Orient powszedni XIV et sine fine

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Ostatni. Wszak tydzień temu pisał Viator, że mistyczna podróż pograniczem krajów, religii, narodów i światów-zaświatów srodze Pielgrzymów utrudziła. Wyczerpała duchowo. Pora wracać.

Dziś Święto Konstytucji 3 Maja, czyli dzień wolny. A jednocześnie Święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Dlatego, mimo iż to czwartek, w sanktuarium Matki Bożej Studzienicznej od rana tłumy. A tłumy, jak to tłumy, poza potrzebami duchowymi, mają też pragnienia cielesne. Ot, banalna obserwacja dwoistości człowieczej natury. Pęknięcia, o którego istnieniu wiedział już Arystoteles; co poniektórzy byli go świadomi nawet wcześniej, ale nikt tego tak ładnie przed Stagirytą nie ujął. Dziś doskonale wyczuwają je handlowcy, którzy przy drodze prowadzącej do sanktuarium rozstawili swe kramy. A rozmodlony tłum kupuje. Viator nie zamierza popadać w ton protekcjonalny, z poczuciem wyższości spoglądając na gmin. W żadnym wypadku. Przecież i dwójka Wędrowców pofolgowała swej cielesności, korzystając z okazji i nabywając zapas regionalnych specjalności: sękacza, miodowego mrowiska oraz kwasu litewskiego na popitkę. Wszak droga przed nimi daleka: muszą pokonać całą Polskę, i to na skos!

Ruszają przeto i już wkrótce definitywnie opuszczają Suwalszczyznę, sunąc wśród mazurskich moren i jezior. Rozum kazałby podróżować bez przystanków, aby dotrzeć na Łużyce o jakiejś rozsądnej godzinie, ale to nie dla Viatorostwa; serca gorejące zmuszają ich co i rusz do postoju. Pierwszy raz niemal natychmiast po przekroczeniu granicy obu krain – do 1939 roku granicy państwowej. Bo jak się nie zatrzymać i nie obejrzeć spokojnie z bliska malowniczego modrzewiowego kościółka w Wieliczkach? Ponoć najstarszej drewnianej świątyni na Mazurach.

Ale postój przy kościele to drobiazg. Wędrowcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, iż muszą zboczyć z najkrótszej trasy. Że nadłożą sporo kilometrów, kierując się z Olecka nie na zachód, lecz na północ, że zahaczą niemalże o Gołdap. Muszą, jeśli mistyczna podróż ma być zwieńczona. A dopełni się ona wśród lasów, kilkaset metrów od granicy rosyjskiej, opodal wioski Rapa.

Nadłożyli, są. I oto zmierza Viator przecinką leśną, kilka lat temu wyrąbaną, ku grobowcowi rodu von Fahrenheit.

Piramida w środku Prus Wschodnich jest tak surrealistycznym obiektem, że musiała obrosnąć legendami, nie ma innej możliwości. No i obrosła. Trudno orzec, co jest prawdą, co zmyśleniem. A że Viator jest mocno obolały, bo już kiedyś na łamach tego blogu został dotkliwie poturbowany przez profesjonalnego historyka za przytoczenie pewnych niejasnych informacji, nie próbuje teraz rozstrzygać, co się w Rapie zdarzyło, a co jedynie zdarzyć się mogło. Zresztą, se non è vero è molto ben trovato.

W Wielkiej Sieci znajdzie Czytelnik wszystkie te informacje i, jeśli zechce, sam może ocenić ich wiarygodność. A było tak: w Rapie władał, ponoć najbogatszy wśród okolicznych arystokratów, baron Friedrich Heinrich von Fahrenheit, człek wykształcony i w świecie bywały, kolekcjoner dzieł sztuki, który podobno w nieodległym Królewcu słuchał wykładów Immanuela Kanta. Po licznych podróżach wróciwszy do domu, przywiózł ze sobą ideę wybudowania dla siebie i swych bliskich takiego miejsca wiecznego spoczynku, które przybliżyłoby ich do osiągnięcia nieśmiertelności, bo sprzyjałoby mumifikacji zwłok, co, według religii starożytnych Egipcjan, było nieodzowne dla trwania duszy w zaświatach. Ponoć wpadł na ten pomysł w Paryżu, gdzie po Bitwie pod Piramidami tematyka egipska była niezwykle modna, choć są tacy, co sugerują, iż baron sam Egipt odwiedził. Tak czy inaczej, niezwykły grobowiec powstał, zapewne pod koniec pierwszej dekady XIX wieku, ponoć według projektu wielkiego Bertela Thorwaldsena.

Pierwsza w piramidzie spoczęła, w roku 1811, trzyletnia córeczka barona – Ninette. Czy jej śmierć była bezpośrednim impulsem do budowy mauzoleum, czy też powstało ono nieco wcześniej, nie jest do końca jasne. Nie ma za to Viator żadnej wątpliwości, że duszyczka dzieweczki wciela się w stokrotkę, kwitnącą co roku tuż obok murów mogiły. Stokrotki to wyjątkowo odporne kwiaty, nic ich nie wypleni.

Po Ninette w mauzoleum pochowano jeszcze siedmiu członków rodziny, w tym samego barona Friedricha. Trudno rozstrzygnąć, czy rzeczywiście piramida skutecznie skupiła energię kosmiczną, czy też po prostu budynek ma wyjątkowy mikroklimat. Faktem jest jednak, że wszystkie zwłoki uległy, w różnym stopniu, procesowi mumifikacji. A że na Mazurach rzecz to rzadka, toteż o piramidzie i rodzie von Fahrenheit krążyły wśród okolicznej ludności niestworzone historie: jest w nich coś o klątwie rodzinnej, są wątki wampiryczne, wspomina się o urwanych zwłokom głowach… Szukajcie i czytajcie, jeśliście ciekawi.

Jedno jest jednak pewne: dzieło barona Friedrich Heinrich von Fahrenheit to pomnik ludzkich marzeń o pokonaniu śmierci. Świadectwo walki Izraela-Jakuba z Nieznajomym. Każdy z nas kiedyś stoczył taką walkę. Z różnym skutkiem. Do tej układanki bardzo by nawet pasował Samotnik z Królewca, którego wykładów baron ponoć słuchał:

Ale pozwólcie, że was, panowie, zapytam – po chwili niespokojnej zadumy przemówił zagraniczny gość – co w takim razie począć z dowodami na istnienie Boga, których, jak wiadomo, istnieje dokładnie pięć?

Niestety! – ze współczuciem odpowiedział Berlioz. – żaden z tych dowodów nie ma najmniejszej wartości i ludzkość dawno odłożyła je ad acta. Przyzna pan chyba, że w kategoriach rozumu nie można przeprowadzić żadnego dowodu na istnienie Boga.

Brawo! – zawołał cudzoziemiec. – Brawo! Pan dokładnie powtórzył pogląd nieokiełznanego staruszka Immanuela w tej materii. Ale zabawne, że stary najpierw doszczętnie rozprawił się z wszystkimi pięcioma dowodami, a następnie, jak gdyby szydząc z samego siebie, przeprowadził własny, szósty, dowód.

Dowód Kanta – z subtelnym uśmiechem sprzeciwił się wykształcony redaktor – jest również nieprzekonujący. (…)

Najlepiej byłoby posłać tego Kanta na trzy lata na Sołowki za te jego dowody! – nagle palnął nieoczekiwanie Iwan.

Ależ, Iwanie! – wyszeptał skonfundowany Berlioz.

Propozycja zesłania Kanta na Sołowki nie tylko jednak nie oszołomiła cudzoziemca, ale nawet wprawiła go w prawdziwy zachwyt.

Otóż to! – zawołał i jego lewe, zielone, zwrócone na Berlioza oko zabłysło. – Tam jest jego miejsce! Przecież mówiłem mu wtedy, przy śniadaniu: “Jak pan tam, profesorze, sobie chce, ale wymyślił pan coś, co się kupy nie trzyma. Może to i mądre, ale zbyt skomplikowane. Wyśmieją pana”.

Berlioz wybałuszył oczy. “Przy śniadaniu… do Kanta! Co on plecie?” – pomyślał.

Ale – mówił dalej cudzoziemiec do poety, nie speszony zdumieniem Berlioza – zesłanie go na Sołowki jest niemożliwe z tej przyczyny, że Kant już od stu z górą lat przebywa w miejscowościach znacznie bardziej odległych niż Sołowki i wydobycie go stamtąd jest zupełnie niemożliwe, zapewniam pana.

To jeden z ulubionych przez Viatora fragmentów pióra Bułhakowa. Ale najlepszy jest, rzecz jasna, ten o Behemocie i czystym spirytusie!

Jeszcze jedno jawi się jako oczywiste tu, przed piramidą. To, nieszczęsny baronie, ptaku malowany, że nie warto się wyróżniać, dać nieść marzeniom. Gdybyś rodzinne mauzoleum wybudował w mniej intrygującej formie, może nie zbezcześciłoby go zaintrygowane rosyjskie żołdactwo, które wkroczyło na Mazury w 1914 roku. Może dzieła zniszczenia nie dopełniłaby ciekawska swołocz, która przybyła tu po roku 1945 i regularnie dewastowała wnętrze grobowca. Za ostro wyraża się Viator? Mówi wszak o polskich osadnikach, rodakach. Tylko co wspólnego ma Wędrowiec z bydłem, które bez odrobiny szacunku pastwi się nad zwłokami, niszczy, rozrzuca je po okolicy? Mimo narodowości – nic. Swołocz to swołocz.

Dziś mauzoleum jest uporządkowane i zabezpieczone (choć solidny remont też by się przydał). Trumny ułożono, wnętrze zamknięto kratami. Nikt tam nie wejdzie. Ale obejrzeć przez okno można. Tak, jak ten pan.

I tutaj również nie chodzi o protekcjonalizm. Viator też nie powściągnął ciekawości, zajrzał. Ale fotografii nie zrobił: co to, to nie! Szacunek się małej Ninette należy. Pewnych granic nie można przekraczać, prawda? No i jak ma Pielgrzym myśleć o rodzicach, którzy z biało-czerwonymi chorągiewkami w dłoniach całują się, pozując swemu synowi do zdjęcia… na tle grobowca? Twarz chłopca ukrył Wędrowiec: raz, że RODO by go zjadło, a dwa, że przecież nie chodzi li i jedynie o tę konkretną rodzinę.

Wspomniane chorągiewki to oczywiście reminiscencja dzisiejszego święta (ach, Konstytucja! każda wzmianka kłuje w serce…). To dobrze, że ludzie obchodzą je lekko, beztrosko, swobodnie. Tak ma być. Trzeba tylko znać umiar. Zamiast robić sobie zdjęciową sesję plenerową, lepiej położyć w oknie mauzoleum znicz. Bo i tacy się znaleźli, którzy to uczynili.

Pamiętaj o tym Czytelniku, jeśli nie chcesz, by Twój duch pod postacią błędnego ognika błąkał się kiedyś po bagnach otaczających Rapę. Tak jak dusze tych, którzy profanowali piramidę.

I to by było właściwie wszystko. Ale podróż sama dopisała suplement. Na Warmii, przez którą też Wędrowcy przejeżdżali.

Jedni marzą o nieśmiertelności, inni na tych marzeniach robią świetny interes. Proza, szarość, oczywistość, ale jednak uwiera. Fajnie być biskupem i zbożne dzieło prowadzenia duszyczek ku niebu sprawować luksusowo w rezydencjach wybudowanych na wyzysku biedoty. Takich jak zamki w Reszlu i Lidzbarku Warmińskim.

Fajnie, ale nie całkiem. Przyjrzyjcie się dokładniej niebu nad dachem lidzbarskiej warowni. Dostrzegacie? Nie? Tutaj widać wyraźnie.

Dusza biskupa pod postacią ptaszyska krąży nad zamkiem. I będzie krążyć do końca świata. Nigdy nie uleci do nieba. Przywołajmy raz jeszcze w tej podróży Świętą Księgę: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. A pałac barona Fahrenheita, wypełniony wysmakowaną kolekcją sztuki, pogrążył się dawno w niebycie.

