Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 5

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Akurat mam pod górkę, więc zgrzałem się nieco. Stanąłem (albowiem nie jestem obdarzony małpią zręcznością, pozwalającą mi sięgnąć do plecaczka w trakcie jazdy), wyciągam wodę mineralną. Piję, obserwując przydrożną zieleń.

Wspominam, iż stanąłem, dlatego że to istotna okoliczność. W trakcie jazdy przeoczyłbym bowiem niechybnie to, co zauważam stojąc. Ale zanim zauważam, doznaję poczucia dysonansu. Niezgodności. Coś mi w otoczeniu nie pasuje do kontekstu, ale nie od razu identyfikuję, co konkretnie.

Aha, już wiem! Buk. Młody buczek właściwie. Tyle, że w odmianie czerwonej. Czyli ozdobnej, hodowlanej. A las naturalny. No, może nie dziki, bo ręką ludzką sadzony. Jednak okazów parkowych w nim nie uświadczysz.

Skąd przeto ten cudak tutaj? Sam jeden. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegam podobnego, a na pewno by się na tle zielonych braciszków wyraźnie odcinał. Mutacja? Samosiejka – uciekinier? Ale jak uciekł? To naprawdę dzika gęstwina i do cywilizacji ludzkiej stąd daleko. Fakt: tuż obok, kilkanaście metrów dalej, w głębokim wąwozie przebiegają tory kolei żelaznej. Jako, że przebiegają w wąwozie, na zdjęciu ich nie widać, lecz wysokie sosny w tle, uwierzcie na słowo, porastają już drugi brzeg parowu. To niewątpliwie twór cywilizacji. Ale przecież nikt nie sieje umyślnie wokół torów kolejowych parkowych odmian buka. Raczej przeciwnie: rżnie się bezlitośnie i bezmyślnie wszystko, co wyrosło po brzegach. Zwłaszcza ostatnio. Pod topór kolejowych ekip trafiły w moich okolicach tysiące dorodnych, pomnikowych drzew.

Może i lepiej, że na zdjęciu nie widać wąwozu, bo to karczowisko nie napawa optymizmem.


Nieważne, jak tu trafił. Ważne, że jest malowniczy. Młode, świeże, wiosenne liście w głębokiej barwie zacnego burgunda, tak przeze mnie ukochanego. Już same w sobie są efektowne, a w kompozycji z zielenią sąsiednich buczków, tych naturalnej odmiany, prezentują się jeszcze piękniej.

Chciałoby się umieć opisać to piękno. Ale nic z tego, warsztat nie ten. O czym już zresztą, „źle zadowolony”, wspomniałem w pierwszym sprawozdaniu ze swych przejażdżek.

Z tego samego powodu nie poważę się, choć z żalu serce krwawi, a wątrobę gorzka żółć zalewa, na poważniejsze robótki literackie, choć inspiracja aż dudni!

Można by na przykład pokusić się o ulepienie liryku dumającego nad zagubieniem i alienacją tego drzewka samotnego-odmiennego w gęstym boru.

Albo machnąć kawałek chropawej, twardej prozy, prezentującej marne perspektywy „buka malowanego”, którego niechybnie czeka zagłuszenie przez pleniącą się wokół obficie zieleń.

Lub też skonstruować misterny esej, analizujący z wdziękiem i erudycją zagadnienie możliwości powrotu do natury po latach życia w pobliżu ludzkich siedzib. Czy wydelikacenie będące spuścizną wieloletniego zamieszkiwania parków i ogrodów pozwoli na readaptację w dziczy? I dalej w tym stylu.

Można by spróbować. Ale po co? Impotencję twórczą w takich chwilach czuję wyjątkowo dotkliwie. Efekt pracy byłby jeszcze bardziej karykaturalny, niż przedstawione wyżej projekty. Potraktuję je przeto jako „tematy do odstąpienia”.

Korzystajcie!

I mknę dalej przez las, sprytnie strząsnąwszy z ramion brzemię odpowiedzialności.

Opublikowano Mal Content | Otagowano | 1 komentarz

From my spams

I already published here a weird text I got send to me every day in a river of spams every blog administrator got evere day. It is a never ending procedure which, happily enough, are stopped by akismet, ein defence programm against spam. Once upon a time among all that money slots and girl porn wchich build a main of tha avalanche of spams, there was even a religious story about two small twin brothers of seven which were discovering Jesus in a playing with they parents. It was send to me in parts and it took about three weeks to complete the story.

Now I find etwas, which would be a coming-of-age story with music in America. Maybe it will have the following parts. I’ll let you know. Interesant, the sender of that is download frank casino ep
gera-mebel.ru/bitrix/rk.php?goto=http%3A%2F%2Freg…x
AntonMorice71@gold.intained.com
162.244.150.228

Casino is juts normal sender of spam; gera-mebel.ru suggest something from the East Europe – Russland, Rumenia, but no, Rumenia is RO, Russland is RUS, and RU is… Burundi. But gera-mebel.ru is exactly, what you erwartes, a Hompepage of furniture magazin in Moscow near to Andropov Prospect. Online and in Russian. Anton Morice, about whom I hoped, he coud be our searched author, is only one to find in net: Anton Morice Cerda Henriquez, living in Chile. And not a writer. An intergraltrainer, whatever it means… Online portal Stop Forum Spam writes: gold.intained.com erscheint in unserer Datenbank 470 mal. OK spam, no way.

 The last try: BG, initials beginnig both capitels of that story. On the Wikipedia-List of BGs all over the world I find: Boris Grebenschtschikow (* 1953), Russian Poet and Musician. Let’s hope it’s him and my blog get him so long wanted fame :-). Bat I do not think he needs fame like that. Wikipedia writes: he is widely considered the „founding fathers” of Russian rock music. Due as much to his personal contribution as to the undisputed and lasting success of his main effort, the band Aquarium (active since 1972 until today), he is a household name in Russia and much of the former Soviet Union. Grebenshchikov is colloquially known as BG after his initials.


Maybe it is him. I mean – his text… Anyway it is dealing with facts. All links from me.

BG: Spur of the moment, but this half a freestyle, and half an old verse I never put on a track. It was years ago so I was more than likely high out of my mind. Could certainly tell by lengthy hair and “stop snitching’ shirt Experienced been wearing. I love those guys absolutely no one will ever do that together again!

The school will provide you with an ugg. The money that you spend on that Art Carved Class Ring is the better devoted to a beautiful wooden frame for that diploma. You’ll never be embarrassed any diploma for a wall, and never tuck it away in a desk cabinet. And besides, even after finding the frame, personal cash loan have plenty of money make moves meaningful – like taking a weekend day at Cabo.

During that time period, albums included “The Dirt Band”, and “An American Wish.” The band also performed on “Saturday id test game live 22” and provided backing for Steve Martin on his million selling novelty tune, “King Tut.” They released several more pop albums adverse reactions . time, getting around the country music roots they started that has.

I came into this world in 1973. Saturday Night Live first hit the air in October of that year. One time i was young and sneaking associated with your my bed. I’d sit in the hall way and listen to my father laughing at the show. I could not wait till I was old enough to watch it.

