, który uznaje reinkarnację.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No dobrze, od 2007 roku jest kilka zmian na tej trasie. Drogę w całości pokryto asfaltem i 60 kilometrów od Achalciche do Wardzii pokonuje się już w dopuszczalnym czasie. Na trasie gruzińsko-tureckimi siłami wybudowano również nową elektrownię wodną. Widziałem postępy od pierwszego dnia budowy. W miasteczku Aspindza, typowej gruzińskiej przelotówce, która słynie tylko ze średniowiecznej bitwy, przez całą długość poprowadzono płot z otoczaków okraszony okrągłymi lampkami. Ładnie to wygląda.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPo drodze mijam jeszcze zniszczony plac, przed którym wiele lat temu widniała tabliczka, że był to Targ Niewolników. Naprzeciwko dzisiaj jest szkoła. Ciekawa korelacja

Wreszcie wzdłuż masywu górskiego widać coraz więcej wydrążonych w skale jam. Zwykle jadę tędy około 9 rano. Nie dogania mnie żaden autokar z wycieczką z Polski ponieważ większość biur lokuje swoich klientów w górskim Bakuriani obok Bordżomi. Stamtąd jest około dwie godziny do Wardzii. Daleko.

Na parkingu przed restauracją jak zwykle do południa będą pustki. W 80% przypadków zwiedzanie zaczynamy jako pierwsi, nie ma tam nikogo poza moimi grupami i dopiero po przerwie na kawę do mety dobijają inne firmy. Pozdrawiamy się z pilotami i kierowcami z konkurencji. To mały światek, znamy się i (raczej) lubimy nawzajem. Prawda?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAWardzia wygląda jak mrowisko albo kopiec termitów w przekroju z podręcznika do biologii. Wrażenie jest piorunujące, tym bardziej jeśli porównamy to, co widzimy na przykład z egipskimi piramidami. Ogromnym zaskoczeniem dla odwiedzających jest fakt, że korytarze i pomieszczenia zostały wydrążone wewnątrz zbocza górskiego Eruszeli. W związku z tym, że tego typu budowle były bardzo popularne od Kapadocji aż po Gruzję znowu napomknę o tym, że dziwne jest, że te dzieła powstały przy pomocy ludzkich rąk. Musieli w tym maczać palce starożytni astronauci from the outer space! Budowę rozpoczęto za panowania króla Jerzego III w 1184 roku a ukończono w 1213 roku za czasów legendarnej królowej Tamar, najwybitniejszej władczyni na Kaukazie, otoczonej „od zawsze” religijnym kultem. Przez kolejne 80 lat miasto było niewidoczne z zewnątrz i dawało schronienie nawet 60 tysiącom ludzi jednocześnie! Wśród labiryntu ponad 3000 sal, na 13 piętrach, funkcjonowały szkoła, szpital, spichlerze i winiarnie (podstawa handlu), znajdowały się tu także sale mieszkalne, stajnie i oczywiście klasztor oraz sala tronowa. Wardzia była samowystarczalnym ośrodkiem miejskim, z rozbudowanym system nawadniania dzięki poprowadzonym wewnątrz rynnom i sąsiedztwu rzeki Mtkwari.

ucry9Trzęsienie ziemi w 1293 roku spowodowało osunięcie się naruszonej warstwy skał jakby ktoś odkroił wielkie plastry i ujawniło istnienie miasta. Ostateczny cios spadł w 1551 roku podczas najazdu Persów, gdy wyrżnięto w pień mieszkających w Wardzii mnichów i wywieziono wszystkie kosztowności. Później terenami Gruzji Południowej zawładnęli Turcy i zasiedzieli się praktycznie aż do wojny turecko-rosyjskiej w 1829 roku.

Dopiero w latach 70 ubiegłego wieku do Wardzii powrócili mnisi i dziś tylko oni żyją tutaj i czasem widać ich snujących się po okolicy jak cienie.

W cerkwi obowiązują surowe zasady – kobiety zakrywają głowę i biodra a mężczyźni muszą mieć długie spodnie. Należy także pamiętać, by nie fotografować mnichów bo zwyczajnie sobie tego nie życzą.

