Święty Walenty, święty Walenty…

Ewa Maria Slaska

…serce zgubiłam pod miedzą…

Dziś niedziela, dzień świętego Walentego, lekarza i biskupa, opiekuna żołnierzy rzymskich, skazanego na śmierć za wiarę w Jezusa. Jak Ligia i Winicjusz, jak Ursus, jak pochodnie Nerona…  Dzięki Sienkiewiczowi wiemy całkiem sporo o prześladowaniu chrześcijan w starożytnym Rzymie, o Neronie, który spalił miasto, by móc opiewać katastrofę… Sienkiewicz ukształtował naszą zbiorową wyobraźnię, dał nam poczucie wielkości wiary chrześcijańskiej jako naszego wspólnego dobra, jako niezbywalnego elementu polskości. Brały w tym procesie udział i inne polskie dzieła, w tym może przede wszystkim wielka kurtyna Siemiradzkiego…

Malarz stworzył ją w roku 1876, a Wikipedia twierdzi, że inspiracją była mu powieść Kraszewskiego Rzym za Nerona. Scena przedstawia ogród Złotego Domu, siedziby Nerona. Cesarz właśnie wchodzi, za chwilę rozpocznie się widowisko…

Podobno malarz chciał sprzedać kurtynę carowi Aleksandrowi za 50 tysięcy rubli, nadmienił zresztą, że gotów jest przyjąć zapłatę w ratach, ale mimo to władca jakoś nie kwapił się do zakupu. W roku 1879 artysta przekazał więc obraz powstającemu właśnie Muzeum w Sukiennicach. Kurtyna była pierwszym obiektem w nowym muzeum.

Walenty miał szczęście i nie zginął aż tak „malowniczo”, po prostu go ścięto, ale za to otoczyła go legenda zgoła romantyczna. A było tak… W III wieku naszej ery cesarz Klaudiusz II Gocki zabronił młodym mężczyznom zawierania małżeństw, uważał bowiem, że posiadanie rodziny osłabia zapał bojowy legionistów. Biskup Walenty z Terni udzielał im jednak ślubów, oczywiście chrześcijańskich. Podobno były to bardzo szczęśliwe małżeństwa. Biskupa pojmano i wtrącono do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce nadzorcy. Dziewczyna miała dzięki miłości odzyskać wzrok. Sława tego cudu rozeszła się szerokim echem wśród wiernych, a cesarz skazał biskupa na śmierć. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku. Walentego pochowano w Terni, a jego grób już w IV wieku otoczony był kultem. Papież Juliusz I wybudował nad grobem bazylikę. Uważa się go za opiekuna epileptyków i patrona zakochanych.

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy, niekiedy fanatycznie wręcz, przekonani, że rozpowszechnienie kultu świętego Walentego jako patrona zakochanych to komercyjne interesy kwiaciarzy, a zwyczaj narzucili nam ohydni kapitaliści amerykańscy.

Ciekawe, jak niektóre przekonania przenoszą się bez najmniejszej zmiany z jednego systemu do drugiego. Ohydny kapitalizm amerykański to retoryka innej epoki, nigdy przez nas tak naprawdę nie akceptowana, nie wiadomo więc dlaczego ożyła tak wspaniale przy okazji Halloween i obchodów świętego Walentego, skoro te upowszechniły się w Polsce dopiero po zmianach ustrojowych.

Od wielu lat bezskutecznie usiłuję „odczarować” dzień ku czci Walentego jako święto z tradycjami i ważny element naszej kultury…

Bo na przykład Ofelia śpiewa taką oto piosneczkę (Hamlet, akt IV, scena 5):

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning betime,
And I a maid at your window
To be your Valentine.

***
Walenty jako patron dwornych figlów pojawia się u Samuela Pepysa czyli w Londynie XVII wieku. Pepys był jako żywo wzorem urzędnika, może nawet pierwszym zawodowym urzędnikiem słynnej angielskiej Royal Navy, na pewno był rozpustnikiem, nie przepuszczającym żadnej spódniczce, zwłaszcza tej z niższego stanu, i nie gardził łapówkami (zresztą kto wtedy gardził łapówkami?), ale nic mi nie wiadomo, jakoby miał być amerykańskim kapitalistą…

O zwyczaju obchodzenia dnia św. Walentego, kiedy to mężczyźni i kobiety wybierali sobie na ten dzień kawalera lub damę, Pepys pisze kilkakrotnie, po raz pierwszy w roku 1660. Angielski wydawca Dzienników dodaje, że był to w owym czasie zwyczaj powszechny, ale że to właśnie u Pepysa znaleźć można najlepszy opis tych zabaw. Kilkakrotnie Pepys zapisze w Dzienniku, że, jak to jest w zwyczaju, już w przeddzień w zaprzyjaźnionym towarzystwie wybierano sobie „walentynów” i „walentynki”. Czasem miało się kilka „dam” albo „kawalerów”, których odwiedzało się rano, przynosząc prezenty lub pieniądze.

14 lutego 1661 roku pan Pepys zostaje „kawalerem” pani Małgorzaty, a jej mąż, sir Batten, zostanie „walentynkiem” pani Pepysowej. Wieczorem wesołe towarzystwo będzie biesiadowało na jachcie pana Browna, który jest szwagrem pana Battena. Przy tej okazji Samuel zapisze, że jego żona tego dnia po raz pierwszy weszła na pokład statku.

Dworna asysta nie ograniczała się zresztą tylko do 14 lutego, bo jeszcze do końca miesiąca kawalerowie i damy świadczyli sobie grzeczności i dawali podarunki. I dopiero w kilka dni później Pepys zabierze swoją „walentynkę” do miasta i kupi jej tuzin par rękawiczek, sześć par haftowanych i sześć gładkich. Na co 22 lutego pan Batten przyśle Elżbiecie Pepysowej sześć par rękawiczek, jedwabne pończochy i podwiązki. Pepys zauważa z zadowoleniem, że w niedzielę w kościele Małgorzata miała rękawiczki, które jej podarował.

W roku 1662 Samuel nie chce być znowu „walentynkiem” Małgorzaty, a to dlatego, że stosunki pomiędzy oboma panami bardzo się popsuły.

W 1663 roku Pepys nie jest zadowolony z wyboru „walentynki” i, jak się zdaje, tego dnia nie bierze udziału w żadnej zabawie, a w każdym razie nic o tym wspomina. Pisze natomiast, że zjedli z żoną na kolację parę kaczek. W rok później poszli na kolację do wujka i rozmawiali z ciotką o zaletach kociołka miedzianego do gotowania mięsa, ale i w tym roku nie obchodzili chyba dnia świętego Walentego.

W roku 1665 oboje, i Pepys, i jego żona, znowu świętują ten dzień. Kawalerem pani Pepys zostaje młody chłopak, Dicke Pen, którego i Pepys miałby ochotę pocałować, a damą Samuela jest żona niejakiego pana Bagwella. Pepys ma jednak dużo pracy i nie traci czasu na zabawy. Zresztą poprzysiągł, że nie będzie marnotrawił czasu, sił i pieniędzy na hulanki. W rok później w dniu świętego Walentego Pepys odwiedza malarza (paynter), pana Halesa, i postanawia zamówić u niego portrety swój i żony. Jak się też i stało – portret znajduje się obecnie w Galerii Portretu w Londynie.

Wieczorem tego dnia Samuel i jego żona idą na tańce, ale nie wiadomo, czy ot tak sobie, czy z okazji wesołego dnia. W następnym roku „mały” Will Mercer i sam Samuel są „walentynami” pani Pepys. Mercer podarował jej własnoręcznie wykonany obrazek – bardzo udatny – jej imię złotymi literami namalowane na błękitnym papierze. Mąż zaś kupił małżonce jakiś prezent, nie wiadomo jaki, który, jak zapisał, kosztował go „5 L”. Liwrów? Wieczorem towarzystwo bierze udział w „posiedzeniu” u payntera, malującego portret pani Pepysowej. Pepys zabawia się trochę z panią Pierce i z góry wie, że będzie go to niestety kosztowało. Bo, dodajmy na marginesie, Pepys jest wspaniałą mieszaniną skąpca i rozrzutnika, przy czym z reguły skąpi na żonę, a „rozrzuca” dla siebie.