BG: Aren’t getting me wrong, if it weren’t for hard drugs, my parents record collection wouldn’t be half as big as it must be. Though in my case, undertake it! say, “yo, I smoked the best weed and wrote this dope song”, but for me, using a level and clear head helps me be more creative than any drug could ever make my vision.

Mussachio, a complete time guidance counselor, searching for to position himself for their big fight and a win over Thompson could land him one. Mussachio rebounded from a tough loss to world rated Garrett Wilson, a fight which was very close when he was stopped in the 12th round, to defeat Billy Bailey in May of 2012. With a career plagued by inactivity & with father time catching up, Mussachio must looked to impressively dispatch from the the tough Thompson.

Letters to Juliet is an unabashed chick flick. This may be a good selection for a date at home this year. It’s a love story about beautiful folks beautiful settings, plus there’s the added Shakespeare/Romeo & Juliet element. Instrument chick flicks, if really want some easy viewing, if you’d like a snuggle on the couch type movie, rent Letters to Juliet.

Overall, having been impressed and happy to relive my concert memories while listening to Beautiful Mess-Live on Earth, and I felt motivated and inspired by Mraz’s lyrics. The DVD includes extras because “Fall Through Glass,” and videos of Mraz on tour from summer. The DVD forces you to laugh once you watch Mraz and his friends amusing themselves on tour, you will also achieve inside look from Mraz and his video director as they determine what songs perform most optimally with what visuals for music movie clips.


Even if it is most possible, the author is an American, I still remember the Russian conection of tha mail adresse from which this text was sen to me. So let’s belive it is that Russian BG. Today in a London club Under The Bridge you can go to concert of BG. So go, if you are in London. The guy is really good.

Борис Гребенщиков и группа „Аквариум”

„Песни и танцы Гипербореи” (Pieśni i tańce Hiperborejów)

(Старое, новое и политически некорректное)

17, 18 и 19 мая 2019 года в лондонском клубе Under The Bridge пройдут концерты Бориса Гребенщикова и группы «Аквариум». Это первые за последние 5 лет выступления „посла рок-н-ролла в неритмичной стране” вместе с группой в полном составе в городе, где «каждый камень Леннона знает».

Целые поколения выросли под „Аквариум”. Их подпольные записи слушали в СССР на бобинах и кассетах, из текстов песен узнавали о «сансаре и нирване». Каждый их новый альбом становился событием, под их песни люди влюблялись, взрослели…

В этом году легендарная группа отпразднует свой 47-й день рождения, но «Аквариум» решительно отказывается почивать на лаврах: музыканты постоянно ищут новый звук, экспериментируют со стилями и жанрами.

Каждый концерт “Аквариума” – настоящий праздник для его поклонников, который редко заканчивается раньше полуночи. Гребенщиков всегда стремится найти идеальную гармонию между местом, временем и способом исполнения своих песен. Программа предстоящих концертов, как всегда, держится в строжайшем секрете, но будет отличается от той, которую лондонцы слышали на акустическом концерте Гребенщикова в 2017 году. Будут и совсем новые, еще не записанные песни, и классика «Аквариума».

«Аквариум» выступит в полном составе:

Борис Гребенщиков (вокал, гитара), Александр Титов (бас-гитара), Алексей Зубарев (электрическая гитара), Андрей Суротдинов (скрипка), Брайан Финнеган (свисток, флейта), Лиам Брэдли ( ударные), Глеб Гребенщиков (перкуссия), Игорь Тимофеев ( саксофон, банджо), Константин Туманов (клавишные, аккордеон),

По словам Гребенщикова, „Аквариум – это сияющий зверь. Он приносит вам лекарство. То, чего вам не хватало, а вы сами этого не знали.”

Двери открываются в 19-00, концерт начинается в 20-00.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

11 godzin

Ela Kargol

…czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy

Zaczęło się bólami podbrzusza, kłującymi, przychodzącymi falami. Myślała, że jak weźmie coś przeciwbólowego, to przejdzie. Poszła na zajęcia, ale po kolejnym bolesnym skurczu wybiegła z sali wykładowej. Był piątek, trudny dzień dla pacjentów, nieliczne przychodnie są jeszcze czynne, szpitalne oddziały ratunkowe przepełnione.

Znalazłam ją skuloną z bólu, siedzącą na ławce przy Bayerischer Platz w Berlinie. Miałyśmy do wyboru kilka szpitali, wybrałyśmy właśnie ten.

Taksówka przywiozła nas na miejsce, ale pod złe wejście. Dość długo szukałyśmy budynku nr 8, klucząc ścieżkami, choć są zasadniczo dobrze oznakowane. W końcu znalazłyśmy Szpitalny Oddział Ratunkowy, w skrócie SOR, po niemiecku Rettungsstelle lub Notfallaufnahme. Budynek, do którego jak do Mekki ciągną pacjenci, najtłumniej odwiedzany jest wieczorami, w piątki, soboty i niedziele.

Zaczęła się procedura przyjęcia. Po naciśnięciu przycisku, maszynka wydrukowała numer 69.

Usiadłyśmy w rzędzie krzeseł połączonych. A ponieważ jedna osoba wprawiła krzesła w ruch huśtany, zaczęliśmy bujać się wszyscy. Był huśt i jęk mojej córki Heleny, która w końcu nie wytrzymała i przysiadła obok. Pomiędzy jednym a drugim bolesnym skurczem rozmawiałyśmy między sobą w ojczystym języku, snując przypuszczenia skąd te bóle i jak długo jeszcze przyjdzie nam czekać. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłyśmy, że potrwa to 11 godzin.

Naszej pogawędce przysłuchiwała się rodaczka, dzierżąc w dłoni numer 70. Ponieważ bardzo jej się spieszyło, poprosiła o zamianę numerków, mrucząc coś pod nosem, że musi odebrać jakieś dokumenty, że to nie potrwa długo, że się spieszy… Na moje stanowcze NIE od Helci usłyszała jednoznaczne TAK. Zamieniłyśmy się numerkami. Potem okazało się, że Helcia nie mogła już słuchać jej próśb i zbyt szczegółowych wyjaśnień.

Helcia wzdycha, jęczy, ciężko oddycha, klientów przybywa. Pierwsze pół godziny wydaje się nieskończonością. Wreszcie gong, wyświetlił się nasz numer, którego już nie mamy. Mój wzrok skierowany na rodaczkę powoduje, że natychmiast oddaje nam nasz pierwotny bilet wstępu, my robimy bez słowa to samo.

Zostałyśmy przyjęte. Helcia za dużo opowiada, że wstała i bolało, wzięła prysznic i bolało, poszła na wykłady i bolało, teraz tu jest i boli.

Pani o znudzonym i obojętnym spojrzeniu coś tam notuje i kieruje nas do budynku 35. Szkicuje nam w pośpiechu drogę na wydrukowanej mapie szpitala. Ja domagam się transportu, Helcia skręca się z bólu. Owszem, transport jak najbardziej, ale trzeba poczekać. Nie czekamy, idziemy, błądzimy, w końcu dochodzimy. Wypełniamy kilka formularzy. Ja piszę, Helcia dyktuje. Wszyscy mili, współczujący i z ubolewaniem oznajmiają, że lekarza nie ma, że trzeba się uzbroić w cierpliwość, że czas oczekiwania do czterech godzin.