Słowo o królowej Tamar (თამარ მეფე)

Queen_Tamar_(crop)Legendarna Tamar (1160-1216), prawnuczka króla Dawida Budowniczego, który zapoczątkował gruziński Złoty Wiek, rządziła Gruzją od 1184 roku. Była pierwszą i w zasadzie ostatnią (jej córka nie zdążyła specjalnie porządzić…) królową w historii kraju, która władała samodzielnie. Nazywano ją „królem królów i królową królowych” – Tamar Mepe (Mefe). By ukrócić naciski arystokracji, której nie podobało się, że najważniejsze stanowisko w państwie piastuje kobieta, wyszła za mąż za księcia Jerzego Rusina (Jurija Bogolubskiego). Małżeństwo nie układało się i Tamar doprowadziła do rozwodu. Kolejnym wybrankiem był książę Davit Soslan z osetyńskiej linii Bagrationich, z którym również nie podzieliła się władzą. W wyniku działań wojennych na terytorium północnej Persji około 1210 roku Gruzja powiększyła swój zasięg terytorialny o setki kilometrów. Również za czasów królowej Tamar Gruzja pomogła utworzyć zależne Cesarstwo Trapezuntu, funkcjonujące aż do drugiej połowy XV wieku na terytorium dzisiejszej Turcji, w rejonie miasta Trabzon.

Badacze twierdzą, że królowa Tamar ukochała Wardzię i spędzała tu czas jak zwykła mniszka według surowych reguł zakonnych, przechadzając się boso po korytarzach i śpiąc na kamieniach.

Według legendy najwybitniejszy gruziński wieszcz narodowy i skarbnik na dworze królewskim Shota Rustaveli, autor najważniejszego poematu epickiego „Rycerz w tygrysiej skórze” był beznadziejnie zakochany w królowej. Czy z wzajemnością, tego nie wiadomo, ale w różnych okresach snuto wiele domysłów. Druga legenda dotyczy śmierci władczyni. Zgodnie z nią Tamar została pochowana w trumnie wypełnionej miodem i żeby zmylić wrogów wyruszyło w różnych kierunkach dwanaście orszaków pogrzebowych. Kolejna legenda wskazuje miejsce pochówku w pobliżu Davita Budowniczego w klasztorze Gelati. Jak jest dokładnie, gdzie kończą się fakty a zaczyna mit, tego do dzisiaj nie rozstrzygnięto.

Idziemy na skraj a niebo jest tuż (Siekiera)

Wejście kosztuje 3 gel (6 zł) za osobę a za dodatkowe 1 gel (2 zł) można podjechać część trasy marszrutką. Potem zaczynają się schody, którymi dochodzi się do dobudowanego na zewnątrz portalu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAWystarczy spojrzeć na drugą stronę i wyobrazić sobie, że w XII wieku tak właśnie wyglądała z zewnątrz Wardzia. Armie ciągnące wzdłuż rzeki pewnie niejednokrotnie mijały terytorium miasta w ogóle nie wiedząc o jego istnieniu.

Dopiero później odsłoniła się widoczna poniżej pasieka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAMiasto pokonuje się w poprzek od lewej do prawej. Wchodzimy przez portal, zaglądamy do kolejnych sal, potem po schodach przeskakujemy na wyższe piętro gdzie zachowały się przepiękne freski i tutaj znajduje się cerkiew Wniebowstąpienia Matki Boskiej, w której namalowano postacie fundatorów Wardzii – króla Jerzego III i jego córki Tamar. Następnie wejściem po lewej stronie zapuszczamy się do tunelu, który prowadzi nas jakieś dwa piętra do góry.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAPięknie wprawione okienko w części, w której mieszkają mnisi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATunelem przed siebie, panie przodem :).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
I już jesteśmy po drugiej stronie skąd schodzi się tunelem do wyjścia przy rzece.

OLYMPUS DIGITAL CAMERADobrze jest na wycieczkę do Wardzii zabrać dobre buty a nie marne klapeczki. Schody przy zejściu są mało bezpieczne i słabo zabezpieczone zresztą jak cały teren kompleksu. Tym bardziej jeśli chcecie poświęcić więcej czasu na zwiedzanie niż standardową godzinę i zapuścić się do większej ilości sal gdzie nie ma żadnych barierek.

Przez kilka lat sugerowałem nawet, by brać latarki, bo w środku światła jest zdecydowanie za mało.

I jeszcze jedna uwaga – uważajcie na głowę. Miałem kiedyś na wycieczce pana, który cały wyjazd nie pił, trzymał się na uboczu, nie bawił „po gruzińsku”. Gdy w Wardzii uderzył się w głowę, coś mu się przestawiło na właściwe tory i od tego dnia pił, palił i podszczypywał dziewczyny!

