Zima, mgła, pociągi…

czyli kolej szprotawska po raz drugi:

Mieczysław Bonisławski

Wiadukt

1.
Miała być ładna, słoneczna pogoda. Tymczasem niebo, od nadodrzańskich lasów w dole, aż po wysoko nad głowami unoszący się pustacią horyzont na południu, zaścieliły ciemne, nieprzeniknione chmurzyska. Odtajała przed tygodniem, pokryta przygniłymi resztkami traw ziemia, znowu zabielała mokrym, nieprzyjemnym śniegiem. Był to najgorszy rodzaj śniegu, wodnisty, natychmiast rozpływający się czy to po ręce, czy po spodniach zimną wilgocią. Powodował przylepiające się do wszystkiego błoto, a ciągle, nadal jeszcze padając, zaślepiał nieprzywykłe oczy lub zamazywał szkła okularów.
Bartek, ten nasz najbardziej obyty w terenie eksplorator, archeolog, trwał z nosem przy zbitym w masę żwirze. Niełatwo było go zniechęcić, jak już coś zaczął, szczególnie gdy podchodził do tego z pasją, szedł w zaparte, aż do rozwiązania zagadki. Za to Paweł nie krył złego nastroju. Wstał z przyklęku, pomacał się po spodniach przejeżdżając dłońmi wzdłuż, tak od góry do samego dołu Nie wiem, chciał w ten sposób wyrównać kanty?
– No to idziemy na przyjęcie? – podchwycił ów gest również Zbyszek. Jego żart był ciężki i nierzadko irytujący, ale riposty miał szybkie i – niestety – żonglował nimi często, najczęściej nie w porę.
– Cholera. Co za pogoda – Paweł, jak przystało na dobrze zapowiadającego się polityka, nie słuchał tego co się wokół mówi. A jeżeli już coś usłyszał, to reagował poniewczasie – Na jakie znowu przyjęcie!
– No, nie wiem. Jakieś ważne, najważniejsze.
– Żadne przyjęcie. Pogoda jest do kitu. Nic tu dzisiaj nie zrobimy… Ja bym wracał…
– Ja mówiłem, że się rozpada…
Bartek westchnął, ale dalej grzebał łopatką, wgłębiając się w bebechy nasypu kolejowego. Nie zanosiło się jednak na jakiś szybki, powalający efekt tej grzebaniny, a że Bartek, prócz westchnienia, nie kwapił się do innej formy komunikacji, należało szybko coś powiedzieć.
– Z mapy wynika, że tu, o… Piętnaście, no, dwadzieścia metrów dalej był stary wiadukt.
Sto lat temu, gdy powstał ów nasyp, biegł on nieopodal niewielkiego miasta. Wokół, w dole rozciągało się zielone morze ogrodów i sadów. Gdzieniegdzie spośród tej feerii różnych odcieni zieleni przebijała intensywna plamka dachu. Małe, niczym wzięte z bajki domki przedmieścia, przypominały wówczas zapewne pąki czerwonych kwiatów rozsypane po łące…
Dokładnie w tym miejscu, z obu stron nasypu, zbiegały się wtedy u jego podnóża polne drogi. Infrastruktura kolejowa stanowiła w tej okolicy zupełnie obcy element, całkowicie zaburzyła harmonię opadającej ku północy, równej niczym stół sandrowej równiny. Jakieś dwieście metrów dalej na południe, kolejowi inżynierowie musieli wykopać głęboki jar w polodowcowej morenie, aby tory mogły jego dnem przebić się dalej. Tutaj jednak, w gąszczu owocowych drzew i ogrodów, wiły się po równym polne dróżki, prowadząc od jednego do drugiego, rozrzuconych daleko od siebie domków.
Nasyp kolejowy rozciął tę krainę, rozłożoną między wyniosłą górą a kilkukilometrowym nadrzecznym lasem, na dwie, odizolowane od siebie części. Niczym szeroka, rwąca rzeka. Od chwili powstania tej kolei, aby przejechać lub przejść z jednej strony na drugą, trzeba było szukać specjalnego przejścia. Na rzece, byłby to bród, tutaj – inżynierowie zaprojektowali wiadukt. Wszystkie dróżki, które przed budową biegły równolegle na zachód, musiały zmienić kierunek, skręcić tak, aby spotkać się w jednym miejscu, przed wiaduktem i razem przekroczyć tor. Po drugiej stronie rozchodziły się znowu, każda w swoją stronę, do tych miejsc, do których doprowadzały ludzi niezmiennie od lat.
Wiadukt nie był duży. Niedługo po wielkiej wojnie go zburzono. Obok zbudowano nowoczesną arterię i cały ruch przeniósł się tam. Polne dróżki stały się niepotrzebne, zaorano więc większość z nich i zbudowano nowy, betonowy wiadukt nad arterią.
Po latach, w miejscu starego wiaduktu biegł już tylko po prostu nasyp, niewprawne oko nie odnalazłoby w nim nawet najmniejszego śladu blizny po zasypanym przed pół wiekiem przekopie. Nieco dziwnie wyglądała tylko ulica, która w tym miejscu kończyła się ślepo u jego podnóża. Jedyna z wielu polnych dróżek, jaka zachowała się, była teraz w miarę szeroką, asfaltową ulicą, żaden bruk czy szuter. Jej początek albo koniec wyznaczony był przy starej, nieczynnej już fabryce, parę metrów od torów. Wyglądało, to tak, jakby w zamyśle planistów miała prowadzić tylko do niej, dalej już nie, a przecież naprawdę było zupełnie inaczej… Ale uwagę wszystkich przyciągała już od lat tylko arteria i nowy wiadukt.
Trzy postacie pochylały się teraz jednak nad tą starą i ślepą uliczką.
– Droga musiała iść prosto, tu gdzie jest teraz ten ogrodzony plac.
Komuś patrzącemu z korony nasypu w dół, na wprost, horyzont zamykała perspektywa ulicy, która zaczynała się siedemdziesiąt metrów od podnóża sztucznego wyniesienia. Była w tym miejscu brama przez którą można było wjechać na szczelnie ogrodzony plac o zniszczonej i zaniedbanej nawierzchni, przylegający do idącego górą torowiska.
– Sam plac chyba otoczono tą siatką i wylano później. Asfalt jest zupełnie inny, jakby świeższy – ocenił Zbyszek.
– Zejdziesz na dół? Wyznaczysz krokami linię dawnej ulicy, od bramy aż do nasypu. Pokażesz dokładnie gdzie był prześwit pod przęsłami wiaduktu.
Zbyszek zbiegł, ale zatrzymał się przed siatką ogrodzenia, która zaczynała się tuż, na dole.
– Nie potrzeba. Widzę stąd jak biegła droga – zamachał gdzieś przed siebie ręką, odwrócił się ku nasypowi i lekko pochylając całe ciało, drugą dłonią oparł się o ścianę wzniesienia. – O, tutaj był przejazd.
Ten jaskrawy brak inicjatywy nie mógł nikomu się spodobać. Nawet milczący dotąd Bartek, podniósł głowę i w końcu dał wyraz swojej, narastającej od paru minut, dezaprobacie:
– Daj spokój. Naprawdę nie możesz przejść takiego kawałka i wyznaczyć dokładnie miejsca, gdzie był ten prześwit?
– Nie będę skakał przez siatkę! Chcesz, to sam skacz – obruszył się Zbyszek i począł z powrotem wdrapywać się na górę. – Tu jest dokładnie to miejsce. Ja wracam.
Paweł spojrzał w dół, ogarnął, trochę nieobecnym spojrzeniem widoczną kawałek dalej arterię, nowy betonowy wiadukt, zniszczony plac. Sięgnął do kieszeni kurtki, z której wyjął papierosa. Przypalił zapalniczką. Wziął papierosa do ust, zaciągnął się. Ogarnął jeszcze raz spojrzeniem tę nazbyt szeroką, jak na prowadzone badania, perspektywę i rzucił nieco nie na temat:
– Tak popękany asfalt musi być co najmniej z trzy, cztery lata opuszczony. Ta trawa, która wyrosła w szczelinach, to gatunki wieloletnie, ale gdyby miała jeszcze więcej lat, to pokazałyby się też już i jakieś krzewy… Ładny plac, szkoda, że tak marnieje. Ciekawe czyja to własność? Wygląda, jakby ostatnio był to teren do nauki jazdy… Tam z tyłu, od głównej, był chyba kiedyś PZMot, nie wiecie, czy jeszcze tam jest? Może to ich plac?
Bartek wstał z klęczek. Otrzepał z błota łopatkę, stukając nią o szynę. Następnie zgarnął butem niewielki urobek do otworu, który wcześniej wykopał. Przydeptał. Ślady pracy zniknęły, za parę godzin lekki śnieg miał jeszcze wszystko przyprószyć, a później, po jego stopnieniu – wsiąkająca woda miała zrobić resztę.
Tory biegły tu prawie dziesięć metrów ponad powierzchnią. Nasyp wygięty był w długi, ale łagodny łuk. Jego korona była szeroka dokładnie na tyle, by pomieścić pojedyncze torowisko. Wydeptana obok szyn ścieżka, wiła się już częściowo rozdeptanym zboczem. A jednak w miejscu zasypanego teraz wykopu, Bartek mógł swobodnie stanąć, rozłożyć sprzęt. Obok zmieściłby się jeszcze pewnie Paweł lub Zbyszek. Na długości trzydziestu metrów nasyp rozszerzał się i biegł tutaj jakby podwójnym łukiem. Idąc szybko i nie rozglądając się specjalnie, zapewne jednak nie zwróciło by się na to uwagi. Aby dostrzec tę anomalię, trzeba było chcieć ją zobaczyć, dokładnie wiedzieć czego się szuka.
– I co, takie samo podłoże?
– Widzisz ten drugi otwór?
– No…
– Właśnie. I tam, między szynami, pod podkładami, i tutaj, na tym wyszerzeniu, do pół metra w głąb jest dokładnie ten sam materiał i układ warstw. Zresztą, o warstwach ciężko tu mówić, jest to praktycznie calec, bez żadnych fantów – machnął ręką Bartek. – Zasypiesz ten otwór na szynach?
Czemu nie? Robota ani ciężka, ani długa. Gdyby but przeciekał, była by mało przyjemna… Ale nowe buty nie miały prawa przecieknąć, zresztą sprzedawca wczoraj dawał Joannie takie różne zapewnienia, zachęcając do ich zakupu!
– Mógł tu być tor? – włączył się Zbyszek.
– Czyli drugi tor? Ale gdzie była zwrotnica, z której strony – od wiaduktu, czy od dojazdu? – zapalał się Paweł. – Zwrotnica na wiadukcie? Może to był jakiś obrotowy wiadukt, tak jak w MRU, a może tu była jakaś tajna bocznica…?
Bartek był już spakowany.
– To co, na dzisiaj się zwijamy… – jeszcze ostatnie klepnięcie butem i po drugim wykopie też już nie było śladu. Aż Bartek uśmiechnął się i aprobująco kiwnął głową. – Spotykamy się bez zmian. Powinien być już Sławek. Jakąś rewelację będzie mieć też Michał.
Zbyszek nagle ucapił torbę Bartka i bez ceregieli zajrzał do środka, wsadził łapę.
– Co tam zabierasz? – spytał, triumfalnie wyciągając z wnętrza jakiś szary, pokryty żyłkami kawałek gruzu albo drewna.
Bartek spokojnie odebrał znalezisko i powoli zaczął wyjaśniać, schodząc jednocześnie zboczem nasypu ku zaparkowanym samochodom:
– Wziąłem, jako próbkę sztukę takiego dziwnego gruzu, którego nie było pod szyną a tylko na wyszerzeniu. I woreczek, do którego wrzuciłem calec z wyszerzenia.
W połowie drogi zatrzymał się.
– Niby nic specjalnego w tych wykopach nie było. Ale na wyszerzeniu znalazłem jakieś kawałki, które mi tu nie pasują. Struktura i skład samego podłoża też wydają się w obu miejscach takie same i bez sensacji, ale… – ruszył dalej – Zaniosę próbki do naszego laboratorium, niech przebadają, sprawdzą kilka rzeczy.
Zatrzymał się przed autem. Otworzył drzwi. Nie wsiadał jednak.
– Na wyszerzeniu jakby bardziej to wszystko mokre, jakby poddawane było dłużej działaniu wody… Albo… Nie!, przecież nie może być pięć tysięcy lat starsze, niż podtorze znajdujące dwa metry obok…!

2.

To spotkanie miało się odbyć w lesie, rozciągającym się na południe od miasta. Północne stoki morenowego wału zajęły ulice i domy, spoglądające z delikatnie opadającej równiny ku szerokiej wstędze wody, rozlanej tuż za ciągnącym się jeszcze od rogatek nadrzecznym łęgiem. Przeciwstawny stok moreny oraz kolejną, wciśniętą między dwa ciągi wzgórz dolinę, porastał na przestrzeni kilkunastu kilometrów sosnowy bór. W wyższych miejscach, gdzie było nieco bardziej sucho, drzewa były wyższe, rzadsze a przez ich korony przebijało się, aż do iglastego, porośniętego jagodami poszycia słoneczne światło. Las był widny i sprawiał przyjazne wrażenie.
Z kolei w licznych zagłębieniach, na północnych stokach pagórków i wokół bezodpływowych, bagnistych zapadlisk pojawiały się liczniejsze, liściaste dęby i graby oraz niski, gęsty podszyt młodych olszyn. Tutaj było ciemno i ponuro, powietrze zalegało ciężkie i stęchłe od gnijących resztek roślin. Z panującego nawet za dnia mroku zionęło nieprzyjemnie czymś groźnym i wrogim.
Wąski, idący prosto, niczym wystrzelona strzała tor kolejki zagłębiał się zaraz za miastem w wilgotny, mroczny las. Jeszcze całkiem blisko ostatnich domów, a przecież jakby już w zupełnie innym świecie, pod zwisającymi ku samej ziemi, tworzącymi nieprzenikniony welon gałęziami, chowała się długa i wysoka rampa kolejowa. Ciągle mokry beton był omszały. Brązowy i zielony nalot pokrywający powierzchnię jeszcze bardziej maskował obecność rampy, która i bez tego słabo widoczna, niemal zlewała się z otoczeniem.
Krążyły przeróżne legendy i opowieści o jej dawnym przeznaczeniu. Od ponad pięćdziesięciu lat była nieużywana, dawno rozebrano boczny tor, który biegł przy niej, równolegle z torem szlakowym. Nikt z żyjących nie przypominał sobie, aby cokolwiek na jego oczach tutaj wyładowywano lub załadowywano. Potężną rampę zbudowano praktycznie pośrodku lasu, w miejscu mało dostępnym, z daleka od jakiejkolwiek, choćby leśnej drogi. Nawet te kilka młynów, które wykorzystywały bystry bieg spływających ze stoków moreny leśnych strumieni, dopóki jeszcze pracowały w kniei, stały w zupełnie innej części lasu niż rampa. Minęły lata, rozsypały się porzucone młyny, rozebrano tory linii kolejowej, nikt jednak nie ruszył rampy. Bodaj najbardziej niepotrzebnej, pierwszej w kolejności do rozbiórki. Dlaczego, w jakim celu ją tu pozostawiono?
Paweł łączył jej istnienie z nieopisaną nigdzie i nie zaznaczoną na żadnej z dawnych map, bocznicą wojskową prowadzącą do polowego lotniska. Działało ono do końca wielkiej wojny w pierwszej wsi za lasem. I Paweł usłyszał kiedyś tam, od kogoś tam, że ten ktoś pamiętał taką bocznicę. Jak dotąd nie udało się potwierdzić tego przypuszczenia…
Z innych opowieści, jakie udało się zebrać, wynikało że z drugiej strony dochodziła do rampy wąskotorówka. Miała ona prowadzić do istniejących przed wojną na peryferiach miasta zakładów produkujących kafle do pieców i do pokrywania dachów. Ostatnio nawet zgłosił się ktoś, kto odnalazł na dachu rozbieranego budynku dachówki z tej firmy. Poproszony o fotografie choćby jednej z nich, zamilkł jednak. I nie odezwał się więcej. Nie przynosiły też rezultatu, ponawiane co jakiś czas w terenie poszukiwania owej śródleśnej wąskotorówki. No dosłownie nic w tym lesie nie dało się odnaleźć! Nic, prócz tej rampy, tak solidnie wybetonowanej, że nie dotknął jej ząb czasu, a która wzięła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego ją pozostawiono?
W ostatnim tygodniu wszystkich zelektryzowała jednak wiadomość jaką przyniósł, Bartek. W jednym z tych trzech prawdziwie wiosennych dni, jakie przytrafiły się przed powrotem zimy, Bartek wybrał się z córką na spacer właśnie do lasu z rampą. Gdy tak szli wzdłuż dawnego nasypu w kierunku wsi przy lotnisku, jego uwagę zwrócił jakby drugi, równoległy nasyp. Było to na odcinku między rampą a wysokim mostem nad Potokiem Pustelnika. Kawałek za rampą zauważył on obok nasypu, pozostałego po torze szlakowym, wyraźne wyrównanie terenu. Szło ono wzdłuż trasy kolejowej, na nieco niższym wale ziemnym, tak jakby poniżej głównego toru biegł drugi. Przed mostem, ów drugi nasyp, jeszcze bardziej się obniżał, aż do poziomu wody i skręcał prowadząc…. w sam środek strumienia… Na drugim brzegu nie było żadnych podobnych śladów.
– Mówisz o tym wysokim moście nad Potokiem Pustelnika? – wiadomość jaką podał przez telefon nie mieściła się w głowie – On unosi się tak wysoko nad niewielkim strumieniem. Mówimy o tym samym miejscu?
– Tak. To wygląda na drugi tor, który schodził na sam dół, do potoku.
– Ile tam może być metrów w dół?
– Z dziesięć, piętnaście…
– Tak, to jest to miejsce. Tam nie było żadnego innego toru. Penetrowałem otoczenie rampy kilkanaście razy, z dokładnością do centymetrów. Nigdy nic tam takiego nie było.
Bartek milczał gdzieś przy drugim telefonie. Jak można mu było wytłumaczyć, że się mylił, że to co zobaczył, nie było tym co chciał widzieć?
– Dwa lata temu robotnicy rozryli nasyp szlakowy, bo w jego wnętrzu montowali rury kolektora burzowego, zrzucającego miejską deszczówkę do Pustelnika. Korzystali z mnóstwa ciężkiego sprzętu… To pewnie ślad po ruchu tych maszyn. Nic innego…
– Oglądałeś nasyp po tym, jak skończyli tę budowę?
– Jasne. Byłem zobaczyć, czy go nie zniszczyli.
– I widziałeś wtedy tę drogę wyjeżdżoną przez maszyny budowlane?
– Nie…
– To jest na pewno pozostałość po drugim torze kolejowym. To nie jest nic innego.
– Ale tam nigdy nie było drugiego toru! I nigdy nie było żadnego innego nasypu. Był tylko las.
– Może powinniśmy to zbadać? Wiosna za oknem, warunki dobre.
W takich oto okolicznościach powstał pomysł spotkania w lesie, do którego niestety nie doszło.