Podróż po Oriencie Powszednim dobiegła kresu… Bzdura! Ona się nigdy nie skończy. Granicę nosisz w sobie, Viatorze. Pęknięcie jest w tobie.

Viatorka

Mistyczna kwietniowo-majowa podróż Viatorostwa po Oriencie Powszednim zakończyła się około północy, jeszcze w dniu Święta Konstytucji (nawiasem powiedziawszy, dziś miłośnicy Konstytucji nie mają raczej powodów do świętowania). Po szesnastu godzinach jazdy z Suwalszczyzny przez Mazury, Warmię, Kaszuby, Kujawy, Pałuki i Wielkopolskę, w końcu przybyli Wędrowcy na Łużyce, stęsknieni odebrali swoją stęsknioną pupilkę – suczkę Kropkę – i powrócili do domu. Środek nocy środkiem nocy, ale psina zaraz po przekroczeniu drzwi mieszkania musiała głośno wyrazić, co sądzi na temat zostawiania jej na całe 9 dni i porządnie Wędrowców obszczekała. Nie żeby jej się działa jakaś krzywda pod opieką mamy Viatora. Wręcz przeciwnie: była tam bezwstydnie rozpieszczana. Po prostu uznała widocznie, że tego się nie robi psu…

Żałowali Wędrowcy, że to już koniec, ale wiedzieli, że czas najwyższy wracać. Czekała cierpiąca Przyjaciółka, czekało wiele spraw. Zresztą, zbyt długa podróż w końcu znudziłaby się, a tak pozostały niedosyt i nostalgia. I pomysł na cykl wpisów.

Dziś jednak z pewną ulgą skonstatowała Viatorka, że to już XIV i ostatni odcinek Orientu powszedniego. Dlaczego z ulgą? Bo z upływem czasu coraz trudniej było wracać do tej podróży, odtwarzać szczegóły i wrażenia. Z tygodnia na tydzień wydawała się ona coraz bardziej nierealna i odległa. Niewiarygodne: minęło ledwie trzy i pół miesiąca, a Viatorka czuje się, jakby to wszystko działo się wiele lat temu, w innym życiu. Chyba nigdy jeszcze tak mocno nie odczuła, że trzy miesiące, to jednak spory kawał życia. Że sporo może się zmienić: w naszym spojrzeniu na świat i ludzi.

Cóż dodać? Wspomnienie Wielkiej Podróży po Podlasiu zawsze przywołuje Viatorce zmarłą Przyjaciółkę, o której tragicznych losach Czytelnicy czytali w odcinku Przerwa w podróży. Na zakończenie cyklu wypada zatem również o Niej wspomnieć. Niestety, spełnia się przewidywany przez Viatorkę czarny scenariusz przyszłości jej dorosłego dziecka. Ten niepełnosprawny intelektualnie człowiek postępuje coraz bardziej irracjonalnie, pogrążając się w coraz większych kłopotach i, co gorsza, odrzuca wszelkie próby pomocy, a nawet występuje przeciwko życzliwym sobie osobom, których coraz mniej wokół niego. Viatorostwu, „zgodnie” ze znaną zasadą, że dobro powraca, obrywa się najbardziej. Natomiast ci, którzy przez półtora roku stali spokojnie z boku i nie tylko, że w niczym nie pomogli, ale bez słowa sprzeciwu obserwowali, jak urzędowe osoby ze „specjalistycznych” instytucji powołanych do pomocy, rozjeżdżają walcem tę rodzinę, dziś mają zadziwiająco dużo do powiedzenia. Mają nawet czelność oceniać zmarłą, sponiewieraną kobietę, która już nie może się bronić. Bo ich zdaniem coś tam powinna zrobić, a gdzieś tam popełniła błąd. Czy to elementarny brak empatii, czy mechanizm obronny, żeby nie poczuć się jak kawał ostatniego drania?

Z kolei urzędowe osoby pozostają z dobrym samopoczuciem i zapewne niedługo ogłoszą, że od początku miały rację. W psychologii opisuje się zjawisko nazywane samospełniającym się proroctwem, polegające na tym, że określone oczekiwania w stosunku do pewnych zachowań wpływają na te zachowania w sposób, który powoduje spełnienie tych oczekiwań. Tu, wypisz-wymaluj, mamy taką właśnie sytuację. Lata temu pewne panie postanowiły „zrobić” z przyjaciółki nieodpowiedzialną pieniaczkę, a z jej syna nieobliczalnego agresora zagrażającego otoczeniu. I tak „profesjonalnie” podziałały, że dziś faktycznie zaczynają osiągać swoje zamierzenie. Viatorka widzi to jak na dłoni, inni ludzie niestety niekoniecznie.

Myśli sobie czasem Viatorka z przekąsem, że ma gotowy materiał na książkę, którą mogłaby zatytułować Anatomia przestępstwa, albo Anatomia obłędu, w zależności od tego, jak ta historia się zakończy.

Skomentuje zaraz Viator, że znowu ulało się Viatorce. Ale cóż innego pozostaje człowiekowi z nadmiarem empatii i poczuciem bezsilności? Tylko wykrzyczeć frustracje, odsunąć się od miałkich ludzi i ze wszystkich sił starać się zająć w końcu swoim życiem. Inaczej zwariuje. Powszedni, ale nie Orient.

Reklamy
Opublikowano Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki | Otagowano , | 3 Komentarze

Zaklinanie deszczu 4

Ewa Maria Slaska

Tlaloc i inni bogowie…

Ojciec Gwa-Gwa, o którym pisałam wczoraj, miał w opowieściach mojej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, interesujących towarzyszy. Pamiętam jeszcze co najmniej dwie jej historie o zaklinaniu deszczu, ale chyba nie stosowała ich w praktyce.

Szaman czyli z Afryki do Europy i z powrotem

Pewne afrykańskie plemię postanowiło się unowocześnić i w tym celu wysłało najmądrzejszego człowieka w całej wsi czyli szamana w podróż po świecie. Miał pojechać, obejrzeć, jak się żyje ludziom za horyzontem, wrócić i opowiedzieć, co widział i co się w życiu plemiennym nie przyda, a co można by zastosować, żeby plemię rosło w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Mędrzec poszedł i nie było go latami. Wrócił ubrany w dres i adidasy, przywiózł zapalniczkę, szklaną butelkę i skórzaną kulę w płóciennym worku. Wszyscy zebrali się wokół ogniska, najpierw pojedli i popili, potem potańczyli i pośpiewali, a potem przyszła pora na opowieści. Mędrzec opowiadał o domach z kamienia (do niczego nie przydatne), o lustrach i kosmetykach (do niczego nie przydatne), o pieniądzach, bankach i towarach luksusowych jak adidasy i dresy (do niczego nie przydatne, już podczas śpiewania podróżnik zdjął jedno i drugie), o autach, tramwajach, pociągach (do niczego nie przydatne).
No jak to, zapytali ciekawscy, nie widziałeś nic, co mogłoby się nam przydać?
No nie, tak źle nie było. Tym się krzesze ogień – pokazał zapalniczkę, w tym można przechowywać wodę – pokazał butelkę. A to – pokazał worek – służy do sprowadzania deszczu.
Wyznacza się duży podługowaty plac. Na końcach stawia się dwa domki z siatki. Naokoło stoi mnóstwo ludzi, głównie mężczyzn. Musieli kupić bilety i drogo zapłacić, żeby móc tam być. Wszyscy strasznie krzyczą. Wtedy na boisko wbiega 22 ludzi w szortach i adidasach, dwóch z nich staje w domkach, a reszta biega i kopie na przemian siebie i to coś – to się nazywa piłka (wyjął piłkę z worka i pokazał wszystkim)… I wtedy zawsze pada deszcz…


Tlaloc sprowadza deszcz

Druga historia zdarzyła się w Polsce za czasów Komuny. W Warszawie zorganizowano wystawę sztuki meksykańskiej. Wszyscy z całej Polski jeździli do Warszawy, żeby oglądać Coatlicue, Huitchilpotli, Quetzalcoatla i Tlaloka. Tlaloc to aztecki bóg deszczu. Majowie nazywali go Chac albo Chaac. Obecnie, choć nie jest to nazwa prawidłowa, mówi się o nim Chac Mol. Pierwszą jego figurę znaleziono w roku 1908 w Chichen Itza na Jukatanie. Bóstwo leży na plecach, a na brzchu ma miskę, do której, gdy trzeba było sprowadzić deszcz, wrzucano serca wyrwane dzieciom na ołtarzach umieszczonych na szczytach piramid. W Polsce nikt nie wyrywał serc dzieciom, a zwiedzający wystawę wrzucali Tlalocowi do miski po prostu złotówki.

Deszcz padał przez całe lato.

Tyle Mama.

Wiedziałam jak wygląda Tlaloc – Chac Mol. W końcu studiowałam etnografię i archeologię. Jeśli go nie znacie, to wybierzcie się do muzeum Arkadego Fiedlera w rodzinnej willi pisarza w Puszczykowie. Na podwórku stoi rzeźba Chac Mola i czeka na dary, serca lub złotówki.

***
Historia bardzo mi się podoba. Ale być może jest zmyśleniem (pisałam już o tym, że zmyślenie jest z reguły ładniejsze od prawdy). Bo…

Bo rzecz w tym, że zorganizowana w PRL w roku 1955 wystawa sztuki meksykańskiej, pokazywała malarstwo i grafikę, ale chyba nie pokazywała obiektów etnograficznych i archeologicznych. Bo nikt o nich nie wspomina. A o żadnej innej wystawie sztuki meksykańskiej z okresu Komuny w ogóle nie ma mowy. Oczywiście być może w internecie czegoś nie ma, coś zbagatelizowano, coś zostało pominięte, ale żeby aż tak… żeby nikt nic nigdy nie napisał o tym, że w Warszawie pokazywano Coatlicue, Huitzipotli(ego), Quetzalcoatla… No i Chac Mola Tlaloka, który sprowadził deszcz…

Zwłaszcza Coatlicue… Niemiecki pisarz, Eugen Ruge, napisał w książce In Zeiten des abnehmenden Lichts (W czasach, gdy ubywało światła), że ogromna rzeźba Coatlicue była tak odrażająca, iż gdy ją odkryto w roku 1790 (wykopano ją na głównym placu Mexico City), to najpierw ją po prostu ponownie ukryto, a świat mógł ją po raz pierwszy obejrzeć dopiero po wojnie…

Byłam pewna, że gdzieś się zachowały informację i o tej wystawie, i o tych rzeźbach, i o tym, że Tlaloc Chac Mol sprowadził deszcz… Nic nie znalazłam. Ale często jest tak, że jednak ktoś coś wie, że ktoś z Was się do mnie odezwie. Mam nadzieję, że tak będzie i tym razem.

A ZATEM PYTANIE:
KTO BYŁ W WARSZAWIE  NA WYSTAWIE SZTUKI MEKSYKAŃSKIEJ I WIDZIAŁ TLALOCA? KTO WIE, ŻE ZESŁAŁ DESZCZ?

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano | 3 Komentarze

Zaklinanie deszczu 3

Ewa Maria Slaska

Trwa straszne lato i od dwóch dni próbuję i ja na swój sposób sprawić, by upały ustąpiły i przyszły deszcze. Deszcz miały wywołać pobożne supliki, modlitwy do Boga Mocnego a Nieśmiertelnego, poezja, afrykańskie obrzędy i ofiary. Dziś przypomnę fragment powieści Roberta Gravesa, który się usamodzielnił i stał się opowieścią mojej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, o tym jak się sprowadza deszcz i w ogóle… Zwłaszcza w ogóle.

Ojciec Gwa-Gwa
historia opowiedziana przez Klaudiusza w książce Klaudiusz i Messalina, opowiadana (z lubością) przez Mamę

42 r. n.e.

