Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 11

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie – polami, lasami, wioskami – mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Jesień hula. Duje mocno. A ja właśnie brnę pod wiatr, niestety. Droga płaska, nawierzchnia przyzwoita, gdyż trakt przecina akurat sporą osadę. Ale z powodu podmuchów lekko nie jest, toteż jadę powoli. Rozglądam się. Popatruję na prawo. W górę. Przed siebie. W górę. Za siebie. W górę. Na lewo. W górę. W górę. W górę. Coś mnie tam, do diaska, frapuje. Na tej górze. Takie coś nazywają bodajże dysonansem.

Ptak jak ptak. Leci sobie. Cóż to, ja ptaka w locie nie widziałem!? Zbliża się szybko z naprzeciwka. Już po chwili mogę w nim rozpoznać sierpówkę, czyli synogarlicę turecką. I już chyba wiem, czym przyciągnęła ona moją uwagę, co z nią nie tak.

Wiele rodzajów ptasiego lotu dane mi było w życiu obserwować. Bociany szybują majestatyczne. Jaskółki zręcznie wywijają arabeski. Myszołowy kołują złowrogo, lecz dostojnie. Mewy zastygają w bezruchu nad taflą wody. Wróble kotłują się wariacko w stadzie. Czasem jest to piękne, nieraz miłe, niekiedy zabawne. Ale wszystkie ptasie loty mają charakter utylitarny. Nieważne, czy chodzi o łowy, gody czy też o wędrówkę na zimowe leże.

Sierpówka leci, można by rzec, osobliwie. I niestety za szybko, by zrobić jej zdjęcie. To wznosi się, to szybuje, to w dół pikuje bezwładnie. Faluje na wietrze. Trochę jakby bez sensu. Wszak pokarmu tu brak. Wspólnika godów też nie widać. A i do ludzkich siedzib za blisko, żeby mogło jej chodzić o zmylenie patrolującego teren ptasiego drapieżcy, bo takowy w te rejony nie zalatuje. Czemu więc służy dziwaczna lewitacja?

Chwila! Ptaszyna po prostu… wygłupia się. Frunie dla przyjemności. Bawi się w latawca. A mówią: ptasi móżdżek.

I mknę dalej szosą. Ślad kół przestaje przypominać linię prostą.

Opublikowano Mal Content | Otagowano | Dodaj komentarz

Zum Welttag der Armen: Gemeinschaft mit Bedürftigen

Verwöhnt zu werden, das erleben Arme selten. Ehrenamtliche Malteser und Gemeindemitglieder von St. Matthias teilten am Sonntag, 10. November, Gemeinschaft mit Bedürftigen.

Die 58-jährige Lilly strahlt. Als Mutter von sechs Kindern wird sie selten verwöhnt. Im Gegenteil. Sie lebt von staatlicher Hilfe, das reicht gerade zum Leben. Für sie ist der Wohlfühltag für Stadtarme und Obdachlose, den die Malteser zusammen mit der Gemeinde Sankt Matthias in Berlin-Schöneberg am Sonntag, 10. November, organisiert haben, ein Festtag. Das mehrgängige Menü ist auf feine bordeauxrote Karten gedruckt. Kürbissuppe, Piroggen, Bigos, Putengeschnetzeltes, Gurkensalat und Dessert – alles wird serviert von Frauen, Männern, Jugendlichen und Kindern, die sich ehrenamtlich im Mensaraum der benachbarten Katholischen Schule St. Franziskus eingefunden haben. Der Polnische Rat Berlin hat die Nationalgerichte seines Landes gespendet.

Es geht um die Begegnung

„Es geht heute vor allem um die persönliche Begegnung mit Menschen, denen es nicht so gut geht im Leben – die Mangel leiden, sei es an Essen oder Zuwendung,“ sagt Carmen Rippoll, Diözesanoberin der Berliner Malteser. Der sogenannte „Wohlfühltag“ findet mit Blick auf den 3. Welttag der Armen statt, den Papst Franziskus für den 17. November ausgerufen hat. Im Vordergrund steht die Begegnung mit bedürftigen Menschen. Auch an diesem Sonntag in der Mensa der Sankt Franziskus Schule. Hier steht das gemeinsame Miteinander im Vordergrund. Die ehrenamtlichen Helfer und Helferinnen sitzen mit den Gästen an den Tischen. Es wird fröhlich geplaudert, gegessen und miteinander gelacht. Auch die 13-jährigen Schüler Hannah und Liam sind dabei. Sie spülen, servieren und mischen sich unter die Gäste. „Es macht einfach Spaß, Menschen, die arm sind, zu helfen. Man sieht, dass sie sich freuen – da freut man sich selbst auch,“ sagt Liam, der seit einem Jahr als Malteser-Schulsanitäter und Schulklimapate an der katholischen Schule Sankt Franziskus engagiert.

Musik und Zauberei

Der Tag geht zu Ende mit Musik, Zauberei, Massagen und Geschenketüten – liebevoll bemalt und verpackt von Schülern und Schülerinnen aus dem Malteser Schulprojekt an der Sankt Franziskusschule. Helmut, 77, aus Friedrichshain geht glücklich heim. Er lebt allein, bekommt monatlich 760 Euro Rente. 450 Euro verschlingt die Miete. Das lange Gespräch mit Ralph, einem von 22 ehrenamtlichen Maltesern, die beim Wohlfühltag helfen, hat ihm gut getan – das schmackhafte, liebevoll servierte Essen sowieso.

Ewa Maria Slaska

An dem Tag beteiligten sich auch Polen: Jacek Manowski und Magdalena Kotala

Sie organisierten Spenden aus dem Polnischem Lebensmittelladen „U Zosi” und von der Familie Domaradzki in Lübars (im Text spricht man vom Polnischen Rat, dessen Vorsitzende Ferdynand Domaradzki ist, aber es ist in der Tat eine Spende seiner Familie gewesen).

Auch die Polnische Botschaft in Berlin war dabei. Ein Auto brachte Mützen, Schals und Handschuhe für Bedürftige (leider hat man sich für fingerlose Handschuhe entschieden, die eh Mode-Accesoires sind als für Warmhalten an kalten Tagen taugen).

Unter den Verwöhnten, Obdachlosen und Armen aus der Stadt, gab es überwiegend Polen. Klar, es gab auch anderen, es waren Deutsche, Moldaven, Ukrainer da, aber Unsereine sind in der Überzahl.

Immer wieder stellen wir uns die Frage: Wieso? Wieso gibt es soviele aus Polen in Berlin, die auf der Strasse wohnen? Und die Antwort ist leider klar: Weil sie hier viel besser leben können, weil es hier mehr Obdachlosenheime und Obdachlosenhilfe gibt. Weil, wenn die ersten Frostnächte kommen, gab es aus Polen sofort erste Meldungen, die dann den ganzen Winter immer wieder zu lesen sind. Es starben zwei Menschen, es starben zwanzig Menschen… In Deutschland sterben sie auf den Strassen nicht.

Anm. von EMS: Alle Fotos in meinem Teil des Berichts von Jacek Manowski; auf dem oberen Foto Magdalena Kotala

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Giermek na białym ośle (Barataria)

Ewa Maria Slaska

Dla Wiadomo Kogo

Przyjechał z daleka Wiadomo Kto – Wieczny Giermek na białym ośle, i uwiecznił to zdarzenie odpowiednim kolażem.

Bardzo mnie rozbawił ten rysunek, wręcz ponad i tak dobrze zasłużoną normę, bo odczytałam, że to Wieczny Gieremek. Przybył, pomyślałam, by wspomóc Rycerza Grodzkiego, jak to w legendach bywa, dla wspomożenia nowych, wstają duchy dawnych rycerzy, te które śpą pod Giewontem i nawet piorunów się nie boją, i te, które z Barbarossą w Kyffhäusen, i te gliniane nieopodal Shaanxi.

No, ale doczytałam się, i to był jednak Wieczny Giermek, co zresztą i nieprawda, bo czasem już mu bardziej pasuje hełm-kapelusz Don Kichota niż czapka giermka, i jest na to dowód nawet tu na tym blogu i kto chce niech go szuka w kilkuset Baratariach, które się już w międzyczasie objawiły. Choć, jak go znajdziecie, to na głowie będzie miał czapkę.

Przywiózł on był z daleka prezent znacznie powiększający prywatną mą kolekcję donkichotystyki, a mianowicie Don Kichota w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa i z ilustracjami Wojciecha Siudmaka.

Ale sprawił jednocześnie, że w podręcznej biblioteczce baratarystycznej ziać jęła wielka i dojmująca dziura. Przybył bowiem mianowicie tom pierwszy, a Barataria, jak wszystkim wiadomo, znajduje się w tomie II, czemu jednakowoż dało się zaradzić, bo natychmiast ten brakujący tom zamówiłam  i poń pojechałam, przywożąc przy okazji również kota Iwana, który, jak się kochani Czytelnicy za kilka dni przekonacie, też okazał się niezbędny… I tak to z jednego prezentu wyniknęły dwa zakupy i na dodatek jeden wyjazd do księgarni, co jest jeszcze przyjemniejsze, bo dobrze jest dostać nieznane dzieło, ale  lepiej jest mieć przed sobą trzy takie książki.

Tak więc tym razem Barataria w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa.

Mam na półce tłumaczenie Anny i Ludwika Czernych, w internecie, w Wolnych lekturach, bez trudu można sięgnąć po wersję najpopularniejszą czyli przekład Zakrzewskiego. Na chomikuj.pl znalazłam kiedyś tłumaczenie Woroszylskiego, ale translacji Charchalisa nie da się znaleźć, mimo iż tłumacz w wywiadach zapewnia, że wszystko jest. No, ale może było, a nie jest i nie pisze się w rejestr, nie wiem, w każdym razie ja nie znalazłam i dopiero teraz mogłam zobaczyć, co recenzenci mieli na myśli, pisząc (bądź z uznaniem, bądź krytycznie), że język przekładu jest mocny, rubaszny, zrozumiały i zwięzły, tak iż nawet maluczcy mogliby byli poczytać sobie Don Kichota i nader dobrze by go pojęli.

I tak owszem jest, co wydaje mi się zabawne, acz jednak tylko do pewnego momentu. Bo nie spodobało mi się nazwanie Sancha Brzuchaczem, Rosynanta Chabetą, a Dulcynei Cudenią, chociażby dlatego, że jeśli już, to powinna była chyba zostać nazywana Słodyczką. Jeszcze większą zakawykę mam z Sancho Brzuchaczem, bo panza to nie tylko brzuch ale i wątpia, czyli z jednej strony proste flaki, z drugiej jednak również budzące wątpliwości i wynikające ze zwątpienia wróżby ze zwierzęcych wnętrzności, które owym wątpiom nadały nazwę. Wątpia czyli wyciągnięte z brzucha wróżebne mięsiwo dla tych, którzy wątpią w pomyślną przyszłość. W hiszpańszczyźnie też coś z tego można znaleźć, bo panza to brzuch, a pensere – myślenie. Tak więc Brzuchacz jako imię mówiące jest zdecydowanie zbyt ciasne i powinno by brzmieć na przykład Brzumysł. Ale pomysł dosłownego tłumaczenia nie podoba mi się również z innych powodów. Po pierwsze uważam za ryzykowne nadawanie nowych imion z dawna znanym bohaterom książek. Jesteśmy ludkiem konserwatywnym i nie chcemy zbytecznych nowinek. Po co nazywać Sancha inaczej, skoro imię Sancho Pansa świetnie się sprawdziło? Fredzi Phi Phi zamiast Kubusia Puchatka też nie chcieliśmy. Podobnie jak wstrząsnęło by nami, gdyby jakiś tłumacz nazwał Harry Pottera Heniem Ceramiczkiem, a Bilba Bagginsa Torbaczem. Zresztą nie nazywamy Stefana Koronatusem, Leona Lwiskiem, ani Ewy Babą czy Kobietą. A słynny szeryf Brown to przecież Brown (czytany jednak po polsku) a nie Brąz czy Brązowy, a wierna Penelopa zwaliłaby nas z nóg jako kochająca Kaczka. I tak dalej, i tak dalej…
Ale mój opór ma jednak jeszcze i inne przyczyny. Bo imiona i nazwy z innych krajów mają w sobie zapach i smak odmiennych światów, podobnie jak niedubbingowane filmy. Surabaja Johnny, ileż w tym egzotyki, to angielskie imię, przydomek jak indonezyjskie miasto i jeszcze przybył z Birmy… Podobnie jak dźwięki i brzmienia obcej mowy. W W Pustyni i w puszczy Idrys i Gebhr krzyczą na wielbłądy jalla, jalla i to przecież nie jest na miły Bóg to samo, co hejta, wiśta, wio.

Tak sobie myślę, że nie trzeba wszystkiego zbyt przybliżać i zmieniać w swojską wioskę, bo kończy się to tak, że cały świat to jedna wielka Polska, pełna Marysiek, co porodziły syna i Józków, co dziecię pielęgnują. Spolszczony świat traci wyraziste kontury i głębie, uteraźniejsza się i rozrasta. I wtedy okazuje się łacno, że Polska zawsze była, jest i będzie wielka.

Aleć to wszystko furda w porównaniu z tym, że jak się wreszcie dorwę do drugiego tomu i dopadnę Baratarii, to nazywa się ona Bakszysz! Bakszysz! Bakszysz! Po co? Dlaczego? Dlaczego? Po co?

Ależ to jest jeszcze gorzej niż bigos zamiast olla podrida czyli zgniłego garnka, z którego często gęsto pojadają bohaterowie Cervantesa. Choć przynajmniej i bigos, i olla podrida to potrawy z resztek. Jest jednak tak źle, że tylko płakać. Bo nie dość, że bakszysz to nie oszustwo jak hiszpańska Barataria, co tłumacz wie i w przypisie wyjaśnia, to jest to przecież jałmużna, a tymczasem wyspa, którą dostaje Sancho, jest z góry przyobiecaną zapłatą, a jej oszukańczość leży w złych zamiarach pary książęcej, a nie w dobrodusznym Sanchu. Ta wyspa „mu się należy”, jak nagrody pewnej pani i jej kolegom.

W ostatnim akcie opery Julesa Massenet, Don Quichotte, umierający Don Kichot mówi do giermka:

Sancho, obiecałem ci ongi wzgórza zielone i zamki,
nawet wyspę ci obiecałem kwitnącą…
Wciąż leży w mej mocy, by ci ją dać.
Weź tę wyspę, jest twoja.
Błękitne fale rozbijają się o jej brzeg,
jest tak piękna, tak przyjazna…
Weź ją, to Wyspa Marzeń!

Błędny rycerz nie płaci swojemu giermkowi żołdu, byłoby to nieromantyczne i zgoła drobnomieszczańskie, w nagrodę za wierne służby błędny rycerz daje swemu towarzyszowi i przyjacielowi co najmniej zamek lub posiadłość, najchętniej jednak wyspę, a czasem nawet jakieś niewielkie państewko.

Jest to tak nagminne w opowieściach, że wcale nie powinno dziwić nikogo, że w drugiej połowie drugiego tomu Sancho jednak dostaje tę swoją wyspę i sprawuje na niej godne rządy, choć przecież wszystko jest tylko złośliwym żartem Księcia i Księżnej. Problem z nazwą tej wyspy jest jednak dwojaki. Bo to z jednej strony Kraina Kłamczuchów i Oszustów, po drugie jednak – i jest to nader ważne – jej nazwa pojawia się w książce tylko raz i to mimochodem. A tu tłumacz używa sobie do woli na oryginale i szafuje nazwą Bakszysz na lewo i prawo.

I dlaczego to wszystko takie ma być znowu ważne? Ano dlatego, że ta Barataria raz jeden jedyny nazwana w powieści, nie umknęła i nie przepadła. Nie! Barataria obrosła w prawdziwym świecie setką a może tysiącem znaczeń, i to zarówno namacalnie i fizycznie, jak i metaforycznie.

Na jej cześć nazwana została wyspa, zatoka, okoliczne przesmyki i kanały, rezerwat przyrody na wyspie. O tych miejscach powstały książki, filmy, scenariusze teatralne.
Ponieważ przez kilkanaście lat mieszkał tu słynny pirat, Barataria stała się wzorem wszystkich Wysp Skarbów na świecie i zainspirowała pisarzy i reżyserów do napisania i nakręcenia różnych korsarskich opowieści.
Ponieważ była krainą oszustów, była kontynuacją, ale też i wzorem następnych naśladownictw, w których chciano przedstawić świat łgarzy.
Ponieważ jej gubernator okazał się władcą mądrym, sprytnym i uczciwym, stała się kolejnym wcieleniem Raju na Ziemi czyli Utopii. Powieliła wzory, ale też sama stała się wzorem. Była też, dodajmy, modelem kraju dalekiego i egzotycznego, w którym można było osadzić każdą opowieść.
Ponieważ Sancho chętnie czerpał z mądrości ludowych jakimi są przysłowia, pojawiła się co najmniej jedna antologia przysłów, na tle których osnute zostały niewielkie zgrabne sztuki teatralne – nazwana Dwór Barataria.
Ponieważ władza Pansy jako Gubernatora rychło się skończyła, okazało się, że Pansa to wcielenie Salomona, a zarazem Karnawałowy Król, prawdziwy władca pozbawiony władzy lub jego zamiennik. Mityczny władca zabijany raz na rok na taką prawdziwą dobrą wróżbę, a nie te nasze głupkowate lania wosku w Andrzejki i topienie ołowiu w Sylwestra.
Powstało kilkadziesiąt książek, obrazy i gobeliny, koszulki trykotowe i flagi. Opery, balety, marsze i utwory jazzowe, a także kilka sztuk teatralnych, realistycznych, przygodowych, fantastycznych, szalonych, a nawet naukowych, które opisują Baratarię. I wcale nie mam tu na myśli prac naukowych na temat Cervantesa i jego bohaterów.

Powstały hippisowskie komuny i miasta, tak nazwane. Hotele, osiedla, restauracje i sklepy z pamiątkami. Pomniki. Nawet nie silę się, by sporządzić jakąkolwiek listę.

Fascynujące jest śledzenie, ile przemian i wcieleń może mieć jedno jedyne słowo wymyślone przez pewnego pisarza 400 lat temu. To tak, jakby po całym świecie rozprzestrzeniło się, zawsze używane w języku oryginału czyli po polsku, słowo „blaskomiotny” wymyślone przez Waldemara Łysiaka.

Tymczasem Charchalis pozbawił Czytelnika tych radosnych skojarzeń, tej swobodnej i pełnej fantazji wędrówki po krętych ścieżkach, jakimi wędrują motywy i tematy literackie, posyłając Czytelnika w diabły czyli do krainy natrętnych żebraków, zawodowo domagających się bakszyszu. Och, Panie Wojciechu, jaka szkoda, jaka wielka szkoda.

Byłam tym Bakszyszem zamiast Baratarii tak rozżalona, że ofiarodawca ułożył nawet limeryk na ten temat:
Była pewna Ewa Maria
Jej to była Barataria
Czasem w głos krzyczała „kysz!” –
Określenia typu Bakszysz
Były dla niej jak malaria.

Wszystkie zdjęcia we wpisie (prócz globusa) – Wiadomo Kto: A.Ł.


A skoro już tam na górze wspomniałam Tomasza Grodzkiego, dzisiejszego naszego Rycerza Szlachetnego Oblicza, to pomyślałam, że może chcecie na spokojnie przeczytać orędzie, które Marszałek Senatu wygłosił w TVP kilka dni temu, albo go posłuchać. To proszę – TU jest tekst, a TU nagranie.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Andrzej Titkow (Z Facebooka)

DZIADEK MIKOŁAJ

Spluwał siarczyście
na warszawskie bruki,
wiejskim obyczajem
z Guberni Woroneskiej.

W Nowej Lubomirce
dźwigał worki
na stacji kolejowej,
i kłody w tartaku,
a w Antoniewie
ziemię szwagra
uprawiał jak własną.
Nigdy nie narzekał,
miał pogodę ducha
samotnych koczowników.

Codziennie chodził na obiad
do biura, w którym niegdyś pracował.
Jaworzyńską do Placu Zbawiciela,
a potem Marszałkowską do Żurawiej.
Szedł szybko, wyprostowany,
z podniesioną głową,
jak człowiek wolny.

Królował przy biesiadnym stole,
z zawadiackim uśmiechem
wznosił wielopiętrowe,
pełne znaczeń toasty,
taki na przykład-
Sława etich warot,
iz kotorych wyszeł wies narod.
Mocny kuksaniec w bok
od siedzącej obok Babci,
śmiechów przyjazny szmer
i kieliszków brzęk.

W swej sprawnej,
biurokratyczno – administracyjnej,
choć nieco śpiewnej polszczyźnie
(tej wschodniej nuty nigdy się nie pozbył)
uwodził urzędniczki, sklepikarki
i białogwardyjskie artystki
z babcinego teatru.

Nie był wojownikiem,
chociaż był niezłomny
i kiedyś, tylko raz,
już po wielu latach,
powiedzał szwagrowi
swoje non possumus.
Siedzimy obok siebie,
lecz nie jesteśmy razem,
ja byłem na dole,
ty byłeś na górze.

I cisza zapadła
przy biesiadnym stole.

Opublikowano Andrzej Titkow | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Od 15 lat jestem opiekunką (reblog)

Edyta Brzozowska (onet) rozmawia z Łucją Fice

  • Od 15 lat jestem opiekunką starszych i chorych ludzi. Jednak najgorsze jest to, że takich kobiet jak ja, Polek – są tysiące. Emerytek, które zatrudniają się u innych emerytów. Tych bogatych, z Zachodu – mówi Łucja Fice, 68-letnia emerytka
  • Wśród dorabiających do emerytury tak, jak ona, pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. I inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ-u uznał za zdrową i nie przyznał jej renty
  • Wszystkie boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogrody. I strasznie tęsknią za własną rodziną. Tak jak wiele innych Polek również Łucja była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Życie tak mi się ułożyło, że musiałam szukać pracy poza granicami własnego kraju, gdzie od kilkunastu lat opiekuję się starszymi ludźmi – zaczyna swoją opowieść Łucja Fice z Gorzowa. – Choć ciężko Polsce pracowałam, to kiedy osiągnęłam wiek emerytalny, dowiedziałam się, że przysługuje mi tylko 800 złotych. Przeżyłam szok, kiedy dowiedziałam się, że świadczenie jest tak niskie, bo nie zachowały się dokumenty sprzed czasów transformacji. Poczułam upokorzenie.

Pani Fice z zawodu jest chemiczką. Pracowała głównie w państwowych zakładach, a ostatni etat straciła, kiedy w jej zakładzie pracy przeprowadzono redukcję zatrudnienia. Nowego zajęcia szukała przez dwa lata, bezskutecznie. Podjęła decyzję o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej.

– W centrum Gorzowa otworzyłam sklep z odzieżą używaną – wspomina. – Interes szedł świetnie, ale tylko do momentu, kiedy na obrzeżach miast powstało ogromne centrum handlowe. Zbankrutowałam.

Opowiada, że to był dla niej trudny czas: razem z mężem musiała spłacać kredyty i chciała pomagać córkom: tej studiującej za granicą i młodszej, tuż przed maturą, która także marzyła o studiach. Z jednej pensji było to mało realne.

– Ukończyłam specjalne kursy i zgłosiłam się do agencji pracy za granicą. I tak w 2004 roku zostałam opiekunką seniorów. Najpierw w Wielkiej Brytanii, a przez ostatnie dziewięć lat w Niemczech – opowiada.

Pani Łucja, od kiedy została opiekunką w zagranicznych domach opieki oraz u rodzin, przekonała się, że inne Polki w jej wieku znalazły się w podobnym położeniu.

– Takich kobiet jak ja są tysiące. Emerytek, którym nie starcza na godne życie we własnym kraju. Emerytów z Zachodu stać na to, aby zapewnić sobie tanią opiekę z Polski. I mogą sobie pozwolić na coś więcej, niż chleb ze smalcem czy cienką zupę na co dzień.

W piwnicy z robakami

Właśnie w Wielkiej Brytanii pani Łucja po raz pierwszy zetknęła się ze starością i cierpieniem. Dosłownie, namacalnie i na własne oczy przekonała się, jak wyglądają ostatnie dni wiekowych ludzi: chorych na Alzheimera, z demencją, otępiałych i bez kontaktu z rzeczywistością. Niezdolnych do samodzielnego życia, na wózkach, leżących.

– Dom opieki w miasteczku nad Kanałem Bristolskim był duży, elegancki i świetnie wyposażony – opowiada. – Wyspy Brytyjskie słyną z troski o swoich seniorów. Nawet niewielkie miasto z kilkoma tysiącami mieszkańców ma takie domy. Często niemalże luksusowe. Lecz my, zatrudnione w nich Polki, mieszkałyśmy w innych warunkach: w wilgotnych piwnicach, gdzie robaki chodziły po ścianach i w ciasnych klitkach. Poznałam tam wiele rodaczek w starszym wieku, które dorabiały do głodowej emerytury. Jako jedna z nielicznych byłam w tej dobrej sytuacji, bo znałam angielski. Ale od kiedy zaczęłam pracować w Niemczech, języka niemieckiego musiałam się dopiero nauczyć.

83-letnia Polka dorabia w Niemczech

Z poznanych za granicą opiekunek pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. Ale też inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ uznał za zdrową i nie przyznał renty.

– Ta kobieta pytała: „Za co mam żyć, za co się leczyć? Za co prywatnie iść do lekarza? W Polsce nikt mnie do pracy nie przyjmie” – wspomina pani Łucja. – Pamiętam też tłumaczkę przysięgłą, której mąż uzależniony od hazardu przegrał w kasynie wszystkie oszczędności i sprzedał samochód. Zostawił rodzinę z niespłaconym kredytem za mieszkanie. Poznałam opiekunkę chorą na padaczkę i inną, 75-letnią, ze spuchniętymi nogami, która dźwigała swojego podopiecznego, myła, karmiła, woziła na spacery.

Wszystkie te kobiety łączy jedno: boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogródki. I strasznie tęsknią za własną rodziną.

Nigdy nie było perfekcyjnie

Łucja Fice niektóre z pań opisała w swojej trylogii opowiadającej o opiekunkach pracujących na Zachodzie. Książki Przeznaczenie, Wyspa starców i Za kryształowym lustrem pokazują ciężką pracę przy schorowanych seniorach. Łucja pisze także o własnych doświadczeniach.

– Dla mnie najbardziej traumatyczna była opieka nad chorą na raka Ritą, Niemką po zabiegu mastektomii. Musiałam się na nowo nauczyć prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować, bo dla gospodyni nigdy nic nie było perfekcyjnie. Niemieckiego jeszcze wtedy dobrze nie znałam, z czego moja chlebodawczyni czerpała wielką satysfakcję. Byłam dla niej obiektem drwin. Z czasem nauczyłam się jej języka i rozumiałam co do mnie gderała: „Za siedzenie nie płacimy”, „Przyjechałaś tu do sanatorium, a może na urlop?” Złośliwie skąpiła mi jedzenia i karmiła suchymi bułkami, choć wyżywienie miałam zapisane w kontrakcie.

Jednak pani Łucja nie protestowała, bo bała się, że straci pracę. Tak jak wiele innych Polek, była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Wyprowadzałam psy, sprzątałam, zdezelowanym rowerem jeździłam na zakupy, chodziłam na pocztę oddaloną o kilka kilometrów – wylicza. – Miarka się przebrała, kiedy podczas burzy i wielkiej ulewy Rita kazała mi wykonywać ciężkie prace ogrodowe, bo „z cukru nie jestem”.

Wszystko we mnie krzyczało: „Czy muszę to wszystko znosić tylko dlatego, że jestem kimś bez pracy w kraju?” Już nie chciałam dłużej słuchać tłumaczeń męża Rity, że ona jest umierająca, że cierpi. A bywa obcesowa, bo wie, że odchodzi. Spakowałam walizkę i wyjechałam bez słowa.

W mundurze oficera SS

Łucja wspomina też inną podopieczną, Niemkę, 92-letnią Elizę z Berlina.

– Często mówiła, że musi iść do fryzjera, bo lada dzień wróci jej mąż Martin, choć mężczyzna od dawna nie żył. Miała demencję. W gorsze dni rozbierała się do naga i powtarzała mi: „Zabiję cię, zabiję”.

Któregoś razu starsza pani zaprowadziła Łucję do szafy i kazała wyjąć mężowskie ubranie.

– Zobaczyłam mundur żołnierza SS i zamarłam. Nigdy nie zapomnę znaku trupiej czaszki na czapce i swastyki na przepasce – wspomina.

Kiedyś staruszka wymknęła się z domu. Pani Łucja wpadła w panikę, ale na szczęście odnalazła ją na pobliskim przystanku autobusowym.

– Była bosa, ale ubrała się w wojskowy mundur męża – opisuje. – Zbyt długie nogawki podwinęła, przepasała się grubym pasem, a rękawy obcięła nożyczkami. Dopiero od córki Elizy dowiedziałam się potem, że jej męża rozstrzelano w czasie wojny za pomaganie Polakom i Żydom.

Następnego dnia po ucieczce z domu Eliza dostała udaru i zmarła.

Królowa Lodu

Na rękach pani Łucji zmarła też inna podopieczna, Rose, rocznik 1918.

– Była bardzo bogata – opisuje kobietę. – Bizneswoman, do której należało kilkanaście marketów w okolicy Köln, a jej rodzina dorobiła się ogromnego majątku. Ale była tak skąpa, że żądała, abym robiła wielkie zakupy na cały tydzień za 2-3 euro, które mi wręczała. Sama ubierała się w zniszczone rzeczy sprzed kilkudziesięciu lat.

Pani Łucja wiedziała, że kilkanaście polskich opiekunek, które pracowały u Rose, były w jej pojęciu złodziejkami: żadna nie wytrzymała tam dłużej niż tydzień. Niemka miała przydomek „Królowa Lodu”.

Pani Łucja mówi o sobie, że jest z natury pogodna. Więc często podśpiewywała pod nosem.

– Wtedy Rose na mnie krzyczała: „Zamknij się! Po obiedzie czyszczenie lamp i abażurów!” A kiedy protestowałam, bo w ciągu dnia przysługiwała mi dwugodzinna przerwa, babcia łapała za laskę i próbowała mnie bić. Krzyczała: „Ja ci dam przerwę, leniuchu! Przyjechałaś tu do pracy, a nie na wakacje” – opowiada.

Ale Polce żal było kobiety, której dziecko zginęło przed laty w tragicznym wypadku.

– Dlatego nie rozstawała się z lalką, która zastępowała jej córkę – tłumaczy. – I do ostatnich chwil tuliła ją do siebie w przekonaniu, że trzyma własną, żywą córeczkę.

Nadal chce wyjeżdżać

Pani Łucja mówi, że nie wszystkie chwile na zagranicznych kontraktach były przykre.

– W niektórych niemieckich rodzinach czułam się naprawdę doceniona, wręcz rozpieszczana. I nie tylko ja, bo moje koleżanki, które opiekują się potrzebującymi ludźmi poza granicami naszego kraju, często nazywane są „perłami”. Ludzie, którzy korzystali z naszej pomocy, powtarzali, że bez nas nie poradziliby sobie. I tak naprawdę bardzo się cieszę, że Polki mają taką możliwość, aby wyjechać i dorobić do skromnych emerytur.

Niestety, kiedy pani Łucja opiekowała się jednym z ostatnich podopiecznych, musiała się zmierzyć z rodzinną tragedią.

– Trzy lata temu któregoś dnia, w Niemczech, odebrałam od córki telefon. Powiedziała: „Mamuś, nasz tato nie żyje”.

Był to dla niej cios. I choć od tej pory pobiera mężowską emeryturę – większą, niż ta, której wyliczył jej ZUS – nadal chce wyjeżdżać jako opiekunka.

– Ale teraz jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę negocjować stawkę – podkreśla pani Łucja – I nie pracuję z mniej niż dwa tysiące euro.

Apel do polityków

Fice zaznacza, że niektóre koleżanki z Gorzowa zazdrościły jej „zarabiania kasiory”.

– Radziłam im wtedy, żeby same zostały opiekunkami i przekonały się, jak to jest. Tęsknić za swoim domem, spaniem we własnym łóżku. Nie wszystkie to wytrzymują. Niektóre piją, ale dyskretnie, wieczorami, żeby nikt nie widział. Ile zarobią? To zależy od agencji. Przeciętnie 1200 euro na miesiąc. Za dzień i noc ciężkiej, fizycznej pracy, która wypala także psychikę – podkreśla. I dodaje: – Moje powieści to krzyk dojrzałych kobiet: Polek, matek, żon i babć, które marzą o pracy we własnym kraju. I bardzo bym chciała, żeby moje książki o emigracji zarobkowej emerytek przeczytali politycy. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie o takiej starości marzyłyśmy.

*

Książka Za kryształowym lustrem wzbudziła w Niemczech duże zainteresowanie. Autorka wzięła udział w filmie dokumentalnym realizowanym przez telewizyjną stację RTL o polskich opiekunkach pracujących w Niemczech. Obecnie powieść została przetłumaczona na język niemiecki. W maju 2019 roku ukazała się nowa powieść autorki pt. Druga strona grzechu, która także dotyczy emigracji zarobkowej kobiet, ale jest też próbą podsumowania osobistej filozofii autorki.

Opublikowano Lucja (Łucja) Fice | Otagowano , , , , , , | 1 komentarz

Kobieta z sową

Maryna Szturo Over i Ewa Maria Slaska

Rzecz o Valu Prinsie (i Praprababci)

Jest rok 1863. W Polsce powstanie. Moja Praprababcia, Paulina Cohn, zajmuje się produkcją prochu, oficjalnie sprzedaje go myśliwym i firmom budowlanym, tajnie – dostarcza powstańcom. Pisałam już o tym, ale nie mogę się oprzeć, by tej anegdotki tu nie powtórzyć. Przyjeżdża powstaniec po kolejny transport prochu. Ma odebrać cztery paczki, wie w końcu, pacan, że w środku jest proch. Ale co tam, szlachecki honor każe na oczach darczyni opieczętować paczki, by było jasne, że nic nikt po drodze nie uszczknie. Cóż więc robi – wyciąga lak, zapala świecę, i trzymając to nad paczkami, kapie beztosko czerwonym lakiem na różne załamania papieru i węzły sznurka, i szybko, zanim lak nie zastygnie, przybija swą rodową pieczęć. Praprababcia Paulina stoi obok. Milczy, tylko w duchu modli się zapewne w duchu do wszelkich bogów i bogiń tego świata, żeby ten idiota jak najszybciej skończył swoje popisy szlacheckiego honoru.

Na pewno tak właśnie wygląda. Jakby nic się nie działo. Wszystkie kobiety w naszej rodzinie tak mają. Nie mamy grottgerowskich twarzy, na których rozgrywa się cała rozpacz z powodu upadku ojczyzny, wściekłość wyzutych z praw czy strach przed wojną. Nie. My głaszczemy kota, psa, sowę. I milczymy. Praprababcia stoi i czeka. Jest może trochę bledsza, trochę starsza, trochę bardziej milcząca.


Atena wysłuchała modłów. Pan odjechał bryczuszką, nie wysadziwszy w powietrze ani paczek, ani całej prochowni.

Obraz namalował w roku 1863 Valentine Cameron Prinsep, zwany Val Prinsep, jak napisała Maryna, niezwykły artysta i postać cyganerii. Prerafaelita pełną gębą. Jedna z sióstr jego matki, Julia Margaret Cameron, była znaną fotografką, druga, Maria Jackson (née Pattle) – babcią Virginii Woolf i Vanessy Bell. W I połowie XIX wieku rodzice przebywali w Indiach, on sam urodził się w Kalkucie. Po powrocie z kolonii, od 1851 r.  Prinsepowie prowadzili w Londynie słynny salon literacko-artystyczny w posiadłości Little Holland House. Val był, jako się rzekło, Prerafaelitą, bliskim przyjacielem Johna Everetta Millaisa i Burne-Jonesa, z którym podróżowali po Włoszech. Wraz z Dantem Gabrielem Rossettim i innymi przyjaciółmi wykonał dekoracje Oxford Union.

 

Był  nie tylko znanym i uznanym malarzem (jego obraz Miriam na brzegu Nilu znajduje Mojżesza wisiał w Buckingham Palace), ale również autorem, napisał dwie sztuki teatralne Cousin Dick i Monsieur le Duc, wystawione w Royal Court Theatre i St James’s Theatre, kilka powieści oraz pamiętnik, dokumentujący pobyt artysty w Indiach, Imperial India: an Artist’s Journal (1879).

Opublikowano Ewa Maria Slaska, Maryna Over | Otagowano , , | 2 Komentarze

Lublinerzy i Lublinerowie

for English scroll down

czyli projekt Andrzeja Titkowa

Kiedyś wydałam książkę o rodzinie.

Kiedyś Andrzej Titkow zrealizował taki film, który po polsku nazywa się Lublinerzy.

Film Titkowa dotyczy mieszkańców Lublina. Moja książka to historia rodziny, która wzięła nazwisko od od tego miasta, ale to co ja jako kronikarka wiem, już się z tym miastem nie łączy. Dalekie ślady prowadzą do Galicji, do Krakowa, rodzina przeniosła się do Warszawy, a po wojnie rodzinne drogi rozeszły się po świecie, a my zawędrowaliśmy do Łodzi, Gdańska, Berlina, Ottawy i Florencji.


Teraz koleżanka tłumaczy książkę na niemiecki (pieniądze by się przydały, oczywiście, ale to nie o takie sumy tu teraz chodzi), a Andrzej Titkow chce zrobić film, a pieniędzy po prostu nie ma i prosi o nie w sieci. W apelu jest zdjęcie, jak Andrzej siedzi na schodach. Nie widać kapelusza, pewnie jest z drugiej strony. Postanowiłam, że usiądę sobie obok niego i też będę prosić na ten film. Dajcie, dobrzy ludzie, my naprawdę robimy te książki i filmy nie tylko dla siebie, ale dla Was, przede wszystkim dla Was!


Lublinerzy/ LUBLINERS
Jestem poetą, reżyserem, scenarzystą i producentem. W branży filmowej pracuję prawie pół wieku. Jestem autorem osiemdziesięciu filmów dokumentalnych, filmów fabularnych, spektakli teatralnych i telewizyjnych. Filmy o tematyce żydowskiej są obecne w mojej twórczości od wielu lat. Pełnometrażowy dokument „Lublinerzy” to jeden z nich. Pracuję nad nim od kilku lat. Pomysł filmu zrodził się podczas Lubliner Reunion, zorganizowanego przez Ośrodek „Brama Grodzka-Teatr NN, który odbył się w dniach 3-7 lipca 2017 roku. Uczestniczyłem w tym niezwykłym wydarzeniu i prowadziłem jego dokumentację.

W filmie „LUBLINERZY” chcę przedstawić historię kilku żydowskich rodzin na szerszym, społeczno-politycznym tle historii międzywojennej Polski. Chcę pokazać możliwie wszystkie aspekty tego życia, niczego nie pomijając, ani nie zatajając. Polska była przez wieki krajem wielokulturowym, a życie społeczności żydowskiej było nierozerwalnie związane z polską historią. Korzenie bohaterów tego filmu są ściśle związane z Lublinem i choć los rozrzucił ich po całym świecie, tysiące niewidzialnych nici wiążą ich wciąż z tym miastem. W tym filmie chcę pokazać problem Zagłady od strony psychologicznej i jednostkowej, poprzez bardzo osobiste, często intymne, opowieści filmowych protagonistów. Każda z tych historii jest inna, lecz wszystkie są jednakowo poruszające i niosą humanistyczne przesłanie. Chcę w tym filmie pokazać nie tylko niewyobrażalne cierpienie związane z żydowskim losem podczas Zagłady, ale także zaakcentować ludzką wolę przetrwania, która potrafi przezwyciężyć śmierć.

Ten dokument jest projektem bardzo wyjątkowym i trudnym ze względu na sam temat, jak również z powodu  ilości protagonistów i miejsc zdjęciowych oraz wielu innych elementów. Pewne środki finansowe zostały już pozyskane dzięki szczodrości Prezydenta Lublina, pan Krzysztofa Żuka, jednak jest to kwota niewystarczająca do rozpoczęcia produkcji. W tej sytuacji zmuszony jestem do poszukiwania jeszcze innych zródeł finansowania i, z tego powodu, zwracam się również do Państwa. Ten niezwykle ważny i potrzebny film ma szansę powstać jedynie dzięki Waszej wspaniałomyślnej pomocy. Wszyscy darczyńcy zostaną wymienieni w napisach końcowych filmu, dostaną płytę dvd z filmem oraz zostaną zaproszeni na uroczystą premierę, która zaplanowana jest na grudzień 2020 roku.

My name is Andrzej Titkow. I am a poet, film director, a producer and a scriptwriter with a long experience. I am the author of 80 documentaries and several TV feature films including a drama serial, a cinema feature, a few stage drama performances and TV spectacles. I am also an author of three Volumes of Verse. Throughout my career, the Jewish themes were constantly present in my artistic activity.

My latest project, a full-length documentary entitled “Lubliners” focuses on the history of several Jewish families in Diaspora. For centuries, Poland was a multicultural country, and the life of the Jewish community is inextricably linked to Polish history. The roots of my protagonists are closely related to Lublin. Although, their fate has spread them all over the world, thousands of invisible threads still tie them with this city. The idea to make such a documentary came up in my mind during Lubliner Reunion, which took place from 3 to 7 July 2017.

This documentary may provide an opportunity to unveil the truth hidden in the deepest part of the history. The testimony of protagonists bring valid and yet universal message. I am deeply convinced that this testimony will be able to preserve, reaching the subsequent generations. In my documentary, I would like to present Shoah through the stories of my protagonists. Each of them is different, yet they are all equally complex and moving. My goal is to present not only the enormity of the suffering bounded to the Jewish fate, but also to emphasize the great will to survive, which transcends death.

„LUBLINERS”  is very demanding project, which requires  a full commitment due to a number of protagonists, locations and other elements. I would like to mention that the some financial means were already provided by the President of Lublin. This amount of money was a great support, thanks to which I was able to finish the development stage. Nevertheless, this sum is not sufficient to start production and therefore I am asking for help. The amount acquired through this fundraising will allow me to start shooting in various places around the world. Your generous help is the only way to obtain the goal of creating valid and worthwhile film. I would like to assure that all the donators are going to be mentioned in the film credits. I also provide them a DVD copy of the documentary. Finally, all the benefactors are going to be invited for the official film premiere in Lublin in December 2020.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 10

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie polem-lasem mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Jako się ostatnio rzekło (czy raczej „pisło”), dni są coraz krótsze. To rodzi pewne komplikacje, bo emigracja wewnętrzna wewnętrzną emigracją, ale w pocie oblicza mego muszę pożywać chleb, aż wrócę do ziemi, z której jestem wzięty, a ona, jak wiadomo, ciernie i osty rodzi mi jeno. Coś wspominałem ostatnio o konieczności powściągnięcia gadulstwa? To prościej: muszę chodzić do pracy. I spędzam tam sporą część dnia. Coraz, przypominam, krótszego. Żeby przeto wygospodarować czas na jazdę rowerem, wykorzystuję poranki. Ciemność jeszcze wokół panuje, a ja już zakładam kamizelkę odblaskową, włączam lampki rowerowe i… nie ma problemu.

Taki wyjazd wymaga jednak pewnego wysiłku i samozaparcia, a nawet – nie bójmy się tego słowa – bohaterstwa. Zdarzają się wszak ranki, gdy moje poświęcenie wynagrodzone bywa stokrotnie. Jak dziś: widowiskiem zatytułowanym Ta chwila mistyczna przed wschodem słońca.

Rewia kolorów dech w piersi zapierająca. Taka, że nawet najpotężniejsi czarnoksiężnicy wyczarowujący na swych obrazach barwy nieba – nawet Ajwazowski, Monet czy Van Gogh – tutaj wymiękają. Sorry Wienntou, ale trzeba to lojalnie przyznać: wymiękają.

A cały spektakl tylko dla mnie! Bo nikogo innego wśród porannych pól zamglonych nie widać.

I żeby człowiek mógł się chociaż zanurzyć niepodzielnie w kontemplacji! Gdzie tam, jedną z dolegliwości nadchodzącej starości jest to, że natychmiast coś się przypomina, coś kojarzy. Na przykład piosenka, którą oto zaczynam nucić zmarzniętymi wargami. Z tą właśnie melodią (bo są też inne). Z tym konkretnym wykonaniem tłukącym się w głowie. Stachura był świetnym poetą, ale gitarzystą słabym, zaś wokalistą… cóż, użyjmy litościwego eufemizmu: nieszczególnym. Kiedyś mnie to nie raziło, dziś oczywiście przeszkadza. Jeżeli więc mimo wszystko jego wykonanie, nie żadne inne, brzmi w zakamarkach mózgu, to dlatego, iż melodia powoduje dreszczyk metafizyczny. Ze względu na sentyment dla odległych czasów. Niezwykłych czasów.

Budził się człowiek nad ranem gdzieś w pociągu mknącym przez ciemność. Wyłaził ze śpiwora rozłożonego na korytarzu kolejowego wagonu. Obok wstawali przyjaciele. Patrzyliśmy wspólnie w świt rozlewający się za oknami, bez słowa chwytaliśmy gitary i śpiewaliśmy. Wolność, przyjaźń, podniecone czekanie na nowy dzień niosący nadzieję. Na przyszłość kryjącą tyle obietnic. Na rozpoczynającą się dorosłość. Sny podlotków pełne marzeń…

Teraz łatwo szydzić. Ale wtedy tak to wyglądało.

Wolność? Żarty!

Przyjaźń? He he…

Świetlana przyszłość? Nie mogę się powstrzymać, muszę przytoczyć ten żarcik. Z długą brodą (czyli mnie, jako młodemu staruszkowi, pasujący jak ulał), lecz nieodmiennie bawi: Czym różni się optymista od pesymisty? Optymista uważa, iż świat stoi przed nim otworem. Pesymista zasadniczo zgadza się z tym stwierdzeniem. Tyle tylko, że wie dokładnie, o jaki otwór chodzi.

Pesymista? Czemu zaraz pesymista! Realista. Zamiast ulewać goryczy i żółci, po prostu cieszy się z porannej zorzy, nie oczekując niczego ponadto.

I mknę dalej polem-lasem, po raz kolejny niezwyczajnie, jak na malkontenta, spokojny i odprężony. Czy to już powód do obaw? Coś chyba nie gra.

Opublikowano Mal Content | Otagowano | 5 Komentarzy

O Murze inaczej

Lech Milewski

Pociągiem przez mur

W lutym 1969 roku jechałem pociągiem z Warszawy do Londynu przez Berlin, Frankfurt i Hoek van Holland.

Przekroczenie granicy między bratnimi krajami (Polska, NRD) przerabiałem już kilka lat wcześniej. Jednak przeżyłem pewne zaskoczenie. Straż graniczna bardzo powierzchownie sprawdziła mój bagaż, jedyna rzecz, która ich zainteresowała to mój kalendarzyk, a raczej umieszczona w nim lista adresów.
Po raz pierwszy w życiu poczułem, że ktoś narusza moją prywatność, ale wiedziałem, że wszelkie protesty jedynie pogorszą sytuację

Do Berlina Wschodniego pociąg dojechał około 9 rano. Konduktor powiadomił mnie, że teraz mój wagon musi poczekać trzy godziny na pociąg do Frankfurtu.
Byłem na to przygotowany. W tym czasie w PRL można było wymienić 300 złotych na waluty bratnich krajów – niestety nie pamiętam, ile za to dostałem marek. Czekałem więc aż mój wagon ustabilizuje swoją pozycję i wtedy zamierzałem zaszaleć w dworcowej restauracji.
Póki co zajrzałem do innych przedziałów w wagonie. Okazało się, że razem ze mną pozostała w nim tylko jedna pasażerka. Starsza pani z ogromną ilością bagaży, które wypełniały cały przedział. Szczególne wrażenie robiły puchate pierzyny i poduchy.
Wyjaśniła, że jedzie do Marsylii, a stamtąd na stałe do Brazylii, do brata.
Przeniosłem swoją walizkę do jej przedziału i zapowiedziałem, że kupię dla niej coś gorącego do zjedzenia, niech tylko nasz wagon stanie na dobre.
W tym momencie do wagonu wsiadł  żołnierz, pan w starszym wieku, z karabinem. Wyglądał, prywatnie, na dobrego wojaka Szwejka, a oficjalnie na jakąś obronę terytorialną czy inny Landszturm.
– Świetnie, że pan tu wsiadł. To ja teraz pójdę na dworzec kupić coś do zjedzenia dla siebie i tej pani.
– Nigdzie pan nie pódzie. Wagon zostanie odholowany na bocznicę, a ja tu jestem żeby pilnować żebyście z niego nie wysiedli.
– Ale…
Nie było żadnego ale. Wagon odholowano kilkadziesiąt metrów od peronu. Wyłączono ogrzewanie. Żołnierz weteran usiadł na ławce w naszym przedziale, bo w kupie cieplej. I zapalił strasznie cuchnącego papierosa.
Tak minęły trzy godziny.

Wreszcie szczęk, wstrząs, para buch. Nasz wagon potoczył się w stronę peronu, gdzie czekał już na nas pociąg do Franfurtu.
Żołnierz weteran wysiadł, a jego miejsce zajął konduktor.
Sprawdził nasze bilety i zaczął krzyczeć na moją współpasażerkę.
– O co chodzi – wtrąciłem się.
– Wasz polski porządek. Ona w ogóle nie powinna jechać przez Berlin tylko przez Lipsk i Mainz. Powiedz jej , że ona musi wysiąść w Berlinie Zachodnim i tam poczekać na inny pociąg.
– A nie może poczekać w Berlinie Wschodnim? Ja mam ileś tam marek, to jej dam. Kupi sobie coś do jedzenia. Chyba lepiej tutaj, wśród swoich, niż w kapitalistycznym kraju, do tego bez walut.
– Nie ma mowy! Uważaj. Ty musisz jej pomóc. W Berlinie Zachodnim pociąg staje tylko na dwie minuty. W tym czasie musicie wynieść te wszystkie jej klamoty.
Nie pozostało mi nic innego, tylko przetłumaczyć tę instrukcję i zabrać się do przenoszenia bagażu do drzwi wagonu.
Na szczęście miałem sporo czasu, gdyż właśnie dojechaliśmy do granic Berlina Zachodniego.  Tym razem kontrola ograniczyła się tylko do gruntownego sprawdzenia czy coś/ktoś nie ukrywa się pod wagonami.
– Popatrz, jakie doskonałe połączenie rosyjskiej podejrzliwości z pruską dokładnością – to mówił stojący obok pasażer. Przedstawił się jako Amerykanin. Nie wiem, skąd się wziął w Berlinie Wschodnim.
Pociąg ruszył i pewnie właśnie wtedy przekroczyliśmy „mur”.
Moja podopieczna siedziała bezradna i rozglądała się ze strachem w oczach.
– Niech pani uważa, ja wyniosę bagaże na peron, ale nie będę miał czasu ich przenieść do poczekalni. Postaram się poprosić kogoś o pomoc, ale będę musiał zostawić panią samą.
Kobieta zaczęła znowu płakać. Na dodatek zaczął padać deszcz.
Ani się spostrzegliśmy a pociąg zaczął zwalniać, za oknem przesuwały się dworcowe budynki. Wychyliłem się przez okno wypatrując jakiejś pomocy. Zobaczyłem wózek bagażowy z kierowcą i obok jakichś mężczyzn w mundurach. Zacząłem machać w ich stronę. Zauważyli mnie.
Pociąg się zatrzymał, a wózek bagażowy stał już przy samych drzwiach wagonu.
– Czy możecie nam pomóc? Ta pani…
– Wiemy. Jest w niewłaściwym pociągu i musi poczekać na właściwe połączenie. Nie martw się. Powiedz jej, że zabierzemy ją do poczekalni, damy posiłek, będzie mogła skorzystać z łazienki, może nawet się przespać. Wsadzimy ją do właściwego pociągu.
– Skąd wiedzieliście?  Konduktor was powiadomił?
– Konduktor? Nie. My jesteśmy przygotowani. Codziennie przyjeżdża tu z Polski ktoś z takim problemem.
Mężczyźni w mundurach byli członkami jakiejś ewangelickiej społeczności.

W tym momencie moje doświadczenie przebycia muru się kończy, skorzystam jedank z faktu, że jeszcze jestem na terenie podzielonych Niemiec i zrelacjonuję jeszcze jedno wydarzenie o polskim kolorycie.

Dalsza jazda do Franfurtu minęła bez niespodzianek. We Frankfurcie zatrzymałem się tylko na jeden dzień, to były odwiedziny u korespondencyjnej znajomej.
Kolejnego dnia, wieczorem, wsiadłem do pociągu do docelowej stacji – Hoek van Holland.
W moim przedziale siedziało kilku Hiszpanów. Dowiedziałem się, że po urlopie wracają do pracy w Holandii. Nie mówili po angielsku, ale mimo to nawiązaliśmy miły kontakt, poczęstowali mnie winem.
Zapadała noc. Zgasiliśmy światło i w tym momencie pociąg zaczął gwałtownie hamować.
– O mój Boże, Zosiu, ca ja narobiłam! – usłyszałem kobiecy głos w sąsiednim przedziale.
Hiszpanie wyskoczyli sprawdzić co się stało.
– Jakaś głupia kobieta chciała wyłączyć światło a nacisnęła włącznik hamulca.
Rzeczywiście. W tym pociągu nie było tak jak w Polsce – pudełko z rączką i plombą na drucie, tylko niepozorna dźwignia.
– W jakim języku mówiła ta kobieta? – Hiszpanie patrzyli  na mnie badawczo – rozpoznałeś ten język?
– Nnnnie, no nie jestem pewien, chyba po rosyjsku – duma narodowa przeważyła nad ludzką solidarnością.
Mijaliśmy granicę holenderską, straż graniczna sprawdziła nasze paszporty, zgasiliśmy światło w przedziale.
Nie minęły dwie minuty a straż graniczna ponownie do nas zapukała.
– Czy może pan nam pomóc? W sąsiednim przedziale jedzie pana rodaczka, ale ona wsiadła do niewłaściwego pociągu i musi wysiąść na najbliższej stacji. Mamy prośbę żeby pan wytłumaczył jej całą sytuację.
– Co??? – Hiszpanie patrzyli na mnie z wielkim gniewem.

Okazało się, że moja rodaczka, tak jak ta poprzednia, jechała do Brazylii, przez Marsylię. Już trzeci dzień błąkała się pociągami  po wszystkich zakątkach Niemieckiej Republiki Federalnej i za żadne skarby nie chciała opuścić kolejnego pociągu.

Sporo czasu zajęło mi przekonanie jej, że jednak musi wysiąść, że zostanie otoczona wszechstronną opieką, że tym razem dostanie pisemną instrukcję dokąd i którym pociągiem ma pojechać.
Słuchając tego, co mówiłem, chciałem poprosić strażników żeby pozwolili mi z nią zostać, żebym nie musiał wracać do przedziału pełnego gniewnych Hiszpanów.

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , , | 2 Komentarze

Takiej Baratarii jeszcze nie było!

11.11.
Niemcy świętują początek karnawału, Polacy swą pseudopatriotyczno-wstrętnie nacjonalistyczną rocznicę odzyskania niepodległości (choć na obrzeżach pochodu ma tańczyć kolorowy tłum, oby był więc jak najliczniejszy), reszta świata – w każdym razie ci, których to dotyczy – koniec pierwszej wojny w dziejach świata, którą nazwano światową, Niemcy i okolice aż po Poznańskie świętują dzień świętego Marcina z Tours, a w Berlinie byliśmy się spotkać z Salmanem Rushdiem.

Ewa Maria Slaska

Kilka dni temu ze Zjednoczonego Królestwa przyszła powieść Salmana Rushdiego, Quichotte.

Powieść, głosi tekściarz wydawnictwa (wszystkie tłumaczenia moje – EMS), jest hołdem dla wielkiego poprzednika, a jednocześnie nowoczesnym majstersztykiem o miłości i rodzinie.

Sam DuChamp, zainteresowany wielkim dziełem Cervantesa, średniej klasy autor thrillerów szpiegowskich, tworzy postać Kichota, uprzejmego i szlachetnego komiwojażera. Kichote kocha telewizję i zakochuje się w gwiazdce telewizyjnej. Wyobraża sobie, że ma  syna Sancho i w jego towarzystwie wyrusza w malowniczą i pełną przygód podróż przez Amerykę, po to by udowodnić wybrance, że jest godny jej uczucia. Sam DuChamp, autor tej historii, przeżywa kryzys wieku średniego.
I tak jak Cervantes, który napisał swe dzieło jako krytykę swoich czasów, tak i Rushdie, zabierając czytelnika w szaleńczą podróż, cały czas balansuje na krawędzi pomiędzy moralnością a załamaniem duchowym. I, jak zawsze u Rushdiego, jest to historia pełna magii, opowieść, w której autor i jego bohater zlewają się w jedno – postać człowieka, który uparcie poszukuje miłości.

No cóż, sam Rushdie też jest częścią tego warkocza uczuć i tęsknot. Ismael Ismael, w zamerykanizowanej swej wersji Mr. I. Smile, główny bohater powieści Sama DuChampa w powieści Salmana Rushdiego, jest potomkiem hinduskich imigrantów w Ameryce, a gwiazdka, w której się zakochuje, nazywa się Miss Salma R. i też ma ciemną skórę i przy była do Ameryki prosto jak strzelił z Bolly do Holly. Są  to oczywiście wcale nie takie znów cienkie aluzje do autora, i świadczą niewątpliwie o tym, że obaj bohaterowie powieściowi są też alter ego Rushdiego. Quichotte czyli nasz swojski Kichot jest tu pseudonimem Ismaela i patronem Sama i Salmana. Wszyscy trzej są brązowoskórymi mężczyznami, którzy się urodzili i wychowali w Bombaju, mieszkali w Iranie i zawędrowali do krajów anglojęzycznych. Wszyscy, dwaj w powieści, jeden w życiu, rozprawiają się z ogłupiającym mitem Ameryki. Dwaj z nich, ten powieściowy, i powieściowo-powieściowy, są samotni i nie mają dzieci, ich jedynym dzieckiem jest ich wyimaginowane własne młode ja.

To młode ja I. Smaila, który ozwał się Oquichotte (jednakże bez szlacheckiego tytułu „Don”, uważając, że „się nie godzi”), pojawiło się jako wymaginowany i wyblakły młodzieniec, widmo jeszcze nie narodzonego syna. W ogromnym wysiłku woli widmo pewnej nocy stało się pełnoprawnym człowiekiem. Ojciec i niewidzialny dla świata syn spędzali noc w namiocie nad jeziorem Capote. Ojciec spał i chrapał, młody…

leżał na dachu chewroleta, słuchając świerszczy i patrząc w pomrukujące z cicha koła galaktyk. To znak, na jaki czekałeś, Tato, pomyślał chłopak, gigantyczny gwiezdny paluch wskazujący Ziemię, dowodzący, że wszystkie ludzkie dążenia są bez sensu, a wszystkie ludzkie osiągnięcia absurdalne, jeśli porównać je ze wszystkim wszystkiego. Tam na górze były przeogromne ogromy, nieskończony dystans dystansów, niemożliwe skale, cisze głośne jak grzmot wszystkich tych świateł, miliony milionów milionów płonących słońc, wszystko tak daleko, że nikt nie usłyszy twojego krzyku. A tu na dole rasa ludzka, brudne mrówki pełzające po niedużej skale, krążącej wokół gwiazdki bez znaczenia na dalekich obrzeżach nieistotnej galaktyki leżącej na odludziu Wszechświata, narcystyczne mrówki oszalałe z egotyzmu, domagające się w obliczu płomiennego nocnego nieba potwierdzenia, że ich małoważne mrowiska są centrum wszystkiego. Patrząc na obracające się koła Wszechświata, Sancho pomyślał, że choć wciąż jeszcze jest na poły duchem, dobrze i bez złudzeń rozumie prawidłowości rządzące światem.

Ale mimo to, paradoksalnie, chciał stać się jedną z mrówek. Chciał mięsa, krwi i kości, chciał móc zjeść hamburgera i poczuć jego smak. Chciał życia.

– On też tego chce dla ciebie, powiedział cichy głos.
Sancho rozejrzał się, ale koło niego nie było nikogo.
– Na dole, powiedział głos.
Sancho spojrzał w dół. Koło niego na dachu samochodu siedział świerszcz, spokojny, swobodny, który nie cykał tylko mówił po angielsku z włoskim akcentem (…).
– Jestem projekcją twojego umysłu, powiedział świerszcz, – tak jak ty jesteś projekcją jego umysłu. Wydaje się, że dostaniesz insulę.
– Co dostanę?
– Mówiłem już, odparł świerszcz. – Tak jak i ty, on też by chciał, żebyś był w pełni człowiekiem. Cały czas to sobie wyobraża. Ale by mógł cię tam przepchnąć, będzie ci musiał dać insulę.
– Mówię do świerszcza, powiedział na głos Sancho, kierując wzrok ku gwiazdom, który ma słownictwo o wiele pokaźniejsze od mojego, i który zdecydowanie ma ochotę na dyskusję o insulinie.
– Nie o insulinie tylko insuli czyli wyspie.
– Da mi wyspę?
– To część mózgu, zwana w podręcznikach Wyspą Reila, od nazwiska niemieckiego naukowca, który pierwszy ją wyodrębnił. Ale możesz ją równie dobrze nazwać Wyspą Realu. To część corteccia cerebrale wpływająca na wiele cech, które charakteryzują człowieka. Essere umano, si. Jest zawinięta w solco laterale. To rysa, oddzielająca w mózgu lobo temporale i lobo frontale. Insula produkuje świadomość, uczucia, postrzeganie, samoświadomość i zdolność komunikacji z innymi ludźmi.

E molto multi-funzionale, ta insula, o tak. Stąd bierze się empatia, ale też system kontrolujący ciśnienie krwi, a jeśli coś cię uderzy, to insula powie ci, jak bardzo cię to zabolało. Chcesz być głodny? Chcesz poznać smak haburgera? Insula zapewni ci czucie i dotyk. Interesuje cię seks?  Insula produkuje nam orgazmy. Wspomaga koncentrację. Ma do czynienia z ekstazą. Tak tak, rzeczywiście ciężko pracuje. Zapewni ci szczęście, smutek, gniew, strach, niesmak, niewiarę, zaufanie, wiarę, piękno i miłość. Także halucynacje, i to stamtąd się wziąłem. Eccomi qua

 

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , , , , | 1 komentarz