3.

Tak, nic z zakładanych planów nie wychodziło. Zamiast słońca, które miało wysuszyć błoto, pozostałe po – zapowiadanym jako ostatni tej zimy – mokrym śniegu, pojawiła się śnieżyca, jakiej nikt nie pamiętał. Śnieg, który nagle sparaliżował całą okolicę, spadł praktycznie w ciągu połowy nocy. Zasypał wszystko, co stało na drogach i chodnikach, ciężko było odróżnić gdzie przedtem był trawnik, ławka, przy czym stała latarnia. Silny, wyjący za oknami przez kilka nocnych godzin wiatr utworzył zaspy, w niektórych miejscach sięgające połowy okien co pomniejszych, parterowych chałup. Wszystko było białe. Przykryte tą powłoką miasto, przestało miasto przypominać. Ustało wszelkie życie, okna domów były ciemne i ślepe, w ich wnętrzach ogarnął wszystkich sen przeczekania.
Nad przypominającą pofałdowaną wydmami pustynię równiną unosił się szczelny płaszcz grubych, ciemnych chmur. Śnieg już nie padał, wiatr nieco ucichł, jednak od rana panował sprawiający przygnębiające wrażenie półmrok. Powietrze przypominało oblepiającą policzki watę, miało się wrażenie, że można je ciąć nożem. Nie był to śnieżny puch, który mogłyby unosić podmuchy wiatru, nie była to też mgła. Czort jeden wiedział co to było! Było ciemno, nic nie można było w tej mgle-nie-mgle zobaczyć dalej niż na sto metrów.
Przejście pod ledwo widoczną gdzieś w górze, wąską kreską wiaduktu równało się przekroczeniu bramy do innego, nieznanego świata. Improwizowaliśmy tej niedzieli. Dlatego staliśmy przed „bramą czasu”, pomimo tego, że ta wyprawa w czasie, a nie w przestrzeni, miała się odbyć później. Pierwszy zaryzykował Paweł. Nie skradał się jednak tak jak Zbyszek, który ostrożnie, niemal lękliwie, przesuwał się przy samej ścianie przyczółka. Nasz polityk wchodził w nowy, inny czas raźno i bez zastanawiania się, czy za granicą światów, czeka nań „świetlana” przyszłość, czy „mrok” przeszłości? Wybrał dla siebie sam środek drogi, zupełnie ignorując obowiązujące zasady. Tym razem intuicja, ów słynny „nos”, go jednak zawiódł…
Dźwięk dzwoneczków, parskanie koni i łoskot sunących szybko po śniegu sań zbiegły się z głośnym przekleństwem. W mgnieniu oka Paweł leżał na plecach w głębokim śniegu a pod wiaduktem przemknęły ogromne, czterokonne sanie i zaraz rozpłynęły się w mroku i mgle.
Zbyszek i Bartek przebiegli pod wiaduktem i doskoczyli do nie wstającego ciągle z zaspy Pawła. Powiał silniejszy wiatr i sypnęło śniegiem. Wiadukt, który pozostał z tyłu, rozmywał się już zupełnie. Zapłonęły latarnie. W ich świetle, charakterystycznym dla blasku gazowych latarni, z mlecznej, nieprzeniknionej perspektywy wynurzył się Sławek, a chwilę po nim – Michał. Nie spieszyli się. Z nieukrywanym dystansem, podszytym ironią, spojrzeli na chłopaków próbujących pomagać Pawłowi.
– Cholera, skąd się tu wzięły te sanie? – denerwował się poszkodowany, wstając w końcu na nogi.
– A co my tu robimy? – pytanie Zbyszka wyrażało irytację i szyderstwo jednocześnie. – Nie powinniśmy być w domu?
– Tak jak każdy normalny człowiek dzisiaj – poparł go Sławek.
Nastało nieco niepokojące, mogące za chwilę zdemobilizować wszystkich, milczenie.
– Dobrze panowie, przez te nocne zaspy, nie poszliśmy do lasu, na ten dodatkowy nasyp Bartka. Ale jakoś szczęśliwie dotarliśmy wszyscy tutaj… Nie traćmy zatem ani chwili, zimno, straszno, nie wiadomo gdzie jesteśmy…
– Za wiaduktem, na śniegu, zamiast w chałupie, przy piecu – Zbyszek nadal nie mógł się pogodzić z sytuacją.
– Sądząc po tych saniach, jest gdzieś rok-dwa przed wojną. Pierwszą, oczywiście – roześmiał się Bartek.
– Michał, w którym roku była wtedy najsroższa zima?
Wysoki blondynek w okularach, najmłodszy z grupy, był historykiem, archiwistą. Jako że zaczął dopiero co pisać doktorat, podchodził do takich pytań jeszcze bardzo konkretnie.
– Jedną pamiętam dokładnie z opisu z kronik kolejowych. Szóstego lutego 1929 roku było 38 stopni mrozu i parowozy nie odpaliły… Cała kolej stanęła…
– Ale w tym czasie, to powinny jeździć już samochody a nie sanie i konie – zaoponował trzeźwo Sławek.
– Nie wiem tak dokładnie. Może wtedy jeździły już i samochody i jeszcze – konie? – Michał zaczął analizować niczym rasowy historyk, ale szybko wszedł mu w słowo Bartek:
– Mnie zastanawia co innego. Stoimy tu już tyle czasu na samym środku drogi i tu nic w ogólne nie przejechało. Czy to nie dziwne?
Zamyślony Michał potarł kaptur opatuloną w rękawicę dłonią. Przez jego twarz przeszedł grymas niezadowolenia, ze dwa razy cmoknął, aż w końcu wydusił z siebie:
– Nie opamiętam tego dokładnie, ale chyba podobna zima zdarzyła się też w roku 1913…?
– O, i to by się zgadzało, wiadukt miał już dwa lata… – zaczął Paweł.
– Jaki wiadukt, widzicie tu jakiś wiadukt? – roześmiał się Zbyszek, któremu w końcu poprawił się nastrój.
Śnieg prószył coraz gęstszy. Wiatr zawiewał go falami w oczy. Wiadukt zniknął. Nie było widać drogi powrotu do własnych czasów.
– Niby prawda – wszedł w tę myśl Michał – nie ma wiaduktu, bo nigdy go nie było. Przejrzałem wszystkie dostępne mapy i plany. Wiadukt koło browaru, tak jak mówiliście, bliźniaczo podobny do tego, niby tutaj, jest na większości z nich. Praktycznie na każdym z tych dokładniejszych.
Wzrok wszystkich skupił się na mówiącym. Tylko Sławek, niby to słuchając, niby zainteresowany, odszedł nieco w bok i zaczął grzebać butem w śniegu. W pewnej chwili pochylił się, jakby coś znalazł.
– Na każdej z tych map, które oglądałem, zaznaczono wiadukt nad drogą na Kożuchów, Freystetter-Chausee. A ten tutaj – obrócił się, pokazując ręką w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku – jest tylko na jednym, jedynym. Może to tylko błąd w druku, pomyłka zecera albo kreślarza. Może jego w ogóle nie było?
– Chodźcie, zobaczcie, tu są jakieś szyny – zawołał nagle Sławek – Czekajcie, za chwilę odkopię podkłady…
– Mam! – krzyknął Michał – na takim jednym, roboczym schemacie sieci torowisk, który datowałem na okres budowy linii lub zaraz po nim, jest tutaj, dokładnie w tym miejscu, zaznaczona przerywaną kreską jakaś odnoga. Chyba planowano tutaj lub zaczęto już wtedy budować odchodzący stąd w bok tor… O ile jest to faktycznie rok 1913 a nie ten dwudziesty dziewiąty…
– Nigdy nie widziałem tu toru… To jakaś bzdura – sapał, kopiąc dalej w śniegu Sławek, nasz pasjonat historii kolejnictwa, jedyny specjalista od tych spraw w całym gronie.
– Nie mogłeś widzieć. Nikt tu potem o żadnym torze nie wspominał… To pewnie jakiś niezrealizowany projekt, no, na tym planie Michała.
– Mówisz okres budowy linii lub zaraz po nim – wtrącił się Bartek – zatem to gdzieś będą lata między 1910 a 1914. Te sanie, ta zima, ten zaczęty i nigdy nie dokończony tor… Przenieśliśmy się panowie do 1913 roku, naprawdę…
– … i tylko ciekawe, jak stąd wyjdziemy… – rzucił w swoim stylu Zbyszek.
– No, faktycznie, pada i wieje, że nic nie widać. Nie wiedzieć w którą stronę jakiś krok postawić – nie na żarty zasępił się Paweł. – Bartek, a tobie żona nie kazała, tak przy niedzieli, posiedzieć przy córce, zamiast szukać nigdy nieistniejących bocznic i wiaduktów?
Bartek machnął ręką, uciekając w nastrój rozbawienia, w jaki miała go niby wprowadzić uwaga Pawła.
– Ona już przyzwyczaiła się do tego, że mi ostatnio wszystko kojarzy się z zapomnianymi torami.
Sławek przestał grzebać w zaspie. Stanął przy Michale i Bartku. Zbyszek nagle spuścił głowę i w końcu zamilkł. Paweł chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował i wsunął się między Bartka a Sławka. Zapadło milczenie. Bo i co tu było gadać? Szczególnie, że każdego coś podobnego gryzło. Nie na każdego wprawdzie czekała w domu żona, ba, nie na każdego nawet czekał dom. Ale byli jeszcze jacyś bracia, jakieś siostry, matki. Obowiązki lub zobowiązania wobec siebie i innych.
– Nie macie wrażenia, że ostatnio coś nam przeszkadza? Albo, tak jak to było z Bartkiem, pojawia się coś zupełnie nowego, co nas rozprasza i burzy harmonogram… Albo, tak jak dzisiaj, spadnie nagle taki śnieg, że nie można nic zrobić.
– Tak, ja to też zauważyłem – ożywił się Paweł – I wygląda to tak, jakby te przeszkody pojawiały się w dokładnie zaplanowanym przez kogoś momencie, tuż przed rozwiązaniem tajemnicy.
– Jasne – zirytował się zawsze, aż do bólu racjonalny Sławek – Jacyś nieznani Strażnicy budzą się i ingerują z zaświatów. Bo my akurat tutaj, badając starą, nieczynną od 50 lat kolejkę, natrafiliśmy na tajemnice kosmitów albo świata duchów…!
– Co by zrobiła twoja żona, gdybyś nie wrócił kiedyś z takiej podróży w czasie? Dała by sobie radę z dziećmi?
Bartek żachnął się.
– Nie byłoby tak źle. Zajęliby się nią teściowie, może miała by nawet lepiej?
– A co słychać u Szymona? – spytał nagle Paweł – Nie pokazuje się ostatnio.
Szymon, szef grupy, niedawno się ożenił i coraz bardziej niecierpliwe oczekiwał wtedy, bliskich już, narodzin pierwszego dziecka. Wszyscy o tym wiedzieli.
– Chcesz powiedzieć, że tylko on po nas wszystkich zostanie? – to był Zbyszek.
– Szukamy wiaduktu, którego być może w ogóle nie było. Gdzie nie spojrzymy, czy to na spacerze z córką, w drodze do pracy, w wolną niedzielę, przechodząc sto lat w przeszłość, wszędzie znajdujemy bocznice, których nie powinno być… Zaczynam tęsknić do swojej stacyjki pod Chrzypskiem.
– I ty to mówisz?
Sławek, w trakcie swoich historyczno-kolejowych wypraw, natrafił kilka lat temu na uroczą stację kolejową na Pojezierzu Sierakowskim, blisko Puszczy Noteckiej. Od tamtego czasu snuł romantyczną wizję tego, jak ją wyremontuje, zamieszka w niej i urządzi małe muzeum kolejowe i centrum kolei drezynowych.
Rzeczywiście, miałby tam święty spokój i mógłby się bez reszty oddawać swoim pasjom. Póki co, opiekował się nią mimo kłopotów. A na przeszkodzie stał mu brak pieniędzy i niechęć ze strony władz do oddania mu tego małego dworca. Tylko dlatego był jeszcze tutaj i zajmował się wiaduktem.
Ale Sławek prowadził też przecież sprawę Ostrowskiego.
– I ty to mówisz, a sprawa Ostrowskiego?
– Dobra pany, wracajmy już do siebie. Ja miałem mieć w poniedziałek spotkanie w sprawie konferencji prasowej, muszę wracać. Mam kupę roboty w realnym czasie.
– Wrócimy, bez żartów…
Gdzieś z oddali dobiegł głos dzwonka. I taki odgłos, „szuru, szuru”, ślizgania płóz po śniegu.
– Jeszcze do końca nie zwariowaliśmy. I damy radę. Słyszycie, wracają sanie. Stamtąd.
Popatrzyli za wyciągniętą ręką. W ich oczach tliło się oczekiwanie na dobrą zabawę, którą zakończą ten nieudany dzień. Na figiel, żart, który zastąpiłby im mocną puentą wynik poszukiwań, na który liczyli tej zmarnowanej niedzieli, a którego nie osiągnęli, którego zabrakło. Taki, który na nowo natchnął by ich nadzieją, dał wiarę, że warto i że się uda. Może już jutro, może za tydzień… To była nadzieja na wyjście z tej pułapki, na powrót… Wiatr znowu zaczął cichnąć, powietrze stawało się bardziej przejrzyste. Z zanikającej ni to zadymki, ni to mgły, na powrót wyłoniła się, ciemniejsza od otoczenia, kreska wiaduktu. W perspektywie prześwitu między przyczółkami, zamajaczyły sanie. Chyba były to te same, które o niemal rozjechałyby Pawła. Wracały?
– Zobaczcie, wracają sanie. Niech to będzie nasza kapsuła czasu, przy ich pomocy wrócimy do teraźniejszości. Jak tylko wjadą pod wiadukt, my przebiegamy w drugą stronę.
Stanęli tak jak sprinterzy stają w swoich blokach na starcie. Przed nimi czaiła się czeluść prześwitu wiaduktu, do której z drugiej strony, zbliżały się czterokonne sanie.
– Uwaga, teraz!
4.