Objąłem po raz drugi konsulat w marcu, to znaczy na Nowy Rok, zrzekłem się jednak urzędu po dwóch miesiącach na rzecz senatora, któremu z kolei ten zaszczyt przypadł. Miałem zbyt dużo zajęcia, aby zawracać sobie głowę szablonowym urzędowaniem, którym był obarczony konsul. W tym samym roku urodziła mi się córka Oktawia, wybuchło powstanie Winicjana i Skryboniana i przyłączyłem do cesarstwa nową prowincję, Maroko. Opowiem najpierw pokrótce o tym, co zaszło w Maroku. Otóż Marokańczycy znów urządzili powstanie pod wodzą Salaba, który już w poprzedniej wojnie wykazał wielkie zdolności strategiczne. Komendant sił rzymskich, Paulin, daremnie przeszedł cały kraj aż po Atlas. Nieprzyjaciel unikał bitwy w otwartym polu, lecz atakując z zasadzki lub po nocach, zadał naszym wojskom ciężkie straty. Wkrótce okres dowództwa się skończył i Paulin musiał wracać do Rzymu. Miejsce jego zajął niejaki Hosidiusz Geta, któremu zapowiedziałem przed wyjazdem: niech za żadną cenę nie dopuści, by Salab stał się drugim Takfarinasem. (Takfarinas był to Numidyjczyk, dzięki któremu trzej wodzowie rzymscy otrzymali wieniec wawrzynowy; pozwalał bowiem zawsze rozbić swe wojska w pozornie decydującej bitwie, ale zaledwie Rzymianie odeszli, wypływał nagle na czele na nowo zebranej armii; dopiero czwarty wódz położył kres temu bałaganowi; wziął Takfarinasa do niewoli i kazał go stracić.)

– Nie zadowalaj się częściowymi sukcesami – upominałem Getę. – Wyszukaj główne siły Salaba, zgnieć je, a jego samego zabij albo weź do niewoli. Nie ustawaj w pościgu, choćby zbiegł w głąb lądu do kraju, którego mieszkańcom, jak opowiadają, wyrastają głowy z pachwiny. Rozpoznasz go tam z łatwością, gdyż będzie miał głowę na innym miejscu. Nie chcę ci narzucać swoich poglądów na prowadzenie tej kampanii – dodałem – ale posłuchaj dobrej rady. Nie podporządkowuj się ślepo sztywnym zasadom i regulaminom, jak za czasów Augusta generał Eliusz Gallus, który wyruszył na podbój Arabii, jakby chodziło o drugą Italię lub Niemcy. Zamiast zaopatrzyć ludzi w miechy na wodę i dodatkowe porcje zboża, obładował ich przepisowym rynsztunkiem saperskim i ciężką zbroją, a nawet zabrał ze sobą cały park maszyn oblężniczych. Kiedy ludzie dostawszy kolki zaczęli przegotowywać kiepską studzienną wodę, aby uczynić ją zdrowszą do picia, Eliusz krzyczał z oburzeniem: “Co to?! Przegotowana woda?! Porządny żołnierz rzymski nie gotuje wody! A to co znowu? Suchy gnój do rozpalenia ogniska? Niesłychane! Żołnierz rzymski zbiera chrust na ognisko albo się obchodzi bez ognia.” W ten sposób stracił większą część swej armii. Środkowe Maroko to teren niebezpieczny. Dostosuj taktykę i ekwipunek ludzi do właściwości kraju.

Geta wziął moje rady dosłownie do serca. Pędził Salaba z jednego krańca Maroka na drugi, dwukrotnie rozbijając jego siły, i niewiele brakowało, a byłby go za drugim razem wziął do niewoli. Salab uciekł w góry Atlasu, przeszedł na drugą stronę, gdzie rozciągała się nie zbadana pustynia, i rozkazawszy swym ludziom, żeby bronili przełęczy, udał się po posiłki do sprzymierzonych koczowniczych plemion. Geta pozostawił oddział swych wojsk przy przełęczy i z co śmielszymi ludźmi przedarł się drugą, trudniejszą, leżącą o kilka mil dalej, i trzymając się wiernie moich wskazówek ruszył w trop za Salabem. Wziął z sobą tyle wody, ile muły i ludzie mogli udźwignąć, a ekwipunek zmniejszył do minimum. Liczył, że po drodze znajdzie przynajmniej trochę wody. Ale uszedł dwieście mil śladem Salaba wijącym się po pustynnym piachu i nie napotkał nic prócz samotnego krzaka cierni. Wody zaczęło braknąć i ludziom ubywało sił. Geta skrywał obawę, ale zrozumiał, że nawet gdyby zrezygnował z ujęcia Salaba i natychmiast rozpoczął odwrót, nie wystarczy mu wody. Atlas był odległy o setki mil i tylko cud boży mógł zbawić wojsko rzymskie.

W czasie posuchy w Rzymie umiemy skłonić bogów do zesłania deszczu. W świątyni Marsa poza murami miasta przechowuje się czarny kamień, zdobyty swego czasu na Etruskach, a zwany Dżdżysty. W uroczystej procesji, śpiewając zaklęcia i składając ofiary, przynosimy kamień do miasta i obchodzimy z nim miejsca, skąd czerpiemy wodę. Zawsze potem spada deszcz, chyba że nastąpi jakaś pomyłka w rytuale, co często się zdarza. Geta jednak nie posiadając Dżdżystego Kamienia był zupełnie zdany na łaskę losu. Koczownicy, przyzwyczajeni obchodzić się bez wody po kilka dni i ponadto doskonale znający okolicę, zaczęli otaczać siły rzymskie. Ofiarą ich padali maruderzy, którym od gorąca pomieszały się zmysły.

Obrabowanych i zabitych lub ciężko pokaleczonych zostawiano na piasku pustyni.

Geta miał ordynansa Murzyna, który pochodził z tych właśnie okolic, a później sprzedano go do Maroka. Chłopak nie pamiętał już wprawdzie, gdzie znajduje się najbliższa woda, gdyż porwano go jeszcze dzieckiem, poradził jednak Gecie, aby pomodlił się do Ojca Gwa-Gwa. Na pytanie, kim jest ten Ojciec Gwa-Gwa, wyjaśnił, że to bóg pustyni, który w czasie suszy zsyła deszcz.

Cesarz kazał mi dostosowywać taktykę do okolicy – przypomniał sobie Geta. – Powiedz mi, jak trzeba się zwracać do tego Ojca Gwa-Gwa, a pójdę za twoją radą. – Ordynans wyjaśnił, że trzeba zakopać w piasku aż po szyjkę dzbanek napełniony piwem i wypowiedzieć przy tym słowa: “Ojcze Gwa-Gwa, ofiarujemy ci piwo.” Następnie żołnierze muszą wszystkie naczynia do picia napełnić wodą, zostawiając jej w miechach tyle, żeby zamaczać palce i strząsnąć po kilka kropel na ziemię. Wszyscy potem piją, tańczą, śpiewają pieśni na cześć Ojca Gwa-Gwa i kropią wodą piasek, aż wypiją wszystko do ostatniej kropli. Sam Geta przez ten czas musi śpiewać: “Jak kropimy ziemię tą wodą, tak niech nas skropi deszcz. Wypiliśmy ostatnią kroplę, Ojcze. Nic nam nie pozostało. Dlaczegoś tak nam uczynił? Pij piwo, Ojcze Gwa-Gwa, a siknij w zamian deszczem, bo pomrą dzieci twoje.” Trzeba pamiętać, że piwo jest bardzo skutecznym środkiem moczopędnym. Na deszcz plemiona pustynne mają podobny pogląd jak pierwotni Grecy, którzy, kiedy padało, mówili, że to Zeus opróżnia pęcherz. (Nawet to samo słowo z różnym tylko rodzajnikiem oznacza u Greków niebo i nocnik.) Nomadzi uważają, że ofiarowując ich bogu piwo zachęca się go do oddania moczu w postaci deszczu. Pryskanie wodą podobnie jak przy naszych ofiarach oczyszczalnych ma mu przypominać, jak deszcz pada, na wypadek gdyby o tym zapomniał.

Zrozpaczony Geta zebrał swoją chwiejącą się na nogach armię i zapytał, czy który nie ma przypadkiem piwa. Na szczęście oddział posiłkowy Niemców, którzy przekładają piwo nad wodę, miał jeszcze w bukłaku parę zaoszczędzonych kwaterek. Geta rozkazał przynieść bukłak, rozdzielił resztę wody na równe porcje, a piwo zostawił dla Ojca Gwa-Gwa. Wojsko tańczyło, piło wodę, kropiło nią naokoło, a tymczasem Geta odmawiał formułę inwokacyjną. Na Ojcu Gwa-Gwa (którego imię oznacza po prostu wodę) hołd złożony przez tak wielką liczbę obcych przybyszów wywarł widocznie jak najlepsze wrażenie; niebo zasnuły nagle ciemne chmury i lunęło jak z cebra. Trzy dni trwała ulewa zamieniając każde zagłębienie w studzienkę pełną wody. Armia była uratowana. Nomadzi, biorąc rzęsisty deszcz za niewątpliwy dowód łaski Ojca Gwa-Gwa w stosunku do Rzymian, wyleźli z kryjówek i pokornie prosili o zawarcie z nimi przymierza. Geta jednak zażądał najpierw wydania Salaba. Wnet przyprowadzono wodza w pętach do obozu. Między Getą a nomadami nastąpiła wymiana darów i zawarto pokój. Następnie Geta wyruszył z powrotem w stronę gór. Tu zaskoczył ludzi Salaba, pozostawionych na straży przełęczy, i część wybiwszy, część wziąwszy do niewoli, zniósł cały oddział. Reszta sił marokańskich widząc, że wódz ich w pętach wraca do Tangeru, poddała się bez walki. Tak to niecała kwarta piwa ocaliła życie z górą dwu tysiącom Rzymian i przysporzyła Rzymowi nową prowincję. Ojcu Gwa-Gwa kazałem na pustyni za górami, gdzie panował, wystawić ołtarz, a Maroko, podzielone na dwie prowincje – zachodnią ze stolicą w Tangerze i wschodnią ze stolicą w Cezarei – miało mu składać roczną daninę ze stu kozich skór i najlepszego piwa. Getę wynagrodziłem triumfalnymi odznakami.

Piękna opowieść, którą znam od zawsze, bo Mama stosowała ją do guseł… monetarnych. Gdy byłam dzieckiem i młodą panną, żyłam w rodzinie, która nigdy nie miała pieniędzy (potem zresztą też). Rodzice wyznawali chwalebną zasadę, że nie należy zabiegać o kasę, bo to psuje charakter, a człowiek opętany masą towarową (tak to określali) przestaje interesować się sprawami duszy, umysłu i ducha, co jest naganne. Byliśmy więc chlubnie wolni od drobnomieszczańskiego skrzętnego zabiegania o dostatek, a to oznaczało, że naprawdę nie było pieniędzy i chyba zawsze trzeba było pod koniec miesiąca pożyczać od kogoś sto złotych do pierwszego. Pamiętajmy, że było to w czasach tzw. Komuny i nic takiego jak debet bankowy nie istniało. Nie było zatem pieniędzy – było to tak oczywiste, że w ogóle mi nie przeszkadzało. Myślałam, że tak jest zawsze i wszędzie. Czasem jednak bywało gorzej niż zwykle, a ratunkiem w tej sytuacji mógł być jedynie jakiś niespodziewany nabywca grafik Mamy, bo na pensję Taty nie było co liczyć – ta i tak nie starczała nigdy do pierwszego. Gdy więc zdarzała się posucha finansowa gorsza niż zwykle, Mama prosiła o pomoc ojca Gwa-Gwa. Ponieważ chodziło o pieniądze a nie deszcz, wypijanie i wylewanie ostatnich napitków zastępowała wydawaniem ostatnich pieniędzy. Szła jak pijak (to jej określenie) do księgarni i kupowała książki. I wtedy ojciec Gwa-Gwa sikał deszczem pieniędzy i naprawdę przysyłał jakiegoś nabywcę grafiki…

Stare Trnowo, grafika Mamy u mnie w kuchni (TU opisałam, jak do mnie dotarła)

Ciąg dalszy opowieści o tym, jak zaklinać deszcz – jutro

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zaklinanie deszczu 2

Wczorajszy wpis wywołał burzę z piorunami. Zobaczymy, jak mi pójdzie dzisiaj…


Ach, jakaż to wspaniała książka. Jedna z lepszych jakie w życiu czytałam. Zawsze się martwię, że jak mi każą wybierać dziesięć książek do zabrania na bezludną wyspę, to o niej zapomnę. Z tymi dziesięcioma książkami to zresztą dziwna sprawa. Kiedyś myślałam, że zabiorę Prousta, w końcu siedem tomów, i z głowy. Ale teraz wiem, że nie można się przygotowywać na całe życie tylko z Proustem. Na pewno trzeba mieć ze sobą pierwszy tom, ale więcej nie trzeba. A więc Proust, Saul Bellow, Saroyan – Cóż za pomysł, tato!, Gerald Durrell – Moja rodzina i inne zwierzęta, Markus Zusak – Złodziejka książek, Robert van Gulik – jedna z książek o sędzim Di, na przykład Sędzia Di i chiński gwóźdź, Margaret Atwood – Pani Wyrocznia, Pascal Mercier – Nocny pociąg do Lizbony, Harper Lee – Zabić drozda, Romain Rolland – Cola Breugnon. I jedenasta – nadprogramowa – Nicole Kraus, The history of love.