Z kolei w rok później „Mercerka” jest walentynką Pepysa, który daje jej w prezencie złotą gwineę, natomiast jego kuzyn (cozen) zostaje „walentynem” pani Pepysowej. Jednak i Samuel musi się z tej okazji wykosztować na pierścionek dla żony z „tureckim kamieniem”, za który przyjdzie mu zapłacić ze 4 lub 5 „L”. Ponadto ma jeszcze wieczorem schadzkę z Doll Lane, która też się uważa za jego „walentynkę”. I wreszcie musi kupić kilka prezentów córeczce pani Pierce, która go wylosowała jak swojego „kawalera”.

I wreszcie w roku 1669, ostatnim, kiedy Pepys prowadził swój dziennik, dowiadujemy się, że był „walentynem” pani Turnerowej. Kupuje jej zielone pończochy jedwabne, podwiązki, błyszczące, żółte rękawiczki i jedwabne sznurowadła, co w sumie kosztowało go 28 szylingów.

***

I jeszcze jedno kulturowe odniesienie do świętego Walentego – słynny Piknik pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock), jeden ze stu najważniejszych filmów w historii kina światowego, australijski dramat filmowy z roku 1975 w reżyserii Petera Weira. Piknik to opowieść o kilkunastu uczennicach, które wraz z nauczycielkami udają się w dzień św. Walentego 1900 roku na piknik, a kilka z nich w tajemniczy sposób znika.

Wikipedia podaje kilka ciekawostek związanych z produkcją filmu:

  • Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły oraz stawały o określonej godzinie. Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, zegarki dziewcząt stanęły w samo południe, kiedy przebywały one na skale, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.

  • Wbrew powszechnemu przekonaniu film oraz książka, na której podstawie powstał, nie są oparte na faktach. Zawarte weń wydarzenia zostały wymyślone przez autorkę książki, Joan Lindsey. W pierwotnej wersji powieści Lindsey zawarła nawet rozdział wyjaśniający, co wydarzyło się z zaginionymi, ale usunęła go w wyniku sugestii wydawcy, by nadać książce większą atmosferę tajemnicy. Wycięty rozdział został wydany po śmierci autorki jako The Secret of Hanging Rock.

  • Akcja filmu rozgrywa się w sobotę 14 lutego 1900 r., w rzeczywistości w ten dzień wypadała środa.

Przyjemnej niedzieli!

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 3 komentarzy

Reblog: Paryż, Wrocław…

To już trzy miesiące temu…

Krzysztof Ruchniewicz

Kartka z Paryża

Miałem okazję być już kilkakrotnie w Paryżu. Częste podróże tępią wrażliwość na nowe miejsca. Jednak paryskie dni zawsze przynosiły mi coś nowego, zaskakującego. Tym razem spotkałem inny Paryż. Nadal widać w nim skutki niedawnego ataku terrorystycznego. Na ulicach częste patrole wojskowe i policyjne. Wchodząc do księgarni, musiałem pokazać zawartość torby. Przy wejściu na Sorbonę znów musiałem ją otworzyć, sprawdzono też moje dokumenty. Dziwne uczucie, odzwyczaiłem się od takich przeżyć. Gdzieś tam odżyło w mojej głowie mgliste wspomnienie Wrocławia pod koniec grudnia 1981 r., ale także w 1997 r. Paryż, wspaniała europejska stolica, od kilku miesięcy jest przecież miastem stanu wyjątkowego. Z jednej strony zagrożenie, ale z drugiej wiele przykładów solidarności i bliskości mieszkańców.

2016-02-05_paryz (3 von 17)

Tragedia Paryża z listopada ubiegłego roku pod nawałą kolejnych wydarzeń, także naszej krajowej polityki, zblakła. Przyjechałem nad Sekwanę, myśląc o sprawach, które mam załatwić w ciągu kilku godzin, a nie o ewentualnym zagrożeniu. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że Paryż się zmienił. Moja linia metra miała spore opóźnienie. Wywołała je pozostawiona na którejś ze stacji bezpańska paczka, którą trzeba było skontrolować. W stolicy Francji, wielomilionowych mieście, odczuwa się dalej skutki listopadowych zamachów. Trwa żałoba po zabitych. Każda z nich pozostawił rodziny, przyjaciół, znajomych, choćby sąsiadów wstrząśniętych jego losem. Liczba ofiar i ich przypadkowość zrodziły strach. Nie tak łatwo się go pozbyć. Podsycają go w jakiejś części także stosowane środki bezpieczeństwa. Na ulicach uzbrojeni żołnierze i policjanci. Przed budynkami użyteczności publicznej stoją wzmocnione warty. Obecna sytuacja Paryża przypomniała mi, przy wszystkich zastrzeżeniach na temat możliwości lub nie takich porównań, Wrocław w tragicznych momentach: 1981 i 1997 r.

2016-02-05_paryz (8 von 17)

Paryscy przyjaciele z jednej strony mówili oczywiście o strachu, żalu z powodu bezsensownej śmierci tylu ludzi, z drugiej jednak podkreślali, że to doświadczenie zaczęło mocniej łączyć mieszkańców miasta. Skłoniło ich do refleksji nad wartościami, które są dla nich ważne i które łączą większość paryżan, tworzą tożsamość miasta. Reakcją na ataki terrorystyczne nie był jedynie lęk. Owszem, bano się, ale nie skłoniło to ludzi do ucieczek z ulic miasta, schowania się w zaciszu mieszkań czy domów. Paryżanie wylegli na balkony, na ulice i place miasta. Nie zrezygnowali z życia towarzyskiego, odwiedzania restauracji, udziału w publicznych spotkaniach. Sprzeciw wobec przemocy można manifestować na wiele sposobów, na wiecach i pochodach, w medialnych oświadczeniach, ale też w codziennym życiu, w utrzymywaniu jego dotychczasowego kształtu, zwyczajów, piękna codzienności. Gdy otarliśmy się o stratę, bardziej doceniamy to, co jednak nam los dał. Stąd duma z miasta i jego mieszkańców.; stolicy „słodkiej Francji”, ale też jednej ze stolic świata, na ulicach której stykają się z sobą codziennie ludzie różnych ras, narodów i kultur.

2016-02-05_paryz (10 von 17)

To poczucie jedności, ale i dumy też we Wrocławiu znamy. Na nim opierała się solidarnościowa twierdza Wrocław, to ono wspaniale rozwinęło się przy układaniu worków z piaskiem i obronie Ossolineum przed „wielka wodą”. Tragiczne wydarzenia mogą budować wspólnotę, choć oczywiście zależy, jak je potraktujemy, czego będziemy się w nich dopatrywać. Paryżanie zdali też egzamin ze swej otwartości i tolerancji, w które przecież bezpośrednio uderzyli terroryści. Nie pozwolili, aby strach i nienawiść nad nimi zapanowały. Na ulicach Paryża nie zapłonęły kukły muzułmanów, a skrajna prawica, choć bardziej popularna niż wcześniej, nie wygrała wyborów regionalnych w grudniu 2015 r. Oczywiście, nie oznacza to że problemy zniknęły, a sprawa imigracji nie wymaga głębokiego namysłu i nowych rozwiązań. Nie powinno się ich jednak szukać pod naciskiem ulicy.