DSC_0295

Ostatni rzut oka z oddali… Opcje przejazdu w stronę Tbilisi są dwie więc jeszcze tutaj zawitamy. Tym razem wracamy tą samą drogą, przez Achalciche i Bordżomi, dalej autostradą do Gori, wieczorem kolacja w Mcchecie, gdzie czekać będzie pikantna zupa fasolowa Lobio, którą je się z dodatkiem ostrej papryki i sera, do tego kukurydziane placki mczadi oraz pierożki chinkali, do których najlepsze jest piwo, ale i tak skończy się na kilku dzbanach czerwonego wina. Tak to się robi w Gruzji.


Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Furia mać!

_20160718_085617Alicja Molenda

Sylwia Kubryńska – felietonistka „Wysokich Obcasów”, prowadzi Najlepszy blog na świecie”, autorka powieści „Last Minute” oraz „Kobieta (dość) doskonała” i „Furia Mać!”

Moja Furia (Mać)

Sylwię Kubryńską podczytuję już od jakiegoś czasu: jej felietony w „Wysokich Obcasach”, wpisy na jej blogu zawsze trafione w dziesiątkę, celne spostrzeżenia, odważne i bezkompromisowe wypowiedzi, pełne humoru opisy absurdów naszej rzeczywistości. Od razu ją polubiłam. Poczułam siostrzaną duszę, moje alter ego.

 

Alicja Molenda z książką Sylwii

Kubryńska nie przebiera w słowach, nie owija w bawełnę, ukazując w ostrym świetle damsko-męskie tarapaty i wielce wątpliwe uroki świata polskiej polityki, z którym przyszło nam się dzisiaj zmierzyć.

„Furia Mać!” była prezentem od córki (mojej) na Dzień Mamy. Jakże celnym! Połknęłam w jeden dzień (noc?). Jakbym czytała swój pamiętnik, którego nigdy nie miałam czasu napisać. Albo nie wiedziałam, jak. Cholera, to ja? Nie całkiem, ale prawie.

Moje córki, jak to kobiety, przeżywają swoje mniejsze i większe furie, tak jak je przeżywały nasze matki, babcie, przyjaciółki, koleżanki. Każda kobieta na planecie Ziemia doświadcza wkurwu jak furia mać! Nie jestem wyjątkiem. Nieraz go doświadczyłam i chyba nie ma temu końca. A co, nie mamy po temu powodów?!

Bohaterka „Furii Mać!” podwójne ma oblicze, Magdy i Leny. Ta ostatnia pojawia się rzadko, scenę wypełnia Magda, naładowana emocjami, najczęściej złymi do granic wytrzymałości. Co dzień wpada w furię na widok rozrzuconych męskich skarpetek lub na telefon nie w porę. Samowystarczalna choć tej samowystarczalności nie znosi. Chodząca bomba zegarowa.

Wystarczy słowo powiedziane nie tak jak trzeba, nie takie jak trzeba spojrzenie, by eksplodowała i zalała wszystko wkurwem.

Ale jest przy niej wiernie Lena, jej Anioł Stróż. Jej drugie Ja. Jej ratunek.
W najgorszych chwilach furii zjawia się niczym Zbawiciel.
Lena trzeźwa, łagodna i rozsądna, znająca odpowiedź na każde pytanie.
Lena, która umie poradzić sobie łatwo z najtrudniejszym zadaniem.
Lena umiejąca wybrnąć z każdej sytuacji, rozprawić się z każdym draniem.

sylwia K

Sylwia Kubryńska

Lecz w „Furii Mać!” jej mało, wiecznie wkurwiona Magda rzadko pozwala jej dojść do głosu. Być może „Magd” jest wśród nas dużo więcej niż „Len”, gdyż taką rolę świat nam częściej przypisuje? Nie mamy siły wybić się na Lenę, w roli Magdy wypalamy się do cna.

Czytajcie tę książkę, Panie i Panowie! Mężczyźni zorientują się być może lepiej w zawiłościach kobiecej natury i zrozumieją to, co w zachowaniach kobiet wydaje im się irracjonalne. Zaś kobietom uświadomi ona, że w swych frustracjach nie są osamotnione.

Furia czasem jest niesprawiedliwa i wali na oślep. Ale swoje wie, pod spodem: to, co w życiu najważniejsze, to bliskość i miłość drugiej osoby. Sylwi Kubryńskiej/Magdzie furia rzadko pozwala na wykrztuszenie tego, o czym marzy, a o czym wie Lena, lecz czasem to przeziera przez jej nieustający gniew:

„Wiadomo tylko, że jest źle i bardzo chce się przytulić do kogoś, kogo się kocha. To takie proste”.