Teraz sobie uświadamiam, że już raz robiłam na blogu podobną listę, ale niezbyt ją pamiętam. Nie wiem co się tu powtórzy, ale na pewno była Harper Lee. Sprawdzam i okazuje się, że było to 2,5 roku temu, w lutym 2016 roku…: Moje książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.
Czyli trzy te same książki, Harper Lee, Romain Rolland i Proust. Dużo to czy mało? Czy trzy książki na dziesięć znaczą, że jestem wierną czytelniczką, czy przeciwnie – niewierną… Dodam też, że żadna z tych książek, które się pojawiły na dzisiejszej liście, nie jest odkryciem nowym – wszystkie czytałam i wtedy, gdy zestawiałam poprzedni spis… O Hendersonie… wtedy zapomniałam.

Zawsze wierzyłam w to, co mi ktoś powiedział, że Bellow dostał za Hendersona… doktorat honoris causa z etnografii, ale usilne poszukiwania udowodniły mi, że chyba to nieprawda. Bo owszem, dostał hc, nawet kilkakrotnie, ale z literatury. Szkoda. Jak zawsze okazuje się, że zmyślenie jest lepsze od faktów…

W każdym razie – ja bym mu dała doktorat z etnografii za tę książkę, nawet jeśli wszystko w niej jest zmyśleniem, jak w każdej pikardyjskiej opowieści o zwariowanym wędrowcu, czy był to król Jan czy łazik z Tormesu.

To piosenka Rain King, do której inspiracją była powieść Bellowa… Gdy to piszę pada deszcz… Niech pada, niech pada… Bo jak nie pada, to nie tylko jest susza, ale w wodzie, gdzie poi się krowy zalęgną się żaby… (Nie wiecie o co mi chodzi – to znaczy, że koniecznie musicie przeczytać tę książkę. To historia człowieka, który jest złośnikiem i w złości porzuca, dom, rodzinę i rzeźnię śwień, która przyniosła mu ulewę pieniędzy, i wyjeżdża do Afryki, gdzie kompromituje się w sprawie żab i tak dalej).

Ze​wnętrz​ne scho​dy – sze​ro​kie, wy​god​ne – skrę​ca​ły na dru​gą stro​nę bu​dyn​ku. Ro​sną​ce tuż obok drze​wo chwia​ło się i trzeszczało, po​nie​waż ja​cyś lu​dzie wy​ko​ny​wa​li wśród konarów oso​bli​we za​da​nie, mia​no​wi​cie z po​mo​cą sznu​rów i prymitywnych drew​nia​nych blo​ków win​do​wa​li na ga​łę​zie duże gła​zy. Wrzesz​cze​li do za​ło​gi na​ziem​nej, któ​ra podpiera​ła gła​zy od dołu, a ich twa​rze jaśnia​ły bla​skiem wy​tę​żo​nej pra​cy. He​re​ko wyjaśnił mi, a ja nie bar​dzo go zro​zu​mia​łem, że te ka​mie​nie mają ja​kiś zwią​zek z chmurami i desz​czem, któ​ry Wa​ri​ri spodziewa​ją się spro​wa​dzić na zie​mię pod​czas niedale​kiej już cere​mo​nii. Wszy​scy tu wydawa​li się bar​dzo pew​ni, że uda im się dzi​siaj zro​bić deszcz. Sę​dzia śled​czy po​wie​dział wczo​raj​szej nocy: – Wak-ta – i po​ka​zał pal​ca​mi ule​wę. Ale na nie​bie nie ​by​ło nic. Zu​peł​na pust​ka, je​że​li nie li​czyć słoń​ca. Jak do​tąd były tyl​ko te okrą​głe ka​mie​nie na ga​łę​ziach, któ​re naj​wy​raź​niej mia​ły przed​sta​wiać deszczowe chmu​ry.

Henderson idzie spotkać się z królem. Rozmawiają trochę, a potem ruszają na dziedziniec, bo czas rozpocząć ceremonię.

Na dzie​dziń​cu do pro​ce​sji przy​łą​czył się He​re​ko ze swo​imi paraso​la​mi, a tak​że ama​zon​ki, żony, dzie​ci nio​są​ce dłu​gie pęki ku​ku​ry​dzy, wo​jow​ni​cy trzy​ma​ją​cy w ra​mio​nach boż​ków i fetysze, do​pie​ro co po​cią​gnię​te ochrą i wap​nem i ta​kiej brzydoty, na jaką stać ludz​ką pomy​sło​wość. Nie​któ​re, zda​wa​ło się, mia​ły same zęby, inne same noz​drza, kil​ka zaś obdarzo​no przy​ro​dze​niem więk​szym od ich ciał. Na dzie​dziń​cu zro​bi​ło się na​gle bar​dzo tłocz​no. Słońce pie​kło i pra​ży​ło. (…)  Te wrza​ski, to pod​nie​ce​nie! Te ryki, te głę​bo​kie pomru​ki bęb​nów, jak gdy​by zwie​rzę​ta prze​mó​wi​ły znów za po​śred​nic​twem skór, któ​re kiedyś ob​le​ka​ły ich ciel​ska! Był to po​tęż​ny wy​buch wrza​wy, przypo​mi​na​ją​cy Co​ney Island czy Atlan​tic City, czy Ti​mes Square w noc syl​we​stro​wą. W mo​men​cie kie​dy król opusz​czał dzie​dzi​niec, po​twor​na ka​ko​fo​nia zdy​stan​so​wa​ła wszyst​kie zna​ne mi do​tąd hała​sy.
Na​tę​ża​jąc glos do wrza​sku spy​ta​łem kró​la:
– Gdzie…?
Schy​li​łem się ni​sko w ocze​ki​wa​niu od​po​wie​dzi.
– … mamy spe​cjal​ne miej​sce… are​na – od​parł.
Nie usły​sza​łem wię​cej. Szał był szałem wiel​ko​miej​skim. Ko​tło​wa​ła się taka ciż​ba mężczyzn, ko​biet i fe​ty​szów, tak ogłu​sza​ją​ce było war​cze​nie jak​by bi​tych psów, świst jakby ostrzo​nych sier​pów, głos ro​gów tak dziu​ra​wił i roz​dzie​rał po​wie​trze, że nie da​ło​by się tego za​re​je​stro​wać na nor​mal​nej ska​li. Ba​rie​ra dźwię​ku mo​gła lada mo​ment pęk​nąć. (…)
Tłum
li​czył co naj​mniej ty​siąc osób, w więk​szo​ści na​gich, czę​sto o cia​łach po​kry​tych jaskra​wą farbą, a wszy​scy uży​wa​li prze​róż​nych ha​ła​śli​wych in​stru​men​tów i wrzesz​cze​li. Po​wie​trze było cięż​kie, dusz​ne, więc swę​dzi​ła mnie skó​ra na ca​łym cie​le. Był to groź​ny, prze​siąk​nię​ty ku​rzem upał i chwi​la​mi mia​łem uczu​cie, że ktoś okrę​cił mi twarz kawałkiem szorst​kiej wełny. Tłum uno​sił mnie, wciąż u boku kró​la. Pro​ce​sja wy​szła na sta​dion – nad​uży​wam tego po​ję​cia – czy​li dużą prze​strzeń oko​lo​ną drze​wa​mi. W środ​ku stał po​czwór​ny rząd ławek wy​ku​tych w bia​łym wa​pie​niu. Król miał spe​cjal​ną lożę, gdzie rów​nież mnie po​sa​dzono, pod bal​da​chi​mem ozdo​bio​nym po​wie​wa​ją​cy​mi wstąż​ka​mi, w oto​cze​niu żon, urzędni​ków i ro​dzi​ny kró​lew​skiej. Ama​zon​ki w ka​mi​ze​lach przypominających gor​se​ty, wszyst​kie o ro​słych, gład​kich cia​łach i de​li​kat​nych, wygolonych, ogrom​nych gło​wach, okrągłych jak me​lo​ny, owal​nych jak kan​ta​lu​py, podługo​wa​tych jak dy​nie, sta​nę​ły do​oko​ła nas na stra​ży. (…)
Nie​sio​ny wy​so​ko przez czte​ry ama​zon​ki, każ​da przy jed​nej jego no​dze, za​je​chał sto​lik brydżo​wy. Sta​ła na nim misa z dwie​ma czasz​ka​mi ludz​ki​mi, któ​re wi​dzia​łem nie​daw​no w aparta​men​tach kró​lew​skich. Ale te​raz mia​ły prze​wią​za​ne przez oczo​do​ły dłu​gie i bardzo błysz​czą​ce ciem​no​nie​bie​skie wstąż​ki. Po​sta​wio​no czasz​ki przed kró​lem, któ​ry rzucił im jedno spoj​rze​nie i wię​cej na nie nie pa​trzył. (…) na​gle kil​ka od​dzia​łów amazonek usta​wi​ło się w sze​re​gi i wy​mie​rzy​ło z musz​kie​tów w nie​bo. Te ro​słe ko​bie​ty za​czę​ły od​da​wać sal​wa po sal​wie, naj​pierw na cześć kró​la, po​tem jego zmar​łe​go ojca Gmila, po​tem na cześć kil​ku in​nych osób. Wresz​cie, wy​ja​śnił mi król, była sal​wa honorowa dla mnie.