2016-02-05_paryz (11 von 17)

Wrocław od kilku tygodni jest Europejską Stolicą Kultury. Do swego wizerunku od lat wpisuje takie wartości jak tolerancja, szacunek dla inności, ciekawość różnicy, otwartość i przyjaźń. To piękna opowieść, ktoś powie, że czasem piękniejsza niż nasza rzeczywistość. Tak chyba musi być. Mieszczą się w niej wartości, które łączą nas nie tylko z paryżanami. Trzeba nie tylko deklarować przywiązanie do nich, ale i ich bronić. 18 listopada ubiegłego roku, gdy na wrocławskim rynku zorganizowano nacjonalistyczną demonstrację i spalono przy tej okazji kukłę Żyda, Wrocław pozwolił nimi zachwiać. Stało się tak, choć kilka dni wcześniej ulicami miasta przeszedł marsz pamięci w rocznicę „kryształowej nocy”. Grupa głośnych nacjonalistów, próbuje unieważnić takie gesty, dowieść że są to przekonania ważne dla marginalnej części wrocławian. Takie słowa słyszymy co roku w trakcie marszy skrajnej prawicy. Ostatnio próbuje ona zwiększyć ich siłę oddziaływania antyislamskimi odniesieniami, ot taki sztafażyk chwili dla podniesienia „klikalności”. Posunięto się do tego chyba dlatego, że dotychczasowe ksenofobiczne okrzyki wyniesione na ulice z okolic stadionów i różnych zakamarków, mają za mały rezonans wśród wrocławian. Może wizja krwiożerczych hord spod znaku Półksiężyca poruszy kogoś bardziej niż krzyki o „Wielkiej Polsce Katolickiej”.

2016-02-05_paryz (13 von 17)

Próba aktywowania w mieście jakiejś polskiej odmiany PEGIDY nie wypaliła, manifestacji nie będzie. Może pomysłodawcy sprawdzili czym lub kim owa PEGIDA jest. Nie oznacza to jednak, że Wrocław nie powinien jasno wyrazić swego stanowiska. Wrocławianie nie powinni wobec werbalnej nienawiści, ale i ewentualnych przejawów jawnej dyskryminacji i pogwałcenia praw mniejszości przechodzić obojętnie. Przypomnijmy sobie różne analizy badaczy wrocławskiej społeczności końca lat 90. XX w. Podkreślali oni, że właśnie zakończyło się formowanie poczucia więzi wrocławian z ich miastem. O ile wcześniej można było definiować mieszkańców stolicy Dolnego Śląska poprzez różne miejsce pochodzenia ich rodzin, to po 1997 r. coraz częściej artykułowano identyfikację najprostszą, właśnie wrocławską. Jej fundamentem jest doświadczenie historyczne, zwłaszcza XX w., w którym nie zabrakło przemocy, nienawiści ich strasznych konsekwencji.

2016-02-05_paryz (16 von 17)

W drodze na lotnisko zatrzymałem się na krótko przed katedrą Notre Dame. Spotkałem tam dwóch starszych mężczyzn, którzy karmili gołębie. Ptaki sprawiały wrażenie oswojonych, a panowie szczęśliwych. Ten sielski obrazek kontrastował ze scenką rozgrywającą się obok. Trzech uzbrojonych po zęby żołnierzy przemierzało plac, rozglądając się czujnie. Opiekunowie gołębi sprawiali wrażenie stałych bywalców, paryskiego ulicznego folkloru. Żołnierze byli oznaką dzisiejszej sytuacji. Czy przejściowej?

2016-02-05_paryz (14 von 17)

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Maile z Polski

Styczeń 2016

Mężczyzna, po 50

dziś demonstracja… wspaniale było…

Mężczyzna, 60 lat

… to pewnie też kwestia wieku,
gdybym miał 30/40 lat, to bym się spakował i wyjechał,
w wieku 60 lat, to jest naprawdę trudna decyzja,
stad moja frustracja …
sam już nie wiem, co robić …
prowadzę rozmowy dotyczące nowych projektów,
więc może jeszcze trochę pooszczędzam,
szczególnie, że czasy idą ciężkie,
ale nie wiem, czy nadążę z odkładaniem …

ponieważ ostatnie kilkanaście lat wyglądało, że w Polsce da się żyć,
więc wszystkie aktywa na przyszłość (mieszkania, oszczędności)
zgromadziłem w PLN,
a teraz paru cwaniaków z PiS postanowiło się dorobić na społeczeństwie,
i w kilka miesięcy zdewaluowali PLN o ponad 12%
(pomijam co zrobili z giełdą – tam na szczęście nie mam żadnych aktywów);
… z moich zasobów odłożonych na emeryturę ukradli mi tyle,
ile odłożyłem przez ostatnie 1,5 roku (i to pracując na dobrym
kontrakcie);
jestem kompletnie zdołowany :-(
jak coś zdecyduję, to może przyjadę do Berlina na dzień/dwa,
trochę się rozejrzeć, i pooddychać normalnym powietrzem
(zanim zamkną granice)

Mężczyzna, 30 lat

czyli byłby sens przyjechać w połowie miesiąca
ale ja nie wiem, czy wytrzymam tu do tego czasu.

tu jest tak strasznie
okropnie
smutno
pochmurno
blotniście
depresyjnie
przygnębiajaco
beznadziejnie

Mężczyzna, 44 lata

… rozpada się nam marzenie o wspólnej Europie. Najboleśniejsze jest jednak to, że konsekwencje tych durnowato-radosnych działań międzynarodówki nacjonalistycznej ponosić będzie pokolenie Twojego wnuka. Ludzie tak naprawdę nie lubią wolności – mają to w naturze.

Czeka nas bardzo długa zima!

Dlaczego Ci tak od rana psuję humor? Bo ja wiem? Może po prostu chcę się spytać: czy jest coś, czego my nie wiemy o naszych rodakach? Czyżby naprawdę dojrzeli do dyktatury?

Swoją drogą mam też refleksję. Ja się nie znam, to Ty byłaś w konspiracji, tak tylko sobie głośno myślę; czy w tych okolicznościach KOD i podobne inicjatywy nie wystrzelają się za szybko? Czy nie trzeba myśleć o czymś bardziej długofalowym, takim bardziej pozytywistycznym niż romantycznym? Co Ty na to?

I nie o słuszność chodzi – oboje wiemy, że sprawa jest słuszna – tylko o skuteczność. Ja nie chcę dulce et decorum umierać, lecz efektownie zwyciężyć, choćby i za jakiś czas. Myśl, weteranko! Jak będziesz miała pomysł na Drugą Kadrową, to będziesz też miała mój akces!

 

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | 5 komentarzy

Die Badende von Ingres und die Steckdose


Maryna Over erinnerte uns an Die Badende von Ingres, ein Bild gemalt im Jahre 1808 von einem der wichtigsten Maler des Romantismus. Ich schaute mir das Bild genau an und – plötzlich! – dachte ich, dass ich an der Wand, zwischen dem Bett rechts und den grünen Vorhang links eine Steckdose sehe!

Was denn? Wäre es überhaupt möglich?

Ich suchte und wer sucht, der früher oder später findig ist. Ich fand, dass es glatt unmöglich war, dass Ingres eine Steckdose an der Wand im Jahre 1808 sah. Im Internet ist doch alles, also auch die Geschichte des Stroms.

Blitze am Himmel Sie geht weit bis ins 18. Jahrhundert zurück. Bereits im Jahr 1774 hat James Watt die erste Dampfmaschine erfunden und wurde somit Pionier der Stromerzeugung. Einen maßgeblichen Beitrag leistete ebenfalls Allesandro Graf Volta, denn dieser stellte zunächst erfolgreiche Theorien über die Erzeugung von elektrischen Strom auf. 1826 wurde das Ohm’sche Gesetz aufgestellt.

In den Jahren 1840 bis 1879 wurde das erste Transatlantikkabel verlegt. Die Telegrafie war eines der ersten Neuerungen, die im Zuge dieses Vorhabens eingeführt wurde. 1866 stellte Werner von Siemens ersten elektrischen Generator her. Erst dann konnte allmählich Strom in die private und öffentliche Haushälte kommen. Zuerst aber sorgte Strom für Strassenbeleuchtung.

ingres-kontaktBewaffnet mit diesem Wissen, schnitt ich den entsprechenden Fragment des Ingresschen Bilde aus und stellte ihn im Photoshop scharf. Erst jetzt sah ich, dass es keine nah an der Wand anliegende Steckdose ist, sondern weit entfernte und daher so klein wirkender Wasserhahn in Form eines Löwenkopfes, und dies was ich für einen Stromkabel hielt, in der Wirklichkeit sprudelnder Wasserstrahl ist.