Moja fascynacja Furią na tym się nie kończy.

Mam ogromną przyjemność zawiadomić Państwa, że Sylwia Kubryńska zjawi się niebawem w Berlinie na promocji jej książki „Furia Mać!”, 2 września 2016.

Dziękuję wszystkim osobom, które udzieliły mi wsparcia w realizacji projektu tego wieczoru autorskiego:

– Ewie Marii Slaskiej za pomoc organizacyjną i włączenie moejgo pomysłu do jej projektu „prezentacja autorów jej bloga”!

– Wydawnictwu KLAK Verlag i Jörgowi Beckenowi, za to że przyłączył się do tej inicjatywy

– Christine Zigler za jej nieocenioną pomoc oraz udostępnienie nam sali w Regenbogencafe

– Wydawnictwu Czwarta Strona za współpracę i pomoc w organizacji tego wydarzenia

– Stefanowi Riegerowi za redakcję i wsparcie

– oraz wszystkim, których nie wymieniłam, a którzy dzielnie mi kibicowali

plakatsylwia
Plakat Christine Ziegler

Opublikowano Alicja Magdalena Molenda | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Reisegedanken

Urlaubszeit. Es kommen Reisebriefe. Wie gestern…

Christine Ziegler

Liebe Ewa,

eine Mail, die mal nicht eingeklemmt ist zwischen Frühstück und Büro, oder zwischen Arbeitstreffen und Kochen verfasst wird. Höchstens Müdigkeit setzt vielleicht Grenzen, denn es ist jetzt erst halb neun. Zum Glück war der Koffer schon fast gepackt, doch die letzten Sachen wollten dann einfach nicht reinpassen und alles fing noch mal von vorne an.

Jetzt aber sitzen wir im komfortablen Zug nach München. Draußen hängen graue Wolken vom Himmel, es ist aber bestes Reisewetter, kein Regen und nicht gerade heiß.

Von München wird es heute weitergehen über Kufstein ins Land Tirol. Als wir diese Reise planten, haben wir noch nicht gewußt, wie gespalten auch Österreich sein wird. Die Armen, kaum hatten sie diesen polarisierten Wahlkampf überstanden, müssen sie nun schon wieder an die Wahlurnen. Da wird mir nochmal bewußt, dass wir in Berlin auch bald Wahlen haben werden, Mitte September. Bei uns war es in den letzten Wochen aufregend, weil die Verwaltung mit der Wahlsoftware Schwierigkeiten hatte und außerdem noch durch das Chaos in den Bürgerämtern nicht gewährleistet schien, dass alle Wahlberechtigten auch auf der WählerInnen-Liste stehen würden. Solche Querelen können bei einem knappen Wahlausgang natürlich wieder auf den Tisch kommen, ich hoffe, dass das Ergebnis über jeden Zweifel erhaben sein wird.

Der Wahlausgang für Berlin wird momentan sehr eigentümlich prognostiziert: 4 Parteien haben jeweils etwa 20 Prozent zu erwarten. Nur die FDP kann das noch etwas durcheinanderbringen, wenn sie es denn über die 5%-Hürde schafft.

Ach ja, abwarten und Tee trinken, dies wird ferienbedingt ein kurzer, heftiger Wahlkampf werden.

In dieser kleinen Berliner Welt haben wir, verglichen mit der Welt, noch eher Luxusprobleme, wenn frau den verflixten Flughafen, der Geld über Geld verschluckt, mal ausklammern. Auch das muss eine Stadt sich erst mal leisten können …

Im großen Maßstab ist die Welt so heftig aus den Fugen, dass ich jeden Morgen so eine Art Mantra brauche, um wieder einen neuen Tag auf die Hörner zu nehmen. Und die richtige Mischung finden zwischen Wahrnehmung und Abschottung. So viele grausame Nachrichten, Schlag auf Schlag! „Keep calm and carry on!“, alte britische Durchhalteformel, ruhigbleiben und weitermachen. Herrlich pragmatisch, doch in welche Richtung weitermachen? Wie verhindern, dass die Angst die Oberhand gewinnt und damit irrationale Entscheidungen wahrscheinlicher werden? Wie verhindern, dass die Extremisten auf allen Seiten uns Menschen auseinanderbringen?