Wywoływanie deszczu to niełatwa sprawa. Tu nie starczą już kamienie na gałęziach drzew, czaszki przeplecione błyszczącymi wstążkami i salwy z muszkietów. Na oczach króla, jego świty i Hendersona, tnie się nożem ciało starego mężczyzny…

Ale cię​cia nie były głę​bo​kie, tyl​ko uko​śne i po​wierz​chow​ne, i mimo szyb​ko​ści, z jaką pokryty ma​lun​ka​mi ka​płan wy​ma​chi​wał no​żem, były wy​ko​ny​wa​ne pla​no​wo i zręcz​nie. W świe​że rany wcie​ra​no ochrę, co mu​sia​ło piec jak wszy​scy dia​bli, ale ten człowiek da​lej szcze​rzył zęby, a król po​wie​dział:
– Ta pro​ce​du​ra jest, moż​na rzec, pra​wie na pół zwy​czaj​na, panie Hen​der​son. Zmartwienie nie jest po​trzeb​ne. On w ten sposób awan​su​je jako ka​płan, co go bar​dzo cieszy. Je​śli idzie o krew, pa​nu​je mnie​ma​nie, że po​bu​dza ona nie​bo do desz​czu czy też urucha​mia pom​py firma​men​tu. (…) Roz​le​gła się ze wszystkich luf ogłu​sza​ją​ca sal​wa i wraz z nią głę​bo​kie dudnie​nie ba​so​wych bęb​nów. Król wstał. Osza​la​łe wrza​ski ra​do​ści! Fontanny po​chwał! Twa​rze pa​ła​ją​ce dzi​ką dumą, wy​krzy​wio​ne róż​no​ra​kim natchnieniem. Od czar​ne​go tła ciał szcze​pu Wa​ri​ri ode​rwa​ła się czy też z nie​go buch​nę​ła fala czer​wie​ni, wszy​scy stanę​li na białym ka​mie​niu try​bun i po​wie​wa​li czer​wo​ny​mi przed​mio​ta​mi. Szkar​łat był ko​lo​rem dni świą​tecz​nych szcze​pu Wa​ri​ri. Ama​zon​ki zasaluto​wa​ły pur​pu​ro​wy​mi sztan​da​ra​mi, barwą kró​lew​ską. Unie​sio​no w górę purpurowy pa​ra​sol kró​la, roz​ko​ły​sa​ła się opię​ta je​dwa​biem ko​pu​ła.
Kró​la nie było już obok mnie. Wy​szedł z loży, żeby za​jąć po​zy​cję na are​nie. Po dru​giej stro​nie krę​gu, któ​ry był nie więk​szy od pola bram​ko​we​go bo​iska, uka​za​ła się wy​so​ka kobie​ta. Była naga do pasa i całą gło​wę mia​ła w weł​ni​stych kę​dzior​kach. Kiedy po​de​szła bli​żej, zobaczy​łem, że jej twarz po​kry​wa pięk​ny deseń blizn (…).
Dziew​czy​na mia​ła na so​bie szkar​łat​ne spodnie, har​mo​ni​zu​ją​ce ze spodnia​mi kró​la, i była jego part​ner​ką w grze, któ​rą te​raz rozpo​czę​li. Do​pie​ro w tym mo​men​cie za​uwa​ży​łem, że na środ​ku are​ny stoi kil​ka osło​nię​tych płach​ta​mi po​są​gów. Do​my​śli​łem się – i słusz​nie – że są to bo​go​wie. Do​ko​ła nich i nad nimi król i złoco​na dziew​czy​na roz​po​czę​li grę posługu​jąc się czasz​ka​mi. Okrę​ca​li je na dłu​gich wstąż​kach, każ​de z nich prze​bie​ga​ło kilka kro​ków i wy​rzuca​ło czasz​kę wy​so​ko w po​wie​trze, po​nad drew​nia​ne fi​gu​ry przykryte płach​tą. Czasz​ki wy​la​ty​wa​ły hen w górę, po czym król i dziew​czy​na je chwytali. Ro​bi​li to bar​dzo zręcz​nie. Po pierw​szych kil​ku rzu​tach, za​pa​no​wa​ła ci​sza. Po chwi​li za​czął do​cie​rać do mnie świst okręcanych w po​wie​trzu cza​szek. Dziewczy​na rzuciła swo​ją. Sze​ro​kie nie​bie​skie i szkarłatne wstążki spra​wi​ły, że wy​glą​da​ła jak kwiat w po​wie​trzu. W pół dro​gi mi​nę​ła się z czasz​ką rzu​co​ną przez kró​la. Obie spa​dły w dół, a za nimi ogo​ny po​wie​wa​ją​cych nie​bie​skich wstą​żek, jak gdy​by były parą mor​skich polipów. Wkrót​ce zro​zu​mia​łem, że nie jest to zwy​kła gra, ra​czej za​wo​dy, i na​tu​ral​nie posta​wi​łem na kró​la. Skąd mo​głem wie​dzieć, czy karą za upusz​cze​nie czaszki nie jest śmierć? (…) Ostat​nie dwa rzu​ty i gra do​bie​gła koń​ca. Każ​de z nich wsu​nę​ło czasz​kę pod pa​chę, jak ma​ski szermie​rza; i obo​je skło​ni​li się wi​dzom. Wy​bu​chła po​tęż​na wrzawa i zno​wu eks​plo​do​wa​ły w gó​rze szkar​łat​ne fla​gi i płach​ty.

Deszcz wciąż jeszcze nie pada. Ceremonia trwa. Król wyjaśnia Hendersonowi, że czaszki-piłki to głowy jego przodków i że nadejdzie czas, wtedy, gdy nie będzie już mógł spełniać małżeńskich obowiązków wobec kilkudziesięciu żon i zostanie zabity, że gra o deszcz będzie się toczyła z użyciem jego czaszki…

Skła​da​no te​raz zwie​rzę​ta w ofie​rze, a ro​bio​no to dość bezceremonial​nie. Ka​płan, z którego pió​ra stru​sie ster​cza​ły na wszyst​kie stro​ny, ob​jął ra​mie​niem szy​ję kro​wy, chwycił ją za pysk, szarpnął łeb do góry i prze​je​chał no​żem po gar​dzie​li, jak gdy​by zapalał za​pał​kę o siedze​nie spodni. Pa​dła na zie​mię i sko​na​ła. Nikt nie zwró​cił na to uwagi. (…)
Po​tem przy​szła ko​lej na tań​ce ob​rzę​do​we i wy​stę​py, jak żyw​cem wzię​te z wo​de​wi​lu. Stara ko​bie​ta mo​co​wa​ła się z kar​łem, ka​rzeł wpadł we wście​kłość i usi​ło​wał zro​bić jej krzyw​dę, a wte​dy ona prze​rwa​ła za​ba​wę i za​czę​ła mu wy​my​ślać. Jed​na z ama​zo​nek wkro​czy​ła na arenę, pod​nio​sła kar​ła z zie​mi, wsa​dzi​ła go so​bie pod pa​chę i ode​szła kołysząc się w biodrach. Try​bu​ny po​kwi​to​wa​ły to okrzy​ka​mi i kla​ska​niem. Na​stęp​na scen​ka też mia​ła nie​po​waż​ny cha​rak​ter. Dwaj fa​ce​ci cię​li so​bie ba​ta​mi po no​gach, podska​ku​jąc jak przy skakance. Ta​kie nie​bez​piecz​ne wy​głu​py by​naj​mniej mnie nie uspo​ka​ja​ły.

Deszczu wciąż nie ma. Henderson filozofuje na temat deszczu.

Wiesz, wa​sza wy​so​kość, moja żona Lily abo​nu​je „Scien​ti​fic Ameri​can”, więc je​stem obeznany z za​gad​nie​niem desz​czu. Techni​ka roz​py​la​nia w chmu​rach su​che​go lodu nie zdała egzaminu. We​dług nie​któ​rych ostat​nich teo​rii pra​przy​czy​ną desz​czu jest pył opadający w prze​strze​ni ko​smicz​nej. Kie​dy ten pył ude​rza w at​mos​fe​rę, coś się tam dzieje. We​dług in​nej teo​rii, któ​ra bar​dziej do mnie prze​ma​wia, sło​ny pył oce​anów, czy​li inny​mi słowy pia​na mor​ska, jest jed​nym z głów​nych skład​ni​ków desz​czu. Wil​goć osia​da i skra​pla się na tych krysz​tał​kach unoszących się w po​wie​trzu, bo prze​cież musi mieć na czym się skro​plić. Więc jak sam wi​dzisz, kró​lu, jest to praw​dzi​wa łamigłów​ka. Gdy​by nie było pia​ny mor​skiej, nie by​ło​by desz​czu, a jak​by nie było desz​czu, nie by​ło​by ży​cia.

Deszczu nadal nie ma. Król i Henderson zakładają się o to, czy spadnie jeszcze tego samego dnia.

Kil​ku męż​czyzn w czar​nych pió​ro​pu​szach, jak pta​ki – lu​dzie o dość nędz​nym wy​glą​dzie – zru​dzia​łe pió​ra zwi​sa​ły im na ramiona – za​czę​ło zdej​mo​wać płach​ty z po​są​gów bóstw. Zrywali je nie oka​zu​jąc naj​mniej​sze​go sza​cun​ku. Ich lekceważenie nie było przy​pad​ko​we, je​śli ro​zu​mie​cie, co mam na my​śli. Cho​dzi​ło o to, żeby wy​wo​łać śmiech, co też się sta​ło. Te pta​sie czy pie​rza​ste typy, roz​zu​chwa​lo​ne śmie​chem, za​cho​wy​wa​ły się jak cyr​ko​we błazny; na​stę​po​wa​ły po​są​gom na pal​ce u nóg, prze​wra​ca​ły nie​któ​re z tych mniej​szych, niby to zaleca​ły się do nich, wy​śmie​wa​ły je i tak da​lej. Ka​rzeł, po​sa​dzo​ny na ko​lanach jednej z bogiń, ścią​gnął pal​ca​mi w dół dol​ne po​wie​ki i wysu​nął ję​zyk, marsz​cząc się i robiąc miny obłą​kań​ca, czym do​pro​wa​dził tłum do pa​rok​sy​zmów śmie​chu. Ro​dzi​na bożków, wszy​scy krót​ko​no​dzy i o dłu​gich kor​pu​sach, trak​to​wa​ła te obe​lgi z wiel​ką pobłaż​li​wo​ścią. Więk​szość z nich mia​ła nieproporcjonalnie małe gło​wy osa​dzo​ne na długich szy​jach. W su​mie nie wyglą​da​li na groź​ną ban​dę. Mimo to była w nich godność, ta​jem​ni​czość; osta​tecz​nie byli bo​ga​mi i fe​ro​wa​li wyroki losu. Wła​da​li po​wie​trzem, górami, ogniem, ro​śli​na​mi, by​dłem, szczę​ściem, cho​ro​bą, chmu​ra​mi, na​ro​dze​niem, śmiercią. Niech to dia​bli, na​wet ten naj​grub​szy, prze​wa​lo​ny na brzuch, czymś tam władał. Po ja​kimś cza​sie za​czę​li prze​no​sić cały pan​te​on. Gre​mial​nie. Naj​pierw mniej​sze po​są​gi, z któ​ry​mi ob​cho​dzi​li się bar​dzo bru​tal​nie i nie​go​dzi​wie. Prze​wra​ca​li je, toczy​li na wszyst​kie stro​ny, wrzesz​cze​li na nie, jak​by to było z winy ich nie​zdar​no​ści.

Kie​dy to sta​do kru​ków za​bra​ło się do więk​szych fi​gur, ko​lej​no szar​pa​li je i cią​gnę​li, ale nie da​wa​li rady i mu​sie​li się zwró​cić o po​moc do tłu​mu. Je​den po dru​gim si​ła​cze zeskakiwa​li na are​nę, żeby dźwi​gnąć boż​ka i prze​nieść go z po​zy​cji pier​wot​nej na – powiedz​my – bliskie pole, cze​mu to​wa​rzy​szy​ły wrza​ski i wi​wa​ty na try​bu​nach. Z postawy i umię​śnie​nia tych czem​pio​nów, któ​rzy prze​no​si​li więk​sze po​są​gi, wy​cią​gną​łem wnio​sek, że po​pis siły jest tra​dy​cyj​ną czę​ścią ce​re​mo​nii.

Gdy pozostają dwa ostatnie, przeogromne posągi, Wielkiego Boga i Wielkiej Bogini pojawia się siłacz, który potrafi przesunąć o dwadzieścia stóp wielki posąg Hummata, ale, jak co roku, braknie mu sił, by przenieść jeszcze większą Mummah. Nie można jednak odwrócić kolejności przesuwania bogów – Hum​ma​ta trze​ba prze​su​nąć naj​pierw, bo ina​czej nie prze​pu​ści chmur nad gó​ra​mi.