 

Opublikowano Redakcja | Dodaj komentarz

List otwarty do Ministra i innych takich, co…

Najpierw posłuchajcie


teraz poczytajcie TU, a pod spodem pytanie do dyskusji: co o tym sądzicie?

Styczeń 2016, Berlin, Kolonia, Weimar…

List otwarty

do Ministra Edukacji
do Dyrektorów i Nauczycieli polskich szkół, a także rodziców i uczniów oraz wszystkich, którym nie jest obojętne

od Polaków mieszkających w Niemczech

Szanowne Panie i Panowie, drodzy Rodacy,

z ogromnym smutkiem, ale już też przerażeniem, obserwujemy wszystko, co w ostatnich miesiąch dzieje się na linii współpracy polsko-niemieckiej. Do każdego z nas docierają z Polski pytania od znajomych i nieznajomych: “czy w Berlinie jest bezpiecznie?”, “czy możemy jeszcze spędzić weekend w Niemczech, zanim będzie za późno?”, “co powiedzieć rodzicom, którzy rezygnują ze szkolnej wymiany polsko-niemieckiej?”, “jak przekonać nauczycieli, którzy nie chcą brać udziału w wycieczce za Odrę?“

To z jednej strony.

Z drugiej, tej niemieckiej, padają pytania: “czy w Polsce jest jeszcze bezpiecznie dla obcokrajowców?”, “czy mogę pojechać do Warszawy, jeśli mam ciemniejszą karnację?”, “czy moje dzieci na wycieczce klasowej nie doświadczą ogólnie dostępnego i akceptowalnego rasizmu?”

Mamy tego dość. Chcemy wspólnie przeciwstawić się strachowi! Strachowi podpartemu niewiedzą. Nie może tak być, żeby sąsiedzkie kraje tak bardzo się siebie bały.

Chcemy wypełnić pustkę, która wciąż panuje w Polsce. Wypełnić zaufaniem, wiedzą i doświadczeniem. Doświadczamy wielokulturowości na co dzień. Mieszkamy w niemieckich miastach, nie rozróżniamy ludzi na tych z jaśniejszą i ciemniejszą karnacją. I marzy nam się, żeby w naszej Polsce też tak było.

Nasze dzieci uczą się języka polskiego, czytają polskie książki i spędzają w Posce wakacje. Wielu z nas rozważa powrót do kraju. Ale do kraju otwartego na świat, otwartego na inność. Wierzymy, że to właśnie szkoły mogą zdziałać cuda. Pokazać, wytłumaczyć, zachęcić i uspokoić: swoich uczniów i rodziców. Szkoły i cały system edukacji, muszą przeciwdziałać nienawiści i nie pozwolić Polsce i jej obywatelom, także tym najmłodszym, by stały się prowincją Europy i świata.

My, Polacy w Niemczech

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Varsaviana – Cerkiew św. Jana Klimaka

Anna Dobrzyńska

Jak zmieniła się Warszawa gdy zajęli ją Rosjanie?

Temat-„rzeka”, ale skupmy się jednym aspekcie. Na pewno stała się bardziej wielokulturowa. Rosyjscy żołnierze, przyjeżdżali do Warszawy wraz ze swoimi rodzinami, zwyczajami, tradycją i wiarą. Skutkiem  było powstawanie na terenie miasta prawosławnych kościołów.

zdjęcie1Budowanie cerkwi miało nie tylko wymiar społeczny ale i polityczny – podkreślało dominację rosyjską. Car miał bowiem cel przekształcenie wizerunku Warszawy z polskiego na typowy dla wschodnich miast kresowych.

Ikony w górnej Cerkwi Św. Jana Klimaka
Fot. Anna Dobrzyńska

Niestety akcja rewindykacji, czyli przejmowania ale także – wyburzania – cerkwi po odzyskaniu niepodległości, pozbawiła Warszawę cennych obiektów. W pewnym sensie akcja ta jest zrozumiała, bo cerkwie to symbol zaborcy, który niewolił Polaków przez 123 lata,  ale… budynków szkoda.

Obecnie w Warszawie znajduje się dziewięć kościołów prawosławnych, z czego dwa są bardzo okazałe, charakterystyczne, najbardziej rozpoznawalne. Jeden to Cerkiew Św. Magdaleny równej Apostołom na Pradze a drugi – Cerkiew Św. Jana Klimaka na Woli.

Inicjatorem wybudowania cerkwi na Woli był arcybiskup rosyjski – Hieronim Egzemplarski. Miał to być obiekt sakralny a zarazem miejsce pochówku jego syna – Iwana oraz samego hierarchy. Cerkiew miała również pełnić funkcje pomocniczą dla stojącej obok cerkwi parafialnej, przekształconej z kościoła katolickiego Św. Wawrzyńca.

Cerkiew Św. Jana Klimaka na Woli. cerkiew1
Fot. Anna Dobrzyńska

W 1905 roku prace budowlane zostały ukończone a grobowce, zgodnie z życzeniem arcybiskupa, znajdują się w podziemiach. Architekt – Władimir Pokrowski, zaprojektował budowlę tak aby przypominała XVII- wieczną cerkiew z rejonu Rostowa, a więc jednego ze średniowiecznych miast rosyjskich. Typowym elementem architektury rostowskiej jest wejście do świątyni prowadzące przez wysunięty ganek. Patronem świątyni został – Św. Jan Klimak. Był on mistykiem i pustelnikiem, żyjącym w VI wieku. Uznawany jest za świętego zarówno przez kościół prawosławny jak i katolicki. Zasłynął z napisania traktatu o rozwoju duchowym,
zatytułowanego „Drabina do Raju”.

Cerkiew uznawana jest za skromną, jednakże znajdują się w niej cenne arcydzieła. Do najważniejszych należą drewniany ikonostas i freski namalowane przez Jerzego Nowosielskiego.

cerkiew1a

Świątynia znajduje się na terenie cmentarza, a więc od samego początku jej istnienia odbywały się w niej ceremonie pogrzebowe i nabożeństwa w intencji zmarłych.

Ikonostas. Fot. Anna Dobrzyńska


 

wizytówka

Opublikowano Anna Dobrzyńska | Otagowano , | 4 komentarzy

Berlin Oder Stettin

Als ich den Titel der Veranstaltung mit Bogdan Twardochleb in einem Vereinsprotokoll geschrieben hat, umgehend korrigierte mich meine Kollegin: Berlin oder Stettin. Und notierte am Rande, dass sie dachte, ich, nach 30 Jahren in Deutschland, endlich Mal lernen kann…

Also meine Damen und Herren…

Berlin Oder Stettin

In unserer Reihe „Sttetin für Berliner” ein Vortrag von Bogdan Twardochleb

9.2.16 | 20 Uhr | Regenbogen Kino

In Kooperation mit Regenbogenfabrik

Was uns heute verbindet, was uns teilt und warum?

Wie wichtig ist Berlin in Stettin und warum ist es so wichtig?

Wohin fließt Berlin heute – zur Oder oder weg von der Oder? Das ist heute auch die Frage betreffs der EU.


Ist (wird) die Oder wieder die Grenze?


Warum mag ich Berlin und warum wollte ich mehr Berlin an der Oder und mehr Stettin in Berlin sehen?

Bogdan Twardochleb, (geb. 1954), seine Mutter stammte aus Großpolen, sein Vater aus Przemyslany bei Lemberg (Lwow, Lviv). Er wohnt seit 1960 in Stettin.