Biorę wdech i mówię, że córka musi się położyć, że nie da rady usiedzieć. Za chwilę wjeżdża do poczekalni łóżko. Ustawione zostaje z braku innego miejsca na środku pomiędzy innymi cierpiącymi, czekającymi, udręczonymi pacjentami. Helcia wdrapuje się na nie, chwyta mnie za rękę, skula w kłębek i tak trwamy. Za chwilę ma przyjśc mój zmiennik, José, chłopak Helci, odważam się więc opuścić na krótko szpital, aby udać się na umówione spotkanie. W tym czasie Helci pobiorą krew, dwa razy odda mocz do analizy, dwa razy będzie wymiotowała. Zmiennik się spóźnia. Helcia jest u kresu wytrzymałości, dzwoni z płaczem do mnie. Wracam taksówką. Siedzi skulona w kącie, z łóżka zrezygnowała. Po czterech godzinach zjawia się pani ginekolog, która niczego wyjątkowego nie stwierdza, krew w normie, mocz w normie, boli mocno, ale w normie. Wracamy do punktu wyjścia, właściwie wejścia, bo do budynku nr 8, czyli do punktu przyjęć. Budynek długi ze szklanym dachem przypomina palmiarnię, albo świątynię, z główną nawą i dwiema bocznymi oddzielonymi kolumnami.

W nawie głównej ustawione są krzesła, w trzech kolorach, czwórkami, połączone prętem. Kwadrygi? Teraz rozumiem to bujanie na krzesłach, jak na koniach. Ołtarz? A jakże, jest i ołtarz. Na dużym ledowym ekranie przemykają małpy, pływają koniki morskie i delfiny. Są też inne zwierzęta, których nie pamiętam, a potem pojawia się napis: „WIR WÜNSCHEN DIR GUTE BESSERUNG!”, no i chyba specjalnie dla nas i rodaków: „WRACAJ SZYBKO DO ZDROWIA!”

Znowu pobieramy numerek, tym razem 153. Po pół godzinie wchodzimy. Helcia się już prawie wczołguje. Będziemy teraz czekać na chirurga. Pacjentów-klientów przybywa, jest już piątek po południu. Zaczynamy żartować, opowiadać kawały o lekarzach: „Przychodzi baba do lekarza, a lekarza ….nie ma”. Po mojej interwencji w końcu pojawia się pani chirurg, osoba bardzo zajęta, na 24-godzinnym dyżurze, kompetentna, miła, zapracowana. Typuje na wyrostek, choć badanie krwi tego nie potwierdza. Odsyła nas do USG. Nie błądzimy, idziemy szlakiem niebieskich kropek, są jeszcze zielone, ale nie wiem, dokąd prowadzą. Znowu miła osoba zapewnia nas, że trochę poczekamy, bo są pilniejsze przypadki, a wyrostek od razu nie pęka, dopiero po kilku dniach. No więc czekamy, na krzesłach już nie ustawionych w kwadrygi.

W pewnym momencie Helcia zaczyna konwulsyjnie kaszleć. Wiem, zaraz zaczną się wymioty. Zauważa to inna czekająca na łóżku pacjentka, chyba już przyjęta na oddział, bo ubrana w tę paskudną koszulę z rozcięciem z tyłu. Zrywa się z łożka, przynosi nam dwa kubki wody, pouczając, że po wodzie lepiej się wymiotuje. Załatwia też torebkę do wymiotów. Pierwszy raz taką widzę. W tej dziedzinie nastąpił duży postęp. Torebka przypominająca prezerwatywę dla konia (znowu te konie!) spełnia doskonale swoje zadanie. Pacjentka-opiekunka pomaga dalej. Przynosi mokre ręczniki papierowe i kładzie Helci na kark. W odróżnieniu do rodaczki niewiele mówi. Nagle nas opuszcza, wywołana do pana Rentgena. W końcu i Helcię zaprasza do siebie pani USG, by po pewnym czasie kazać nam wrócić do punktu wyjścia – wejścia. Nie biorę numerka. Wchodzę tak, jak nie powinnam wejść. Pytam: „co tetraz?” Odpowiedź: „czekać!”. Stanowczo odpowiadam, że córka nie da rady, że boli, że nie wytrzyma. I staje się cud. Nie musimy już siedzieć w poczekalni pełnej rozhuśtanych kolorowych krzeseł. Udajemy się do jednego z pomieszczń w nawie bocznej. Helcia kładzie się na łóżko i czekamy na anioła, który wkłuje wenflon i podłączy kroplówkę ze środkiem przeciwbólowym. Przychodzi anioł w niebieskim fartuchu i fachowo czyni swoją powinność, czego nie można było powiedzieć o aniele pobierającym krew. Na lewym zgięciu łokciowym Helci powiększa się fioletowy krwiak.

Lek przeciwbólowy kropla po kropli sączy się do krwioobiegu Helci.

Jestem glodna, zmęczona, zła. Kupuję w automacie orzeszki ziemne. Źle rozrywam torebkę i wszystkie lądują na podłodze. Nawet nie próbuję zbierać.

Wracam do mojej Heleny Bolesnej, jej chłopak Hiszpan w lot rozumie parafrazę i nazywa ją Helena de los Dolores. Już prawie cała dawka novalginy wkapała do krwi. Jest lepiej, ból uśmierzony, gdzieś jest, ale jakby stłamszony. Szukam anielicy, która odłączyłaby kroplówkę. Już wiem, że muszę swoje odczekać. Helcia siada, jest bardziej obecna, w jej dłoniach pojawia się komórka. Musi przecież oznajmić światu swój ból i niedolę. Czekamy na chirurga. Z pewnością są już wyniki badań ultrasonograficznych. W końcu przychodzi pani chirurg, ta miła, zapracowana, kompetentna. Ze znawstwem objaśnia zdjęcie USG, na którym nie widać wyrostka, bo schował się za jelito grube. Ale zapalenie wyrostka ma często nietypowe objawy. Pani chirurg proponuje, żebyśmy poczekały na panią ordynator, bo ona jest jeszcze bardziej kompetentna i bardziej zapracowana. Właśnie operuje, znowu więc przyda się cierpliwość. Przygotowujemy się i organizujemy w myślach ewentualne pozostanie w szpitalu. Za wszelką cenę Helcia chce uniknąć wkładania tej paskudnej szpitalnej koszuli z rozcięciem z tyłu.

Na dworze robi się ciemno. Pani ordynator przychodzi i zmusza nas do podjęcia decyzji. Objawy: wyrostek, badania: niewyrostek. Czucie i wiara, czy mędrca szkiełko i oko? Wybieramy to drugie. Pani ordynator z ulgą przyjmuje naszą decyzję i idziemy do domu zaopatrzeni w novalginę i termin na następny dzień o ósmej rano. Noc przebiega spokojnie, zażyte środki przeciwbólowe usypiają i wygaszają ból. Następnego dnia wyrostek pozuje już do zdjęcia, cały i zdrowy. A inna już pani chirurg, miła zapracowana i kompetentna typuje na cystę, która pękła i dlatego bolało.