Po​wie​dzia​łem gło​śno:
– Mu​szę spró​bo​wać.
– Co pro​szę? – rzekł Dah​fu.
– Wa​sza wy​so​kość – zwró​ci​łem się do nie​go – je​że​li nie zo​sta​nie to uzna​ne za mie​sza​nie się ob​co​kra​jow​ca w wa​sze spra​wy, myślę, że mógł​bym prze​nieść ten po​sąg… tę bo​gi​nię Mummah. Na​praw​dę chciał​bym się wam przy​słu​żyć, jako że po​sia​dam pew​ne zdol​no​ści, któ​re sta​now​czo po​win​ny być spo​żyt​ko​wa​ne. (…) Czy mógł​bym spró​bo​wać mo​ich sił z Mum​mah? Nie wiem, jak to wy​tłu​ma​czyć, ale po pro​stu czu​ję, że uda mi się ją ru​szyć.
– Je​stem zo​bli​go​wa​ny za​wia​do​mić pana, pa​nie Hen​der​son, że mogą być pew​ne konsekwencje. Na​praw​dę jest pan prze​ko​na​ny, że zdo​ła tego do​ko​nać? – spy​tał.
– Kró​lu, mogę tyl​ko po​wie​dzieć: puść mnie do niej. Chcę jed​ne​go: opa​sać ją ra​mio​na​mi. (…)
Bez se​kun​dy wa​ha​nia ob​ją​łem Mum​mah ra​mio​na​mi. Ani my​śla​łem usły​szeć „nie” w odpowie​dzi. Przy​war​łem do niej brzu​chem i zgią​łem tro​chę ko​la​na. Po​czu​łem za​pach starej ży​wej ko​bie​ty. Bo też była dla mnie żywą oso​bą, a nie bó​stwem. Spo​ty​ka​li​śmy się jako wyzywa​ją​cy i wy​zy​wa​ny do wal​ki, ale jed​no​cze​śnie jako przy​ja​cie​le. I z se​kret​ną przyjemnością, jaką od​czu​wa​my we śnie albo w je​den z owych cie​płych, do​bro​czyn​nych, lek​kich, le​ni​wych dni, kie​dy każ​de na​sze pra​gnie​nie jest za​spo​ka​ja​ne, przytkną​łem policzek do jej drew​nia​nych pier​si. Zgią​łem jesz​cze tro​chę ko​la​na i po​wie​dzia​łem: – Jazda do góry, ko​cha​nie. Nie pró​buj ro​bić się cięż​sza. Gdy​byś wa​ży​ła dwa razy tyle, też bym cię pod​niósł. Drew​nia​ny kloc ustą​pił pod moim na​po​rem i dobrotli​wa Mum​mah uległa mi z nieruchomym uśmie​chem. Po​dźwi​gną​łem ją z zie​mi i prze​nio​słem na odległość dwu​dzie​stu stóp, w jej nowe miej​sce po​mię​dzy in​ny​mi boż​ka​mi. Wa​ri​ri podskaki​wa​li na swo​ich bia​łych ka​mien​nych try​bu​nach, wrzeszcze​li, śpie​wa​li, sza​le​li, rzu​ca​li się so​bie w ob​ję​cia, wychwala​li mnie.

I wtedy przyszedł deszcz. Henderson został Sungo, królem deszczu. I na dziś tylko to się miało liczyć… A jutro…

Jutro ciąg dalszy zaklinania deszczu, ale Hendersonem każdy musi się już zająć sam.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zaklinanie deszczu 1

Ewa Maria Slaska

No cóż, właściwie to dziwne, że szamani, supliki i inne rodzaje zaklinania deszczu pojawiły się dopiero teraz, choć upały zaczęły nas dręczyć już w maju, a gorąco było nawet w kwietniu. Koleżanka powiedziała mi niedawno, że słyszała w radiu (niemieckim!) szamankę zaklinającą deszcz…

A jak się zaczęło, to spróbuję i ja trochę pozaklinać deszcz… Dziś 15 sierpnia, cud nad Wisłą, święto kościelne, ale i znacznie dawniejszy magiczny dzień, dobry do różnych guseł – pełnia lata.

W taki dzień i suplika skuteczniejsza…

Suplika to dawny grecki trisagon – trójlinijkowe wezwanie do Boga
Agios o theos, agios ischyros, agios athanatos, elejson imas

czyli

Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny!
Zmiłuj się nad nami.

I dalej:

Od zarazy, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas, Panie.

Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Zachowaj nas, Panie.

My grzeszni, Ciebie, Boga, prosimy:
Wysłuchaj nas, Panie.

Abyś nas do prawdziwej pokuty przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś ludowi swemu pogody (deszczu, pracy i chleba, pokoju, zdrowia) udzielić raczył, prosimy Cię, Panie.

Abyś lud swój od pijaństwa zachować raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś wszystkich chrześcijan do jedności w wierze świętej przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Jezu, przepuść. Jezu, wysłuchaj. O, Jezu, Jezu,
Zmiłuj się nad nami.

Matko, uproś. Matko, ubłagaj. O, Matko Boska,
Przyczyń się za nami.

Wszyscy Święci i Święte Boże,
módlcie się za nami


Za nic nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy, ale wiem, że sama uczestniczyłam kiedyś w modlitwie o deszcz, odmawianej na skraju wyschniętego na popiół pola… Robiło wrażenie. Wiem, jestem człowiekiem nowoczesnym, też bym wolała, żeby w Polsce były deszczownice niż supliki, ale nic nie poradzę – robiło wrażenie.

Humanistom starej daty ta suplika wydaje się dość skromna, a wszystko oczywiście przez słynny hymn Jana Kasprowicza, gdzie są i takie strofy jak ta:

Niechaj rozszarpią na strzępy,
na krwawe szmaty
łuny świtowe, powstałe nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,
a może przez Ciebie,

o Święty, Nieśmiertelny, Święty, Mocny Boże!
Dlaczego moje–li wargi
mają wyrzucać krwawą pieśń?!
Płacz ze mną!
Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,
choć żar południa pali się w przestworze?…
Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,
ku tym pochyłym krzyżom,
którym na czarne ramiona
kracząca siada wrona
i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?

Niech głuche żale nie głuchną!…
Idź ze mną!
(…)

O dzwonu łkające prośby!
O szumie więdnących drzew!
O Boże, Święty Boże! Święty a Nieśmiertelny!…

Jutro zaklinania ciąg dalszy, ale uwaga – ten wpis to najmocniejsze zaklinanie deszczu, jakie w ogóle istnieje. Przygotowywałam go 9 sierpnia i skończyłam go pisać o godzinie 22. I w Berlinie właśnie zaczęła się burza!

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano | 5 Komentarzy

Der einsame Wolf

und seine Kunst…

Er hat mir eine Mail geschickt:

Liebe Freund*innen der Street-Art,
ich lade euch herzlichst zur Finissage am So.,19.08.2018  um 18:00 Uhr ein

Es erwartet euch ein Vortrag mit vielen Fotos
„Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“
erlebt, fotografiert und vorgetragen von Lupo

Fotoausstellung von Lupo Finto noch bis 23.08.2018
„Vielfältige Street-Art-Welt Berlin”
RegenbogenCafé, Berlin-Kreuzberg
Lausitzer Str. 22
So-Fr 9:00 – 17:00 Uhr, Eintritt frei

Liebe Grüße
Lupo Finto


Lupo präsentiert in seinem Vortrag „Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“ unter anderem ungewöhnliche und einzigartige Street-Art der letzten 10 Jahre. Wer kennt z.B. die „Galerie Bürknerstraße”? Oder was ist „Street-Art-Fake”? Lasst euch überraschen, wie Street-Art-Künstler*innen das Stadtbild verändern bzw. kurzzeitig bereichert haben.

Ja. Alles, was Lupo in der Haupstadt findet, ist schön und interessant, meine Katze aber ist natürlich die Schönste :-). Ich habe mir dieses Bild von Lupo als Eigengeschenk schon vor ein paar Jahren zum Geburtstag gekauft…

 

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , | 1 komentarz

(Anty)Barataria 78

Lech Milewski

Trzy tygodnie temu, w pierwszym odcinku tej serii – KLIK – rozstaliśmy się z Irlandią w krytycznym momencie. Wnuczka Noego, Cesaire, która zamierzała tu zamieszkać, umarła ze zgryzoty. Jej mąż przeżył potop, ale jako łosoś.
Co dalej?

Kolejni ludzie dotarli do Irlandii po zakończeniu ery lodowcowej. Historia Irlandii rozpoczyna się jednak od Celtów, którzy przybyli tu z Galii – Francja i północna Hiszpania.
Na marginesie wspomnę, że za kolebkę Celtów uważa się tereny między obecnymi Czechami a Renem. Było to bardzo wojownicze plemię, które w III wieku p.n.e. wdarło się do Macedonii i Grecji (pokonali Greków pod Termopilami – to nie pomyłka) i ostatecznie osiedlili się w Azji Mniejszej, na terenach obecnej Turcji, gdzie nadano im nazwę Galatów (to u ich potomków przebywał w niewoli pan Zagłoba).

Koniczyna

Społeczeństwo celtyckie składało się z trzech warstw – rolników, wojowników i kapłanów.
Kapłani byli warstwą najwyższą, wyróżniano wśród nich trzy grupy – Bardów (poetów i śpiewaków), wieszczów (badaczy przyrody) i najwyższą grupę – druidów (uczonych posiadających wiedzę o gwiazdach, świecie, ziemi i bogach).
To druidowie uznali koniczynę za świętą roślinę, która odpędza złe duchy. Stała się ona godłem Irlandii.

Z nielicznych źródeł wynika, że kobiety miały prawa zbliżone do męskich. Tacyt wspomina, że celtyckie kobiety uczestniczyły w bitwach i zajmowały dowódcze stanowiska w armii.

Do tego momentu mogłem sobie marzyć, że właśnie tutaj znajdowała się Barataria, ale zbyt mało danych, aby to potwierdzić i zbyt wiele przeciwieństw losu, aby to trwało wystarczająco długo.

W XII wieku Irlandię najechali Normanowie i od tego czasu zaczęły się bliskie kontakty z Anglią. Krytycznym momentem była kolonizacja Irlandii przez Anglików, która rozpoczęła się w XVI wieku. Nazywało to się – Plantations of Ireland – a polegało na zabieraniu siłą ziemi Irlandczykom i przydzielaniu jej przybyszom z Anglii.

Jednym z takich przybyszów był Jonathan Swift, ojciec interesującego mnie Jonathana.
Jonathan Swift junior urodził się w listopadzie 1667 roku w Dublinie. Ojciec zmarł 7 miesięcy przed urodzinami jedynego syna. Przyczyną śmierci był syfilis, którym się zaraził od brudnej pościeli

Dygresja.
Syfilis od brudnej pościeli.

Diagilew

Zastanowiło mnie, że 150 lat później, w XIX-wiecznej Francji, choroba ta dotknęła wielu artystów – Gustave Flaubert, Charles Baudelaire, Guy de Maupassant, Eduoard Manet, Henri de Toulouse Lautrec, Paul Gaugin.
Jakaś zmowa w pralniach?
Przeczytana nie tak dawno obszerna biografia Siergieja Diagilewa skierowała mnie jednak na inny trop.
Gdy Siergiej ukończył 17 lat, jego ojciec – Paweł – miał do wykonania poważny ojcowski obowiązek – zapoznać młodzieńca z tajemnicami seksu.
Paweł Pawłowicz Diagilew ze zdumieniem stwierdził, że od czasu jego młodości nastąpiła istotna zmiana – w Rosji zniesiono feudalizm (1863 rok).
Co to ma do rzeczy?
Wiele, zamiast jak to kiedyś bywało, upatrzyć dla syna jakąś zdrową dziewoję i kazać jej ojcu lub mężowi, aby ją przysłał do dworu na specjalne usługi, ojciec musiał teraz zaprowadzić syna do burdelu.
Tak też zrobił ojciec Siergieja.
Rezultaty przeszły wszelkie oczekiwania. Po pierwsze Siergiej nabrał obrzydzenia do seksu z kobietami, po drugie zaraził się syfilisem.
Sprawdziłem daty – w Anglii feudalizm zlikwidowano w połowie XVII wieku, we Francji – w wyniku Rewolucji Francuskiej.
Jonathan Swift senior, Flaubert i inni dobrze wpisują się w ten scenariusz.

A Polska? Czy jakiś sławny Polak miał syfilis?
Zacznijmy od podstaw.
Zabór rosyjski. Rząd carski zlikwidował feudalizm w Królestwie Polskim w 1864 roku.
Zabór austriacki. Następca Marii Teresy, cesarz Józef II, był człowiekiem Oświecenia, reformatorem. Jedną z jego reform było zniesienie feudalizmu w cesarstwie austrackim. Było jednak kilka wyjątków – między nimi Galicja, gdzie opór był tak wielki, że sprawę odłożono na później.
Idąc tym tropem znalazłem – Stanisław Wyspiański.
Czy jego małżeństwo z chłopką i fascynacja weselem poety i chłopki nie były odbiciem tęsknoty za dawnymi czasami i obyczajami?

Koniec dygresji

Pierwsze trzy lata Jonathan spędził pod opieką mamki i w tym okresie nauczył się czytać Biblię. W międzyczasie jego matka wróciła do Anglii, a opiekę nad nim przejął wujek – Godwin Swift. Wysłał on bratanka do szkoły a następnie na uniwersytet w Dublinie.

Jeszcze przed ukończeniem studiów Jonathan przeniósł się do Anglii, gdzie matka załatwiła mu posadę sekretarza u Sir Williama Temple, emerytowanego dyplomaty. Jonathan zyskał zaufanie swojego pracodawcy, który wtajemniczył go w wiele spraw państwowej wagi, a następnie polecił go królowi Williamowi III (Wiliam Orański).

Swift tkwił w centrum spraw państwowej wagi. Zawiódł go jednak instynkt, w niewłaściwych momentach zmieniał orientację – Wigowie kontra Torysi – i w rezultacie usunął się w cień, do swojej rodzinnej Irlandii.

Dopiero tu i teraz zauważył, co stało się z tym krajem.

Jeśli jestem wolnym człowiekiem w Anglii czemuż staję się niewolnikiem po sześciu godzinach, które są potrzebne aby przepłynąć Kanał (Ulsterski, oddzielający Irlandię od Anglii)?

Ludność która w 1641 liczyła półtora miliona, została w ciągu 11 lat zredukowana do 850 tysięcy, w tym 150 tysięcy angielskich i szkockich osadników.

Wynikiem tych obserwacji był szereg paszkwilów i popularne do dzisiaj Podróże Guliwera.

Jonathan Swift nie ograniczył się jednak tylko do satyry. W 1729 roku opublikował praktyczne rozwiązanie.

Skromna Propozycja

Dla zapobieżenia dzieciom biednych w Irlandii, bycia obciążeniem dla rodziców i kraju, a także dla uczynienia ich korzystnymi dla społeczeństwa.

Przygnębiający to widok dla tych, którzy spacerując po naszym wspaniałym mieście (Dublin), lub podróżując po kraju, widzą ulice, drogi, drzwi domostw, zaludnione żebrakami płci żeńskiej, za którymi tłoczy się troje, czworo, sześcioro dzieci w łachmanach nagabujących każdego przechodnia o jałmużnę.

Te matki zamiast pracować na godziwe utrzymanie, zmuszone są spędzać cały czas krążąc w poszukiwaniu wyżywienia dla swoich bezradnych dzieci, które, gdy dorosną, albo z braku pracy przemienią się w złodziei, albo opuszczą rodzinny kraj walczyć za Samozwańca w Hiszpanii, lub sprzedadzą się w niewolę na Barbados.

Sądzę, że wszystkie zainteresowane strony zgodzą się, że ta niesamowita liczba dzieci w ramionach, na plecach lub na piętach ich matek, a często ich ojców, jest w obecnym, godnym pożałowania stanie królestwa (Irlandii), bardzo wielkim dodatkowym utrapieniem; i dlatego ktokolwiek mógłby znaleźć sprawiedliwy, tani i łatwy sposób na zrobienie z tych dzieci rozsądnych i pożytecznych członkowów wspólnego bogactwa, zasłużyłby na posąg jako zbawca narodu.

Moja intencja jest bardzo daleka od ograniczania się do świadczenia wyłącznie na rzecz dzieci zadufanych żebraków: sięga znacznie dalej i będzie w stanie objąć całkowitą liczbę niemowląt w pewnym wieku, które urodziły się rodzicom, którzy nie są w stanie ich utrzymać i muszą błagać o naszą łaskę na ulicach.

Jeśli chodzi o mnie, to od wielu lat skupiłem moje myśli na tym ważnym temacie i starannie rozpatrzyłem kilka planów naszych projektodawców, i w każdym przypadku stwierdziłem, że oparte są na bardzo błędnych obliczeniach.

To prawda, dziecko może przeżyć rok wspierane wyłącznie przez mleko matki, plus niewielkie dodatki pokarmowe nie przekraczające wartości dwóch szylingów, które matka jest w stanie zapewnić przez dorywczą pracę, wyprzedaż dobytku lub legalne żebranie.
Dlatego dokładnie po ukończeniu jednego roku proponuję zająć się nimi w taki sposób, że zamiast być obciążeniem dla swoich rodziców, lub parafii, lub być skazanymi na brak jedzenia i okrycia do końca życia, przyczynią się do wyżywienia, a częściowo również ubrania wielu tysięcy.

Dodatkową wielką zaletą w mojego projektu będzie zapobieżenie dobrowolnym aborcjom, tej okropnej praktyce, w której kobiety mordują swoje nieślubne dzieci.
Niestety! Zbyt często powodem poświęcenia życia tych biednych niewinnych niemowląt nie jest wstyd lecz bieda.

Liczba dusz w tym królestwie (Irlandii) jest zwykle liczona jako półtora miliona. Obliczam więc, że mamy około dwustu tysięcy par, w których kobiety są nadal płodne. Od tego odejmuję trzydzieści tysięc par, które są w stanie utrzymać własne dzieci (zgadam się, że w obecnej, trudnej sytuacji królestwa jest to liczba przesadzone). Pozostając jednak przy pierwotnym założeniu pozostaje nam sto siedemdziesiąt tysięcy hodowców.
Ponownie odejmuję od tego pięćdziesiąt tysięcy kobiet, które poroniły, lub których dzieci umierają przypadkowo lub w wyniku choroby.
Pozostało tylko sto dwadzieścia tysięcy dzieci ubogich rodziców rodzonych każdego roku.
Pytanie brzmi: Jak ta ilość ma być utrzymywana?

Wspomniałem już wyżej, że żadna z proponowanych metod nie daje odpowiedzi na to pytanie.
Nie możemy ich zatrudnić w rzemiośle ani na roli; nie budują domów, nie uprawiają ziemi.
Bardzo rzadko mogą zapewnić sobie środki do życia przez kradzież (do wieku sześciu lat).
Przyznaję, że uczą się podstaw od małego, jednak w tym czasie mogą być właściwie postrzegane tylko jako stażyści. Jak poinformował mnie pewien dżentelmen w hrabstwie Cavan, nigdy nie spotkał więcej niż jeden lub dwa przypadki biegłego opanowania sztuki kradzieży poniżej szóstego roku życia.
Z drugiej strony, jak zapewniali nas nasi kupcy, chłopak lub dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem, a nawet kiedy dochodzą do tego wieku, nikt nie da więcej niż trzy funty lub trzy funty i pół korony co ma się jak jeden do czterech w stosunku do środków, które muszą poświęcić rodzice lub królestwo na ich wyżywienie i odzianie.

Dlatego teraz pokornie zaproponuję swój własny pomysł, który, mam nadzieję, nie wzbudzi najmniejszych zastrzeżeń.
Bardzo dobrze zorientowany znajomy mi Amerykanin w Londynie zapewnił mnie, że młode, zdrowe i dobrze odżywione dziecko w wieku conajmniej roku, to najsmaczniejsze pożywne i zdrowe jedzenie, czy to duszone, pieczone lub gotowane; i nie wątpię, że będzie ono równie dobrze smakować w potrawce lub jako ragout.
(…)
Zakładam, że to jedzenie będzie dość drogie, a zatem bardzo stosowne dla właścicieli ziemskich, którzy, po pochłonięciu większości rodziców, wydają się być najbardziej uprawnieni do skonsumowania ich dzieci.
(…) W tym miejscu ośmielę się wspomnieć, że ilość katolickich dzieci w tym królestwie stanowi trzy czwarte ich populacji. A zatem moja propozycja przyniesie dodatkową korzyść – zmniejszenie ilości papistów.

Jak już wcześniej wyliczyłem, utrzymanie dziecka nędzarza, a do tych zaliczam wszystkich najemców, robotników i cztery piąte rolników, kosztuje około dwóch szylingów rocznie. Jestem przekonany, że żaden dżentelmen nie będzie sarkać na cenę 10 szylingów za ciałko smacznego, tłustego dziecka, z którego można wygospodarować 4 pożywne mięsne dania na posiłek dla rodziny lub przyjaciół.

— Tu następuje lista korzyści wynikająch z powyższej propozycji.
Są one tak oczywiste, że je pominę, za wyjątkiem ostatniego punktu,
który wnosi coś nowego —-

Po szóste, byłoby to wielką zachętą do małżeństwa, wzmocniłoby to troskę i czułość matek do ich dzieci, kiedy będą pewne, że ich biedne niemowlęta, będą źródłem zysku, nie wydatku.
W mężczyznach wzbudzi to troskę o żony w czasie ich ciąży, tak jak ma to obecnie miejsce w przypadku źrebnej klaczy lub cielnej krowy.
Z drugiej strony powstrzyma ich przed biciem żon (co obecnie jest zbyt częstą praktyką) ze strachu przed poronieniem.
(…)

Dr Jonathan Swift – rok 1729

 

Polak potrafi?

Z niewiadomych przyczyn powyższa propozycja nie została wprowadzona w życie, znalazłem jednak przypadek nieco innego podejścia do tego samego problemu.

Rok 1845, Irlandię nawiedziła Wielka Klęska Głodu (Great Irish Famine) – KLIK.

Klęska na tyle wielka, że Wielka Brytania zorganizowała Great Relief Association, która prowadziła akcję zbiórki pieniędzy a następnie rozdział zebranych środków wśród głodująch.
W 1846 roku do akcji włączył się Paweł Edmund Strzelecki, znany nam skądinąd jako badacz Australii. Wikipedia podaje, że jego sprawna działalność równoważyła marnotrawstwo środków przez utytułowanych filantropów. W maju 1847 roku został awansowany na dyrektora akcji – KLIK.
Nie wiem czy Strzelecki czytał wywód Jonathana Swifta, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden element – Swift wspomniał, że gromada głodnych i obdartych dzieci na karku uniemożliwia rodzicom jakąkolwiek działalność. Strzelecki też to zauważył i zapoczątkował akcję rozprowadzania pomocy dla dzieci przez szkoły. Dzięki temu dzieci otrzymywały przy okazji edukację. W szczytowym okresie ilość dzieci, które otrzymywały pomoc w szkołach przekroczyła 200,000 – KLIK.

Idąc polskim tropem przypomniałem sobie wpis, a nawet dwa, o Braciach Polskich – Arianach – KLIK + KLIK.

Dla mnie to czysta Barataria, że też musiałem odbyć tak długą podróż, aby to odkryć 🙂

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , | Dodaj komentarz

Orient powszedni XIII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viatorka

Przedostatni dzień Wielkiej Podróży był tak samo bogaty i napięty, jak wszystkie poprzednie. Chcieli jeszcze Wędrowcy choć na chwilę wpaść na Litwę, na własne oczy zobaczyć urodę i poczuć atmosferę tej krainy, o której nie tylko uczyli się na lekcjach historii i o której czytali poematy, ale przede wszystkim, o której słyszeli wiele melancholijnych opowieści od swoich sąsiadów, przesiedlonych stamtąd po wojnie na Ziemie Zachodnie. Viatorka odczuwa szczególną nostalgię, myśląc o tych niegdyś polskich ziemiach, również dlatego że jej przodkowie też pochodzą z Kresów, choć nie z Litwy, ale Podola. Urodził się tam jej Ojciec. Nigdy tam Viatorka jeszcze nie była, nie ma już też od dawna nikogo z bliskich, kto mógłby pokazać ojcowiznę i opowiedzieć, jak tam się żyło.

Nie było czasu odwiedzić Wilna, choć z Augustowa jest niedaleko, jakieś 200 kilometrów. Może następnym razem, przy okazji kolejnej podróży. Za to trzeba było zobaczyć chociaż Niemen, no i w końcu skosztować kartaczy. W tym celu pojechali Wędrowcy do Druskienik, słynnego, znanego od setek lat, uzdrowiska. Sam Józef Piłsudski wielokrotnie tu wypoczywał, mieszkając w skromnej, nieistniejącej już willi Na Pogance. Wcześniej bywali też chętnie w Druskienikach Józef Ignacy Kraszewski czy Stanisław Moniuszko. Nie zostało wiele śladów po polskich czasach, nawet dom Piłsudskiego wyburzono w latach 60 ubiegłego wieku. Pozostało jednak kilka starych, drewnianych willi. Niektóre z nich zaadaptowano do potrzeb nowoczesności. Straszą też opustoszałe molochy z czasów sowieckich – tych pokazywać jednak czytelnikom Viatorka nie zamierza.

Czasy radzieckie przetrwała cerkiew Ikony Matki Bożej „Wszystkich Strapionych Radość” z połowy XIX wieku. Ładnie ją nazwano.

Wyjątkowo efektownie uwiecznił Viator na fotografii pomnik łucznika. No, normalnie jakby dopiero co rozproszył obłoki przy pomocy swej strzały.

Dziś reklamują się Druskieniki jako jedyny w Europie kurort, oferujący czynną przez cały rok trasę narciarską, aquapark z licznymi zjeżdżalniami i ponad 20 łaźniami oraz park linowy, rozciągnięty na trzech hektarach, SPA, a także kolejkę linową.

Obawiał się Viator, jak się na tej Litwie dogadamy, bo niby mówi się, że nie lubią tam Polaków i jak słyszą nasz język, to robią problemy. Coraz częściej zresztą marudzi Viator, że ciężko zwiedzać zagranicę bez znajomości języka. Dziwne. Przecież posiada Viator (czego Viatorka zawsze mu zazdrościła) niewątpliwy talent językowy: świetnie porozumiewa się w języku francuskim, a poza tym doskonale potrafi dogadać się w językach, których nigdy się nie uczył. Viatorka niejednokrotnie była takich sytuacji świadkiem. No, ale takie to jego usposobienie.

Tymczasem spotykani przez Viatorostwo ludzie rozmawiali głównie po polsku, niektórzy zaś po rosyjsku. Trudno było tam usłyszeć język litewski. Pewnie taka jest specyfika miejscowości wypoczynkowej, Polaków zaś niewątpliwe przygnał tam długi weekend.

W końcu ujrzało Viatorostwo Niemen. Jest piękny.

Jeśli myśląc o Niemnie wyobrażają sobie czytelnicy widoki znane wszystkim chyba Polakom z filmu (i serialu) Nad Niemnem wg Elizy Orzeszkowej, to czynią niesłusznie. Okazuje się bowiem, że rolę tytułową w tym filmie zagrała inna rzeka – Bug. W okolicach Wasilewa Szlacheckiego i Gnojna. Samo Gnojno zagrało zaś wieś Bohatyrowicze.

Zmęczyło się Viatorostwo szukaniem restauracji serwującej kartacze, nie znaleźli takiej ani w Druskienikach, ani w kilku litewskich miasteczkach mijanych po drodze. Czyżby słabo szukali? Może trzeba było przejechać się kolejką gondolową i zobaczyć miasto z lotu ptaka?

Czem prędzej wrócili więc Wędrowcy do Polski, a tam, przy samej granicy, znaleźli nawet kilka restauracji serwujących dania regionalne. Dobrze przyrządzone, smaczne i, jak zwykle w tych okolicach, bardzo syte, okraszone na bogato. Lepiej późno niż wcale! Nabrawszy sił ruszyło Viatorostwo w dalsza drogę.

Viator

Sejny po raz drugi. Pierwszy przejazd przez to miasto nastąpił, gdy Viatorostwo zmierzało ku litewskiej granicy. Teraz przemierza jego ulice powtórnie, ale jeszcze nie pora, by się zatrzymać. Zakręt w prawo, kolejnych kilkanaście kilometrów i… Wędrowców otacza inny świat. Wszystkie tablice drogowe są dwujęzyczne, bo też i całą okolicę zamieszkuje, by tak rzec – w większości mniejszość – litewska, konkretnie.

Niemal 75% mieszkańców tej gminy to Litwini: świadomi swej narodowości i silnie do niej przywiązani, a przy tym świetnie zorganizowani, kultywujący język i obyczaje. Ich stolicą jest Puńsk, czyli Punskas: niegdyś miasto, obecnie duża wieś. Napisy wszędzie litewskie lub dwujęzyczne. Nic dziwnego, bo i tutaj Litwini zdecydowanie dominują liczebnie.

Lecz, szczerze mówiąc, wszyscy przechodnie, których minął Viator, mówili (broń boże nie podsłuchiwał Wędrowiec! po prostu – słyszał) po polsku. Tak się jakoś złożyło.

Szkoła, a właściwie zespół szkół, z litewskim i polskim językiem nauczania, dziś zamknięta. Ośrodek kulturalny. Napisy – dwujęzyczne. Ale chorągiew biało-czerwona, nie żółto-zielono-czerwona, co dziwić nie powinno, wszak dziś akurat 2 maja – Święto Flagi, a znajdujemy się w Polsce.

Przed budynkiem stoi szereg tablic z fotografiami i tekstami, wyłącznie litewskimi. Wystawa czasowa, której tematyka, co można wywnioskować właśnie z tych fotografii oraz mapek, obraca się wokół wydarzeń związanych ze stuleciem litewskiej niepodległości. Nasi sąsiedzi też bowiem obchodzą w tym roku taki jubileusz. Szkoda, że każdy świętuje go osobno. Szkoda, że przez większość wieku XIX i XX kilkusetletnie więzy łączące oba narody w jedną Rzeczpospolitą rozluźniły się, rozplątały, wygasły. Że braterstwo zastąpiła obojętność, a czasem wrogość. Że pogranicze zapłonęło, zamiast zakwitnąć. Nie czas i nie miejsce, by analizować, dlaczego tak się stało, kto temu winien (a wina leży niestety po obu stronach), czy mogło się to wszystko potoczyć inaczej. Po prostu – ogromnie, strasznie szkoda! I tyle.

Przed kościołem, w którym większość mszy jest odprawianych, rzecz jasna, po litewsku, stoi figura Matki Boskiej. Na niej wyryty litewski tekst modlitwy, a na postumencie napis w tymże języku. Pielgrzym go nie rozumie, ale zakłada, że oddaje on hołd Leśnym Braciom, skoro zawiera datę 1944-55. Zresztą, może chodzi o coś zupełnie innego?

Wracamy, tymi samymi drogami, mijając te same dwujęzyczne tablice, na południe. Sejny po raz trzeci! Tym razem skutecznie, wszak do trzech razy sztuka.

My, Polacy (bo Viator jest i czuje się Polakiem; żaden oenerowiec nie będzie mu wystawiał cenzurki polskości, nawet mimo tego, że dla Wędrowca miłość do ojczyzny zawiera w sobie, w sposób konieczny, sporą dozę krytycyzmu) lubimy czcić klęski, tym bardziej, że historia nam ich nie skąpiła. Większość narodowych powstań obracała się w katastrofę. No i się przyzwyczailiśmy. Jasne: Gloria Victis. Ale na tym nie można poprzestać, na litość boską! Były i zwycięstwa. Niedouczki głoszą, że jedyna udana insurekcja to Powstanie Wielkopolskie z 1918 roku. No a to Wielkopolskie z 1806? A II i III Śląskie? Trudno uznać je za klęski. A Sejneńskie? Właśnie. Tylko trzeba coś na ten temat wiedzieć. O Powstaniu Sejneńskim Viator dowiedział się, jak na swój wiek, zawstydzająco późno, ale już nadrobił braki. Dlatego, między innymi, chciał odwiedzić Sejny. Tutaj w sierpniu 1919 roku, gdy Ober-Ost wycofał się do Niemiec, Polacy z Litwinami starli się o miasto. Przechodziło ono kilkakrotnie z rąk do rąk, by ostatecznie pozostać w rękach polskich. Sukces był pełen. Inna sprawa, że przyczynił się do pogłębienia wrogości między obu narodami, wrogości, o której niedawno dumał Wędrowiec w Puńsku. Nie Sejny były tu najistotniejsze, znacznie bardziej poróżniło nas Wilno. Ale i Sejny wniosły swój wkład.

Miasto jest małe, ciche i nieco zaniedbane, ale bardzo ładne. Zwłaszcza zanurzone w kolorach zachodzącego słońca.

Na pierwszym planie widoczna pseudobarokowa, bo zbudowana w drugiej połowie XIX wieku, bożnica. Biała Synagoga, wzniesiona na miejscu starszej, XVIII-wiecznej, powstałej dzięki protektoratowi ojca Wawrzyńca Bortkiewicza, przeora sejneńskich dominikanów, których klasztor wznosi się na planie drugim. Synowie Izraela z wdzięczności długo wznosili modły za swego Dobroczyńcę w starym, a później nowym gmachu synagogi. Wznosiliby zapewne do dziś, gdyby nie…

Jeden z nielicznych tutejszych ocalałych Żydów, rabin i kantor Maks Furmański, po sześćdziesięciu latach nieobecności odwiedził Sejny. Wszedł do Białej Synagogi i trafił na próbę młodzieżowej grupy teatralnej, która przygotowywała akurat inscenizację Dybuka. Orient powszedni.

Dominikanów też już nie ma w Sejnach. Podobnie jak wigierskich kamedułów, wygnali ich stąd Prusacy, którzy, od III Zaboru do powstania Księstwa Warszawskiego, zajmowali Suwalszczyznę. Po zakonnikach pozostała Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, piękna świątynia w stylu baroku wileńskiego.

Oraz klasztor: renesansowy i obronny, choć w latach Potopu się nie obronił.

Warto było odwiedzić Druskieniki, Puńsk i Sejny. Trzeba było zamyślić się nad bolesnymi dziejami pogranicza braci. Ale to wyczerpuje i męczy. Już chyba czas wracać. Nie tylko nad Jezioro Studzieniczne, na kwaterę. Czas wracać do domu. O powrocie opowiedzą Wędrowcy za tydzień, na pożegnanie.

Tymczasem jadą do Augustowa. Przez okno auta widać bociana, który kroczy po łące. Czyjaż dusza wcieliła się w tego pięknego ptaka? Może po prostu tego Wojtka, co świat ma czyścić. Oj, dużo mu zostało do roboty. I chyba nigdy jej nie skończy.

Opublikowano Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Hungrige Zeiten

Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber

Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.

Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …

Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: „Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.

So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Jarosław Łukasik, Malarstwo / Malerei / Painting 2017-2018

Iwonie S.

Wakacje i inne przypadki życia ludzkiego

Przedtem malował meble, bezkrwawo pokawałkowane kobiety oraz męskie garnitury bez wypełnienia, teraz zmienił tematykę i światło, teraz jest lato, nawet w nocnym barze jest słonecznie… Japonki na wakacjach, Penelopa na wakacjach… Wakacyjne martwe natury z warzywami, no chyba że…

  

no chyba że…

 

Opublikowano Jarosław Łukasik, Redakcja | Otagowano , , , | 1 komentarz