Bodgan Twardochleb studierte Polonistik in Stettin, arbeitete dann als Lehrer an der Stettiner Uni, seit 1989 ist er Journalist und Publizist. Seit 1991 arbeitet er in der Stettiner Zeitung Kurier Szczecinski. Seine Themen sind: Kultur (Literatur), Geschichte Pommerns, Gesellschaft, Minderheiten in Pommern, Grenzregion, deutsch-polnische Beziehungen. Zu seinen Aufgaben gehört es, die Kontakte mit Schulzeitungen, die mit seiner Redaktion kooperieren, zu pflegen. Bogdan ist Redakteur zweier Beilagen: seit 15 Jahren Szkolny Pulitzer (Schulen-Pulitzer), einer Beilage für Schulzeitungen, und seit mehr als drei Jahren für „przez granice“ (Über die Grenze), die Beilage für deutsch-polnische Themen, speziell in der Grenzregion. Bogdan hat als Redakteur einige Bücher vorbereitet, unter anderem mit Poesie und Reportagen.

Bogdan sagt zu seinen Hobbies: „Sehr lange Reisen in der Umgebung von Stettin, vor allem nach Pommern und in die Grenzregion. Nicht weit unterwegs, dafür umso tiefer in der Geschichte und Gegenwart verankert.“

Bogdans Träume: „Mehr Zeit für Berlin und auch für Stettin finden, mit meinen Enkeln mehr spielen und plaudern, mit meiner Frau mehr wandern und auch – mein schwaches Deutsch verbessern. Ich möchte so gut deutsch sprechen, wie zum Beispiel meine Freunde in Berlin: Ruth Henning und Uwe Rada.“

Eintritt frei – Spenden willkommen.

Twardochleb in der Regenbogenfabrik

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Odeszli

Katarzyna Krenz

Styczniowy deszcz

Wspomnienie o Romanie Cielątkowskiej (29.08.1959–22.01.2016)

Motto:

Patrzymy, dotykamy, pamiętamy, staramy się
zrozumieć – aż wreszcie nadchodzi moment
aktywności. Chcemy coś zrobić.

R. Cielątkowska, Translocatio. Gdańsk 2014

Roma fot do bloga Ewy

Życie z perspektywy życia widzimy inaczej niż z perspektywy śmierci. Wszystko jest jeszcze otwarte, możliwe, jeszcze się dzieje, i tyle planów przed nami. Gdy przeminie, gdy nagle zostanie przerwane – tragicznie czy jak w przypadku profesor Romy po krótkiej przegranej walce z chorobą – stajemy wówczas bezradni i zagubieni. Oszołomieni stratą. Niezdolni do podjęcia wędrówki na niespodziewanie opustoszałej drodze.

W biegu

Ze Lwowa przyszedł list od głównego konserwatora miasta. W imieniu ukraińskich przyjacół Lilija Onyszczenko pisała: Roma zawsze pogodna, uśmiechnięta, towarzyska, ciekawa poznania nowych ludzi, osoba, z którą nigdy nie było nudno, pełna mądrych myśli i ciekawych pomysłów. Profesor, co nie gardził żadną pracą, potrafiła zrozumieć każdego. Dwa zdania, którymi się najcześciej posługiwała w naszej wspólnej pracy: Zrób to pilnie! Potrzebuję szybko! Spieszyła się żyć, jakby czuła, że droga nie będzie długa.

Taką Ją zapamiętamy: w biegu. Wiecznie gdzieś się spieszyła. Szybko jadła, jeszcze szybciej mówiła, a nawet tak się śmiała: spontanicznie i serdecznie, ale krótko. Jej współpracownicy opowiadają, że nieraz nie potrafili się zorientować, o którym z projektów akurat mówi, bo mówiła jednocześnie o wszystkich, które aktualnie realizowała. Warsztaty studenckie, inwentaryzacja zniszczonego obiektu, nowy dach na kościele w Mariance, narada z cieślami przed wyprawą w Bieszczady czy na Ukrainę. A w międzyczasie wyjazd studialny na Syberię albo do Mongolii i organizacja międzynarodowej konferencji – w Pasłęku, a może już kolejnej, w Gdańsku. Kto, co, kiedy i z kim? Dla kogo? Najlepiej wszyscy razem i natychmiast. Delegowała zadania, a jej własne życie przypominało maraton, bieg z przeszkodami i sprint jednocześnie. Pracowała nieprzerwanie, była architektem, nauczycielem akademickim na kilku uczelniach, promotorką prac dyplomowych i doktoratów, najmłodszym profesorem na Wydziale Architektury Gdańskiej Politechniki. Autorką 6 książek i ponad 60 artykułów. Doradcą w komisjach naukowych, ministerialnych oraz UNESCO.

Sztuka dawania

Zawsze w pośpiechu między kolejnymi podróżami, często dary dla ludzi w potrzebie, przyjaciół i ich dzieci wysyłała pocztą. Gdy kogoś z nas nie zastała w domu, wieszała torbę na klamce lub płocie. Jabłka z jej ogrodu, jajka od gospodarzy ze wsi, chleb bezglutenowy z piekarni w Starogardzie, ciepły sweter z Irlandii „specjalnie dla ciebie, z prawdziwej wełny”. Zielona herbata z Japonii. Książka, którą „musisz koniecznie przeczytać, podkreśliłam kilka ważnych zdań, pogadamy, jak wrócę”.

„Tylko nie pisz o Romie za słodko”, radzi znajoma. „Ona nie dawała się głaskać i szanowała wyrazistość innych”. Ratowała, pomagała, obdarowywała. A jeśli sama nie mogła, zostawiała instrukcje, adresy, numery telefonów. Wyślij! Oddaj, przekaż, zawieź. To dobrzy ludzie, spodobają ci się.

I zawsze córka na pierwszym planie.

Powrót do źródeł

Poszłam naostrzyć ołówki do kuchni. To nagłe zamarcie ciszy w domy przypomina mi letnisko po sierpniowych wakacjach. Półmrok zasuniętych zasłon, wymyte, pachnące mydłem podłogi, puste łóżka […], ganek mokry – rozmyta zieleń w przedziwnym kolorze. Jeszcze wibruje w powietrzu obecność; hałas, ruch, szuranie, dym papierosów i przekleństwa, które stały się codziennością – ale cisza jak mgła zaściela pomieszczenia. Nawet pies zastygł w bezruchu. (RC, fragment dziennika, Jazłowczyk 2011/2012 )

Ekspert Międzynarodowego Komitetu Naukowego Wspólnego Dziedzictwa ICOMOS i profesor nadzwyczajna, na miejsce rekonstrukcji kolejnego obiektu jechała z własną siekierą. Mieszkała bez udogodnień, czasem ze studentami i cieślami w baraku lub namiocie; nie wygoda była jej potrzebna do szczęścia. W trasę wyruszała zwykle nocą, samotnie, zapakowaną po dach, wysłużoną terenową Ładą. Bo wtedy drogi puste, można spokojnie przemyśleć, co jest do zrobienia. Bo […] najbardziej dotykalne krajobrazowo są podróże samochodem, gdzie w każdym momencie możemy zatrzymać czas.

Habilitowała się z modernizmu lwowskiego, ale tak naprawdę kochała dotyk surowego drewna, żelazo wykute u kowala, dzieło rąk przodków: stare cerkwie, stare domy, stare ikony. Zachowanie wspólnego dziedzictwa materialnego uważała za swój moralny obowiązek. W dzikim krajobrazie, którego człowiek nie zdołał jeszcze zniszczyć – odnajdywała siebie. Może dlatego tak blisko jej było do ludzi głębokiej wiary. To dla nich ratowała zapadnięte w ziemię prawosławne czasownie i maleńkie cerkiewki. Dla nich zgłębiła tajniki pisania ikon. W swojej ostatniej książce pt. „Translocatio. Przeniesienie drewnianych świątyń trzech obrządków” pisała: Bycie z ikoną to także w sensie filozoficznym poszukiwanie wolności, o którą każdy z nas nieustannie zabiega.