Trzy liczby, które nam się w tym dniu przytrafiły, towarzyszyły i brały udział w przebiegu dnia nie dają mi spokoju.

Pierwszą była 69, jeśli spojrz na nią do góry nogami, zobaczyć można dokładnie tę samą, wikipedia podaje jeszcze wiele innych interesujących znaczeń. Następną liczbą była 153, nic dla mnie nieznacząca, dopóki nie wysłuchałam w ostatnią niedzielę ewangelii według św. Jana, w którym uczniowie Jezusa wyławiają z Jeziora Tyberiadzkiego 153 ryby. Najciekawszą liczbą jest 11. Jest liczbą pierwszą, palindromiczną („liczbą palindromiczną nazywamy liczbę naturalną, która czytana z prawej do lewej lub z lewej do prawej strony daje tą samą liczbę”), co ciekawe, podniesiona do potęgi drugiej lub trzeciej albo pomnożona przez pierwsze dziewięc cyfr też jest palindromem.

Jest jeszcze park i ogród przyszpitalny, pełen starodrzewia.

Kilka lat temu w ramach „Dnia natury miejskiej” (Tag der StadtNatur) pewien biolog ciekawie o nich opowiadał. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o bożodrzewie, gatunku inwazyjnym, którego ojczyzną są Chiny. Rośnie tu też kilka okazałych czerwonych buków, starych kasztanowców i dębów. Próbowano wtedy wydzielić z części areału ogród dla pracowników szpitala, dzieląc go na mniejsze zagony. Niewiele z tego zostało, są jeszcze ule, domki dla owadów, trochę ziół. W roku 1999 otwarto tzw. Ogród rzeźb (Der Skulpturengarten AVK), dostępny dla wszystkich. Zachęcam i polecam. Moją ulubioną rzeźbą jest „Ludzie i bagaż” Geralda Matznera.

Bzy pachną, kasztany kwitną, ptaki świergocą, czuć wiosnę.

Cytuję za wikipedią:

Wszystko dobre, co się dobrze kończy (ang. All`s Well That Ends Well) – komedia Williama Szekspira, napisana pomiędzy 1601 a 1608 rokiem. Trudno ją jednoznacznie zaklasyfikować do kategorii komedii lub tragedii… Pięć aktów opowiada historię Heleny… Do dnia dzisiejszego sztuka ta nie cieszy się wielkim powodzeniem, jest rzadko wystawiana.”

Opublikowano Elżbieta Kargol | Otagowano , | 5 Komentarzy

Wie ich Joachim Zinsky kennenlernte.

Michael Müller

Oder: Wem gehört der Kiez?

Auf dem Rückweg vom Schlosspark Charlottenburg nach Hause ist mein Dackel immer schnell. Er zieht mich zielstrebig die Sophie-Charlotten-Straße entlang, um, ohne weiteren Umweg zuzulassen, in unseren Torweg einzubiegen. Heute steht uns auf der Sophie-Charlotten-Straße aber ein Mann im Weg, der kopfschüttelnd das Werbeplakat eines Bauunternehmens betrachtet – Zinsky, wie ich später erfahre.

Fahrig gleitet sein Zeigefinger über eine Computersimulation des Gebäudekomplexes mit Luxus-Eigentumswohnungen, der hier gerade gebaut wird, und er fragt mich: „Wo ist denn da jetzt was?“ Als ich ihm zu erklären versuche, dass das nur eine Simulation ist und wie die inzwischen halbfertigen Rohbauten in das Bild passen werden, ist er empört. „Wie jetze“, sagt er, „die jibt et noch jar nich? So ne Schweinerei!“

Dabei ist er eigentlich kein Miesmacher. Er will nur verstehen, wer da was in seinem Kiez macht und was das für ihn bedeutet. Er wohnt in der Pulsstraße, in einem Hochhaus aus den 70ern, im 6. Stock, Blick auf den Schlosspark – schön, obwohl es angeblich unerträgliche Nachbarn gibt. Aber der Parkblick interessiert ihn eigentlich weniger als das Gelände auf der anderen Seite, das jetzt bebaut wird. Bis 2014 waren da die alten Gebäude der „Puls-Klinik“ und es gab Bäume. Jetzt ist das alles weg und stattdessen dröhnen die Baumaschinen. Seine Sorge: Da kann man jetzt nicht mehr wie früher die Autos parken – obwohl er selbst kein Auto hat.

Was ihn wirklich beunruhigt, sind die vielen gleichzeitigen Veränderungen. Die unerträglichen Nachbarn in seinem Wohnblock sind ehemalige Patienten der Psychiatrie aus der Schlossparkklinik. „Und jetzt bauen sie da einen neuen Psychiatrietrakt, bald fertig…“ Was entsteht da vor seinen Augen? Die fehlenden Parkplätze werden das geringste Problem sein. Aber was wird mit seiner vertrauten Nachbarschaft?

Er beginnt, mir zu erklären (ohne Anlass), dass er eine Tagespflege hat – einmal in der Woche, „nein, oder zweimal. Sie war gestern, am Montag, da, als ich gerade…“ Dann fällt ihm wieder mein Dackel ein. Ja, er hat auch mal einen Hund gehabt – einen Schäferhund, der besonders wachsam war und einmal ein Kind im Kinderwagen gerettet hat, oder umgekehrt. Irgendwie scheint der Schäferhund auf tragische Weise ums Leben gekommen zu sein, schon in Zinskys Kindheit oder später.

Wir verabschieden uns irgendwann. Ich erkläre ihm, dass ich auch gleich um die Ecke wohne, also auch Nachbar bin. Meine Adresse, Mollwitzstraße, sagt ihm aber offenbar gar nichts. Er winkt mir nur im Weggehen zu – „Joachim Zinsky, nich verjessen!“

Opublikowano Michael Müller | Otagowano , | Dodaj komentarz

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 4

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a (tym razem wyjątkowo)
samochód, nie rower, dzielnie niesie przez zmieniające się krajobrazy mnie samego i
moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Akurat na owe kilogramy nic ta
przejażdżka nie pomoże, lecz trudno. Czasem trzeba załatwić sprawy na tyle daleko od
domu, że rowerem nijak by się tam nie dotarło.
Miałem nieco czasu, więc postanowiłem zboczyć odrobinę z trasy i odwiedzić pole
bitwy pod Mokrą. Jednej z niewielu wygranych potyczek Września. By oddać hołd
Obrońcom.
Pomnik, owszem, stoi. Ale cokolwiek zapuszczony. Że już o gazonach wokół niego nie
wspomnę.


Taki mamy czas, iż całą uwagę i pieczołowitość pompuje się w Wyklętych. Nawet dla
akowców nie starcza czasu. Cóż więc mówić o chłopcach Września! Żadne przegięcie
nie jest zdrowe: warto by o tym trochę pomyśleć. Jednak wyznawcy z zasady nie myślą.
Czciciele Wyklętych też nie.
Obok osiemnastowieczny kościółek p.w. św. Judy Tadeusza. 1 września roku
pamiętnego przez cały dzień znajdował się w centrum pancernej bitwy. I ocalał. Co
poczytano za cud.