Sprawa Ostrowskiego przedstawiała się tak.
To było w maju lub w połowie kwietnia. W tamtą słoneczną i ciepłą niedzielę od rana otworzyliśmy stare, szerokie odrzwia dawnego magazynku kolejowego, aby obwieścić całemu miastu, że oto powstało Muzeum Czasów. Wydawało się nam, że niewielkie pomieszczenie, zbudowane w technologii sprzed wieków, z muru pruskiego, stwarza doskonały klimat do podróży ze współczesności w przeszłość. Wprost z nowoczesnego, szeroko rozciągającego się parkingu wielkiego marketu, wchodziło się przez rozsuwane wrota do małej, ciasnej groty zawalonej mechanicznymi kasami i drukarkami do biletów, lampami na naftę, pożółkłymi mapami pisanymi gotykiem. Ze słonecznego przestworza do mrocznej niszy, gdzie pomiędzy stuletnimi szpargałami były tajemnicze schody i maleńkie drzwiczki, których nikt nie otwierał od zakończenia wielkiej wojny. Nawet my sami wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy dokąd one prowadziły…
Muzeum Czasów. W epoce opanowywania przez ludzkość kolejnych ograniczeń, pokonywania kolejnych barier natury, takie podróże w czasie mogłyby pomóc nie popaść w szaleństwo, odnaleźć każdemu samego siebie, własną tożsamość i cel w życiu. Pierwsze Muzeum Czasów na kontynencie…
Gdy już przebrnęliśmy przez wywiady udzielane dziennikarzom i oficjalne rozmowy z politykami, na sam koniec pojawił się staruszek. Część oficjalna była skończona, Włodek wyciągnął więc i rozpalił grilla a Paweł otworzył pierwsze piwa. Zbyszek dokładał węgla i smażył kiełbaski.
Staruszek przyszedł od strony Parku, jakoś tak nagle wynurzył się spomiędzy drzew i – znalazł się tuż przy grillu. Nikt nie pamiętał jak długo tam stał, zauważył go w pewnym momencie Włodek.
– Dzień dobry panu, zapraszamy na wystawę. A może zje pan z nami kiełbaskę…?
Staruszek udawał zmieszanego.
– Nie, dziękuję za kiełbaskę, nie chcę sprawiać kłopotu… A ta wystawa, to o kolei, panie Włodzimierzu?
Nasz siwowłosy nauczyciel siatkówki zamarł na moment. Spojrzał uważnie na staruszka. Włodek uczył w mieście od 40 lat i pół miasta, to byli jego znajomi, byli uczniowie lub ich rodzice. Staruszka jednak z nikim takim nie kojarzył. Gdy wielokrotnie potem analizowaliśmy ten moment, starając się rozwikłać skąd się wziął staruszek i kim był, Włodek zarzekał się, iż na pewno go nie znał. Kilka razy nawet coś mu świtało w głowie, już z kimś go kojarzył, ale ostatecznie zawsze kończył stwierdzeniem, że nie, że jednak to nie może być ów on, ten o którym Włodzio przez chwilę myślał.
Staruszek tymczasem uznał, iż zadość uczynił już obowiązującym konwenansom i przeszedł do konkretów.
– A, skoro panowie tak proszą… To może jedną, taką najmniejszą. Tylko aby dla panów na pewno starczyło…!
Zbyszek wybrał kiełbaskę, podał razem z bułką i tacką. Paweł otworzył piwo. Staruszek i piwem nie pogardził.
Usiadł na ławeczce. Zagryzł, popił i zaczął swoją opowieść:
– Tu była dawniej kolej – wyciągnął przed siebie rękę i pokazał na parking i market. – Pamiętam dokładnie. Pociągi jeździły, do miasta jechało się z wioski. Na targ albo do magistratu co załatwić. Niektórzy to do roboty, do fabryki jeździli, a przedtem do szkoły, na przyuczenie do zawodu.
– Pan też jeździł?
– A jakże, ale do miasta to rzadko. Ja jechałem do swojej dziewczyny, co mieszkała w drugiej wsi, za rzeczką. Pociągiem było bliżej i szybciej niż szosą, co to prowadziła wokół lotniska, aż tam hen, przez taką inną jeszcze wieś… Ale bywało, że i do miasta, po jakiś gościniec dla niej, albo i z nią na zabawę jaką większą, jakie bywały w mieście.
– Do kiedy te pociągi jeździły? Mówi się, że zaraz po wielkiej wojnie tory rozebrali?
– A to ja wiem dokładnie. Z wojska właśnie wracałem i napisałem do brata, ze śniło mi się, jak pociągiem zajeżdżam do naszej wsi. I że, w tym śnie, cieszyłem się, jak patrzyłem z tego pociągu na miasto, a potem na las i te nasze pagórki, że już wracam do domu. I on mi wtedy odpisał, że chyba to był tylko sen, bo właśnie przyjechali kolejarze i zaczęli rozbierać tory i że za miesiąc już żaden pociąg nie pojedzie…
– To w taki razie da się dokładnie ustalić rok – ucieszył się Paweł. – Pamięta pan kiedy był w wojsku?
– A jakże. Ten list mam też gdzieś na strychu.
– To może go razem poszukamy?
Staruszek pokiwał potakująco głową. I wtedy przejął inicjatywę Sławek, w którym zagrała krew kolekcjonera:
– To może ma pan stare bilety? Jakąś szynę na pamiątkę? Zdjęcia z przejazdu pociągiem? Jak wyglądała taka podróż do miasta?
– Do miasta? Najpierw był las. Potem… – staruszek zaczął opisywać znany nam ogólnie przebieg dawnej linii. Najciekawsze i zupełnie zaskakujące było jednak samo zakończenie:
– …i tu gdzie teraz siedzimy, była niby ta stacja. Ale tu nikt nie wysiadał, co najwyżej baby na targ. Wagony jechały dalej. Najpierw był ten, tu, przejazd – pokazał ręką na skrzyżowanie ulic na skraju Parku – potem wiadukt, co to nim droga szła w górze, znowu przejazd, mały taki wiadukt, z drogą pod nim – a potem już prosto do stacji głównej. Ale ludzie wysiadali już przy tym małym wiadukcie, bo tam była fabryka dywanów, a zaraz za nią mleczarnia, skład węgla, rzeźnia… A ludzie do roboty tam jechali, to i tu wysiadali…
– Zaraz, zaraz. Koło fabryki dywanów był wiadukt? – przerwał zaskoczony Paweł.
Wszyscy spojrzeli na Sławka, ale ten pokręcił przecząco głową:
– Ode mnie na ten temat nic się nie dowiecie. W moich notatkach nie ma nic o jeszcze jednym wiadukcie.
– Czekajcie, czekajcie. Coś sobie przypomniałem. Tak, chyba w gazecie czytałem o jakimś człowieku, który zaraz po wojnie był oskarżony o zamiar wysadzenia wiaduktu koło fabryki dywanów… To jest jakiś ślad!
– Jakby był wiadukt, to bym coś słyszał. Choćby od wujka-kolejarza – upierał się Paweł.
– To by była zupełna sensacja – spokojnie ocenił Sławek – ale takie sensacje się nie zdarzają…
– Kiedy ten artykuł się ukazał? – zainteresował się Włodek, mający widocznie jakieś własne przemyślenia.
– Nie pamiętam, chyba nie dalej niż rok temu. Gdzie nasz gość?!
Staruszek korzystając z naszej kłótni zniknął. Zbyszek pokazał na brudną od musztardy i tłuszczu tackę i pustą butelkę i parsknął śmiechem.
– Ulotnił się, ale był. Po wiadukcie nie ma śladów, ale po nim zostały. Zabieram je i trzymam jako bezcenny dowód!
Zdarzenie ze staruszkiem okazało się brzemienne w skutkach. Zbyszek jeszcze tego samego popołudnia, chowając grilla do środka, zauważył świeże ślady tłustego błota i wapna prowadzące do maleńkich drzwi na końcu tajemniczych schodów. Był to jedyny, budzący naszą niechęć, a jednocześnie najbardziej fascynujący zakamarek Muzeum Czasów. Okazało się, że ślady te mogły zostawić buty… staruszka. Błoto i wapno wskazywały na to, że był tu ktoś, kto wyszedł z Parku, w którym właśnie zasilano wapnem tłustą ziemię rabatek.
Michał z Włodkiem postawili sobie za punkt honoru odnaleźć w bibliotece gazetę z artykułem o wyroku za próbę wysadzenia wiaduktu. Przewertowali wszystkie numery do pięciu lat wstecz. Bezskutecznie…
Nie przyniosła też skutku próba odnalezienia staruszka. Tamtej niedzieli wspominał o tym, że mieszkał tuż przy torach, że z okna swojego pokoju oglądał w dzieciństwie przejeżdżające pociągi. W wiosce za lasem dawna stacja była zlokalizowana na skraju lasu, praktycznie w pewnej odległości od właściwej zabudowy wsi. Cztery domy, sąsiadujące z dawnym dworcem tworzyły osobną kolonię.
Przepytaliśmy z Bartkiem wszystkich mieszkańców tych czterech budynków o staruszka, o rodzinę, w której mogli być opisywani przez niego bracia, o miejscowego, który być może ożenił się z dziewczyną z drugiej strony rzeczki. Dostaliśmy tylko na wpół legendarną opowieść o młodzieńcu o nazwisku Werdermensch lub Werdermann, który jechał pociągiem do swojej dziewczyny za rzekę w tym dniu, kiedy zawalił się mostek między wioskami. To była wielka tragedia, zginęło kilka osób. Ów Werdermensch jednak nie był jedną z tych ofiar. Na pewno wsiadł do pociągu, ale jego ciała nie znaleziono na miejscu katastrofy. Nie było go też wśród pasażerów, którzy przeżyli… Najbardziej podobno opłakiwał go brat, z którym łączyła go specjalnie głęboka więź.
Sprawa wiaduktu najbardziej poruszyła Michała i Sławka. Pierwszy z nich nie mógł się pogodzić z porażką, jako archiwista i historyk, drugi – jako znawca kolei, szczególnie jej wyposażenia i infrastruktury. Ale to nie u nich zadzwonił na początku września telefon…
– Dzień dobry, czy to Szymon? Pan jest szefem Klubu?
Nasz kustosz przez dwa dni przypominał bombkę atomową w momencie, gdy rozpoczęła się w jej wnętrzu reakcja jądrowa.
– Wiecie kto to mnie zadzwonił? Pewnie, że nie wiecie. Na najbliższe spotkanie do „Caramby” zaprosiłem gościa o nazwisku Ostrowski. Mój numer dostał od redaktora Tomasza. Wiecie co to znaczy? Nie wiecie…
Co dwa miesiące w pizzerii „Caramba” na osiedlu organizowaliśmy otwarte spotkania z ludźmi, którzy wspominali swoje przeżycia związane z koleją. Ostrowski, to był ów człowiek, skazany za próbę wysadzenia wiaduktu przy fabryce dywanów. Jak twierdził, dowiedział się gdzieś, ze go szukamy w sprawie owego wiaduktu. Poprosił o pomoc redaktora Tomasza, który opublikował niegdyś w gazecie ten wywiad, który czytałem. Wywiad, którego nie sposób było później odnaleźć w bibliotece.
Opowieść Ostrowskiego o czasach groźnych i tragicznych sprawiła duże wrażenie na wszystkich. Niewiele jednak wniosła do sprawy wiaduktu. Okazało się, ze nie miał on żadnego zdjęcia. Miał dokumentację swojej sprawy, którą dostał z Instytutu Pamięci, ale nie było tam fotografii.
Michałowi wydawało się to dziwne.
– Jak to? – pytał wszystkich po kolei – Takie poważne śledztwo i ani jednego zdjęcia obiektu, wokół którego wszystko się toczy? Czy to w ogóle jest możliwe, aby w śledztwie nie sfotografowano głównego dowodu?
I napisał do Instytutu list z prośbą o ustalenie, czy w archiwach jest choćby jedno zdjęcie wiaduktu.
A Sławek umówił się z Ostrowskim, aby przyjść do niego do domu i zrobić fotokopie wszystkich posiadanych przez niego dokumentów. Skoro nie było zdjęć wiaduktu, to chociaż nasze Muzeum wzbogaciło by się o same opisy tej historii.
Wziął adres i po jakimś czasie poszedł.
I tylko Bartek zwrócił uwagę na pewien szczegół:
– Słuchaj, czy ten Ostrowski, kogoś ci nie przypomina?
– Myślisz o tamtej niedzieli? Faktycznie, jakiś podobny…
Bartek pokiwał potakująco głową a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny łobuzerski uśmiech.

5.

Przykucnęliśmy przy barierce nowego wiaduktu. Z tyłu było miejsce, gdzie być może przed wiekiem był inny, mały wiadukt a tuż za nim tajemnicza rampa… donikąd? W przedzie, kilka metrów poniżej snuł się sznur kolorowych samochodów.
– …Kiedy upadł ten meteoryt wilkanowski? – chciał wiedzieć dokładny jak zwykle Michał.
– Wiosną 1841 roku…
– To równo 70 lat przed budową linii kolejowej – trzeźwo zauważył Paweł – Po tylu latach szukali by materiału budowlanego wśród gruzu sprzed dwóch pokoleń…?
– Analiza chemiczna wskazała, że jest to krzemian łańcuchowy, czyli piroksen i jakiś inny, podobno zwany oliwinem. Tego drugiego jest znacznie więcej, a całość ma bardzo zasadowy odczyn… – mozolnie wyliczył Bartek. – Coś ci to przypomina?
– Te astrofizyk… – zaczepnie rzucił Paweł, odkładając pustą butelkę po piwie.
– Skład składem, ale te charakterystyczne skupienia kryształków… Pokaż Bartek jeszcze raz to zdjęcie.
Na dużym wydruku z komputera był kawałek wykopany przez Bartka z nasypu, oczyszczony z błota i osadów. Błyszczące drobinki skupiały się kuliście tworząc promieniste linie rozchodzące się po całej bryłce. Przypominało to zarówno gąbkę, jak i mapę rozgwieżdżonego w nocy nieba.
Ekipa nie miała jednak zbyt wiele do powiedzenia w tej sprawie.
– Popatrzcie, takie ułożenie kryształków nazywa się chondrem i jest charakterystyczne dla meteorytów. Takie skały nie powstawały na Ziemi.
Paweł w milczeniu pokiwał głową. Michał z kolei, w charakterystyczny sposób podrapał się w czuprynę.
– Dziewczyna z laboratorium, która wykonała mi badania, powiedziała, że taki sam skład chemiczny mają perytodyty. – Bartek schował zdjęcie i tajemniczo się uśmiechnął. – A perytodyty przekształcając się w serpentynity powodowały przemianę dwutlenku węgla w związki organiczne, które według niektórych teorii dały początek życiu…
– Coś chrzanisz… Nic z tego nie rozumiem – zdegustowany Paweł sięgnął po kolejne piwo, odkapslował, ostro łyknął.
Bartek dalej uśmiechał się. Miał taki łobuzerski uśmiech, z którego wprawdzie nie dało się odczytać czy za chwilę nas za coś objedzie, czy też zaskoczy jakąś sensacją. Jednakowoż był to bardzo intrygujący a i demoniczny uśmiech.
– Ty, popatrz na to… – Sławek dał mocnego kuksańca Michałowi.

Zbyszek wdrapywał się na nasyp od strony nowego wiaduktu. Ruchy miał nieskoordynowane, sapał nadmiernie. Gdy podszedł, uciekał gdzieś z oczami, odwracał twarz. Był podpity.
– Słyszałem, Bartłomieju, że odkryłeś, iż nasyp główny jest pięć tysięcy lat młodszy od nasypu gdzie szła bocznica od wiaduktu… – wyraźnie czepiał się naszego archeologa.
– To nie do końca tak – ten nie dał się sprowokować – Urobek z nasypu sprawia wrażenie kilka tysięcy lat starszego niż urobek z wyszerzenia. Ten ostatni ma zasadowy odczyn, stąd kawałki drewna i kamyki sprawiają wrażenie o wiele młodsze, niż te z urobku obok. Wszystko było by jasne, gdyby nasyp był kwaśny.
– …ale nie jest…? – domyślnie rzucił Paweł.
– U mnie też kicha – wszedł w słowo Sławek – Byłem pod tym adresem, co go podał ten Ostrowski, ale tam go nikt nie zna. Nie ma takiego numeru bloku, pytałem sąsiadów, bo może numer pomyliłem, czy źle zapisałem…
– Zadzwoń.
– Nie ma numeru. Szymon miał go w komórce, ale chyba przez pomyłkę wykasował…
Bartek złapał za ramię Pawła. Pokazał coś ruchem głowy. W dole, ulicą wjeżdżała pod wiadukt czterokonna kolaska.
– To ze stadniny w parafii, tej za campusem – pośpieszył z wyjaśnieniem Michał. – Ale za to wiem, że ta planowana i niedokończona bocznica, była nie tutaj, ale przy starym przejeździe na Krosno. A te szyny, zostawili budowniczowie ścieżki rowerowej.
Zbyszek wyciągnął butelkę czeskiej wódki.
– Wiecie, mam doła. Kto się ze mną napije?
Bartek pokręcił z dezaprobatą głową. Odszedł nieco w bok, kiwnął ręką aby podejść.
– Wiesz co znaczy po niemiecku Werder? Taka wyspa na rzece, po polsku – ostrów. Werdermensch, to człowiek-ostrów, Ostrowski po prostu.
Czyżby pomieszały się nam czasy. Kiedy była katastrofa z udziałem Werdermenscha – po wojnie, czy przed wojną? A może UB zabrało go wtedy prosto z pociągu za sprawą śledztwa? Obaj i Ostrowski i Werdermensch zniknęli przecież nagle i niespodziewanie, nikt o nich nic nie wiedział przez długie lata… Werdermensch to Ostrowski a UB wymyśliło aferę, aby zamknąć Niemca, który tu pozostał…?
– Myślałem o tym wiadukcie i o wyszerzeniu. To wygląda jak śluza czasowa i łoże wyrzutni…
Czeska wódka Zbyszka była jakaś silna. Jakby zamroczyło po niej.
Spod małego, starego wiaduktu wyszła na polną drogę smukła dziewczyna. Długie włosy były jasne, nie blond, ale jakby ze śniegu. Zbyszek wstał, zawołał… Kogo on wołał, Iwona, jego Iwona była niska i włosy miała kasztanowe… Nie żyła już od dwóch lat… Paweł zaczął rozmawiać ze swoją matką, ha, ha, tłumaczył się, że nie przyszedł pomóc w roznoszeniu listów… Ale z kim on gada?
Śnieżnowłosa zaczęła zaplatać warkocz. I szeptać. Co ona szeptała?
– Obserwowałam to co robisz. Możesz pójść ze mną, pokażę ci to czego szukasz.
– Sam nie wiem czego szukam.
– Nie chcesz wiedzieć, jak to było?
– Chcesz mi to pokazać, jak?
– Przecież od dawna tego się domyślasz. My nie pojawiamy się skądś, jesteśmy stąd. Ty żyjesz w Zielonej Górze, a ktoś w Poznaniu. Ty żyjesz w 2012, a ja – nieco później. Wszystkie wymiary oddzielają nas tak samo.
– UFO to MZK za sto lat? Zmienił się model autobusu, ale trasa „ósemki” dalej wiedzie ze Wzgórz Piastowskich na Pomorskie?
– Tak. Ty sam jeszcze nie potrafisz przenieść się do początków, ale my już to potrafimy. Wezmę cię ze sobą.
Bartek rozmawiał z Ministrem o dotacji na nową chatę w skansenie łużyckim w Wicinie.
Sławek właśnie rozjechał drezyną urzędnika sprzedającego nieruchomości PKP.
Śnieżnowłosa zaplotła warkocz.
– Wiadukt to tunel czasoprzestrzenny, a szerszy nasyp – pas startowy?
– Tak. Ja mogę go otworzyć, z mojej strony, wy nie.
– Tam w lesie, nasyp, to też ślad po wizycie wehikułu?
– Wy nie widzicie transformacji, czasem tylko taki ślad, niczym cień…
Michał dał Promotorowi zredagowany przez siebie Rocznik Muzeum Czasów.
Miało być słońce, a znów padał śnieg. Bartek tkwił z nosem w żwirze. Kopał. Obok siebie położył szary, pożyłkowany kamień, oblepiony błotem. Podszedł Zbyszek, wziął kamień do ręki.