Stwierdzenie, że zajmowała się ocalaniem zabytków kresowych sakralnej architektury drewnianej, mówi o celach, ale nie oddaje żarliwej pasji i szaleńczej wręcz odwagi, z jaką o nie walczyła. Szła od zadania do zadania. Rosja: przeniesienie „czasowni” z Pasynkowa do Kiriłło-Biełozerskiego muzeum w Cypinie; rekonstrukcja kaplicy Michała Archanioła ze wsi Lelikoziero na wyspie Kiży, na jeziorze Onega w Karelii, w północnej Rosji. Polska: odtworzenie z nielicznych ocalałych belek i desek XVIII-wiecznej cerkiewki z podkarpackiej wsi Kupna w Godkowie koło Pasłęka. Ukraina: przeniesienie modernistycznego kościoła drewnianego ze wsi Jazłowczyk koło Brodów do Muzeum Budownictwa Ludowego we Lwowie. Lista jest znacznie dłuższa.

Nigdy nie pracowała sama. Nie tylko dlatego, że rekonstrukcja wymaga współpracy konserwatorów, cieśli i stolarzy, kowali i szklarzy, kolegów z uczelni i studentów. Także dlatego, że wierzyła w naukę, jaka z tej pracy płynie. Dla niej świątynia to nie był obiekt architektoniczny, lecz ponadczasowe miejsce jedności z Bogiem. Takim miejscom, gdzie czas się zatrzymał – ginącym w łopianach, przerośniętym chwastami, zapadniętym w ziemię – ofiarowywała nowe życie, by mogły trwać dalej.

Pożegnanie

30 stycznia 2016 w Starogardzie Gdańskim, na ceremonii pożegnalnej odprawionej w rytach rzymsko- i grekokatolickim zebraliśmy się z poczuciem, że jesteśmy tam dla Niej, ale i dzięki Niej. Dokładnie o tej samej porze we Lwowie, po mszy odprawionej w drewnianej cerkwi, przyjaciele przeszli do kościółka z Jazłowczyka – Jej kościółka – by na pożegnanie zaśpiewać Jej Wiecznaja pamiat.

W starogardzkim kościele św. Mateusza panował przenikliwy chłód, mimo że na zewnątrz padał niemal wiosenny deszcz. We Lwowie było podobno ładnie i słonecznie. Wieczorem odebrałam mail od Liliji: Postanowiliśmy umieścić tablice pamiątkowe na kościele tu we Lwowie i w Rozłuczu.

ROMA DSC09005

Dwa dni później.

Po drodze do miasta mijam Jej ulubioną księgarnię, wchodzę, nie, właściciel jeszcze nie wiedział. Zaglądam do „Herbapolu”, jaka szkoda, jaki żal, mówi starsza kobieta za ladą, znałyśmy się tyle lat. Idę dalej, pamiętam, opowiadała mi o „swojej” aptece na rogu i o „swoim” fryzjerze gdzieś przy ul. Sobótki. Trzeba by też zawiadomić dr Kamilę z Pogotowia Stomatologicznego przy ul. Miszewskiego; nieraz ratowała Ją późną nocą, w ostatniej chwili przed kolejną wyprawą do Archangielska, Lwowa czy Irkucka.

***

Prof. dr hab. inż. arch. Romana Cielątkowska (1959-2016) profesor tytularny na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej, w latach 2006-2009 kierownik Katedry Historii, Teorii Architektury i Konserwacji Zabytków, a od 2009 r. kierownik Katedry Projektowania Środowiskowego. W latach 2001-2003 kierownik Zakładu Urbanistyki i Architektury Wydziału Nauk Technicznych Uniwersytetu Warmińsko -Mazurskiego w Olsztynie, w latach 2006-2014 profesor w Wyższej Szkoły Zarządzania Środowiskiem w Tucholi. Autorka licznych publikacji naukowych i 6 książek, m.in.: „Architektura i urbanistyka Lwowa II Rzeczypospolitej” (1998), „Detal architektury mieszkaniowej Lwowa XIX i XX wieku” (współautor: Lilia Onyszczenko-Szwec, 2006) „Translocatio. Przeniesienie drewnianych świątyń trzech obrządków” (2014). Ekspert i członek Zarządu Polskiego Komitetu ICOMOS, Komitetu Architektury i Urbanistyki PAN (sekcja Historii i Konserwacji Zabytków), ekspert w dziedzinie ochrony dziedzictwa architektonicznego w dyspozycji UNESCO na kraje Europy Środkowo-Wschodniej oraz Rady Ochrony Zabytków przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP.

(wersja skrócona tego tekstu ukaże się na łamach Gazety Wyborczej)

zdjęcia z archiwum J.K. Krenzów

Opublikowano Katarzyna Krenz | Otagowano , | 3 komentarzy

Die große kleine Welt

Monika Wrzosek-Müller

Holland: um Leiden herum

Holland ist schön, aber so gar nicht ihr Land. Flach, von großen, auch kleinen und winzigen Wasserkanälen durchzogen. Von den typischen Mühlen, denen auf dem Land, hatte sie nur wenige gesehen. Aus dem Zugfenster blickt man über weite Strecken auf so etwas wie ein Schachbrettmuster, Wasser und Gras; die Züge fahren schnell, schweben lautlos, man ist von Leiden in 15 Minuten in den Haag und in 17 Minuten in Delft und in 12 auf dem Flughafen Schiphol. Weit und breit Wasser, und Grüne Flächen; sie wusste nicht, dass Leiden auch am Rhein liegt, dass sie sogar extra eine „Burcht“ gebaut hatten, die im Falle einer Flut allen Bewohner von Leiden Zuflucht bieten sollte; die Hauptgracht – das ist der alte Rhein, und der Fluss ist wohl gelegentlich über die Ufer getreten, bis die komplizierten Systeme der Schleusen, Regulierungen und Dämme alles unter Kontrolle brachten.

Für sie war es zu viel Wasser, ganze Landstriche mit Gewächshäusern, sogar die kleinen Wäldchen liegen alle auf dem Wasser, man hat den Eindruck alles liegt auf dem Wasser, auf Moor, die Kanäle und das Gras, alles so flach, dass man schon von ganz weit weg die Skyline von den Haag sieht. Die ist auch wirklich sehenswert; eine Skyline mit holländischen Motiven, das muss man können, dazu noch so bunt und trotzdem sehr ästhetisch. Das schöne, sehr bescheidene Museum in Mauritshuis, Königliche Bildergalerie, zeigt wunderschöne Werke; man steigt nach unten und arbeitet sich nach oben durch, alle Säle voller Preziosen; kleinen, manchmal wirklich sehr kleinformatigen aber wunderschönen Gemälden. Für das Museum wirbt das Bild „Mädchen mit dem Perlohrring“ von Vermeer, das von Plakaten die Fußgänger anschaut und von Fotografen nachgestellt wird.

Sie staunte über den Geruch, den wunderbaren Duft, der sich im ganzen Museum verbreitete und sie magisch anzog und neugierig machte; dann sah sie auf den Zwischengeschossen riesige Vasen mit Blumenarrangements, die an die aus den Bildern erinnerten, es waren echte Blumen, echter Duft, mit weißen Lilien und Alstremerien, alten englischen Rosen und Glockenblumen, dazu Gräsern, Efeu, allerlei kleinen Blumen; sie dachte, wie oft muss so eine Vase wohl neu arrangiert werden, damit der Duft so betörend ist und die Blumen so frisch und lebendig aussehen. Das Museum war nicht allzu groß und die Werke waren allesamt bedeutend, man hatte für den Betrachter eine Auswahl getroffen. Überhaupt fand sie den Haag sehr lebendig, ja lebenswert, großstädtisch; mit der schönen Altstadt, mit Parks, in denen sie zum ersten Mal riesige Sträucher von blühenden Christrosen gesehen hatte, und der bunten Skyline, mit der Lage fast am Meer. Es war eine tolle Stadt.

Später, schon zu Hause, dachte sie über das Element Wasser nach, warum ihr das Element so fremd und zuwider war. Sie selbst tendierte zur Erde, weil Stier und Aszendent irgendwas…, und Erde vernichtet Wasser, sie saugt sie auf. Aber in Holland war Wasser überall, auch unterirdisch, das musste einen Einfluss auf die Menschen haben. Wasser symbolisiert den Fluss von Energien, von Materie, Wasser trägt und reinigt; es nimmt den Weg des geringen Widerstands, doch es ist beharrlich, es fließt immer. Auf die Fähigkeiten der Menschen übertragen bedeutet das Kommunikation, Diplomatie, gute Geschäfte, Handel, neue Ideen und deren Vermittlung und Ausdauer. Etwas zu viel Wasser führt dann zu Gefühlslosigkeit und Überheblichkeit, Kälte und herrischem Auftreten. Ja, das dachte sie, nachdem sie aus Holland zurückgekommen war, zugegeben sie war sehr erkältet und hat sich ein Virus zugezogen und konnte das ganze Wasser nicht aufnehmen und wieder ausspucken.

Die Städte Leiden und Delft sehr schön, von fast makelloser Schönheit, mit Grachten und schönen alten Häusern, herausgeputzt und nach außen sauber; dass es hinter den Fassaden anders aussah, wusste sie von ihrem Sohn, der in so einem alten Haus wohnte. Es war das Haus einer männlichen Studentenverbindung; in Holland wohnen Studentinnen und Studenten getrennt. Das war für sie auch so eine Schocknachricht; in dem nach Außen freizügigen Holland wohnten tatsächlich Mädchen und Jungen getrennt. Dass ihr Sohn der Verbindung nicht beitreten wollte, fand sie mehr als vernünftig. Denn immer wieder gab es alarmierende Berichte in den holländischen, aber auch deutschen Zeitungen, wie es bei den Aufnahmeritualen der Verbindungen mit Demütigungen und Überforderungen der Seele und des Körpers zuging.

Sie sah sich diese jahrhundertealten Städte an und dachte, wie eine Postkarte, man kann nichts hinzufügen, aber auch nicht dahinterkommen. Es lud sie nicht ein, wie in Italien, wo die Landschaft noch schöner oder anders war als auf der Postkarte, mit dem Duft, den Gesprächen. Nicht dass die Holländer still wären, nein sie redeten eher laut und lachten viel und schienen durchaus mit sich zufrieden zu sein. Aber sie stand vor einer Mauer, auch wenn die Fenster keine Gardinen und man Einsicht ins Wohnzimmer hatte, die Mauer der prachtvoll verzierten Fassaden konnte sie nicht durchdringen. Vielleicht wenn man viel, sehr viel darüber wusste und sich aufklären ließ; doch das war eben nicht ihr Weg.

Es gab auch die Kirchen, riesige Backsteinbauten, sowohl in Leiden als auch in Delft; sie waren fast immer geschlossen, obwohl Adventszeit war und sie mehrmals angeklopft haben. Doch in Delft erwartete sie eine Überraschung, für ein paar Euro konnte man sowohl die Oude wie auch Nieuwe Kerk besichtigen. Die alte Kirche mit ihrem schiefen Turm, malerisch an einer Gracht gelegen, drin mit der Grabplatte für Johannes Vermeer und Bleiglasfenstern aus verschiedenen Epochen, eine Kirche, die ständig umgebaut und erneuert wurde, hatte sie weniger berührt. Ein paar Schritte weiter gelangt man auf einen riesigen Marktplatz, an dessen einem Ende sich das Rathaus und am anderen die Neue Kirche mit dem höchsten Turm weit und breit steht. Man kann sich hier gut die Zeremonien aus der Vergangenheit, der Gegenwart und der Zukunft des Königshauses Oranje vorstellen; Hochzeiten, Begräbnisse, es gibt einen Grabkeller für die Beisetzung der Mitglieder der königlichen Familie. Die Kirche lebt immer noch ihre Größe, das kann man auf einem Video sehr gut verfolgen. Es ist eine sehr harmonisch angelegte und 1655 in der jetzigen Gestalt ausgeführte Kreuzbasilika, mit großen, farbigen Bleiglasfenster, die viel buntes Licht im Innenraum spielen lassen.

Sie wusste, dass ihre Schul- und Studienfreundin seit Jahren in Holland lebte, sie hatten den Kontakt verloren, dann wieder gefunden und dann gelockert. Aber sie hatte das im Hinterkopf und versuchte sich Anka in diesem Land vorzustellen und dachte, das ist verdammt schwer und mühsam, hier richtig anzukommen. Du musst ihre Geschichte, ihren Stolz annehmen und dich nicht unterkriegen lassen, für sich da sein und einen Weg finden. Die Freundin wohnte auch noch dazu in einer ganz kleinen Ortschaft, nicht einmal in einer Großstadt, wo sich alles mischt Menschen, Haut- und Haarfarben, Häuser, Autos; doch sie schien zufrieden und angekommen.

Sie fuhren auch nach Katwijk, wanderten in der Dünenlandschaft herum. Eine unheimliche Landschaft, mit silbergrauem und frisch grünem Moos, auch einigen Sträuchern, Ginster und Sanddorn, kleinen Grüppchen von höheren Gräsern, leicht hügelig, weit und breit; war man mittendrin, dann hatte man den Eindruck, die Landschaft würde unendlich so weitergehen. Es schimmerte und leuchtete in der Sonne nach dem Regen. Davor lag ausgebreitet der lange und breite Streifen des Sandstrandes, der sich wie ein riesiges gelbes Band bis ins Unendliche zog, dahinter die graue Nordsee.

Irgendwann kehrten sie in einem der Strandrestaurants ein, für einen Wochentag war es erstaunlich voll und lebendig. Sie saßen an einem schönen Tisch, nebenan gab es eine größere Gesellschaft, es war laut, gesellig und sehr warm. Jetzt hätte der Teil kommen sollen, wo sie auf einmal ihre Freundin in einer Ecke sitzen sah, doch so war es nicht. Die wohnt für holländische Verhältnisse weit weg, in der Umgebung von Groningen. Was sollte sie denn hier auch suchen. Wir hatten uns nicht verabredet, seit Längerem nicht einmal geschrieben. So ist nur die flüchtige Erinnerung an sie da, und das ist alles.

Opublikowano Monika Wrzosek-Müller | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 3

Poprzednie odcinki opowieści Romana o przeprowadzce małej Zosi na Wołyń ukazały się w listopadzie i w grudniu ubiegłego roku. Dziś kolejny fragment, a zarazem ostatni. Resztę poznamy dopiero, gdy ukaże się książka. 

Roman Brodowski

Podróż wozami

Kiedy się obudziłam, słońce wisiało już wysoko nad otaczającym mnie światem, a dorośli krzątali się wokół, przygotowując tabor do wymarszu.

Obok mnie, na talerzyku leżała kromka razowego chleba, posmarowana moimi ulubionymi powidłami, obok w kubeczku – babciny sok.

Zeskoczyłam w pośpiechu z wozu, przywitałam się grzecznie ze wszystkimi, umyłam się w ciepłej wodzie czekającej na mnie w emaliowanej misce, i szybko spałaszowałam przygotowane śniadanie.

Ruszyliśmy w drogę, mijając wsie, majątki ziemskie i pojedyncze zagrody chłopskie. Czasami zatrzymywaliśmy się w takich miejscach, by uzupełnić wodę i paszę dla koni. Gospodarze ochoczo proponowali nam wytwory własnej produkcji – świeże masło, chleb wypieczony przed świtaniem, mleko, jajka. Rodzice chętnie korzystali z takich okazji, twierdząc, że gospodarskie to świeże, tanie, no i od serca.

Pierwsze trzy dni nie sprawiły ani nam ani koniom większego problemu. Codziennie skoro świt wyruszaliśmy z nocnego postoju, by powoli zbliżać się do obranego celu, wciąż dalej i dalej na wschód od Parzymiechów. Wieczorem zaś, po zachodzie słońca zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, zazwyczaj w pobliżu gościnnych, wiejskich zabudowań.

Dopiero na wyżynnych terenach kieleczczyzny, poczuliśmy prawdziwe zmęczenie.

Kamieniste pełne przeszkód drogi, pnące się serpentyną w dół i w górę, oddalały nas od kresu naszej podróży. Często tacie i mamie przychodziło pomagać zwierzakom, popychali to jeden, to drugi wóz, co jakiś czas podkładając kamienie pod koła, by wóz się nie stoczył.

Największą przeszkodą z jaką przyszło nam się zmierzyć było pokonanie rzeczki, nawet niezbyt szerokiej, niedaleko Sandomierza. Podczas wiosennych roztopów kra uszkodziła wiekową konstrukcję starego, drewnianego mostu, który, pod jej naporem upadł do wody, a przez rzeczkę przerzucono prowizoryczną kładkę.

Oczywiście nasze wozy nie był w stanie przejechać na drugi brzeg, zwłaszcza że woda była tu na ponad metr głęboka. Na szczęście mieszkający w pobliżu ludzie wskazali nam miejsce możliwe dla łagodnego przeprawienia naszego taboru w bród, dzięki czemu udało nam się zaoszczędzić kilkanaście zbędnych kilometrów.

Dopiero za Tomaszowem Lubelskim mogliśmy nieco odetchnąć. Skończyły się pagórki a zaczęły równinne nieco piaszczyste tereny. Droga była mniej uciążliwa, mniej wyboista, koniom było o wiele lżej, no i mama była spokojniejsza o los naszej zastawy stołowej oraz innych szklanych przedmiotów znajdujących się na wozach.

Piątego dnia podróży, około południa, na horyzoncie pojawiły się kontury jakiegoś większego miasta. Strzeliste wieże kościołów i dymiące kominy fabryk prawie niczym nie różniły się od tych, jakie wcześniej mijaliśmy podczas naszej podróży. Prawie – bo obok kościoła drewnianego kościółka stała jakaś wielka budowla z okrągłą, pomalowaną na niebieski kolor kopułą, na której widniał krzyż. Nie był to jednak taki normalny jak w naszym katolickim kościele, krzyż, chociaż bardzo do niego podobny.

Przed rogatkami miasta tato zatrzymał tabór, podszedł do do wozu, na którym siedziałam z mamą, popatrzył na nas i powiedział, wskazując zabudowania:
– Dotarliśmy do celu. Tam jest nasze nowe miasto – Kilkaset metrów za tą cerkwią znajdują się budynki magistratu kolejowego, a w jednym z nich czeka na nas się nasze nowe gniazdko – zażartował.
– Cerkiew? – a co to jest cerkiew? – zapytałam.
– Cerkiew, kochanie, to taki prawosławny kościół, do którego chodzą ludzie, co tak jak my wierzą w Pana Jezusa, tylko inaczej się do niego modlą – wytłumaczył tato.
– To tu mieszkają też innowiercy – zaniepokoiła się mama.
– Oczywiście – potwierdził tata. – Przecież jesteśmy na kresach, tu mieszkają i Ukraińcy, i Polacy, i Żydzi, a można też spotkać Niemca i Rosjanina. To jest taka prawdziwa Arka Noego. Wszyscy tu żyją jak jedna wielka rodzina – dodał. – I od pokoleń tworzą wspólną historię. Razem z nami żyli w ciężkich dla nas chwilach pod jednym i tym samym zaborem. Więc nie masz się czego obawiać, kochanie – zakończył.
Przytulił nas do siebie, pocałował i wrócił do swojego wozu.

Konie wolno ruszyły w kierunku miasta. Im bardziej się do niego przybliżaliśmy, tym większe emocje mną targały. Ogarnęła mnie tęsknota za przyjaciółmi, za babcią , za Parzymiechami.

W końcu dotarliśmy do pierwszych zabudowań. Przed małym domkiem, z jeszcze mniejszym ogródkiem, siedział jakiś staruszek i palił fajkę.

– Przepraszam – zagadnął go nasz woźnica. – Jak mamy dojechać do ulicy Kolejowej?
Staruszek nie reagował.
– Jak dojechać do Kolejowej. – Tato powtórzył nieco głośniej pytanie przyjaciela. Dopiero teraz staruszek leniwie wstał z ławeczki i podszedł do naszych wozów.

– A wy z daljeka? – zapytał. – Z daleka, z daleka – odpowiedział woźnica i ponownie poprosił go o wskazanie drogi.
– Do Kolejowej to wam nada jechać prosto i … – wyjaśniał gestykulując rękoma. Nie to co, ale jak mówił, zwróciło moją uwagę. Mowa jego była przyjemnie melodyjna z dziwnie miękkim, nieznanym mi dotychczas akcentem, przy czym niektóre słowa słyszałam po raz pierwszy. Po chwili ruszyliśmy dalej.

– Miły był ten dziadunio, rozmowny i wesoły – stwierdziła mama.
– To prawda – potwierdził tato. – Po głosie poznać było, że Ukrainiec.

Po kilkunastu minutach jazdy wąskimi uliczkami dotarliśmy pod wskazany przez tatę adres. Dom jak dom, z czerwonej cegły, dwupiętrowy. Obok stały jeszcze cztery identyczne, a za nimi nieco większy, w którym – jak powiedział tato – mieściły się biura dyrekcji kolei, gdzie ma podjąć pracę.

Pod domem na małym trawniku bawią się dzieci, w oknach siedzą kobiety, obserwując nowych.

Tato poszedł do biura kolei po klucze, a ja wysiadłam z wozu i obserwowałam zabawę moich rówieśników , którzy nie zwracając na mnie uwagi rzucali do siebie szmacianą piłką. Nagle, niespodziewanie dziewczynka o długich, jasnych włosach, pozostawiła swoich przyjaciół, podeszła do mnie i podała rękę. – Jestem Natalka – przedstawiła się. – A wy chyba będziecie naszymi nowymi sąsiadami. Mama mówiła, że dzisiaj lub jutro mają przyjechać Polacy i że będą mieszkali w mieszkaniu po Żarnowskich.

– Tak, to prawda, będziemy tu mieszkali. Mój tatuś otrzymał pracę na kolei… Nie dokończyłam, bo tata właśnie wrócił z jakimś panem i zawołał mnie do siebie. – Ja mam na imię Zosia – zdążyłam jeszcze na odchodnym przedstawić się nowo poznanej koleżance.

Tato wziął mnie i mamę pod ramię i weszliśmy do domu. Mieszkanie mieściło się na parterze.

Pan, który przyszedł z tatą, otworzył drzwi, oddał tacie pęk kluczy i odszedł. My staliśmy w milczeniu w naszym nowym, pustym jeszcze mieszkaniu, jakbyśmy czekali na jakiś znak, na jakieś niewidoczne zaproszenie. Niespodziewanie tato wziął mamę na ręce i przekroczył próg. Weszłam i ja.

Mieszkanie było świeżo wybielone kredą. Dwie duże izby, kuchnia i prawdziwa łazienka. Nie jakiś tam wychodek na półpiętrze, ale prawdziwa łazienka, z wanną, toaletą i wodą w kranie.

Podeszłam do okna, popatrzyłam na podwórko, gdzie wesoła gromadka moich przyszłych towarzyszy zabaw, nadal grała w piłkę.

Nieznajomi jeszcze nam ludzie zdejmowali nasze meble z wozów i wnosili do pokoi, do kuchni, do korytarza. Witali się. To byli nasi nowi sąsiedzi. Podawali imiona, zadawali pytania, gotowi do niesienia pomocy…

Tak się rozpoczęła moja wielka, wieloletnia przygoda na wołyńskiej ziemi, dwa nowe rozdziały mojego życia: późne dzieciństwo i młodość.

Drogi czytelniku, tak kończy się pierwszy rozdział opowiadania „Wołyńskie echa”, które zostanie opublikowane w książce „Bicie wschodniego serca”. Jest to opowieść o losach dwóch kobiet, jednej z Wołynia, drugiej z dalekiej Syberii. Książka ukaże się w drugiej połowie tego roku, o czym poinformuję na blogu Ewy Marii. O losach „Sybiraczki” też już tu pisałem.

Opublikowano Roman Brodowski | Dodaj komentarz
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 50 obserwujących.