Meine Hoffungen auf Europa werden von der aktuellen Verfasstheit der EU auch nicht erfüllt, doch ist es besser, als alles, was dieser Kontinent in der Vergangenheit auf die Beine hat stellen können. Es rächt sich bitter, dass die sozialen Belange der Menschen immer hinter die finanz- und handelspolitischen Ziele gestellt wurden. Da gibt es aber keine Wohlstandseffekte, die zu den Bedürftigen „runtertropfen“, da sind strukturell alle Weichen auf „Geiz ist geil“ gestellt. Viele gibt es nun, die sich betrogen und abgehängt fühlen. Und es schockiert mich, wie die „Schuld“ immer wieder bei den „Fremden“ gesucht wird, die einfach weg müssen, damit es einem wieder besser geht. Doch wenn sie diesen Zustand erreichen, werden sie feststellen, dass sie wieder der Letzte sind, den die Hunde beißen. („sie“ muss einfach in Kursiv, denn wir kommen manchmal aus ganz verschiedenen Motiven zu einer anscheinend gleichen Antwort, siehe Brexit.)

Selten gab es soviel angstauslösende Ereignisse, sei es auf der Promenade in Nizza, sei es bei einer Hochzeitsfeier in Afghanistan. Der Versuch, sich mit Statistik zu beweisen, dass noch immer viel mehr Menschen im Straßenverkehr sterben, als bei einem terroristischen Anschlag, ergibt nur geringen Trost.

Was ist zu tun, damit Angst unser Handeln und das unserer EntscheidungsträgerInnen nicht dominiert? „Nur die allerdümmsten Kälber, wählen ihre Schlächter selber.“ Das ist ein alter Spruch, das Problem, dass damit beschrieben wird, hatte also auch schon die vorvorige Generation.

Im Anhang ist ein Text, der mir ein bißchen geholfen hat, beim Sortieren meiner Gedanken. Angst bekämpfen durch die Herstellung von Sicherheit und durch die Kultivierung von Mut.

Was heißt das für mich selber? Wo muss ich mutig sein, wo muss ich Sicherheit einfordern? Was verstehen wir Menschen unter Sicherheit? Russels Antwort hat mir gefallen: „nur Gerechtigkeit kann Sicherheit geben; und mit ‚Gerechtigkeit’ meine ich die Anerkennung gleicher Ansprüche aller Menschen“. Natürlich reicht Anerkennung alleine nicht, wir müssen Gerechtigkeit ja auch herstellen. Das bombt keiner herbei, das wird zäh verhandelt, sehr zäh, wie wir in den Klimaverhandlungen lernen konnten. Und in großer Transparenz. Vielleicht steckt in Verträgen wie TTIP oder CETA was Schlaues und Nützliches, doch wenn sie so geheim geführt werden „müssen“ und jede Kritik so brüsk abgebügelt wird, was soll mensch sich da Gutes von erwarten?

Meine Sorge geht dahin, dass die Welt sich einen Weltbürgerkrieg liefern wird. Jeder wird hoffen, dabei die neue Schweiz zu sein. „Krieg ist zuerst die Hoffnung, daß es einem besser gehen wird, hierauf die Erwartung, daß es dem anderen schlechter gehen wird, dann die Genugtuung, daß es dem anderen auch nicht besser geht, und hernach die Überraschung, daß es beiden schlechter geht.“ Wer hat das geschrieben, war es Karl Kraus, vor etwa 100 Jahren? „When will they ever learn?“

Liebe Ewa, ich wünsche dir, dass dieser Sommer dir auch die Möglichkeit zu einer sorgenfreien Auszeit geben wird, damit die Kraft, die wir für die Alltäglichkeiten des Lebens brauchen, wieder aufgefrischt werden kann. Hoffentlich hat dich mein Traktat nicht ermüdet, es zeigt wohl vor allem meine Verwirrung. Und wenn du es nützlich findest, darfst du es gerne im Blog verarbeiten.

Herzliche Grüße

Christine

Und hier der oben angesagte Text: 20160715_taz_wir sind der brexit

Opublikowano Christine Ziegler | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Reblog: Polen ist nicht verloren!

Polenwircover

Uwaga Czytelnicy polskojęzyczni – poskrolujcie na dół, dla  was też coś jest!