Za kilkanaście minut będę przejeżdżał przez Wieluń. Bój pod Mokrą jeszcze się nie
zaczął, piąta rano jeszcze nie wybiła, a w Wieluniu już opłakiwano ponad sto ofiar
nalotu Luftwaffe. Cywilnych ofiar. Większość zginęła we własnych łóżkach. Cud się nie
wydarzył.
Bój pod Mokrą jeszcze się nie zaczął, a w Szymankowie już było po egzekucji
kolejarzy i celników, którzy udaremnili podstępne zajęcie przez Wehrmacht mostów w
Tczewie. Zastrzelono 20 funkcjonariuszy. I drugie tyle członków ich rodzin. Cywilów.
Cud się nie wydarzył.
Przez kolejne sześć lat śmierć będzie sobie urządzać orgiastyczną ucztę. Cud się nie
wydarzy.

A w Mokrej się wydarzył! Ocalał kościółek! Ładny kościółek, nie przeczę. Ale…
Powstrzymam się przed użyciem wulgaryzmu i stwierdzę oględnie: wsadźcie sobie taki
cud.
Mówią, że na mitologizowanie podatne są słabe umysły. Nie twierdzę, by mój był jakoś
szczególnie mocny, niemniej takie interpretacje wydarzeń faktycznie nie mają do niego
przystępu. Lecz może w ten sposób łatwiej znieść nieznośną rzeczywistość?
I mknę dalej przez zmieniające się krajobrazy, zastanawiając się: dobrze to, czy źle, żem
zupełnie niepodatny na ich ogląd odrealniony.

Opublikowano Mal Content | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień Matki / Muttertag (3)

Reblog z siebie samej

23 sierpnia 2016 roku

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Dopisek z 14 maja 2019 roku.

Kiążka jednak została odrzucona i, jak to w życiu dziwnie bywa, dokładnie tego dnia, kiedy Żydowski Istytut Historyczny zakomunikował mi, że nie opublikuje książki, którą „sam” zamówił  i „sam” dobrze, żeby nie powiedzieć – świetnie, zrecenzował, tego dnia zatem zadzwonił do mnie pan z małego wydawnictwa w Zielonce pod Warszawą i powiedział, że wydał już dwie książki o naszej rodzinie, jest więc skłonny wydać i trzecią. Co zrobił w lecie ubiegłego roku. Książka została znacznie skrócona, a ten fragment został odrzucony, tym razem przeze mnie, bo zmiana wydawcy spowodowała zmianę stylu książki i takie opowieści jak ta nie pasowały do historycznie potraktowanej historii rodzinnej.

Do publikacji tej opowieści po raz kolejny skłoniły mnie dwie blogowe autorki – Teresa Rudolf, której tekst opublikowałam dwa dni temu z okazji niemieckiego Dnia Matki (druga niedziela maja) i Ela Kargol, która pisząc o Don Kichocie w Poznaniu, napisała też o swojej Mamie, Dulcynei z Winograd. Obu inspiratorkom bardzo dziękuję.

Ewa Maria Slaska

Mama

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła świętego Mikołaja na gdańskiej
Starówce. Moja siostra miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam
włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam.
Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam.
Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał
gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i
zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca
mszy.
Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku.
Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe,
w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy
MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama, rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006 to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 2 Komentarze

Barataria 116 Dzień Matki / Muttertag (2)

Ela Kargol

Don Kichot z Cytadeli i Dulcynea z Winograd
(z cyklu Don Kichot w każdym mieście)

Stoi z twarzą zwróconą na północ, otoczony soczystą zielenią traw, kolorem wiosennych kwiatów, młodymi liśćmi starej olchy i białym kwieciem dzikiej gruszy. Smętnie patrzy w dal, czegoś lub kogoś wypatruje, spogląda na resztki obwarowań starej twierdzy Winiary. Odwrócony jest tyłem do czerwonej gwiazdy, której zresztą już nie ma. Koń Rosynant, dość mały i krępy, prawie kucyk, wymusił na jeźdźcu postawę tę, a nie inną, stojącą. Dawno temu miał kopię, do której utraty przyczyniłam się i ja. Zresztą już jej nie potrzebuje. Nie ma wiatraków, a te małe zdobiące przydomowe ogródki, napędzane solarnie…
z nimi nie będzie wojował.

Jedynym epizodem wojennym w dziejach prawie dwustuletniej twierdzy była
II wojna światowa,
kiedy to 23 II 1945 roku po pięciodniowym oblężeniu poddała się niemiecka załoga Cytadeli.

Ale Don Kichota jeszcze tu nie było. Stałby się Cytadelowcem? Jak mój wujek, który nie dał się już nigdy namówić na spacer po powojennej Cytadeli, czy może jednak czerwonoarmistą, których groby zdobią stoki Cytadeli i dla których postawiono w czynie społecznym wysoki obelisk z czerwoną gwiazdą na szczycie. A może pomagałby strażakom ściągnąć w roku 1990 nielubianą gwiazdę.

Miałam wtedy 12 lub 13 lat. Przyszła do nas do klasy matka czerwonoarmisty, który zginął podczas walk o Cytadelę. Spotkanie było z pewnością zaaranżowone, ale pamiętam je do dzisiaj. Opowiadała o swoim synu, pokazywała zdjęcia, potem poszliśmy na jego grób. Matka płakała, niektórzy z nas też. Opiekowaliśmy się tym grobem przez resztę szkoły podstawowej. Szkoda, że nie pamiętam, gdzie to było. Pamiętam za to rzeźbę „Płaczący Kamień” (dla mnie była to płacząca matka), która stoi tam do dzisiaj.

 

Cytadela była dla nas miejscem poszukiwań przygód, jak dla Don Kichota, kiedy wyruszył w świat. W wieku dorastania jesteśmy szaleni i nic nam nie jest straszne. Nawet spalenie ksiąg nie powstrzymałoby nas przed młodzieńczymi szaleństwami, buntem i niepokornością. Tam poczułam smak pierwszego papierosa, pierwszy łyk taniego wina, pierwszy pocałunek, a pozostałości twierdzy, nazywane przez nas „bunkrami” dostarczały niemało wrażeń. Pomni przestróg starszych i zasłyszanych opowieści z dreszczykiem nie mieliśmy odwagi ich zbyt dokładnie penetrować, choć właziliśmy dalej niż było wolno. Ostrzegano nas przed niewypałami i przed ukrywającymi się jeszcze z czasów wojny… Niemcami. Wyobraźnia iście donkiszotowska robiła swoje.

W latach 70 zaczęły pojawiać się rzeźby plenerowe na poznańskiej Cytadeli. Do dzisiejszych czasów przetrwało ich sporo. Jest moja ulubiona „Skrzypaczka”, dziad i baba, przy których robiliśmy sobie zdjęcia i którzy naprawdę nazwani są „Piastem i Rzepichą”, jest sfinks, a właściwie „Maszkarony” spod którego zjeżdżało się na sankach, „Gimnastyczka”, dziewczynka z lamą, nazwana „Niedzielą”, dużo później pojawili się „Nierozpoznani“ Magdaleny Abakanowicz.

No i wreszcie jest i on: Don Kichot z Cytadeli autorstwa Tadeusza Dobosza. Na starych zdjęciach kopię trzyma w prawej dłoni.