Opublikowano Mieczysław Bonisławski | Otagowano , | Dodaj komentarz

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa (2)

Roman Brodowski

Rozdział I. Droga do piekła.

Na placu

Po długim i wyczerpującym marszu dotarli do dworca kolejowego położonego na obrzeżach miasta, w odległości około dwóch i pół kilometra od ich domu. Przy betonowej rampie stały gotowe do drogi niewielkie wagony, podobne do tych w jakich przewożono zazwyczaj zwierzęta lub towary. W każdym z nich znajdowały się otwarte do połowy, rozsuwane drzwi, do których dostępu pilnowali uzbrojeni w karabiny wartownicy. W górnej części wagonów, po obu stronach drzwi wycięte były nieduże otwory okienne, osłonięte kratami z drutu kolczastego.

Przy budynku dworca czekało już kilkadziesiąt osób, które dowiezione zostały wojskowymi samochodami z okolicznych miejscowości. Ludzie stali ustawieni w kilku równych rzędach. Widok matek z przytulonymi do nich, szukającymi odrobiny ciepła dziećmi, osób w podeszłym wieku, przytrzymujących siebie nawzajem , czy też mężczyzn, często pokrwawionych, okaleczonych i zrezygnowanych, potęgował w Lidzi strach i niepewność. Jedni modlili się na głos, inni śpiewali patriotyczne pieśni, a jeszcze inni rozpaczliwie wołali o pomstę do nieba.

Do nowo przybyłej grupy podszedł rosyjski oficer w asyście kilku żołnierzy i, wymachując rękoma, zaczął wydawać rozkazy.
– Ci, tak jak tamci – wskazał żołnierzom palcem na kolumnę – mają ustawić się rodzinami w kolejnych rzędach i czekać spokojnie na dalsze polecenia. Żołnierze posuwając się powoli, jeden obok drugiego, zaczęli zdezorientowanym i wylęknionym ludziom „ pomagać ” kolbami, pięściami i nogami ustawić się zgodnie z rozkazem.
Mama i Lidzia chwyciły Antka mocno za ręce w obawie przed ciosami żołnierzy i szybko wtopiły się w tłum. Kiedy po niedługim czasie nowo uformowane szyki dołączyły do pozostałych, z budynku wyszedł kolejny oficer i podszedłwszy do swojego kolegi, długo z nim o czymś rozmawiał, po czym po polsku zakumunikował zebranym, że za godzinę wszyscy wyczytani z listy zajmować będą miejsca w przygotowanych dla nich wagonach. Na zadane przez kogoś z tłumu pytanie – dokąd zostaną wywiezieni? – oficer odpowiedział, że tego nie wie, ale że każda rodzina otrzyma na miejscu docelowym zakwaterowanie, pracę oraz pomoc na rozpoczęcie nowego życia w nowej ojczyźnie, jaką od teraz jest dla nich ZSSR. Oczywiście nikt w to nie wierzył. Każdy, kto słyszał o losach Polaków zesłanych wcześniej na Syberię, zdawał sobie sprawę z tego, jakiej rzeczywistości może się spodziewać. Nikt nie miał złudzeń co do tego, że nie jedzie po to, żeby rozpoczynać nowe życie, ale po to by rozpoczynać powolne, katorżnicze umieranie, po to, by pracować tam jak niewolnik, w nieludzkich warunkach, bez prawa do godności, pracować na rzecz wrogiego Polakom państwa, jakim był Związek Radziecki.

Lidzia na przemian z matką brały chłopca na ręce, by jak najbardziej odizolować go od chłodnej ziemi. Na szczęście stały w środkowym rzędzie, więc ciepło otaczających ich ludzi, oraz naturalna osłona przed dokuczliwym wiatrem pomagały im przetrwać to mroźne czekanie. Minuty upływały nieubłagalnie wolno, chłód coraz bardziej dawał się wszystkim we znaki, a na niebie pojawiały się pierwsze znaki zimowego poranka. Księżycową ciemność zaczęła wypierać bladosłoneczna jasność, a majaczące do tej pory na horyzoncie ciemne plamy, zaczęły przybierać kształt drzew bukowego lasu otaczającego dworzec.

Niektórzy w tłumie zaczęli rozpoznawać znajome twarze. W powietrzu słychać było nawoływania i, im jaśniej, tym więcej imion, nazwisk, nazw ulic, czy też miejscowości, przepływało przez uszy stojącej dziewczyny. Co jakiś czas ktoś odnajdował kogoś w tej masie człowieczego nieszczęścia. Rodzina, krewny, bliski, czy też dalszy znajomy, to było bez znaczenia, kto dla kogo i kim był wcześniej. Ważne, że w tej tragicznej sytuacji, znalazł się ktoś, kogo się znało, ktoś kogo połączyła ta sama droga, droga wspólnego losu.
– Jak to dobrze – pomyślała Lidzia – kiedy jest obok ktoś, z kim można porozmawiać, ktoś komu można zaufać. Cieszyła się, a zarazem zazdrościła, bo przecież obok niej nie ma nie tylko nikogo znajomego, ale i tej najważniejszej dla niej osoby – ojca. Na myśl o ukochanym ojcu po jej dziewczęcej buzi spłynęły niby małe, wilgotne brylanciki, piekące do bólu łzy.

Nagle do jej uszu dotarł znajomy głos. Ktoś za plecami wołał ją po imieniu. Tak, słyszała to wyraźnie, ktoś ją wołał. Odwróciła się. Zaledwie kilka kroków od niej, nieco z boku, stała Ania Bigocka, jej rówieśniczka. Machała do niej ręką! Ania pochodziła z zacnej rodziny lekarskiej. Ojciec jej, zany i szanowany chirurg, zginął jeszcze na początku wojny, gdzieś pod Lublinem, a mama, pani Bigocka, prowadziła punkt apteczny obok lecznicy. Wszystkie razem, same kobiety, mama, Ania, jej starsza siostra i babcia, mieszkały niedaleko gimnazjum, do którego obie chodziły. Co prawda nie do tej samej klasy, bo Lidzia do I A, a Ania do I B, ale na co dzień, także poza szkołą, przyjaźniły się ze sobą. Obok Ani stały wszystkie kobiety z jej rodziny. Nikogo nie brakowało, mama, babcia, siostra.
– Chociaż u niej są wszyscy – powiedziała szeptem. – Boże, dlaczego jesteś taki niesprawiedliwy? dlaczego inni są razem, a nas rozdzieliłeś? Dlaczego nie ma przy nas tatusia? – w myślach pytała Boga, choć przecież i u Ani nie było Taty. Pomimo żalu poczuła dziwne uspokojenie. Zrozumiała, że i ona nie jest w tych ciężkich dla niej chwilach sama , że oprócz mateńki i Antka jest jeszcze ktoś, kto tak jak ona cierpi, kto tak jak ona, właśnie teraz potrzebuje wsparcia, bratniej duszy, przytulenia. Zrozumiała że tą osobą jest stojąca w zasięgu wzroku Ania.

Spojrzała na matkę, a ta jakby wyczuwając jej niemą prośbę, pokiwała na znak zgody głową. – Idź córeczko – powiedziała – tylko wróć, proszę, zanim zaczną czytać listę – dodała, całując ją tak jak zawsze na pożegnanie, gdy wychodziła do szkoły. Lidzia, powoli, krok po kroku przesuwała się w kierunku Ani, która czyniła tak samo. Nie minęła nawet minuta, gdy obie znalazły się obok siebie. Rzuciwszy się jedna drugiej w ramiona, całowały, po zroszonych łzami policzkach, po włosach, po dłoniach…, jak dwie najdroższe sobie osoby, jak dwie kochające siostry.
– Lidziu , co z nami będzie? – zaszlochała Ania, w objęciach koleżanki. – dlaczego nas to spotyka? dlaczego właśnie nas? – pytała.
– Cicho Aniu, cicho kochana. Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze. Niedługo wojna się skończy i wrócimy do domu – uspokajała ją Lidzia. – Przecież wiesz, że nikt nas nie zostawi. Francuzi i Anglicy niebawem przyjdą nam z pomocą i nawet nie zdążymy się dobrze obejrzeć, jak wyrzucą Niemców i Ruskich z naszego kraju… Będzie dobrze, kochana. Nie trzeba płakać, nie trzeba… Mówiła tak, chociaż wiedziała, że słowa te są tylko jej pobożnym życzeniem. Wiedziała, tatuś jej to powiedział, że jesienią, we wrześniu, zarówno jedni jak i drudzy dali Polsce poznać, że nie mają ochoty ginąć za nią, że nie mają zamiaru wywiązać się ze zobowiązań podpisanych wiosną poprzedniego roku. Ale wiedziała też, że musi koleżance coś powiedzieć, musi ją pocieszyć, dodać otuchy, natchnąć chociażby płonną nadzieją na lepszą i szczęśliwszą przyszłość. I właśnie dlatego tak mówiła.

Minęła godzina, a ludzie nadal cierpliwie stali, wyczekując spóźniającego się ich dalszego losu. W końcu z dworcowej poczekalni wyszło kilka osób. Byli wśród nich i wojskowi, i cywile. Żołnierze przynieśli stół i trzy krzesła, na których usiedli. Ubrany w gruby kożuch cywil, jakiś wyższy rangą wojskowy i widziany już wcześniej oficer, w roli tłumacza. Obok nich stało kilku żołnierzy i drugi cywil z grubym plikiem akt w dłoniach. Po krótkiej chwili wojskowy wstał z krzesła i wrzasnął na cały głos – Da zdrastwoj Polaki. Zapanowała cisza. – Ja komandir – kontynuował, wskazując na siebie palcem – Soklasno nakazu tawariszcza Stalina… – bełkotał coś niezrozumiale, po czym, wyprostowany prawie że na baczność, przeczytał jakieś rozporządzenie dotyczące przesiedlenia obywateli państw zajętych przez Sowietów, podpisane przez samego ich naczelnego wodza. Mówił też o jakichś grupach bandytów i organizacjach przestępczych, działających przeciwko Armii ZSRR, stacjonującej na terenie naszego kraju, o niebezpieczeństwie, jakie ze strony polskiej partyzantki grozi Białorusinom i Ukraińcom, i o wielu innych zagrożeniach. Niestety tego, co mówił, nikt nikt nie był w stanie zrozumieć. Wydawało się, że był pijany. Dopiero wówczas, gdy tłumacz z grubsza przełożył z rosyjskiego na polski, o co w tym całym wystąpieniu chodziło, ukazał się wszystkim prawdziwy obraz dramatu, jakiego stali się uczestnikami. Jako obywatele polscy zostali wyrzuceni z domów, zostaną deportowani w głąb Rosji i nie przysługuje im prawo odwołania, a ich majątki podlegają konfiskacji na rzecz narodu rosyjskiego. Wyjątek stanowić mają ci, którzy nie znaleźli się na listach przygotowanych przez pracowników NKWD. A powodem decyzji o akcji deportacyjnej był odwet za nasilający się zbrojny opór Polaków wobec władz okupacyjnych, rosyjskiej milicji pilnującej porządku, za sabotowanie przepisów obowiązujących na okupowanych terenach oraz wrogą propagandę wobec ideologii bolszewickiego proletariatu, jaką wyznawały kręgi polskiej inteligencji i kleru. Lista „przewinień” dokonanych przez Naród Polski, a przedstawiona słuchającym była tak absurdalna i długa, że nikt z słuchaczy nie miał wątpliwości co do prawdziwych intencji Rosjan. Po przetłumaczeniu słów komendanta tłumacz poinformował, że za chwilę rozpocznie się czytanie nazwisk i że wyczytani z dokumentami tożsamości mają się zgłosić, w celu sprawdzenia dokumentów.

Do stołu podszedł ów trzymający akta cywil i położył je przed oficerem. Zapadła cisza. Oficer, wpatrzony w otrzymany dokument, raz po raz kiwał głową, jakby nie dowierzał temu co jest w nim napisane.Ludzie wyczeńczeni kilkugodzinnym czekaniem chwytali się za ręce. Między nimi, na wydeptanym śniegu, leżały pierwsze ofiary, ci, dla których ten „spektakl” już się zakończył. Między nimi, wpatrzona w matkę trzymającą za rękę Antka, stała i Lidzia. Obok niej Ania i jej najbliżsi. Cierpliwie czekali na ogłoszenie pierwszego w ich życiu wyroku… wyroku za życie.

Opublikowano Roman Brodowski | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nowa polska proza 3

Anna Rosner

Ogłoszenie Centrum Handlowego Mydło i Powidło

30 stycznia 2014

Centrum Handlowe Mydło i Powidło informuje o wprowadzeniu nowoczesnego udogodnienia dla wszystkich odwiedzających nas pań. Od pierwszego lutego otwieramy dwa punkty ułatwiające bezstresowe zakupy. Stanowią one część naszego planu modernizacji pt.: zostaw, odbierzesz wychodząc.

Kącik dla pociech
to miejsce zaprojektowane z myślą o najmłodszych. Zamiast słuchać ciągłych próśb o nowe zabawki i płaczu zmierzającego do wymuszenia wcześniejszego zakończenia zakupów, zostaw dziecko z nami! Zajmiemy się nim, a Ty będziesz rozkoszować się naszym nieograniczonym wyborem niezbędnych w każdym domu towarów.

Wykwalifikowany personel dołoży wszelkich starań, by dzieci pozostawione w tym miejscu były bezpieczne i szczęśliwe. Pozostawione pod baczną opieką naszej kadry do dyspozycji będą miały basen z piłeczkami, zjeżdżalnie, huśtawki, mini-ściankę wspinaczkową, domki z mostkami linowymi i labirynt. W pomieszczeniu znajdują się także ekrany, na których wyświetlane są kreskówki pozbawione treści nieodpowiednich dla dzieci oraz biblioteka z literaturą młodzieżową, oraz klasycznymi bajkami, które czytać na głos będą nasi pracownicy. Na miejscu znajduje się także toaleta, barek ze zdrowymi przekąskami i niesłodzonymi napojami. Zaplanowano miejsce do odrabiania pracy domowej, z wygodnymi siedzeniami i oświetleniem.

Dewizą pracowników tego punktu jest myśl: pamiętaj – dziecko to skarb matki, a matka to nasz skarb. Wstęp dla dzieci powyżej 1-ego roku życia.

Kącik dla panów
to miejsce zaprojektowane z myślą o towarzyszach naszych klientek. Zamiast słuchać ciągłego marudzenia dotyczącego limitu karty kredytowej czy uwag na temat czasu spędzonego w naszych sklepach, zostaw swojego mężczyznę z nami! Zajmiemy się nim, a Ty będziesz rozkoszować się naszym nieograniczonym wyborem niezbędnych w każdym domu towarów.

Wykwalifikowany personel dołoży wszelkich starań, by panowie pozostawieni w tym miejscu byli bezpieczni i szczęśliwi – wiadomo, szczęśliwi czasu (i nie tylko) nie liczą! Pozostawieni pod baczną opieką naszej kadry do dyspozycji będą mieli wygodne fotele, kanapy, leżanki i zapewniające dyskrecję kabiny. W pomieszczeniu znajdują się ekrany, na których wyświetlane są relacje z odbywających się akurat wydarzeń sportowych, oraz najnowsze produkcje dla dorosłych. Na miejscu znajdują się stoły do gier losowych, klasyczne automaty do gry, wybieg dla naszych tancerek wyposażony w rurę do tańca oraz basen z kisielem (w weekendy walki w systemie grupowym). Kącik wyposażony jest w toaletę, barek, punkty gastronomiczne oraz bibliotekę z szerokim wyborem prasy.

Dewizą pracowników tego punktu jest myśl „zajęty mąż, to szczęśliwa żona.”

Uwaga, oferta specjalna – za dodatkową, niewygórowaną opłatą umożliwiamy wynajem Mężczyzny Zastępczego, który cierpliwie nosi torby z zakupami i doradza w kwestii wyboru odzieży. Po skończonych zakupach nasz pracownik pomoże spakować samochód i przyprowadzi do niego ukontentowanego klienta naszego kącika dla Panów.

Wstęp dla Panów powyżej 18-ego roku życia, którym towarzyszą nasze klientki.

Obydwa miejsca (do znalezienia przy głównym wejściu naszego Centrum Handlowego) wyposażono w wi-fi. Odbiór towarzyszy po okazaniu Imiennego Biletu Kącikowego.

Z nami zakupy to przyjemność, nawet w godzinach emisji bajek i rozgrywek futbolowych.

Życzymy udanych zakupów!

Opublikowano Anna Rosner | Otagowano | Dodaj komentarz

„Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”

Dr Lidia Głuchowska
„BUNT – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda”
na Wyspie Młyńskiej w Bydgoszczy – w sam raz na wakacje

W malowniczym zakątku Bydgoszczy, w zabytkowych wnętrzach Muzeum Okręgowego w czerwonym spichrzu 25 czerwca 2015 r. w znakomitej oprawie aranżacyjno-plastycznej rozpoczęła się druga z czterech edycji międzynarodowego tournée wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”.

W sam raz na wakacje – niepodal w bydgoskiej Wenecji popływać można statkiem wycieczkowym, a potem zobaczyć tę znakomitą ekspozycję, prawdziwą perełkę sztuki aranżacji.

Relacje z poprzedniej odsłony wystawy, w Muzeum Narodowym w Poznaniu, zamieszczaliśmy w minionych tygodniach: TU, TU i TU. Zapowiadaliśmy też już wystawę i konferencję w Bydgoszczy (zobacz).