Łukasz Szopa

Hätte mir jemand vor einem halben Jahr prophezeit, dass ich jede zwei-drei Wochen auf Berliner Straßen die polnische Hymne singen würde, hätte ich mir auf die Stirn getippt und die Idee ausgelacht. Erst recht, dass ich die berühmten wie mehrdeutigen Zeilen „Jeszcze Polska nie zginęła / kiedy my żyjemy!l“ („Noch ist Polen nicht verloren / solange wir leben!“) ins Mikrophon oder Megaphon anstimmen würde! Noch im Oktober führte ich mit meiner deutschen Freundin einen Disput über den Sinn und (aus meiner Sicht) Unsinn von Demonstrationen. lch – auf einer Demonstration?? Mit polnischen Fahnen, mit selbst gebastelten Transparenten? Unmöglich, höchstens eine Erinnerung an „die guten alten Zeiten“, als man/frau als junger Mensch sich zu einer politischen Demo hinreißen ließ. Das letzte Mal demonstrieren war ich vielleicht 1991, als ich noch in Wien lebte, gegen den Golfkrieg, und tags darauf gegen die lntervention sowjetischer Panzer vor dem litauischen Parlament. Dann vielleicht mal vor der chinesischen Botschaft wegen verfolgter Uiguren oder Tibeter. Und die erwähnte Hymne sang ich zuletzt – da ich kein Besucher von Sportveranstaltungen bin – wohl mitten in den 80er Jahren auf einer offiziellen Schulveranstaltung im kommunistischen Polen. Und nun das.

So wie mir geht es den meisten Polen hier in Berlin, aber auch in Polen selbst, die auf einmal ihre gemütlichen Sofas verlassen, um im kalten, windigen Winter für ihr Land zu demonstrieren. Wir hätten uns alle nicht gedacht, dass es mal so kommt, dass wir dem Aufruf des KOD (Komitet Obrony Demokracji – Komitee zur Verteidigung der Demokratie) folgen würden, oder gar Aktivisten werden. Dass wir über 26 Jahre nach 1989 wieder oder zum ersten Mal für Freiheit, für Demokratie, für eine offene Bürgergesellschaft demonstrieren würden. Oder gar für die Verfassung – die, zugegebener maßen, zuvor kaum jemand von uns richtig kannte.

Der Anlass der ersten Proteste, hier in Berlin vor der polnischen Botschaft am 19.12.2015, war sogar noch abstrakter: Wir demonstrierten gegen die von der neuen Regierung geplanten (und inzwischen leider erfolgten) Gesetzesänderungen zur faktischen Ausschaltung des Verfassungsgerichts (Trybunał Konstytucyjny). Hier in Berlin waren wir vielleicht 200, in ganz Polen, in mehreren Großstädten – zig Tausende.

Warum eigentlich? Was trieb uns auf die Straßen? Der Haß auf die PiS-Partei, die nun nach dem Präsidenten-Amt nun auch beide Kammern des Parlaments (Sejm und Senat) übernahm, um mit absoluter Mehrheit zu regieren? Nein, wir akzeptieren das gewählte Parlament und die eingesetzte Regierung, wir verlangen auch nicht (noch nicht…) nach Neuwahlen. Was uns aber nicht nur Sorgen bereitet, sondern erzürnt, war und ist die Art und Weise, wie diese Regierung nur wenige Wochen nach der Machtübernahme vorgeht. Die PiS-Regierung unter Beata Szydlo legt im Eil-Tempo neue Gesetzesvorlagen vor, die ihre Macht festigen, aber auch langfristig das demokratische System untergraben.

Das Verfassungsgericht wird praktisch außer Gefecht gesetzt – indem einerseits der Präsident Andrzej Duda die Vereidigung neuer Richter ablehnt, vor allem aber, indem das Verfassungsgericht ab sofort gezwungen ist, mit größerem Quorum zu entscheiden und die Fälle nicht nach deren Priorität, sondern in deren chronologischer Reihenfolge zu behandeln. In der Praxis bedeutet es, dass das Gericht erst mal über zwei Jahre braucht, um die bisher unbehandelten Fälle abzuarbeiten. Ziel war es, das Verfassungsgericht als „störenden Faktor“ unschädlich zu machen.


Łuksz Szopa (kniend) mit den Vertretern von KOD_Polen in Berlin

Ähnlich schnell und undemokratisch ging die Regierung mit den öffentIich-rechtlichen Medien um – dem polnischen Fernsehsender TVP, dem Polskie Radio und dessen regionalen Ablegern, Ab sofort entscheidet nicht der staatliche Fernsehrat, sondern alleine der Minister für Staatseigentum über die Neubesetzung der Direktor- und Chefredakteurposten und somit über das Programm selbst. Es dauerte wenige Tage, bis dann fast alle diese Posten neu besetzt wurden – linientreu, zum Teil mit „Vertrauten“ aus PiS-freundlichen oder „Radio Maryja“-freundlichen Medien wie „TV Trwam“ oder „TV Republika“. Einige eifrige PiS-Parlamentarier wie Katarzyna Pawłowicz bestritten gar nicht, dass es ihr Ziel sei, die bis dato öffentlich-rechtlichen Medien zum Sprachrohr der Regierung zu machen – so sieht für sie „Demokratie“ aus. Es war somit nur logisch, dass die Anstalten durch dieses „kleine“ MedienGesetz (ich will mir nicht vorstellen, was ein „großes“ Mediengesetz bringen wird…) in „nationale Medien“ umbenannt wurden. Es gibt somit in Polen keine „öffentlichrechtlichen“ Medienanstalten mehr.