W lewej ma tarczę, na głowie coś w rodzaju kapelusza udającego hełm. Wykonany jest z betonu, choć w projekcie miał to być piaskowiec.

Lanca błędnego rycerza służyła nam do ćwiczeń na drążku; niczym na trzepaku podciągaliśmy się na niej, wisieliśmy, robiliśmy fikołki. W końcu nie wytrzymała naszych akrobacji gimnastycznych i wygięła się ku dołowi. Nie wiem, kiedy całkiem zniknęła, zabrano ją po kryjomu, tak jak gwiazdę radziecką z pomnika. Została po niej dziura, do której przylatują dzikie pszczoły, zresztą w innych pęknięciach i rysach też szukają miejsca na gniazda. Teraz już wiem, po co mu ten kapelusz, to kapelusz pszczelarski.

Dulcynea z Winograd nie pierwszej już młodości i drugiej urody. Jej Don Kichot odszedł trzy lata temu, a ten jest za młody. Pamięta go, ale kopii mu nie odda, bo bez niej sobie nie poradzi. Jej walka z wiatrakami i z nieubłaganym przemijaniem dobiega końca.

Chcąc sfotografować mamę na tle błędnego rycerza, musiałam poprosić chłopaka, zaczytanego, siedzącego, opartego plecami o Don Kichota, żeby zmienił na chwilę miejsce. Ukradkiem spojrzałam na jego lekurę. Nie były to rycerskie romanse, ale uratowany od ognia „Harry Potter”.

Dulcynea ujęła swoją lancę w obie drżące dłonie i ledwo trzymając w pozycji poziomej skierowała na północ, w stronę swojego domu, swojej jedynej wyspy.

Opublikowano Elżbieta Kargol | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Dzień Matki / Muttertag (1)

Teresa Rudolf

Mama Freda

Nie wyobrażam sobie, abym miała mówić o niej „moja  teściowa” lub „meine Schwiegermutter”…
Nie wyobrażam sobie, gdyż pojęcie to prawie we wszystkich językach zakłada coś negatywnego, kontakt pełen konfliktów i przeróżnych animozji.
I na ogół znane są tylko niesmaczne kawały lub krzywdzące historyjki o matce któregoś z malżonków.
A kim była Mama Freda?
Kiedy zmarła miała 95 lat.
Miała, od kiedy pamiętam, całkiem białe, piękne włosy, misternie ułożone, i całą twarz pokrytą drobnymi, pogodnie układającymi się zmarszczkami.
Jej twarz była jak popołudniowe, przyjemnie ciepłe słońce, którym się człowiek  rozkoszuje gdzieś na tarasie, balkonie lub w ogrodzie…
To była zawsze prawdziwie, szczerze uśmiechnięta, jasna, dobra twarz.
Od czasu do czasu przyjeżdżała do nas, a wtedy była, i informowałam ją o tym, „ksieżniczką”, a ja „dziewczyną do wszystkiego”, która ma zadbać o to, by było jej u nas dobrze…
Słabo ten podział przyjmowała, nie znosiła bezczynności. Przebywała często w ogrodzie i na balkonie, gdzie dziergała jakieś swoje robótki.
Rano spotykałyśmy się obie na śniadaniu,
(Fredi wstawał zawsze późno) i zaczynały się ciekawe rozmowy.
Znakomicie poznałam całe drzewo genealogiczne rodziny, ze wszystkimi detalami, które mój mąż permamentnie przesypiał.
Nieraz tłumaczyłam mu, która to z jego kuzynek właśnie się rozwodzi, a która z bratanic będzie nauczycielką, co przekazywałam mu łącznie z komentarzem jego mamy: „i po co jej to?”
Mama Freda wieczorem brała książkę, lub gazetę do ręki, mówiąc:
„Ich freue mich schon sehr auf das Bett und das Lesen”(„cieszę się już bardzo na to, że położę się do łóżka i poczytam”).
A rano mówiła:
„Ich freue mich schon auf das Frühstück” („już się cieszę, że zaraz będzie śniadanie”).
Po tygodniu role odwracały się i mama Freda informowała mnie, bardzo niecierpliwie, że od dziś to ona jest „dziewczyną do wszystkiego”, a ja jestem „księżniczką”.
No i zaczynało się dziać!
Mama Freda na całe dnie zajmowała kuchnię. Zaczynało się pieczenie sztrudli jabłkowych, makowych, orzechowych…
Było tego dużo, nie dawało się zjeść wszystkiego, trzeba było zamrażać.
Ja zupełnie nie miałam o tym pojęcia,
a ona wypiekała, wypiekała, wypiekała, wypiekała i… wypiekała.
Na teraz i na zapas…
Pachniało Mamą Freda całe mieszkanie…
Gotowała obiady, a  przede wszystkim robiła wspaniałe sałatki:
kartoflaną, ogórkową, zieloną, czerwoną, były świetnie, po prostu bombowo przyprawione…
Moja Mama Freda miała zakomite poczucie humoru, co przejawiało się również w stosunku do swego wieku, a też w stosunku do śmierci.
Szantażowała nas:
„Umrę tylko pod jednym warunkiem, że będziecie mi regularnie podsyłać sznycle z białym winem Grüner Vetliner.”
Bardzo lubila to wino „gespritzt”, a najlepiej na jakimś Heurigenie, czyli wiedeńskim festynie winnym, gdzie bawiła towarzystwo, od stu lat zaprzyjaźnione, jakimś powiedzonkiem lub wspomnieniem. Była jedną z  ostatnich osób wychodzących z takiej imprezy.

Na zawsze będę z nią wiązać pewne niesamowite przeżycie, które było absolutnie tylko „nasze”, a teraz jest już tylko „moje”.

Na naszym balkonie któregoś dnia pojawiło się gniazdo jaskółek.
Przylatywały, odlatywały, robiło się ciepło na sercu, gdy się słyszało ich świergolenie.
Aż tu któregoś dnia, gdzieś chyba z początkiem września, stało się coś trochę jakby z filmów Hitchcocka.
Na nasz balkon „przypłynął” cały klucz jaskółek, przeogromna ich ilość i wszystkie przykleiły się do ściany balkonu.
Jak jakiś dywan.
Mama Freda i ja stałyśmy akurat w pokoju, spojrzałyśmy na siebie jak zahipnotyzowane i patrzyłyśmy,  co dalej.
Ptaki w tej ilości ptaki, tak skupione razem, ciasno, nie są już jedynie śliczne, słodkie i malutkie, ale też wywołuają respekt i, powiedziałabym, lęk.
Zaczęły coraz głośniej coś wykrzykiwać,
a jedna z nich podleciała do gniazdka,
i piszczała coś do wystających małych główek…
Powoli, jedno po drugim, małe ptaszątka wylatywały z gniazda.
Jedna z główek pozostawała jednak ciągle w gnieździe.
Nie wyleciała na zewnątrz.
Cały klucz jaskôłek zaczął się odrywać ze šciany, ukladać precyzyjnie do lotu, a  na końcu „nasza” jaskółka z małymi.
Jak gdyby wszystkie ptaki wiedziały że mogą one lecieć tylko powoli, bo są jeszcze słabe.
Z przerażeniem patrzyłyśmy na siebie,
bo w gniazdku pozostało to ostatnie maleństwo.
Nagle klucz zatoczył koło, i powoli wrócił, oblepił  znów ścianę balkonu.
Mama pisklęcia podleciała do maleństwa
i zaczęła mu perswadować, że ma wyjść.
Nic z tego. Trochę to trwało, sytuacja, jak cofnięte wideo, identycznie się powtórzyła.
Ptaki odlatywały…
Wracały jeszcze ze trzy razy, ptasia mama była coraz bardziej nerwowa, już zaczęła prawie coś syczeć do niesfornego dziecka.
Grupa nie czekała za długo, wszystkie zaczęły  z kolei  do niej niecierpliwie głośno wrzeszczeć…
Ustawiły się do lotu, na końcu maleństwa, tym razem bez matki… i odleciały.
Miałyśmy obie łzy w oczach..
Bo co teraz? Taka tragedia…
Ptasia mama ostatkiem sił coś tłumaczyła małemu, aż w końcu… wyszedł.
Bardzo nieudolnie zaczał machać skrzydełkami… Poleciały.
Lot był niższy, niż  tej całej grupy.
Miałam bardzo mieszane uczucia.
Polecą teraz samiutkie?
A pozostałe rodzenstwo z kolei bez matki?
Aż tu nagle…
Zdziwieniu naszemu nie było końca!
Klucz powrócił, zniżył lot, podpłynął do naszej dwójki i obrócìł się.
Na końcu leciała mama ze swoimi dziećmi.
Jedno z nich troszķę wolniejsze, ciut niżej.
To wszystko działo się na naszych oczach, trwało na pewno ze dwie godziny co najmniej.
O jakże nam ulżyło….
Mama Freda skwitowała to jednym zdaniem: „no, dobra matka, dobra rodzina, dobrze, że sìę udało…”
Poszła do kuchni… i słyszę:
„Strudel się spalił!!!!!! Eee, co tam strudel…”
Ja: „No właśnie, co tam strudel…”
Dziwne, bo dopiero po latach opowiedziałam to Fredowi…
Jak już nie było Mamy Freda.
Wydawało mi się to nie do opowiedzenia.
Pewnie czuła to tak samo, bo on od niej tej historii nigdy nie usłyszał.

W następnym roku w gnieździe nie było już jaskółek, pojawiły się… szerszenie.

Kiedyś mi się śniło, że przyleciał znów ten sam  klucz jaskółek, zrobił obrót i odleciał, a na końcu, całkiem malutka, drobniutka frunęła Mama Freda.
Trochę tak nieudolnie jak ten najmłodszy kiedyś ptaszek…
jakby  się dopiero uczyła…..
Pomyślałam: „Ty na pewno dasz radę”…
A rano zatęskniłam za Mamą Freda.

Opublikowano Teresa Rudolf | Otagowano , | Dodaj komentarz

Reblog: Lista wrogów państwa Marcina Mellera

Autor prosi o uzupełnianie poniższej listy. W komentarzach pojawiły się już dziki, tęcza, KOD, dodałabym od siebie jeszcze masturbację, białe róże, obywateli, Aleksandrę Dulkiewicz, Gdańsk, Roberta Biedronia, Nowacką i papieża Franciszka… Nie ma też aborcji. Dopisujcie dalej. I nie martwcie się, że znajdziecie siebie w wielu wymienionych poniżej kategoriach (np. rower, wegetarianizm, czytanie Harry Pottera, poparcie dla Tuska), bo większość z NAS tak ma…. Szkoda tylko, że algorytm FB, który NAM sugeruje, że świat myśli tak jak MY, nie odpowiada rzeczywistości i, wierzyć się nie chce, ale tam, na zewnątrz, świat udziela poparcia tej absurdarchii i odbierze tę listę jako autentyczny spis wrogów…

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | 2 Komentarze

Córka trenera / Coach’s daughter vs Pociecha

Po polsku poniżej

PRESSEMITTEILUNG 30. April 2019


„A Coach’s Daughter“ gewinnt im Wettbewerb des 14. filmPOLSKA

„Córka trenera“ / “A Coach’s Daughter” hat im Wettbewerb des 14. filmPOLSKA den filmPOLSKA-Preis gewonnen. In diesem „äußerst sportlichen Kunststück“ sah die Jury „großes Einfühlungsvermögen und ein präzises Auge“ des Regisseurs Łukasz Grzegorzek für zwischenmenschliche Beziehungen. Die „zarte und stille“ Geschichte über das schwierige Verhältnis eines ehrgeizigen Tennislehrers und seiner Teenagertochter, die ihren eigenen Weg gehen will, verlasse erfreulicher Weise die gewohnten Erzählpfade eines Roadmovies, eines Sportfilms, eines Vater-Tochter-Dramas und einer Coming-of-Age-Geschichte, heißt es in der Begründung der Jury, und „überrascht durch einen zeitgemäßen und intelligenten Humor“. „Das lässige Sportlerdrama macht Platz für eine hellsichtig gezeichnete moderne Emanzipationsgeschichte“, so die Jury-Begründung weiter.

Aus der Pressemappe:

Erst ein gesundes, hochenergetisches Frühstück, dann Training und anschließend eine Autofahrt zum nächsten Ort. So verläuft jeder Sommertag von Tochter Wiktoria (liebevoll genannt Maniek, was ein Jungens Name ist) und ihrem Vater Maciej Kornet. Wiktoria soll eines Tages die beste polnische Tennisspielerin werden und in die Fußstapfen der frühzeitig abgeschlossenen Karriere ihres Vaters treten. Das sehr gut eingespielte Vater-Tochter-Duo scheint unzertrennlich zu sein. Alles verändert sich schlagartig als Igor, ein ebenso junger Tennisspieler, ein Teil ihrer Turnierreise wird.

Das Roadmovie von Łukasz Grzegorzek ist mehr als nur eine Geschichte heranwachsendender Teenager. In seinem Film stehen neben hervorragend gedrehten Tennisspielszenen schwierige Vater-Tochter-Konstellationen und unausgesprochene familiäre Konflikte im Vordergrund. Der Film wurde im Jahr 2018 mit dem Publikumspreis in Łódź und in Cottbus mit dem Hauptpreis „U18 Wettbewerb Jugendfilm“ ausgezeichnet.

Kategorie: Neues Polnisches Kino
Polnischer Titel: Córka trenera
Englischer Titel: A Coach’s Daughter
Produktionsjahr: 2018
Dauer: 01:33:00

Regie: Łukasz Grzegorzek
Drehbuch: Krzysztof Umiński, Łukasz Grzegorzek
Kamera: Weronika Bilska
Darsteller: Karolina Bruchnicka, Jacek Braciak, Agata Buzek

Fotos: Weronika Bilska


Ewa Maria Slaska: Eines steht klar: Es agieren gute Schauspieler in dem Film. Die Hauptdarstellerin, Karolina Bruchnicka, die die Tochter spielt, ist eine wunderschöne, sympatische und begabte junge Frau. Der Vater, Jacek Braciak, spielt konsequent seine Role, auch da konsequent, wo er sich lächerlich macht oder blamiert. Agata Buzek ist eine einzige absolute Spitze, die mit Würde und Gelassenheit auf von vorne herein verlorener Position steht. Und sie spielen einen schönen Tenis, ein Spiel in dem jeder einzelner Muskel so wunderschön, jugendlich, spörtlich und sauber zur Geltung kommt.

Nun, dies alles reicht nicht, um einen guten Film zu machen, reicht sogar nicht, um einem passablen Film zu machen. Der Film ist miserabel und ich kann es wirklich nicht verstehen, weshalb er mir nichts dir nichts den I. Preis der Festivals-Jury bekommen hat. Unter uns gesagt, verstehe ich überhaupt nicht, weshalb er zum Festival und darüber hinaus auch noch zum Wettbewerb gewählt wurde. So eine schwache, langweilige Geschichte, die sich so unappetitlich dehnt wie das oben erwähnte gesunde Frühstück, das vom Vater gefühlt tausend Mal gekaut wurde, weil es eben gesund ist.

Ich muss sagen, ich bin sehr enttäuscht (vielleicht sogar empört) und frage mich, weshalb man, wenn man schon über die Generation-Konflikt etwas sagen wollte, weshalb man den Film Pociecha von Szalonek-Podlejski-Duo nicht gewählt hätte. Das Thema ist sehr ähnlich – schwierige Vater-Tochter-Beziehungen, der Film hat aber Tiefe, ist nicht so verdammt belehrend plakativ und noch dazu hat einen starken deutsch-polnischen Bezug, was den Film wirklich zu dem polnischen Filmfestival in Deutschland und zu dem I. Preis geradezu prädestiniert.

Ich habe den Film schon hier bei diesem Blog gezeigt, aber nur zu, seht ihr Euch den Film nochmals an.  So ein guter Film (auch wenn ihr Polnisch nicht versteht, schaut euch den Film an, weil er auch schön ist):

POCIECHA (cały film)


I nagroda – informacja prasowa festiwalu FilmPOLSKA, 30.04.2019:

„Córka trenera“ zdobywa I nagrodę w tegorocznym konkursie festiwalu FilmPOLSKA. W uzasadnieniu jury czytamy, że jest to wybitny film o sporcie, a reżyser Łukasz Grzegorzek obserwuje stosunki międzyludzkie „chłodno i precyzyjnie, ale zarazem z wielką empatią“. Film jest „wrażliwą, spokojną opowieściąo trudnych stosunkach łączących byłego tenisistę i ambitnego trenera i jego nastoletnią córkę, która chciałaby jednak układać swoje życie po swojemu. Film Grzegorzka jest po trochu filmem drogi, filmem o sporcie, o stosunkach między ojcem a córką i wreszcie o dojrzewaniu, ale zarazem w każdej z tych linii narracyjnych schodzi z utartych ścieżek, „zaskakując nader aktualnym, inteligentnym poczuciem humoru (…), a lekka opowiastka o sporcie nabiera cech wyraziście opowiedzianej, nowoczesnej historii walki o prawo do samostanowienia”.

Z materiałów prasowych festiwalu:

Najpierw zdrowe, wysokoenergetyczne śniadanie, potem trening i jazda samochodem do następnej miejscowości na następny turniej. Tak spędzają kolejne dni lata Wiktoria i jej ojciec Maciej Kornet. Ojciec czule nazywa córkę Maniek, a Wiktoria, idąc w ślady ojca, ongiś znakomitego gracza, ma pewnego dnia zostać najlepszą polską tenisistką. Ojciec i córka są zgrani, silnie ze sobą związani i zadowoleni z tego, co robią. Wszystko zmienia się, gdy na scenie pojawi się Igor, młody ambitny tenisista. Przypadek sprawi, że ojciec i córka zabierają chłopaka ze sobą w kolejny wyjazd, a ojciec zajmie się też treningiem chłopaka.

Roadmovie Łukasza Grzegorzka to coś więcej, niż historia podrastającej panny. Film prezentuje serię wspaniałych epizodów sportowych, ale jednocześnie ukazuje napięte stosunki między ojcem i córką i trudną historię rodzinną. Film otrzymał w roku 2018 nagrodę publiczności na festiwalu filmowym w Łódź i został nagrodzony w Chociebużu (Cottbus) główną nagrodą w kategorii filmów o młodzieży „U18“.

Kategoria konkursowa: Nowe Kino Polskie
Tytuł: Córka trenera
Rok produkcji: 2018
Czas: 01:33:00

Reżyseria: Łukasz Grzegorzek
Scenariusz: Krzysztof Umiński, Łukasz Grzegorzek
Zdjęcia: Weronika Bilska
Obsada: Karolina Bruchnicka, Jacek Braciak, Agata Buzek

Ewa Maria Slaska: „Córka trenera“ to film ze znakomitą obsadą. Karolina Bruchnicka, odtwórczyni głównej roli, jest piękną, sympatyczną i utalentowaną młodą kobietą. Ojciec, Jacek Braciak, gra swoją rolę z żelazną konsekwencją, również tam, gdzie się ośmiesza i kompromituje. Agata Buzek jest po prostu fantastyczna w roli kobiety stojącej od samego początku na straconych pozycjach. I wszyscy pięknie grają w tenisa, co też zostaje sfilmowane tak, że widać każdy czysty ruch pięknie pracujących, sprawnych mięśni.

Szkoda, ale to niestety nie wystarcza, by zrobić dobry film, ba, nie starcza nawet, by wyprodukować film jako tako poprawny. Film jest tak słaby, że nie tylko nie rozumiem, jak mógł dostać I nagrodę w konkursie podczas festiwalu FilmPOLSKA w Berlinie, ale po prawdzie nie pojmuję, jak mógł w ogóle zostać zakwalifikowany do udziału w tym konkursie i w tym festiwalu. Historia jest słabiutka i nudna, a ciągnie się równie nużąco
i nieapetycznie jak ciągnęło się pewnie codziennie owo wspomniane wyżej zdrowe śniadanie, które ojciec przeżuwa nieskończoną ilość razy, bo tak jest zdrowo.

Przyznaję, że jestem rozczarowana (a może nawet oburzona) i zadaję sobie pytanie, jak to się stało, że jeśli podczas festiwalu miał się pojawić film na temat konfliktu pokoleniowego, wybrano taką słabiznę, a nie Pociechę, znakomitą produkcję pary filmowców Michała Szalonka i Pawła Podlejskiego. Temat podobnytrudne stosunki ojca i córki, pokazane za pomocą metod nieco jednak głębszych niż filmie festiwalowym, co sprawia, że autorom udało się uniknąć natrętnego, moralizatorskiego pouczania. Na dodatek film osadzony jest w bardzo silnym kontekście polsko-niemieckim i doprawdy jest wręcz predestynowany do tego, by go dostrzegli i decenili autorzy festiwalu filmów polskich w Niemczech. Powinen zostać zakwalifikowany do festiwalu, wytypowany do konkursu i nagrodzony.

Pokazywałam już Pociechę tu na blogu, a teraz zachęcam, byście obejrzeli ten film raz jeszcze. Taki dobry film – piękna opowieść, piękna praca kamery, świetna gra aktorska:

POCIECHA (cały film)

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , | 1 komentarz