1Bunt Bydoszcz banerWyspa Młyńska w Bydgoszczy, budynek Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego z banerem wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”, proj. Franciszek Otto
foto: Lidia Głuchowska

2-3 BUNTLidia Głuchowska, kuratorka, i Łukasz Maklakiewicz, kierownik działu organizacji wystaw, przed wejściem muzeum, 25.06.2015
foto: Marta Przetakiewicz
Widok z wnętrza czerwonego spichrza (Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy) na plakat wystawy i Wyspę Młyńską
f
oto: Lidia Głuchowska

Bydgoska edycja wystawy jako pierwsza uwzględnia koncepcję aranżacyjną kuratorki, Lidii Głuchowskiej, obejmującą reminiscencje do aury schyłku I wojny światowej i początków dwudziestolecia międzywojennego. W scenografię zdynamizowaną wyrazistym rytmem czerwonych i grafitowych ścian włączone zostały elementy nawiązujące do atmosfery „ulicy”, „kawiarni” i „kina” z pierwszych dekad XX wieku, w których żyli i tworzyli artyści wczesnoawangardowej („ekspresjonistycznej”) grupy Bunt.

4 BUNT Bydgoszcz aranzacjaWystawa „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego” w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy
foto: Lidia Głuchowska

5 BUNT Bydgoszcz Kubicka Kubicki aPrace graficzne rodziców donatora, współtwórców grupy Bunt, Margarete i Stanisława Kubickich oraz zaaranżowany słup ogłoszeniowy z dziełami w stylu konstruktywistycznym
foto: Mariola Nehrebecka

6 BUNT Bydgoszcz Stefan Szmaj bPubliczność przed linorytami Stefana Szmaja
foto: Marta Przetakiewicz

Tak więc, oprócz rozmieszczonych w kameralnych przedziałach prac poszczególnych grafików tego ugrupowania apelujących do odbiorcy syntetyczną, nowoczesną formą oraz silnymi kontrastami czerni i bieli, na „ulicy“ umieszczono „słupy ogłoszeniowe” prezentujące plakaty i inne dokumenty, a także prace plastyczne grupy Bunt i jej przyjaciół z międzynarodowych kręgów awangardy, znane dziś już tylko z reprodukcji w czasopismach artystycznych i dokumenatcji archiwalnej.

W „kawiarni“ znalazły się stelaże w formie róży wiatrów ukazujące prace graficzne zainspirowane twórczością i programem „poznańskich ekspresjonistów“ tworzących zbiorową realizację twórczą 31 artystów pt. „Ulotka“ (2015, kurator: Maciej Kurak).

W tle umieszczono rysunki i linoryty Margarete Kubickiej, Władysława Skotarka i Jerzego Hulewicza w starych, złoconych ramkach, ewokujące nastrój minionej epoki, natomiast na stoliku z tamtego czasu znalazły się teksty informacyjne dotyczące m.in. kwestii „obiektywnej“ fotografii i konstruowanej historiografii. Są one komentarzem do znajdujących się na sąsiednich ścianach powiększonych dokumentalnych i artystycznych zdjęć ukazujących międzynarodowy i transgraniczny charakter artystycznych inicjatyw Buntu. Dają one także wyobrażenie o ambiwalencji postaw politycznych artystów Buntu, oscylujących między awangardowym internacjonalizmem a patriotyzmem, który wielu z nich skłonił do udziału w Powstaniu Wielkopolskim i sprawił, że przywódca radykalnego skrzydła grupy, Stanisław Kubicki, przyłączył się do opozycji antyfaszystowskiej. Kubicki był kurierem polskiego ruchu oporu, przewoził przesyłki między Warszawą a Berlinem, zginął z rąk gestapo w 1942 roku, w symboliczny sposób potwierdzając prawdę swego artystycznego credo „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”.

7 Cafe Kubicki Hausmann Sander„Kawiarnia” zaaranżowana w ramach bydgoskiej odsłony wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda”. W tle widoczne powiększenia fotografii Augusta Sandera (1929) i Raoula Hausmanna (1932), ukazujących Stanisława Kubickiego. Obok wizerunek jego syna, prof. St. Karola Kubickiego, współzałożyciela Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, który w roku 2015 ofiarowuje Muzeum Narodowemu
w Poznaniu i Muzeum Okręgowemu im. Leona Wyczółkowskiego
w Bydgoszczy ok. 90 dzieł artystów grupy Bunt
foto: Lidia Głuchowska

8 BUNT Cafe Sander Kubicki Ulotka„Kawiarnia“
foto: Mariola Nehrebecka

Kilka fotografii znalazło się za „szklaną bramą” symbolicznie oddzielającą je od sfery żywych. To świadectwa faszystowskiej akcji „sztuka zdegenerowana”, ukazujące przyjaciół artystów ze zrzeszenia Bunt – Jankiela Adlera, Mojżesza Brodersona i Marka Szwarca prezentujacych drugi zeszyt ich czasopisma „Jung Idysz“. Umieszczone obok fotografie ukazują rzeźbę „Matka i dziecko“ należącej do tej samej łódzkiej grupy Poli Lindenfeldówny, a także „Kobiece torso” dresdeńskiego artysty Ottona Krischera. Oba te dzieła zostały roztrzaskane w domu Margarete i Stanisława Kubickich podczas rewizji SA i SS w 1933 roku.

9 BUNT Bydgoszcz Adler Lindenfeld Krischer„Entartete Kunst” za „szklaną bramą”. Fragment bydgoskiej aranżacji wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda”. Na zdjęciach Jankiel Adler, Mojżesz Broderson i Marek Szwarc prezentujacy drugi zeszyt czasopisma „Jung Idysz“ (1919), a także rzeźby Poli Lindenfeldówny i Ottona Krischera zniszczone w ramach akcji „sztuka zdegenerowana.”
foto: Lidia Głuchowska

Naprzeciw wejścia znajduje się „kino”, w którym prezentowane są powstałe w kontekście tournée wystawy donacyjnej filmy artystyczne – „Refleks” (2014/2015, realizacja Marek Glinkowski, Radosław Włodarski) – część kolejnego projektu artystów współczesnych zainspirowanego dokonaniami grupy Bunt oraz „Bunt – Re-wizje“
(2015, realizacja: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko).

Wernisaż wystawy i oprowadzanie kuratorskie zgromadziły licznych zainteresowanych. Przybyli także artyści-graficy z Poznania i Wrocławia, prezentujący w okolicach „kina” swój artystyczny dialog z twórczością Buntu w ramach zbiorowej prezentacji „Ich 7“.

Realizacje twórców współczesnych nawiązujące do spuścizny „poznańskiego ekspresjonizmu” zasługują na szczególną uwagę. Poświęcimy im osobny reportaż.

10 BUNT-10b

Wernisaż.
Przy mikrofonie dyrektor muzeum dr hab. Michał F. Woźniak, obok
kuratorka, dr Lidia Głuchowska.
Po lewej – artyści: Agata Gertchen, Marta Kubiak, prof. Andrzej Bobrowski, koordynatorki realizacji wystawy w Bydgoszczy – Barbara Chojnacka i Honorata Gołuńska.
Po prawej: kurator realizacji artystycznych „Refleks i „Ulotka“, dr hab. Maciej Kurak oraz dyrektor Dolnośląskiego Festiwalu Arystycznego, Bronisław Kowalewski
foto: Wojciech Woźniak

Nazajutrz po otwarciu wystawy w Muzeum odbyła się konferencja naukowa „Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech“, na którą przybyli znawcy i praktycy z obu krajów. W panelu dyskusyjnym wzięli udział artyści – Agata Gertchen, Marta Kubiak, Andrzej Bobrowski i Maciej Kurak. Planowane jest wydanie publikacji pokonferencyjnej, ukazującej dorobek grupy Bunt w szerokim kontekście geograficznym i interdyscyplinarnym.

***

Wystawa

„Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”
25.06.-23.08.2015

Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy
Wyspa Młyńska
Mennica 8

Kuratorka i autorka koncepcji aranżacyjnej Lidia Głuchowska
Realizacja Elżbieta Kopczyńska i zespół d/s. organizacji wystaw pod kierunkiem Łukasza Maklakiewicza

Opublikowano Lidia Głuchowska | Otagowano , , | 1 komentarz

Nowa polska proza z Australii

Lech Milewski

Dieta rencisty – fikcja (na razie)

Bernie obudził się. Usłyszał miękki, regularny dźwięk dzwonka. Na ekranie migała data: 17 marca, godzina 7:00. Wyskoczył z łóżka czując lekki skurcz w żołądku – ostatni dzień pracy. Tymczasem na ekranie falowało zachęcająco logo gimnazjum. Ramka w lewym dolnym rogu zawierała podsumowanie:
Bernard M Scott – wiek 59, mężczyzna.
Wzrost 178 cm, waga 73 kilo.
Spalić 600 kalorii.
Bernie chwycił ręcznik i zbiegł na dół. Gdy wrócił po 45 minutach pływania i ćwiczeń w siłowni czuł silny głód. Spojrzał z pewną obawą na ekran.

Poranna porcja: 450 kalorii – informował ekran.

– Nie jest źle – mruknął Bernie podstawiając kubek pod kranik. Kubek napełnił się żółtawą papką.
– Nie było złe – potwierdził płucząc kubek wodą i wypijając resztki odżywczej substancji.
– Co też to mogło być? – zastanowił się – 524 albo 628.

APŻ – Automatyczny Program Żywienia to był projekt, z którego Bernie był najbardziej dumny. Ostatnie 5 lat spędził na programowaniu i testowaniu tego kolosalnego przedsięwzięcia, które zrewolucjonizowało ludzkie odżywianie. APŻ kontrolowało zapotrzebowanie każdego abonenta na energię, minerały i witaminy i dostarczało właściwą mieszankę do kranu w kuchni klienta.
Po kilku miesiącach rodzenia się w bólach, projekt okazał się wielkim sukcesem. Niewątpliwie przyczyniło się do tego poparcie rządu, który wprowadził system w armii i instytucjach rządowych. Wkrótce wielkie korporacje poszły za przykładem rządu i obecnie praktycznie wszyscy ludzie zatrudnieni w większych instytucjach oraz mieszkający w domach rencistów byli podłączeni do systemu.

Była już 8:28 gdy Bernie wreszcie połączył się ze służbowym portalem. Na ekranie wyświetliła się lista dziennych zadań:
12:30 Zakończyć pracę nad zadaniem 132
14:30 Sporządzić raport końcowy
15:00 Ceremonia pożegnania Bernie Scotta ( podwieczorek )
15:30 Koniec pracy.

– Pamiętają o wszystkim – westchnął Bernie z ulgą.
Spojrzał jeszcze raz na listę. A do tego jacy szczodrzy, prawie ćwierć dnia wolnego. No cóż chyba zasługuje się na jakieś względy po 35 latach pracy.
Przeczytał uważnie treść zadania 132 i pogrążył się w testowaniu jakiejś zawiłej funkcji. Praca szła gładko, czuł jak przez jego mózg przepływa przyjemna ciepła fala wysiłku i zadowolenia. Bernie lubił tę pracę i z pewnym lękiem myślał o czekającej go emeryturze.
Inni ludzie jakoś się przyzwyczajają, przyzwyczaję się i ja – dodawał sobie otuchy.
Bernie przypomniał sobie Franka. Ten gość cały czas po pracy spędzał w swoim wychuchanym ogródku. A odkąd przeszedł na emeryturę dwa miesiące temu, to hula po całym świecie. Ostatnia pocztówka jaką Bernie dostał od Franka była wysłana z Peru.
– Toż dwa miesiące temu Frank nie potrafiłby znaleźć Peru na mapie – zachichotał Bernie – doprawdy ludzie zmieniają styl życia, gdy przejdą na rentę.
Faktem było, że rząd mocno zachęcał ludzi do utrzymywania aktywnego trybu życia po przejściu na emeryturę. Ci którzy przenieśli wszystkie swoje oszczędności na rządowy fundusz emerytalny otrzymywali jako bonus 3-miesięczne wakacje zagraniczne w pełni finansowane przez rząd.
– Jak też człowiek się czuje, gdy nie korzysta z Automatycznego Programu Żywienia? – zastanawiał się Bernie. Toż to musi być bardzo niezdrowe i rujnujące żołądek, to żywienie w hotelach i restauracjach.
Była dopiero 11:25, gdy Bernie zakończył zadania na dzień dzisiejszy. Rozejrzał się ze zdziwieniem. A więc jestem już na emeryturze.
Zaczął przeglądać foldery i wyrzucać niektóre pliki. Zatrzymał się nad jednym ze swoich programów systemu APŻ, który uruchamiał moduł optymizujący mieszankę na następny posiłek. Szybko wprowadził swoje dane personalne, dzisiejszą datę, ustawił czas na 8:00 rano i uruchomił program.
Numer 628 – wyświetliło się na ekranie.
– A więc dobrze zgadłem co było na śniadanie – a co też mi dadzą na kolację?
Przestawił czas na 18:30 i nacisnął guzik.
– Numer 1371.
– 1371? – zdumiał się Bernie. A cóż to może być?
Ale nie było czasu na dalsze rozmyślania bo na ekranie pojawił się komunikat o lunchu.
Lunch – 300 kalorii (zredukowany ze względu na podwieczorek).
– O wszystkim pomyśleli dranie – mruknął Bernie napełniając kubek rzadką mieszanką. Nie chciało mu się nawet zgadywać, co też to mogło być.

Wrócił do pracy i właśnie zamykał końcowy raport, gdy terminal wezwał go do przełączenia się na tryb konferencyjny. Ekran był teraz podzielony na 3 sektory. Rumiana twarz Kena McCormicka uśmiechała się do Berniego z lewej strony, środkowa część ekranu była pusta zaś prawy sektor wypełniała lista nazwisk osób obecnych na ceremonii.
Drodzy koledzy – zaczął Ken i środkowa część ekranu zaczęła się z wolna wypełniać tekstem jego przemówienia. Bernie umieścił kursor na nazwisku Grega i pstryknął w klawisz myszy.
– Jak się masz Bernie? – zapytał Greg.
– A cóż za nudy.
– Nie bądź cyniczny Bernie, wszyscy cenimy twoją pracę.
– Zawracanie… – Bernie przerwał wpół słowa, bo Ken właśnie skończył i patrzył na niego z ekranu z wyrazem oczekiwania na twarzy.
Bernie pospiesznie przeleciał przez listę plików i nacisnął klawisz. Przez chwilę słuchał z niedowierzaniem nie poznając własnego głosu po czym rozluźnił się, bo jednak rozpoznał zdania swojego pożegnalnego przemówienia.
Gratulacje! Dobra robota! Trzymaj się Bernie! – życzenia przepływały przez ekran, każde w osobnym baloniku w kształcie chmurki. Długa lista podpisów przesuwała się na prawym marginesie.

Bernie zażądał wydruku. W tym samym momencie uśmiechnięta twarz Neil’a pojawiła się na ekranie.
– Hej Bernie, co będziesz teraz porabiać?
– Tak naprawdę to jeszcze nie wiem, ale na początek zrobię sobie dłuższą przerwę.
– Jeszcze jeden podróżnik, co? A pamiętasz Patryka? Właśnie dostałem od niego pocztówkę z Hiszpanii.
– Przy okazji, Neil – przerwał Bernie – Czy wiesz co to jest mieszanka 1371?
– Nie mam pojęcia ale te wszystkie numery powyżej tysiąca to specjalny program rządowy. A dlaczego pytasz?
– Nic takiego, właśnie sprawdzałem co będzie dzisiaj na kolację.
– Racja Bernie, jesteś już emerytem, na rządowej diecie. Coś ci powiem, ta dieta jest bardzo ekonomiczna. Bardzo.
Koniec przerwy – zamigotało na całą szerokość ekranu. Bernie wrócił do trybu pracy i wkrótce zakończył sesję.
– Jestem wolny – powiedział i rozejrzał się dookoła.
Walizka była już spakowana i wszystko gotowe do podróży. Nie pozostało nic do zrobienia. Przełączył terminal na tryb rekreacyjny. Sport, jakieś quizy, program dla dzieci. W sam raz dla dzieci i rencistów – pomyślał wyciągając się na kanapie.

Gdy się obudził, w pokoju było już ciemno.
– A to uciąłem sobie drzemkę – mruknął ze zdziwieniem.
– Jestem emerytem. – zadeklarował – aha, miałem zapytać Neil’a o tę rzadową dietę, przypomniał sobie Bernie i wystukał na klawiaturze nazwisko.
Terminal zajęty, zostaw wiadomość – odpowiedział komputer.
Bernie skasował połączenie i spojrzał na zegarek. Było już po siódmej i czuł głód.
– Musiałem chyba przespać komunikat o obiedzie – pomyślał. No cóż, spróbujmy tej rządowej papki. – Numer 1371, wyłaź! – zakomenderował Bernie wpisując zlecenie na posiłek na terminalu.
Bernard M Scott – wiek 60, mężczyzna
Wzrost 178 cm waga 73 kg.

Bernie czekał chwilę na wyświetlenie wartości energetycznej posiłku, ale nic więcej nie pokazało się na ekranie. Podstawił kubek pod kranem i obserwował jak brązowawa substancja wypełniła naczynie.
– Pachnie nieźle – zauważył – i smakuje nienajgorzej – dodał po pierwszym hauście.
Wziął duży łyk pokarmu i usiadł na kanapie.
– Nie jest złe – powtórzył.
I wtedy poczuł jak gorąca fala zbiera mu się w żołądku, rośnie, wznosi się do gardła, do mózgu…
– Numer 1371- wyszeptał Bernie z wysiłkiem i opadł na kanapę. Jego szklane oczy patrzyły martwo na ekran, na którym wyświetlała się instrukcja:
APŻ – podsumowanie: efektywność 100%
Zadania:
– usunąć ciało
– wydezynfekować pomieszczenie
– przekazać wszystkie przedmioty osobiste do magazynu
– wysłać pocztówki z trasy nr 17 na listę adresową nr 378.

DR2Autor tekstu dopisał w mailu co następuje:
Do akcji poderwal mnie Twój cykl – nowa polska proza. Wyobraź sobie, że i ja popełniłem dwa drobne utwory. Nie wiem, czy pierwszy z nich kwalifikuje się do tej kategorii, bo napisałem go po angielsku i nie jest nowy – został opublikowany w październiku 1988 roku w pismie Computing. Mało tego – wygrał nagrodę miesiąca – patrz tekst w ramce po lewej stronie. Kilka lat później przetłumaczyłem to na polski. Czytając teraz, stwierdziłem, że moje wizje technologii przyszłości nie są jeszcze przestarzałe. Załączam osobno ilustrację do opowiadania. Pewnie chronią ją prawa autorskie i nie można jej publikowac w blogu, ale Tobie pokażę.

A ja dodam: no trudno, może chronią ją prawa autorskie i nie można jej opublikować, ale w końcu robię tylko przedruk i proszę węszacza sieciowego o uwzględnienie jako okoliczności łagodzącej faktu, iż zrobiłam to dla honoru autora, rysownika i gazety!

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano | 2 komentarzy

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (2)

1_Malgorzata_Doktorowicz-HrebnickaAndrzej Rejman

Babcia Małgorzata. Zabajkale

Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, fot St. Doktorowicz-Hrebnicki ok. 1912

Biorę do ręki zapisane ołówkiem dzienniki babci Małgorzaty z podróży zabajkalskiej z lat 1913-1914. (Dla przypomnienia, podróżowała z mężem – Stanisławem, który na zlecenie Komitetu Geologicznego w Petersburgu prowadził badania oraz opracowywał mapy geologiczne na południe od jeziora Bajkał)

Po żmudnej redakcji wielu osób wspomnienia te zostały opublikowane przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie, ale czytanie ich w oryginalnej wersji jeszcze szybciej przenosi mnie o sto lat wstecz. W zeszycie znajduję pozostawione przez babcię zasuszone kwiaty i rośliny, skrawki rysunków…

2.dzienniki_zabajkalskie_Malgorzaty_HrebnickiejDzienniki zabajkalskie babci Małgorzaty

Czytam fragment o Buriatach i ich wierzeniach:

(20 lipca 1914 Zabajkale, rejon rzek Ubukun i Orongoj, płn-wsch od Jeziora Gęsiego)

…Po przyjeździe bardzo prędko zrobiła się burza. Ze wszystkich stron grzmiało, chmury szły w różnych kierunkach. Na koniec stanęły prawie, bo wiatru zupełnie nie było. Bardzo straszno, bo zupełnie cicho, deszczu ani kropli, a tymczasem pioruny łoskoczą. Jeden uderzył w ziemię o jakie półtorej wiorsty stąd. Deszcz zaczął padać już przy końcu i bardzo mało.

5._Zabajkale_Malgorzata_Hrebnicka_na_ulubionym_koniu_Babcia Małgorzata na koniu (pod tekstem drugie, podobne zdjęcie)

Dżamasaran* mówi, że u nich w książkach pisze na konto burzy tak: lata bóg Łun po niebie i ogonem macha (błyskawica). A ogon złożony z obręczy i stąd huk. Czasem spada, jak było razu jednego, tak że cielsko 2-wiorstowe zagrodziło całą rzeczkę. Potem jest taki rak, który połyka słońce, księżyc przy zaćmieniach, nowiu. To jest zemsta z następującego powodu: w niebie urny z ofiarną wodą pilnował pies, goły, bez sierści. Razu jednego zrobiło się mu bardzo zimno. Wtedy powiedział rak: „dam tobie skórę z sierścią, a ty mi pozwól podejść do ofiarnej urny”. Pies zgodził się i odtąd chodzi obrośnięty sierścią. A rak wypił wodę świętą i zachował się bardzo nieprzyzwoicie. Bogowie, zobaczywszy co się stało, bardzo przerazili się. Wylać zawartości urny nie można było, bo płyn trafiłby na ziemię i spowodował wielkie zniszczenie, gdyż był bardzo jadowity. Zebrali się bogowie na naradę, urządzili posiedzenie i koniec końców zdecydowali wypić płyn. W rezultacie twarze im trochę pociemniały. Jeden święty rozciął raka po połowie. Tylną część bardzo jadowitą, która upadła na ziemię, zmleli i z proszku tego zrobiły się meszki (z drobniejszych części), osy i inne (z bujniejszych), a także węże, w ogóle wszelkie żywioły trapiące człowieka. Rak teraz mści się, a że niema tylnej części, więc połknięte słońce, księżyc zaraz że znowu wychodzą w całości. Ziemia jest płaska, a ludziom dlatego zdaje się, że kulista, bo w ziemi jest magnes, który jeżeli płynąć na okręcie przyciąga strzałkę kompasa i tylko zdaje się, że okręt jedzie w tym samym kierunku, temczasem on zmienia takowy i przypływa do tego samego miejsca, zkąd wyszedł. Nic żyjącego nie możno zabijać, nawet mrówki, chyba nie chcąc, a także węża, bo chociaż ostatni i zabija człowieka swoim jadem, ale człowiek na przykład zarzyna baranów, a jego za to nikt nie zabija. Mniejszy grzech zabijać zwierzynę, ptaków z fuzyi, niż za pomocą kopanych jam i innych sideł, bo w ostatnim wypadku zabijanie liczy się od chwili postawienia pułapki aż do końca, a po wtóre zwierz zastrzelony omyli się i stanąwszy przed bogiem powie, że jego piorun zabił.

4_Zabajkale_oboz_fot_Stanislaw_Doktorowicz-HrebnickiDżamasaran obiecał lamie, że tylko do 50 lat będzie zajmować się myślistwem. Za to, że teraz poluje nie ma prawa rżnąć baranów, krów, w ogóle domowych zwierząt.

W religji ich tak samo jest przedstawienie o raju i piekle. Raj – ogród, gdzie dużo jagód i różnego jedzenia, nie gorąco, nie chłodno, nic nie trzeba robić. Piekło – kilkanaście więzień z różnemi mękami, gdzie piłują, wlewają płynny ołów do uszu tym, kto podsłuchiwał i t. p. Ludzie na tamtym świecie średniej grzeszności nie idą do piekła, a zamieniają się w różne zwierzęta, płazy.

3 „империи” (królestwa, przyp. mój): jedna, tam gdzie my żyjemy, druga nad nami i 3-cia pod nami, w których żyją tacy sami ludzie. –

___________________

*Dżamsaran – buriacki przewodnik

3._Malgorzata_Doktorowicz-Hrebnicka_na_koniu_

 

Opublikowano Andrzej Rejman | Otagowano , , | 2 komentarzy

Metropolinnen zwischen Streit und Küche

Aśka & Reńka

askarenka
UNSER HELMUT

AŚKA: Weil das war so:

REŃKA: Aśka, kommt zurück, aus der Heimat, beladen mit echter Wurst mit Knoblauch und sauren Gurken, aufgewühlt wie die Ostsee im Sturm, und schon ab der Schwelle schreit sie:

AŚKA: Es wird keine Freundschaft zwischen unseren Völkern geben, nimmer und nie in der Welt! In dem Eurocity-Warszawa-Berlin-Express, an der Grenze, als die deutschen Zollbeamten kamen, normal, der Frost ist mir über die Knochen gegangen, weil ein Gemurmel ging durch den Zug, und alle Polen, die nach Berlin schmieren, flüsterten: „Gestapo, Gestapo.“

REŃKA: Aśka, mach keine Mistgabel aus einer Nadel.

AŚKA: Und auf dem Hauptbahnhof – dieses Poster, gross wie ein 3-Stock-Werk-Haus, und was steht drauf?

REŃKA: „Entdecke Polen, Polen ist nicht so wie du denkst“.

AŚKA: Reńka, das impliziert doch, dass jeder schlecht von Polen denkt, als wäre Polen ein komplettes Arsch und normal die dritte Welt. Und noch schlimmer, eine Deutsche hat zu mir gesagt: „Oh, Sie sind Polin, hätte ich nicht gedacht“ – und die dachte noch das ist ein Kompliment.“

REŃKA: Du Aśka, brüll nicht wie der Hund, wo sie ihm auf den Schwanz getreten sind, sonst hört noch dieser Helmut, was du über ihn sagst.

AŚKA: Dieser patentierte Deutsche, Baujahr 1933?

REŃKA: Genau, dieser unser Quasi-Nachbar aus der vierten Etage, ist unter uns gezogen, weil er nicht mehr soviel Treppen laufen kann.

REŃKA: Und Aśka überkommt die unbenannte, unbestimmte Angst.

AŚKA: Reńka, der ist doch ein Periskop und Seismograph. Wenn der wohnt direkt unter uns, kommt er ständig in unsere Bude, macht seinen privaten Blitzkrieg und schreit, dass wir trampeln, und polnisch reden, und das ist laut und überhaupt emotional, der ist doch wie diese Erika Steinbach – im Kleinformat.

REŃKA: Und Aśka greift zu einer Aldi-Tüte.

AŚKA: Reńka, hier, pack deine Kippen und unsere Katze – wir ziehen aus.

REŃKA: Aldi-Tüten zum Packen? Bin ich ein Penner?

AŚKA: Nicht Penner, aber Polin und nicht gerade up-to-date: die nennen hier die Alditüten „Polenkoffer“ – das ist doch allgemein bekannt. Los, beweg dich, worauf wartest du, auf Applaus?

REŃKA: Und Aśka schaufelt in ihre Alditüte alles was sie schafft:

AŚKA: drei Lockenwickler,

REŃKA: ihre Trockenhaube

AŚKA: weil die noch neu ist,

REŃKA: den Elefanten,

AŚKA: mit dem Rüssel nach oben, zuständig für Glück

REŃKA: den Espresso-Café

AŚKA: für teures Geld,

REŃKA: den Computer von dem sie sich nie trennt,

AŚKA: und zwei rosane Decken für das Ambiente.

REŃKA: Dich hat wohl in Polen ein Braunbär überfallen, der einzige der da noch lebt – wo sollen wir wohnen? Unter der Oder-Neisse-Brücke?

REŃKA: Aber Aśka rennt wie eine Ameise durch unsere Küche und die dritte Alditüte hat sie schon vollgepackt.

AŚKA: Aber Reńka hat vor nichts Angst,

REŃKA: und garantiert nicht vor so einem Helmut,

AŚKA: und damit Helmut es hört, lacht und trampelt sie wie das Militär. Reńka, hör auf zu gehen, und überhaupt zu atmen, sonst sagt Helmut, dass du ihm die Ruhe klaust, weil wir klauen doch alles, so hat es ihnen beigebracht dieser ihr Harald in diesem ihren Programm um Mitternacht:

REŃKA: „Willst du nach Polen fahren, dein Auto ist schon da.“ – Ha, ha, ha. Aśka, im Geiste dieses unseres polnischen Katholizismus: wir vergeben ihnen. Weil wir haben einen spezifischen Sinn für Gerechtigkeit: wenn wer hat, warum hab nicht auch ich? Darum haben wir den Deutschland-Protzwagen mitgehen lassen – was sollten wir machen, wenn wir waren arm.

AŚKA: Und auf einmal ein Geräusch,

REŃKA: dass Aśka vor Schreck ihre Polenkoffer fallen lässt,

AŚKA: wir gucken durch das Fenster – und da:

REŃKA: Helmut bis zum Gürtel in der Mülltonne

AŚKA: trampelt rum, auf diesem Müll, dass die Funken springen,

REŃKA: normal, wie ein Rumpelstielzchen.

AŚKA: Reńka, guck diesen Helmut an, er stampft den Müll zusammen und hofft, wenn er fleissig stampft, passt mehr rein und die Betriebskosten sinken. Wenn ein Pole sieht diesen Helmut-Geiz, bekommt er Kieferndruck.

REŃKA: Aśka, lieber du fühl dich ein, in diese seine Situation, weil normal diese Alliierten, haben ihm alles weggenommen, damit er nicht wieder Waffen machen kann, und jede Mark vier Mal von allen Seiten hat er angeguckt, bevor er sie ausgegeben hat. So hat er eben diese Geizsucht bekommen. Aber Aśka stopft Reńka die polnische Knoblauchwurst in den Mund, damit sie sich verstopft und endlich schweigt.

AŚKA: Das war doch seine eigene Schuld, nicht wir haben die Helmuts, sondern die Helmuts haben uns überfallen. Aber Reńka ist heute ganz pc und pädagogisch.

REŃKA: Aśka, du leidest an der Verstopfung nach diesem Krieg, aber ich jetzt, normal, werde die erste Ehrenpatronin der deutsch-polnischen Freundschaft, und verkünde die neue zwischen-nationale Amnesie.

AŚKA: Terefere und blablabla, dein Bewusstsein spaltet sich dir, weil selber sagst du: „Rede nicht deutsch in der Küche und nicht wenn ich koche, weil mir die Suppe verdirbt.“

REŃKA: Du sagst es, Aśka, hier ist das Schwein begraben, weil wir den Hass auf die Deutschen in die Wiege gelegt bekommen haben, aber mit gutem Beispiel schreite ich voran und den Helmut gleich begütige ich: ich bringe ihm die polnischen Gurken und Wurst und Wodka noch dazu und auf gute Nachbarschaftsbeziehungen werde ich mit ihm trinken bis wir beide unter den Tisch fallen, ganz nach polnischer Art! Aber Aśka nimmt die Wurst und die Gurken und versteckt sie in ihrem Bett, unter ihrer Bettdecke, und setzt sich obendrauf.

AŚKA: Nichts gibst du dem. Du weißt doch, wie die polnischen Weiber an der Grenze sagen: die Helmuts sind gekommen, wieder fressen sie uns alles leer. Heile endlich diese Krankheit der polnischen Seele, diese deine Gastfreundschaft!

REŃKA: Aber Aśka, wenn du ihn genau anschaust, diesen Helmut, von einem Polen unterscheidet er sich nicht, sogar den Schnurrbart hat er wie Walesa.

AŚKA: Wieso nimmst du den in Schutz, hat es dich verdreht oder was? Da wird Reńka ganz blass, weil sie alles kann, nur lügen kann sie nicht. Sie krabbelt unter den Tisch, und mit einem schwachen Stimmchen, wie der Vogel, der aus seinem Nest gefallen ist, flüstert sie:

REŃKA: Weil Aśka, eine deutsche Leiche in meinem polnischen Keller habe ich. Weil ich stamme doch aus Posen, und das war eine deutsche Stadt, und mein eigener privater Opa, mein Dziadzia, der wie ein Pflaster für meine Seele war, der war doch ein patentierter Deutscher. Und Aśka sieht aus, als träfe sie ein Schlag.

AŚKA: Dein Opa ein Helmut? Du, meine Reńka, die Slavin in Persona, bist eine Deutsche? Hätte ich nie gedacht.

REŃKA: Ja, Aśka, die Deutschheit habe ich mit der Milch meiner Mutter gesaugt. Und Aśka bekommt eine emotionale Überflutung.

AŚKA: Aber Reńka, wenn du auch ein Helmut bist, dann hat sich doch alles schon vermischt, und dann an dieser deiner zwischennationalen Amnesie beteilige ich mich.

REŃKA: Und Aśka holt aus ihrem Bett die Wurst, packt sie sogar auf einen Teller, und sie fliegt, normal, Richtung Tür, wie ein Torpedo, zu Helmut.

REŃKA UND AŚKA:

UND SO HAT REŃKA AŚKA WEICHGEKLOPFT UND SIE MIT
DEN HELMUTS VERSÖHNT.

Opublikowano Aśka & Reńka, Johanna Rubinroth, Renata Borowczak-Nasseri | Otagowano | Dodaj komentarz

Die kleine große Welt (11)

Monika Wrzosek-Müller

Dolomiti-Bruneck-Schifahren

Langsam gingen ihr die Ziele, die Zufälle und ihre kleine aber auch große Welt aus. Es gab natürlich Städte, die sie immer wieder mit Begeisterung besichtigte, aber das rutschte zu sehr ins Fremdenführer-Programm; sie war unentschlossen, sollte sie alles erfinden oder noch mal genauer ihre Erinnerungen durchforsten und nach wichtigen, prägenden Momenten suchen.

Was sie fand, war wenig sommerlich, auf jeden Fall abkühlend und vielleicht für den ganz heißen, schwülen Sommerabend bestimmt.

Es gab viele Winterreisen; sie waren freilich immer vom Schifahren geprägt, von langen weißen Pisten, von Gondeln, Sesselliften, Schihütten, von Menschenmassen mit und ohne Schier, mit und ohne Schihelme, mit Sonnenbrillen – und das war in fast allen Regionen, wo sie Schi gefahren war, gleich. Na ja, der Zustand der Pisten variierte manchmal; sie waren besser oder schlechter präpariert. Abends sah man beleuchtete Pistenraupen, die sich in atemberaubenden Höhen bewegten, dabei den Schnee vor sich her wälzten, alle Loipen und Pisten ebneten, glatt und makellos. Was für eine Wonne war das dann, wenn man am morgen als erster Schiläufer durch glatte, unberührte Pisten fuhr, seine Spur als erster hinterließ, in Schwüngen, in Kurven, in einem Takt, den dein Körper und der Untergrund dir vorgaben, nach unten sauste. Das war fast allen Schigebieten gemeinsam, immer fuhr man nach oben, sah sich die Landschaft rundherum an, der erste Blick auf die Bergspitzen und Täler manchmal mit Nebelschwaden unten und der Schifahrer oben auf dem Gipfel, über den Wolken, schwebend in der Gondel oder dem Sessellift, oder stehend und staunend über so viel Freiheit und Weite, befreit. So ein Schiurlaub gab ihr Kraft und Zuversicht für mindestens die nächsten zwei, drei Monate; fütterte den Körper aber auch die Seele mit Licht, das nicht nur von der Sonne kam, sondern auch von den weißen Pisten. Wie wohlig und schön müde fühlte man sich dann am Abend nach einem Tag oben auf den Brettern, die gar nicht mehr aus Holz sind, sondern irgendwelche High-Tech-Erfindungen, immer neu; mal kurz und breit, dann wieder länger und schmaler. Das wunderbare Gefühl der körperlichen Müdigkeit verbunden mit intensiver Durchblutung in der Höhe versetzte einen manchmal in einen Rausch, den die einen in viel Alkohol zu ertränken versuchten, die anderen in gesundem, ruhigem Schlaf, der ihr wie etwas Heiliges vorkam.

Ihr schönstes Schigebiet war in der Alta Badia in den Dolomiten. Sie wohnten zwar sehr unromantisch am Plan de Corones auf ladinisch, oder ganz plump am Kronplatz. Südtirol liegt schon auf der anderen Seite des Brenners, die Sonne schien hier heller, das Essen war unvergleichlich gut und es funktionierte wirklich alles. Das schöne Städtchen Bruneck/ Brunico im Pustertal lag ganz nah, man konnte einkaufen gehen, das Schloss mit dem von Reinhard Messner gegründeten Mountain Museum über Bergvölker besichtigen, in vielen Cafés vorzüglichen Kaffee trinken aber auch sehr schmackhafte Apfel- oder Topfenstrudel essen; es war alles da: die italienische Lässigkeit und Leichtigkeit verbunden mit der germanischen Ordentlichkeit und Perfektionismus.

Der Dolomiti-Superskipass war zwar teuer, aber er erlaubte jeden Tag auf anderen Pisten zu fahren, manchmal mehr als 50 Km, ohne ein einziges Mal auf denselben Ort zu treffen. Die Landschaften um Armenterola, Pedraches und Cinque Torri waren so schön, oft leer mit ein paar verlorenen Schifahrern, mit super organisierten Schihütten und wunderbar präparierten Pisten. Die längste Abfahrt vom Lagazuoi mit ihren 8, 5 Km auf der langen Schleife der Route um die Schauplätze der Schlachten des Ersten Weltkriegs war eine der abwechslungsreichsten, an fantastischen Ausblicken reichen Touren. Auch die Ausstellung über den Ersten Weltkrieg im Deutschen Historischen Museum Berlin konnte ihr nicht erklären, warum sich Österreicher und Italiener ausgerechnet dort so erbittert bekämpft hatten, in die schwindelnder Höhe mit steilsten Anstiegen. Für die Schifahrer wurde dann eine Gondelbahn gebaut, die einen ganz steil nach oben befördert; an der Gebirgswand waren die Spuren des Stellungskriegs zu sehen. Die Skitour machten sie mehrfach mit Freunden, beginnend mit dem Schlange stehen für den Ski Bus zum Lagazuoi, endend mit einer wunderbarem Runde mit Aperol-Spritz oder Kaffee auf der Terrasse des Luxushotels Armenterola. Es gab immer Sonnenschein, nicht immer genug Schnee, so dass man das letzte, flache Stück nicht mehr auf den Skiern bewältigen konnte, die hier von Pferden gezogen wurden, sondern sich in ein Sammeltaxi zwängen musste. Auf jeden Fall waren diese Gegenden reine Naturschönheiten: die rosa Granitfelsen, die in der Sonne manchmal rötlich leuchteten, und dann die eingefrorenen Wasserfälle, die in türkis-bläulichen Tönen schimmerten. Am Nachmittag wurde der Schnee oft schwerer, manchmal sogar matschig, die Beine mussten arbeiten, damit man vorankam.

Oft kamen mehrere Schipisten zusammen, so dass man aufpassen musste, wer aus welcher Richtung kam und wer Vorfahrt hatte. Plötzlich stieß sie mit jemandem zusammen, unerwartet und unkontrolliert, taumelte, rollte nach unten, ein Schi lag oben, die Bindung war aufgegangen. Mehrere Schifahrer standen um sie und einen jungen Mann herum. Jemand beschimpfte sie, dass sie von links kommend hätte aufpassen müssen, und überhaupt wo wäre denn ihr Skihelm. Der Ton war brüsk, fast unfreundlich, sie war sich eigentlich keiner Schuld bewusst; derjenige, mit dem sie zusammengestoßen war, saß still am Boden, es ging ihm aber gut. Der schimpfende Mann wollte ihre Personalien aufnehmen, sie wäre die Schuldige gewesen, der junge Mann wehrte ab. Da kamen schon ihre Freunde und der schimpfende Mann verstummte; es stellte sich heraus, es war ihr Wirt, der Besitzer der Pension, in der sie jedes Jahr während der Schiwoche wohnten. Gleich wurde die Tonlage geändert, der junge Mann stand auf, sie auch und alle zusammen fuhren sie ganz langsam nach unten und tranken einen Kaffee zusammen. Von Schuld oder Unschuld wurde kein Wort mehr gesprochen.

Opublikowano Monika Wrzosek-Müller | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Reblog: jak będziemy żyli w roku… 2000

Film dokumentalny z 1971 roku, dotyczący wizji Polski roku 2000.

Twoje zapomniane miasto na http://www.MiastaDawniej.pl

Opublikowano Redakcja | Otagowano , | 1 komentarz

Nowa polska proza 2

Anna Rosner

Niektóre rzeczy się nie zmieniają

14 września 2014

Jakiś czas temu zorientowałem się, że mnie okradziono. Przyznaję, od kradzieży do chwili, w której ją zauważyłem, minęło kilka dni. Stało się tak dlatego, że nie sprawdzam codziennie stanu konta, choć może powinienem. Jestem starej daty i wiem, że błyskawicznie zorientowałbym się, gdyby ktoś włamał się do mojego mieszkania czy bezczelnie wyciągnął mi z kieszeni portfel. Do samej idei złodziejstwa internetowego jeszcze się nie przyzwyczaiłem.

Okazało się, że choć nie grywam w kasynach, moja karta została obciążona wpłatą do jednego z nich. Co więcej, był to wirtualny przybytek oferujący zatracenie się w rozmaitych grach hazardowych, których zasad nawet nie znam.

Szczęściem w nieszczęściu, konto które próbowano mi ogołocić mam tylko na potrzeby transakcji internetowych. Leży na nim nieco pieniędzy, ale jest to kwota niewielka, ot wystarczająca na kupienie książki czy jakiejś płyty. Resztę trzymam w innym banku. Może jestem staromodny, ale nie głupi. Przynajmniej nie aż tak…

Jak każdy myślący trzeźwo człowiek, kiedy już nieco ochłonąłem, zadzwoniłem do banku zastrzec kartę. Odsłuchałem kilku taktów dość irytującej melodyjki i komunikatu o tym, że rozmowa jest nagrywana. W końcu odezwał się automat:

– For English press zero. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów gotówkowych, wybierz jeden. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów hipotecznych, wybierz dwa. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów samochodowych, wybierz trzy. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kart kredytowych, wybierz cztery. Jeśli chcesz połączyć się z konsultantem w sprawie spłaty rat, wybierz pięć. Jeśli chcesz sprawdzić stan swojego konta, wybierz sześć. Jeśli chcesz zgłosić awarię naszego portalu internetowego, wybierz siedem. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę dotyczącą lokat krótko- i długoterminowych, wybierz osiem. Jeśli chcesz zablokować kartę, wybierz dziewięć.

Bank twierdzi, że zablokowanie karty zajmuje góra minutę, widać chodzi im o inne minuty, niż te, które znam ja. Lekko zniesmaczony wcisnąłem dziewiątkę. Ze słuchawki popłynęła ta sama, radosna melodyjka – nowoczesna być może w okresie pierwszych komputerów.

– Przepraszamy, w tej chwili wszyscy konsultanci są zajęci, prosimy pozostać na linii lub zadzwonić później – usłyszałem po około dwóch minutach.

Choć kradzieży dokonano kilka dni temu, postanowiłem wykazać się uporem. Mogłem jeszcze wybrać się banku, ale w oddziale najbliżej mojego domu zawsze są kolejki. Lepiej już czekać z kubkiem kawy w ręce, niż wśród zirytowanych klientów.

Komunikat powtórzył się jeszcze raz. Gdy melodyjka po raz trzeci zbliżała się do końca, w słuchawce odezwał się kobiecy głos.

– Dzień dobry, Andżelika Winiarska, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry – odpowiedziałem odruchowo, choć wcale nie uważałem, że był dobry. – Chciałem zastrzec kartę.
– Rozumiem. A czy może jest pan zainteresowany naszą nową linią kredytów? Może pan dostać pożyczkę specjalnie dla pana sprofilowaną, pasującą do pana potrzeb i możliwości…
– Proszę pani – przerwałem jej. – Chciałem zastrzec kartę, okradziono mnie.
– Oczywiście. Proszę pana imię i nazwisko.

Przedstawiłem się i dorzuciłem na wszelki wypadek adres.

– Dziękuję. Jeszcze trzy pytania weryfikujące. Przepraszam, ale muszę mieć pewność, że jest pan osobą, za którą się pan podaje.
– Proszę… – westchnąłem, zastanawiając się, po co miałbym podawać się za kogoś innego i blokować nie należącą do mnie kartę.

Dziewczyna spytała o nazwisko rodowe mojej matki, moje drugie imię i o to, czy mam już kredyt hipoteczny. Bałem się powiedzieć, że nie, ale uznałem, że lepiej nie kłamać.

– Jeśli nie ma pan kredytu hipotecznego – zareagowała błyskawicznie, – może być pan nim zainteresowany. Widzę w komputerze ile ma pan lat, ma pan także regularne dochody. Czas najwyższy kupić sobie mieszkanie, a z naszymi kredytami…
– Proszę pani, ja już mam mieszkanie.
– Rozumiem. Z pewnością przydałoby się panu drugie – skwitowała.
– A po co? – spytałem z czystej ciekawości. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że mogę potrzebować drugiego mieszania, ale może jest coś, o czym nie wiem?
– Własne mieszkanie, nie wynajmowane i nie należące do kogoś obcego, to skarb. Nikt pana nie kontroluje, nie zabrania remontów czy przemeblowania. Jest pan po prostu, że tak powiem, na swoim!
– Ale ja już mam własne mieszkanie. Pytam, po co mi drugie?
– Zawsze może się przydać – odpowiedziała krótko i rzeczowo.

Może uznała, że mam żonę i potrzebuję miejsca, w którym mógłbym się spotykać z kochanką? Tylko, jeśli byłbym żonaty, jak zdołałbym przed nią ukryć fakt wzięcia kredytu na mieszanie dla kochanki? Czy nie tak zaczyna się przynajmniej część filmów dokumentalnych na kanałach telewizji typu Discovery Investigation?

– To ja przedstawię panu naszą ofertę.
– Proszę pani – wypaliłem, nie chcąc marnować ani mojego, ani jej czasu. – Ja nie chcę kredytu. Chciałem zastrzec kartę, której użyto bez mojej wiedzy.
– Rozumiem. A czy ma pan pewność, że karty nie użyły na przykład pańskie dzieci?
– Mam. I to absolutną. Nie mam dzieci, przynajmniej tak mi się wydaje.
– No, to może żona?
– Nie mam żony.
– W takim razie może rodzice?
– Proszę pani…
– Jeśli mieszka pan z rodzicami, mamy szeroką ofertę kredytów hipotecznych…
– Proszę pani – rzuciłem nieco głośniej i ostrzej, niż chciałem. – Czy może pani zablokować tę kartę? Ktoś użył jej do wykonania transakcji elektronicznej bez mojej wiedzy.
– I to nie był pan?
– Nie… To nie byłem ja – warknąłem. Rozmowa nieco mnie przerażała i, szczerze powiedziawszy, dobijała. Wiedząc już, jakim torem krążą przynajmniej niektóre z jej myśli, szybko dodałem:– Nie były to też moje dzieci, moja żona, ani rodzice.
– Rozumiem. Już blokuję.
– Dziękuję…

Już miałem skończyć rozmowę, kiedy przyszło mi do głowy, że mógłbym od razu załatwić jeszcze jedną sprawę. Być może przemawiała przeze mnie naiwność, rozbudzona tym, że już po kwadransie karta była zablokowana? Może po prostu nadmierny optymizm? Nie wiem. Po prostu nagle z moich ust padło pozornie niewinne pytanie:

– A czy przy okazji może pani ustawić w systemie prośbę o wystawienie mi nowej karty?
– Do jednego konta przysługuje tylko jedna karta. No, chyba że chce pan kogoś uprawomocnić do konta. Na przykład żonę, rodzica, albo pełnoletnie dziecko.
– Proszę pani, zablokowała mi pani kartę. Chcą po prostu drugą, w miejsce pierwszej.
– Rozumiem. A czy tę zablokowaną panu skradziono?
– Nie, mam ją przed sobą. Ktoś pewnie przechwycił jej dane, a potem użył. Nie wiem, może skorzystał z danych zostawionych przeze mnie na jakiejś stronie, może zeskanował w jakiejś restauracji…
– Rozumiem. Oczywiście możemy to zrobić, ale musi pan przyjść do naszego oddziału z dokumentem z komendy. Chodzi o przyjęcie zgłoszenia o kradzieży i rozpoczęciu dochodzenia. Takie procedury. Przy okazji dodam, że z takim dokumentem może pan wypełnić wniosek o zwrot skradzionej kwoty. Gdyby ukradziono panu kartę, nic z tego by nie wyszło, ale jeśli przedstawi ją pan w banku, procedura będzie mogła zostać otwarta. Oczywiście rozpatrywanie potrwa zapewne około kwartału, ale zawsze warto napisać takie coś. Pana to nic nie kosztuje, a jeśli to rzeczywiście była kradzież, bank będzie musiał oddać panu pańskie pieniądze. Zresztą, pewnie pan o tym nie wie, bo taka informacja jest niedostępna z profilu klienta, ale ja tu mam wyświetloną informację, że ta wpłata, którą pana obciążona, była piątą próbą z tą kartą. Wcześniejsze opiewały na zbyt wysokie kwoty, tylko ostatnia została zrealizowana.
– Ja to? – spytałem szczerze zainteresowany. Zaskoczyła mnie, że rozgadała się na inny temat, niż kredyty hipoteczne.
– Wszystko działo się w euro. Ktoś próbował najpierw wpłacić tysiąc pięćset, potem tysiąc, pięćset i dwieście. Dopiero przy ostatniej próbie, tej na pięćdziesiąt, okazało się, że miał pan dość środków, żeby wpłata się udała. Udostępnimy te dane policji, kiedy zwróci się do nas o szczegóły. Jeśli zgłosi pan sprawę, będą musieli się do nas odezwać.
– Dziękuję za informację – powiedziałem i rzeczywiście byłem jej wdzięczny. – Co prawda to niewielka kwota, ale taka możliwość bardzo mnie cieszy. Tak jak i to, że nie miałem na tym koncie więcej.
– Cóż, kwota nie jest imponująca. Przepraszam, że tak mówię, w końcu każda złotówka się liczy, ale w zeszłym tygodniu rozmawiałam z kobietą, której ukradziono kilkanaście tysięcy.
– No tak, przy niej moja sprawa to pikuś – przyznałem.
– Mam nadzieję, że się panu uda odzyskać pieniądze. Bank stać na to, żeby je panu zwrócić. Nie puści ich pan z torbami, a szczerze panu powiem, że lubię, jak muszą komuś oddać pieniądze. Wszyscy bankowcy to skur… dranie.

Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować na takie wyznanie. Po rozmowie z infolinią spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie tego. W końcu, żeby przerwać milczenie, powiedziałem pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy:

– Wie pani, że rozmowa jest nagrywana? Był o tym cały komunikat.
– Ach tak, wiem, ale niech się pan nie przejmuje. My te nagrania kasujemy, żeby klient nie mógł złożyć zażalenia. Pan napisze skargę, poda moje nazwisko i godzinę rozmowy, a potem okaże się, że akurat aparatura rejestrująca nawaliła. Bank dba o swoje, za moje zachowanie nikt panu odszkodowania nie wypłaci, chyba że sam pan nagrywa.
– Nie, nie nagrywam – odparłem, w lekkim szoku. Przyznaję, byłem naiwny wierząc w to, że rzeczywiście mnie nagrywają.
– No, to jestem kryta – roześmiała się. – Pan też. Pan się nie przejmuje tymi komunikatami, pic na wodę fotomontaż. Ale wracając do sprawy, musi pan iść na komendę i złożyć zawiadomienie. Tam dadzą panu taki świstek, że wszczęli dochodzenie. Z tym przychodzi pan do nas, prosi o wydanie nowej karty i jednocześnie zgłasza skargę na wadliwe zabezpieczenie tej starej. Oczywiście musi pan tę zablokowaną kartę pokazać, żeby udowodnić, że jej nie skradziono. Od siebie dodam, że skuteczność postępowania wynosi około osiemdziesięciu procent.
– Bardzo pani dziękuję. Miło wiedzieć, że pracownicy banku udzielają i takich informacji. Wyobrażałem sobie, że szczegółowe opowiadanie o takich procedurach nie jest zalecane, a tu taka niespodzianka.
– No i miał pan rację. Generalnie mówią, żebyśmy o tym nie rozpowiadali, ale odkąd nasze płace zależą od ilości udzielonych kredytów, mam to w dupie. Tak jak i moi koledzy. Wie pan, oni z nami pogrywają, to my z nimi też.

Pożegnałem się z panią Andżeliką i uznałem, że około połowy pracy już za mną. Pozostało iść na policję, zgłosić wszystko, dostać kwitek i wpaść do banku. Nie miałem pojęcia ile emocji tego dnia jeszcze mnie czekało…

* * *

Komenda rejonowa (jak to się pięknie nazywa) odpowiednia do mojego miejsca zamieszkania, znajduje się około pięciu minut spacerkiem ode mnie. Wrzuciłem do plecaka książkę, przygotowany na to, że mogę spędzić chwilkę w poczekalni, butelkę wody, nieszczęsną kartę i wydruk ze strony internetowej banku. Przygotowany, jak mi się wydawało, najlepiej jak mogłem, ruszyłem na spotkanie stróżów prawa. Przyznam, nieco się denerwowałem, ale każdy czułby się nieswojo w czasie pierwszej wizyty w takim miejscu. Do tej pory miałem do czynienia z mundurowymi tylko w czasie kontroli na drodze i raz, gdy zaczepiłem patrol, by powiedzieć, że za rogiem ulicy kilku wyrostków demolowało przystanek tramwajowy. Wtedy nawet nie poprosili o moje dane, żeby mnie później przesłuchać.

Komisariat mnie nie rozczarował. Okazał się jednocześnie miejscem fascynującym, nieco surrealistycznym i przerażającym. Wchodząc tu nie miałem pojęcia, w jak niebezpiecznym mieście mieszkam. Teraz już wiem i żyję w przekonaniu, że jestem szczęśliwcem. Nie tylko dlatego, że przez tyle lat nie padłem ofiarą żadnego „poważnego przestępstwa”, ale i dlatego, że miałem okazję posiedzieć na komendzie i zapoznać się z „materiałami prewencyjnymi”.

Za przeszklonymi drzwiami wejściowymi znajdowało się niewielkie pomieszczenie. Stały w nim dwa stoliki i kilka krzeseł. Po przeciwnej stronie dyżurował posterunkowy, dla bezpieczeństwa oddzielony od poszkodowanych, zgłaszających przestępstwa i wykroczenia, kuloodporną szybą – w końcu jak prewencja, to prewencja! Były też drzwi prowadzące w głąb komendy, nie przeszklone, za to wyposażone w panel wymagający wprowadzenia specjalnego kodu.

Stanąłem w kolejce do posterunkowego i czekałem grzecznie na swoją kolej. W międzyczasie siwiejący jegomość opowiadał mu o tym, jak bardzo go prześladowano:
– Proszę pana, panie sierżancie, te gówniarze żyć mi nie dają! Głośna muzyka cały dzień! Wieczorami mażą po klatce schodowej. Wczoraj śmietnik spalili! Chciałem złożyć na nich donos! Jestem dozorcą tego domu i to na mnie spoczywa odpowiedzialność za śmietniki. Wie pan, jakie teraz będę miał problemy?
– A ma pan pewność, że to oni podpalili?
– A kto inny? Panie sierżancie, nie urodziłem się wczoraj! Ja dobrze wiem, że to oni!
– Dobrze, niech pan usiądzie i wypełni druczek. Potem mi go pan odda i jak tylko któryś z policjantów będzie wolny, wezwie pana do złożenia zeznań.
– Dobra – rzucił siwowłosy i szybko dodał: – To znaczy kiedy? Bo wie pan, żona z obiadem czeka! Za godzinę powinienem być w domu!

Policjant wskazał palcem na grupkę czekających petentów i znudzonym głosem poinformował go, że może wyjść przed budynek i zadzwonić do żony, albo wrócić z wypełnionym papierzyskiem później.

Siwowłosy odszedł do jednego ze stolików i zaczął wypełniać. Jegomość przede mną zbliżył nos do niewielkiego otworu w szybie i wymamrotał:

– Żem się zgłosić miał…
– Dowód pan da.
– Co?
– Dowodzik!

Mężczyzna zerknął na mnie z ukosa, jakbym chciał mu wyrwać plastikowy dokument tożsamości, podał go policjantowi i dodał:

– Żem się zgłosić miał. Nakaz mam.
– Zgadza się, tyle że wczoraj się pan miał zgłosić. Dlaczego wczoraj pan nie przyszedł?
– Żem nie mógł, nie?
– A dlaczego? Jest pan niepracujący, na warunkowym. Co ma pan ważniejszego od odwiedzania nas co drugi dzień?
– Panie, z kolegami żem się spotkał, nie? Popiliśmy i żem się zapomniał…
– Tak? A gdzie się wczoraj było? Koło dziewiętnastej? Nie w monopolowym na rogu?
– Ja? Nigdy! To tam jest jakiś monopolowy?
– Dobra, dowodzik zatrzymuję, a wy tu poczekacie na przesłuchanie.

Mężczyzna, klnąc na czym świat stoi, odtoczył się na ostatnie wolne krzesełko, a posterunkowy zatrzasnął mi drzwiczki, chroniące otworki w szybie, przed samym nosem. Odwrócił się do kolegi, sprawdzającego coś w dokumentach:

– Przyszedł Pietraszewski, weźcie go z Mieciem i przemaglujcie. Wczoraj ktoś obrobił monopolowy, ten na rogu. Rysopis się zgadza, wykrywalność nam wzrośnie.

Kolega posterunkowego odłożył papiery, naciągnął na głowę czapkę z orzełkiem, i ruszył szukać tajemniczego Miecia. Posterunkowy zaś wrócił na swoje krzesło, ciężko westchnął i otwierając ponownie okienko, rzucił:

– Co się stało?
– Dzień dobry – zacząłem, ale nie doczekałem się odzewu. – Chciałem zgłosić kradzież.
– Samochód, kieszonkowa czy włamanie?
– Włamanie na konto przy użyciu karty. Przez internet.
– Łatwo nie będzie, od razu uprzedzam – rzucił, szukając odpowiedniego formularza. – Dowodzik pan ma?

Podałem mu dokument i wziąłem papier z nagłówkiem zgłoszenie przestępstwa cyfrowego/internetowego.

– Proszę – powiedział oddając i dowód – niech pan usiądzie i wypełni druczek. Zaraz ktoś pana wezwie. Druczek da pan przesłuchującemu.

Podziękowałem i ruszyłem wypełniać formularz. Wszystkie krzesła były zajęte, stanąłem więc pod ścianą i wyciągnąłem z plecaka książkę. Użyłem jej jako podkładki i wypełniłem wszystkie rubryczki – imię, nazwisko, adres, pesel, karalność, ilość wyroków, paragrafy z których mnie skazano, ewentualne miejsce odbywania wyroku… Zupełnie, jakby z góry zakładali, że byłem karany. Nie było możliwości zaznaczenia „pierwsza wizyta na komisariacie”.

Gdy skończyłem, rozejrzałem się uważniej po pomieszczeniu. Praktycznie całą powierzchnię ścian szczelnie wypełniały korkowe tablice z przyczepionymi plakatami. Najbardziej uroczy wydał mi się ten, informujący o wyborach dzielnicowego roku. Głosować można było na komendzie. Może nawet bym się skusił, ale nie mam pojęcia, kto jest moim dzielnicowym. Zawsze wydawało mi się, że poznaje się go wtedy, kiedy ma się problemy z prawem. Jeśli wszystko jest w porządku, raczej nie mają zwyczaju składać wizyt obywatelom. Mnie przynajmniej nigdy żaden nie zaszczycił… Może głosują na nich poszukiwani? Albo recydywiści?

Interesujący był też ten o możliwości przebadania na komendzie alkomatem. Zgadzam się z tym, że nie należy prowadzić pod wpływem – to dość oczywiste. Plakat nie byłby tak śmieszny, gdyby nie doczepiono do niego informacji o tym, że najbliższy dostępny publicznie alkomat znajduje się w Piasecznie. Dwadzieścia minut jazdy i już wiesz, czy możesz jechać dalej!

Tam, gdzie nie było plakatów, przymocowano stojaki na ulotki. Jedne były mniejsze, inne większe. Od informacji dla maltretowanych żon i ofiar gwałtów aż po poradnik postępowania w przypadku dokonania „zatrzymania obywatelskiego”. Okazuje się bowiem, że myli się ten, kto uważa, że takiego zatrzymania dokonuje się w odruchu poczucia odpowiedzialności cywilnej. Jest to rzecz, do której należy się skrupulatnie przygotować.

Wziąłem jedną z nich, z planem późniejszego przejrzenia. W końcu lepiej wiedzieć jak się zachowywać w takiej sytuacji, niż działać „na wariata”. Nie planuję nikogo zatrzymywać, zawsze wydawało mi się sensowniejsze zadzwonienie po patrol, albo spisanie numerów rejestracyjnych, ale już wiem, że rzeczywistość potrafi zaskakiwać ludzi nieprzygotowanych.

Zaraz obok obwieszczenia o półkoloniach policyjnych dla nastolatków znalazłem wydruki ze strony z najgroźniejszymi, poszukiwanymi zbrodniarzami. Wszyscy wyglądali tak, jakby okradziono ich z uroku osobistego zaraz po urodzeniu. Najszkaradniejszy podejrzewany był o przestępstwa matrymonialne. Do tablicy przypięto też wizerunki kilku morderców, gwałcicieli i rabusiów. Fakt, wyglądali podejrzanie, trzeba im to przyznać. Niesymetryczne oczy, niedopasowane nosy, włosy jak teatralne peruki i czoła wskazujące na wodogłowie. Myślę, że zamiast zajmować się poszukiwaniem tych ludzi, komendant powinien zastanowić się nad możliwością zatrudnienia innego grafika.

Przy klawiaturze numerycznej, pilnującej dostępu do reszty komendy, zauważyłem słuchawkę. Nie był to cały aparat, lecz słuchawka z kablem wychodzącym ze ściany. Obok znajdowało się kilka istotnych porad dla tych, którzy chcieliby skorzystać z telefonu. Przeczytałem je od deski do deski i nie mogłem wyjść z podziwu. Policja myśli o wszystkim, nawet o tym, że może odwiedzić ich ktoś, kto nigdy z takiego urządzenia nie korzystał.

Uwaga, telefon wewnętrzny. Jeśli chcesz zadzwonić, podnieś słuchawkę i wybierz numer wewnętrzny. Numer poda oficer dyżurny – przygotuj nazwisko oficera zajmującego się Twoją sprawą i dowód tożsamości. Jeśli numer jest zajęty, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś przez ten telefon rozmawia. Jeśli usłyszysz sygnał, oznacza to, że numer nie jest zajęty i ktoś za chwilę odbierze. Jeśli nie odbiera, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś wyszedł na chwilę z pokoju.

Zanim mnie wezwano, zdążyłem zapoznać się ze wszystkimi informacjami. Wiem już, co grozi za obrazę funkcjonariusza na służbie jak i to, że każdy funkcjonariusz jest na służbie całą dobę, nawet na urlopie. Wiem, co trzeba zrobić, żeby dostać pozwolenie na broń i że otrzymanie takowego graniczy z cudem. Wiem jakie są statystyki i wykrywalność kradzieży samochodów, włamań i morderstw w całym mieście (ze szczególnym uwzględnieniem mojej dzielnicy). Zapoznałem się ze wszystkimi telefonami zaufania i możliwością zgłoszenia kogoś do projektu rodziny patologicznej (niestety, nikt nie przewidział nagrody za patologiczną rodzinę roku). Dowiedziałem się, że bimber szkodzi – nie tylko na wzrok, ale i życiorys, w przypadku wykrycia produkcji i aresztowania. Dowiedziałem się jak rozpoznać prawdziwą odznakę od fałszywki i czym powinny charakteryzować się policyjne mundury. Ale nie skorzystałem z możliwości oznakowania roweru, sprawdzenia czy mój samochód nie był kradziony i czy nikt nie używa mojego routera do ściągania niedozwolonych treści pornograficznych. Teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd, ale nie mam zamiaru wracać na komisariat, póki ktoś mnie do tego nie zmusi.

W końcu tajemnicze drzwi otworzyły się i młoda policjantka zawołała mnie po nazwisku. Jak w szkole, kiedy matematyczka wywoływała do tablicy…

– Dzień dobry – powiedziałem z przyzwyczajenia. – To ja, chciałem zgłosić…
– Proszę za mną, przejdźmy do pokoiku.

Takiej propozycji nie mogłem odmówić. Ruszyłem za nią, podziwiając stan komendy. Ze ścian łuszczyła się farba i odpadał tynk, połowa jarzeniówek nie działała. Nie widziałem też ani jednego plakatu, widać wszystkie powiesili tak, by umilić czas ludziom w poczekalni. Korytarz był praktycznie pusty, jedynymi osobami poza nami była starsza pani o kulach i towarzyszący jej młody policjant. Kobieta wyraźnie protestowała, a on przepraszając tłumaczył, że w komendzie nie ma windy, a zdjęcia podejrzanych można przeglądać tylko na drugim piętrze.

– Pan wejdzie – odezwała się w końcu pani oficer, mająca się mną zająć. Przytrzymała mi też drzwi, na których powieszono tabliczkę z wygrawerowanym „wydział do spraw walki z cyberprzestępczością”.

Myślałem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. W końcu padłem ofiarą przestępstwa w cyberprzestrzeni. Kilku funkcjonariuszy znających się na komputerach z pewnością szybko zdołałoby ustalić, jak doszło do kradzieży. Przy odrobinie szczęścia może nawet udałoby się im złapać dowcipnisia? W końcu ciągle się słyszy, że anonimowość w internecie to mrzonka. Jasne, nie spodziewałem się pokoju pełnego monitorów, ludzi walących w klawiaturę z prędkością światła i mnóstwa migających światełek. To, co ujrzałem, nieco mnie zaskoczyło.

Kobieta usiadła za biurkiem i powiedziała:

– Niech pan siada. Starszy aspirant, Magdalena Obłokowska, spiszemy zeznania i zobaczymy, co da się zrobić.
– Oczywiście… Ma pani zamiar pisać ręcznie?
– A widzi pan tu gdzieś jakiś komputer?
– Nie – przyznałem, choć nie spodobał mi się jej drwiący ton głosu.
– Podejrzewam, że spotkał się pan z powszechną opinią o niedofinansowaniu służb mundurowych, prawda? Otóż nasza komenda stanowi tu jaskrawy przykład problemów finansowych całego sektora – ciągnęła, wyciągając z szuflady ozdobiony pstrokatą okładką szkolny zeszyt i ołówek. – Procedura jest prosta. Spiszę pana zeznania, przeczyta je pan potem i podpisze się pod nimi.
– Mam dyktować?
– Tak. Unikamy w ten sposób nieczytelnego pisma, kiedyś prosiliśmy każdego, żeby sam pisał, ale to się nie sprawdza. Następnie prześlę te dokumenty do stażysty, który wprowadzi je do komputerowego formularza. Po zatwierdzeniu formularz prześlemy do centrali walki z cyberprzestępczością i tam się panem zajmą. Rozumie pan?
– Chyba tak… Ile trwa taka procedura?
– Za około miesiąca dokumenty powinny dotrzeć do odpowiedniej komendy. Nie wiem ile spraw mają koledzy, ale nie spodziewałabym się na pana miejscu szybkiego rozwiązania problemu.
– Rozumiem. A zaświadczenie o wszczęciu postępowania? Wie pani, bank czegoś takiego potrzebuje.
– Ach, takie coś mogę panu od ręki wystawić, nie ma problemu, ale najpierw spiszemy zeznania. O jakiej kwocie mowa?
– Pięćdziesiąt euro – przyznałem, a ona spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym coś z pogranicza litości i niedowierzania.
– I chce się panu takie coś zgłaszać?
– Zostałem okradziony – odparłem po chwili, gdy udało mi się dojść do siebie. – Uczono mnie, żeby w takich sytuacjach zwracać się do stróżów prawa. Bank twierdzi, że może zwrócić mi skradzioną kwotę, co uważam za sprawiedliwe i zamierzam się o to ubiegać. Problem w tym, że potrzebuję od państwa odpowiedniego kwitka, który umożliwi wszczęcie procedury.
– Ja to wszystko rozumiem, ale wie pan, po pierwsze szanse na ustalenie sprawcy są niewielkie, po drugie z taką kwotą sprawa zostanie prawie natychmiast zamknięta z powodu niskiej szkodliwości czynu. Bank może panu te pieniądze odda, ale tylko dlatego, że kwota jest niewielka. Oni na tym praktycznie nic nie tracą, a pan, opowiadając znajomym o ich zachowaniu, zrobi im lepszą reklamę niż najlepszy reżyser i najdroższy aktor w godzinach najwyższej oglądalności telewizji.

Posłałem jej spojrzenie z pogranicza obrazy funkcjonariusza na służbie. Zrozumiała, że wytrąciła mnie z równowagi i rzuciła:

– Jeśli chce pan zgłaszać, lepiej żeby miał pan świadomość, jak to się skończy.
– Mam ją – przyznałem, choć moja wiara w sprawiedliwość została mocno podkopana.
– W takim razie pozwoli pan, że pouczę pana o karze za składanie fałszywych zeznań – mruknęła, podsuwając mi zalaminowany kartonik z adekwatnym paragrafem. – Był pan karany? Jeśli tak, proszę podać paragraf, rok skazania, miejsce odbywania wyroku i jego długość.
– Szczęśliwie nie byłem…
– To widać…

Przez kolejne dwie godziny odpowiadałem na jej pytania, a ona skrupulatnie spisywała każde moje słowo. Dobrze, że mam komórkę z dostępem do internetu, bo jak się okazało, kilka razy musiałem sprawdzić to i owo w sieci – między innymi adres strony kasyna, w którym nigdy nie grałem. Pod koniec rzeczywiście dała mi chwilę na przeczytanie zeznań. Pod ostatnim zdaniem dopisała „transkrybcja st. asp. M.O.” Postanowiłem zachować obywatelską postawę i nie zwracać policji uwagi na ortografię. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Tak samo było kiedyś, tak samo jest teraz. Pewnie mają tyle niedziałających jarzeniówek na korytarzu, bo „na miejscu jest zbyt mało policjantów, by wkręcić żarówkę”.

Pytaniem pozostaje czy zmarnowałem ten dzień, czy nie. Wszystko zajęło mi tyle czasu, że nic już tego dnia nie zrobiłem… poza kupieniem butelki czegoś wysokoprocentowego i obejrzeniem filmu o mafii. Nie napisałem artykułu, który miałem napisać. Nie spotkałem się z kolegami z pracy, nie uzgodniłem z nimi kilku ważnych rzeczy. Jednak bank po zaledwie czterech miesiącach oddał mi moje pieniądze, co sprawia, że uznać można, iż w jeden dzień zarobiłem pięćdziesiąt euro. Pokręcona to logika, a kredytu hipotecznego i drugiego mieszkania nadal nie mam.

Opublikowano Anna Rosner | Otagowano | 4 komentarzy