Weitere Gesetzesänderungen wurden ebenso schnell durchs Parlament gepeitscht und durch den braven, schnellen, ohne nachzudenken oder nachzufragen unterschreibenden Präsidenten Duda zur Realität: das neue Abhörgesetz sowie die Zusammenlegung der Funktion des Generalstaatsanwalts mit dem Justizminister. Hinter all diesen Vorhaben steht der „einfache Abgeordnete“ Jaroslaw Kaczynski, Vorsitzender der PiS-Partei, der seine Puppen Szydło und Duda tanzen lässt. Aber gerade sein Eifer, seine Hast, hat uns Bürger geweckt und aktiviert.

Ja, er hat uns geweckt- denn wir haben gedöst, wenn nicht geschlafen. Seit 1989 erlebten wir unzählige Regierungswechsel, von der ersten Regierung unter Tadeusz Mazowiecki, über liberale, nationalkatholische, konservative, sozialdemokratische, christ-soziale, konservativ-liberale Regierungen. Auch die PiS war für zwei Jahre, 2005-2007 dabei. Aber jedes Mal dachten wir, die Demokratie ist – einmal erkämpft und etabliert – ein festes System, in dem die Präsidenten, Abgeordneten und Regierungen fröhlich Wechseln, manchmal auch die Politik – doch deren Grundsätze, in unserer Verfassung verankert, fast wie physikalische Gesetze ewig und unveränderlich bleiben. Vielleicht haben wir uns daher nicht zu sehr um diese Demokratie gekümmert?

Jedenfalls ist es diesmal anders. Manche von uns meinen gar süffisant, wir werden Kaczynski und seiner Truppe noch… dankbar sein. Dass sie uns durch ihr undemokratisches Handeln nicht nur geweckt und zum Handeln motiviert hätten, sondern auch dazu, sich tiefer gehend und langfristiger mit dem Sinn und den Werten von Demokratie, Freiheit, Solidarität und Bürgergesellschaft zu befassen.

Und nun stehen wir regelmäßig da – mit unseren Transparenten, mit unserer Hymne – da, auf den polnischen und europäischen Straßen. Bürgerprotest auf den Straßen.

KOD ist zwar zum Teil dank Internet und Facebook entstanden, doch die wahre Stärke des Bürgerprotestes zeigt sich auf den Plätzen und Straßen, wo wir uns treffen. ln der Realität, in der wir – Polen und Bürger – uns ein bisschen auch die Augen reiben. Nicht nur, weil wir uns wundern, dass wir wieder auf der Straße sind und so viele – seit 1980 gab es in Polen keine vergleichbaren Kundgebungen. Nicht nur, weil wir entgegen der Propaganda der PiS und der Nationalisten, keine „reiche Elite“ sind – unter uns sind Schreiner, Lehrer, Musiker, Künstler, Arbeitslose, Putzfrauen, lnformatiker, Rentner, Studenten. Vor allem reiben wir uns die Augen, und fragen – froh, hier zu sein – Wo waren wir alle bisher? Warum sind wir nicht früher auf die Strassen gegangen?

diskuszopaUnter dem Titel „lst Polen noch zu retten?“ luden die Deutsch-Polnische Gesellschaft der Bundesrepublik Deutschland e. V und die Vereinigung der Verfolgten des Naziregimes – Bund der Antifaschistinnen und Antifaschisten ins Haus der Demokratie und Menschenrechte in Berlin. Diskutiert wurde über die aktuelle Entwicklung in Polen, die Frage ob Polen sich ähnlich wie Ungarn entwickelt, und wie in Polen damit umgegangen wird. Auf dem Podium (von links) Prof. Dr. Christoph Koch (DeutschPolnischen Gesellschaft der BRD), Łukasz Szopa (Komitet Obrony Demokracji KOD), Dr Przemysław Witkowski (Krytyka Polityczna Wrocław) und Moderator Thomas Willms (WN-BdA). Foto K. Forster

Warum kommen wir erst jetzt dazu, uns untereinander über unsere Gesellschaft, unser Land, über Demokratie und Gerechtigkeit und Freiheit zu unterhalten? Aber wir tun es, vielleicht etwas spät, genießen es, und sind sogar etwas stolz – aufeinander. Zumal wir bei jedem Treffen, bei jeder Demo in unseren Gesichtern nicht nur Sorge, sondern vor allem Wärme und Freundlichkeit sehen.

Das war es vielleicht, was Kaczynski & Co. unterschätzt haben. Den Stolz und den Idealismus seiner Landleute. Dass wir nicht wegen einer Steuererhöhung oder einer Reiseverordnung auf die Straße gehen, sondern wegen Bürgerrechten und Demokratie.

Das mag der Grund sein, dass PiS auf das positive Gesicht des KOD und seiner Anhänger mit Wut und Beleidigungen reagiert. Wir werden als „Polen schlechtester Sorte“, „Verräter“, „Gestapo“, „Judasse“, oder gar als „Schickeria in Pelzmänteln“ beschimpft. Es fehlt nicht mehr viel, und man wird uns nach der Krümmung unserer Nasen beurteilen.

Argumente sind es keine, somit kein Grund, die Proteste auszusetzen. Wir wiederholen es immer wieder: wir fordern keine Neuwahlen, wir sind selbst keine politische Partei, sondern eine Bürgerbewegung – die die Einhaltung der Verfassung fordert, nichts mehr und nichts weniger. Gewaltenteilung, Freiheit der Medien, kein Überwachungsstaat, weltanschauliche und konfessionelle Neutralität.

Es wird ein langer Weg sein, die Demokratie in Polen zu verteidigen, zu stärken, womöglich zu erhalten, länger als diese Legislaturperiode. Denn es ist im Grunde kein Kampf gegen die PiS oder Kaczynski – es ist ein Kampf für die Achtung und Einhaltung der Verfassung, für das Verstehen und das Leben der Demokratie, und für eine bewusste, offene, aktive Bürgergesellschaft, Polen ist nicht verloren, so lange wir diese Ziele haben und nicht aus den Augen verlieren.

Dodatek od Redakcji czyli pod-tekst poetycki:

Łuksz Szopa, (ur. w 1973 r. w Tychach) – poeta, prozaik, tłumacz, założyciel ukazującego się w Sarajewie pisma literackiego Album oraz ukazującego się w Mostarze pisma literackiego Kolaps. Jest redaktorem działu literatury chorwackiej w piśmie Pobocza. W latach 1997-1999 przebywał w Bośni-Hercegownie. Mieszka w Berlinie i Włosieniu. Wydał tomy wierszy: Roadmovie (2000), Film (2001, wspólnie z Mehmedem Begiciem) oraz zbiór opowiadań Kawa w samo poludnie. Opowiadania bośniackie (FORMA 2009).

 Kawa w samo południe to zbiór dziesięciu opowiadań, w których Łukasz Szopa opisuje życie w Bośni-Hercegowinie bezpośrednio po zakończeniu bratobójczej wojny, w latach 1992-1995. Autor, który był naocznym świadkiem tamtych wydarzeń, nie koncentruje się jednak na faktach, czy refleksjach polityczno-historycznych; w formie przypominającej zapisy z dziennika, przedstawia raczej atmosferę panującą w tamtym czasie, w którym mimo pokoju, nadal występowało realne zagrożenie rozpalenia tlących się nacjonalizmów. Okres ten Łukasz Szopa ukazuje jako czas zaskakującej swobody i luzu – czas, w którym odbywa się szalony taniec pod mieczem Damoklesa. Jego uczestnikami są bośniaccy i zagraniczni poeci, artyści, aktywiści pokojowi, pracownicy misji humanitarnych, globtroterzy oraz zwyczajni obywatele pokiereszowanego kraju. To właśnie ich doświadczenia i towarzyszące im emocje, są osnową poszczególnych opowiadań. Wskutek zastosowanej przez autora chronologii i ponownego przywoływania pewnych postaci oraz wątków, opowiadania te układają się w spójną opowieść o tworzeniu nowego życia, obserwowanego przez „snajperów”, ukrytych w ruinach odbudowywanej rzeczywistości.
X
KAWA
X
Kubek
trzy łyżki kawy Jacobs
dwie śmietanki Completa
dwie i pół cukru
zalać gorącą wodą
pomieszać
kawa mój
narkotyk
rkotyk
kotyk
tyk
tyk
tyk
nar
tyk
tyk
narkotyk
tyk.
Opublikowano Łukasz Szopa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz