Słowo na niedzielę wielkanocną

Kurt Marti

Historia, Wielkanoc

1.

Gdyby Bóg kierował tym
co potocznie
nazywa się historią,
to byłby On tym,
którego potocznie
nazywa się sadystą,
brodzącym przez potoki krwi
od zbrodni
do zbrodni.

2.

A dzisiaj?
Oświecenie poniosło porażkę.
Socjalizm bezradny.
Kościoły skorumpowane.
Czyżby człowiek stał się rakiem Ziemi?
Historia połyka naturę.
Głód postępuje.
Rozwój zbrojeń darowuje nam high-tech.
I nawet krew nie musi płynąć w tej wojnie:
Promienie laserowe karbonizują z szybkością światła
krajobrazy, miasta, ludzi,
spalają bez płomieni,
w ułamku sekundy
wszystko czarne
wszystko zwęglone.

3.

Obojętnie jaki Bóg,
obojętnie jaka by to była historia,
przenigdy nie spełnia się Jego wola
w wyścigu z całkowitym zniszczeniem.
Stwierdzam to, ach tak,
bez dowodu,
stary człowiek z pustymi rękami,
raz wściekły
to znów pełen nadziei,
ciągle pytając:
Wielkanoc,
czy to nie była Wielkanoc?

4.

Jednak nie Dżingis Chan,
nie Napoleon,
ani Gulbenkian, czy Krupp
wstali z martwych.
Pewnemu galilejskiemu prowincjuszowi jednakże
(jak krąży niezmordowana plotka)
miało to się zdarzyć,
jednemu,
który był tak ślepy historycznie,
a może owładnięty świętym szałem,
że kochającym i bezbronnym,
przyrzekł ziemię,
która
– od kryzysu do kryzysu
od wojny do wojny –
wydaje się trwać
w pewnych rękach
władców i bankierów,
wraz z ich spekulantami  zbrojeniowymi
i pięciogwiazdkowymi biurwami.

5.

Tak idę,
jak idę?
Myśląc, pytając:
czy nie było tam Marii z Magdali,
ostatniej pod krzyżem,
pierwszej o świtaniu,
apostoli apostolorum,
podżegaczki wiary,
serca pierwszej wspólnoty?
I idę,
krok za krokiem,
mrucząc, prosząc:
zaraź nas
twoją wytrwałością,
o ty,
wieloimienna Mario,
uczyń pewniejszymi
nasze codzienne kroki
przez prawdę,
której doświadczyłaś:
CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ.

Przełożył i podał do publikacji Tibor Jagielski

Opublikowano Tibor Jagielski | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Opowieść na sobotę wielkanocną

Teresa Rudolf

Pan Żebrak-Gentelman

Mam swojego Pana Żebraka…
Stoi w St. Pölten na rogu ulicy z laseczką
i wyprostowany, mocno już starszy pan.
Jest zadbany, choć widać, że jego ubrania robią się coraz bardziej przezroczyste
od starości i prania.
Nie ma wyciagniętej zawodowo ręki,
a zdobył moje serce od pierwszego dnia, przed trzema laty, kiedy z zażenowaniem otworzył rękę i zamknął od razu z tą małą sumą ode mnie, pokłaniając się z jakąś niepojętą godnością.
Aż zrobiło mi się głupio, że właściwie za co?
Za następnym razem ukłonił się już z daleka, kiedy zbliżyłam się,
porozmawialiśmy chwilę…
Pochodzi z Rumunii, mówi słabo po niemiecku, przyjeżdża tutaj autobusem spod Wiednia, zbiera pieniądze dla rodziny w Rumunii, gdzie wszyscy są bezrobotni,
a jeden z wnuków jest bardzo chory…
Nie pytałam dlaczego to akurat on „pracuje”
(nie umiem nazwać tego co robi naprawdę żebraniem).
Pan Żebrak informuje często mego męża, kiedy ten obok niego przechodzi,
w którą stronę akurat przed chwilą poszłam…
Mój mąż przejął bez zmrużenia oka,
już teraz „naszego Pana Żebraka” i ucina sobie z nim dłuższe męskie pogawędki…
Któregoś dnia zaczęła się nasza ogromna troska o tego dobrego znajomego,
bo nagle się nie pojawił.
Nie dawało to nam spokoju, bo niby już znajomy, a jednak na tyle obcy,
że nie ma kogo zapytać…
W głowie mieliśmy wszystkie scenariusze, łącznie z tym najgorszym.
Przeżywałam już osobistą żałobę,
pusty róg ulicy napawał mnie prawdziwym bólem serca…
Wspominałam pana gentelmana, ciepło jego oczu.
Oswoił nas tą swoją niewypowiedzianą kulturą.
Z solidarności do niego zaczęliśmy się buntować, gdy na jego miejscu klęczał młody żebrak, z wyciągniętą nachalnie ręką.
Postanowiłam i jestem konsekwetna,
że żaden klęczący lub siedzący na ziemi żebrak nie dostanie grosza, bo stracił całą swoją godność, mając siebie samego za nic.
Zwróciłam już jednemu uwagę, że musi wstać, bo naraża się na inwalidztwo,
spędzając godziny na kolanach na zimnej ziemi.
Zaklął pod nosem i zrozumialam, że to krajan, bo powinnam natychmiast
„kur…a spierd…ć”.
Od paru dni (po prawie półrocznej przerwie), pomimo pochmurnego dnia
i deszczu, w St. Pölten zaświeciło słońce:
nasz pan uśmiechnął się już z daleka,
nie chciał wziąć pieniędzy, bo „przecież od znajomych się nie bierze”.
Nie było go długo, bo wnuczkowi się pogorszyło, ale już jest lepiej,
musi więc zarobić na dalsze leczenie.
Zmusiłam go, by w imieniu wnuka przyjął
mały pieniężny wkład w leczenie.
I tak to mam znajomego z Rumunii, który ciężko zarabia na życie
bardzo eleganckim żebraniem…
Kiedy widzę, że idzie ktoś z policji, pędzę już wcześniej, by zdążył się schować w bramie,
aż przejdzie „łapanka”…


Od redakcji: Już kiedyś, wiele lat temu, na jednym z moich, naszych poprzednich blogów ukazał się wpis o takiej przyjaźni – napisała go moja mieszkająca w Kanadzie kuzynka, Małgosia. Przedrukowuję tu ten tekst w całości, bo portal blox.pl, na którym został wówczas opublikowany, właśnie przestaje istnieć i nie wiadomo, co się stanie z tym, co tam wtedy pisaliśmy.

Kanadyjka

Darryl i Muff

Darryla poznałam jakiś rok temu. Zauważyłam go głównie z powodu psa, dużego, czarnego, siwiejącego, który mu zawsze towarzyszył. I z powodu ludzi, którzy z nim gawędzili, śmiali się, obdarowywali różnymi rzeczami. Darryl jest żebrakiem i siedzi na ulicy, którą idę do autobusu po pracy. Waham się tu trochę z użyciem słowa „żebrak”, bo kojarzy mi się ono z aktywnym żebraniem, czyli proszeniem o coś. A Darryl nie żebrze, tylko sobie siedzi. Przed sobą ma czapkę, czasami kubeczek, ale nikogo nie zaczepia, o nic nie prosi (czasami „pożycza”). Myślę, że bardziej pasuje do niego określenie „kloszard”.
W centrum jest sporo takich ludzi, ale jakoś Darryl wpadł mi w oko. Przyniosłam któregoś dnia do pracy ciastka, zostały mi i idąc do autobusu dałam je Darrylowi. Pogadaliśmy chwilę i tak się zaczęło.

Foto: Kanadyjka

Darryl ma około pięćdziesiątki, jest rudy i ma fantastycznie niebieskie oczy. I jest zawsze uśmiechnięty. A pies nazywa się Muff, jest stary i nie lubi, jak go głaskać – gryzie. Nawet Darryla gryzie, podobno jego pierwszy pan się nad nim znęcał.

W związku z tym gryzieniem Darryl opowiedział mi zabawną historię, która mu się przydarzyła. Otóż od czasu do czasu Darryl chodzi do pobliskiego hotelu, żeby skorzystać z toalety. Któregoś dnia, zbliżając się do hotelu zauważył sporą grupę panów w czarnych garniturach kręcących się przed wejściem. Pokazali mu nawet gdzie ma przywiązać psa. Wracając z toalety, kiedy wysiadł z windy zauważył, że z sąsiedniej windy wysiadł nasz premier, Harper. Premier wyszedł z hotelu jednymi drzwiami, a Darryl w sekundę po nim drugimi. I wtedy, ku swojemu przerażeniu, zobaczył, że Harper z wyciągniętą ręką zmierza do przywiązanego psa, najwyraźniej z zamiarem pogłaskania go. Darryl zaczął krzyczeć i biec w kierunku psa, ale okazało się, że za późno. Premier dotknął psa, który złapał zębami za jego rękę. I w tym momencie ochroniarze wycelowali w Muffiego kilka pistoletów. Na szczęście nie strzelili, bo Darryl zdążył dobiec, wytłumaczyć premierowi, że tego psa nie wolno głaskać. Premier przeprosił, ochrona schowała pistolety. Ale co się strachu najadł to jego.

Codziennie Darryl przemierza na piechotę ok. 10 km, aby dotrzeć na swoje miejsce pod ścianą. To jest jego praca.  Jak mi zdradził, nawet się do tej pracy odpowiednio ubiera (ma zniszczone ubranie, potargane włosy, brudne ręce). „Ja, proszę pani, nie zawsze tak wyglądam. Jak wracam do domu to biorę prysznic, wkładam porządne ciuchy, czeszę się. Nie poznałaby mnie pani”.  Dla psa zresztą to siedzenie pod murem to też jest praca, którą bardzo poważnie traktuje. „Jak mi się nie chce wstać w poniedziałek rano, to Muff zwala mnie z łóżka, przynosi mi torbę, którą zawsze noszę ze sobą, i jest gotowy do wyjścia. Nigdy tak się nie zachowuje w weekendy, to jest mądry pies i wie, kiedy mamy iść do pracy.”

W zimie Darryl postanowił, że pies jest już za stary na przesiadywanie cały dzień pod ścianą i powinien „przejść na emeryturę”. Urządził nawet uroczyste pożegnanie psa pod swoją ścianą. I nie udało się. Muff odmawia zostawania w domu i nadal towarzyszy Darrylowi, który tylko rozkłada ręce i śmiejąc się mówi „z nim nie wygram”.

Z Darrylem można rozmawiać o wszystkim, o polityce, o książkach, o ludzkich obyczajach. Złościł się ostatnio na tych, jak się wyraził, „gówniarzy”, którzy okupują różne miasta (Ottawę też).  „Niech któryś z nich usiądzie tu na moim miejscu i posiedzi w każdą pogodę. A potem niech idzie do mojego zapluskwionego domu i zrobi sobie kluski z serem, bo tylko na tyle będzie go stać. Wtedy porozmawiamy.”

Darryla znają wszyscy w okolicy. Niedawno jakaś paniusia zaalarmowała policję, że Darryl znęca się nad psem. Rzeczywiście, Darryl pokrzykiwał na psa i ciągnął go na smyczy, bo pies się uparł, że nigdzie nie pójdzie i tylko krzykiem dało się go do czegoś zmusić. Na szczęście wezwanie odebrał policjant, który zna Darryla  i Muffiego i skończyło się na pokiwaniu palcem. Ta pani po prostu nie wiedziała, że Darryl prędzej sam będzie głodny niż oszczędzi na psim jedzeniu, że Muff ma u Darryla w domu osobistą kanapę do spania, że Darryl niedawno kupił psu dobrego wołowego kotleta na urodziny a sam jadł makaron z serem, że niedawno jeden z przechodniów chciał wziąć Darryla na lunch, a Darryl podziękował i poprosił go żeby mu kupił torbę jedzenia dla psa.

****

Napisałam początek tego tekstu już dawno, ale jakoś nie mogłam się zdecydować na jego opublikowanie. Teraz chyba jednak nadszedł czas, bo Darryl jest bardzo chory (chociaż ciągle siedzi pod murem), ale nie wiem jak długo to będzie trwało. Powiedział mi zresztą, że dopóki pies żyje i on będzie żył, ale jak psa zabraknie to życie straci sens.


Od adminki: gdy przygotowywałam ten wpis wczoraj czyli w Wielki Piątek, znalazłam na Facebooku jeszcze jeden tekst na temat „innych” żebraków. Kradnę go, żeby go tu opublikować:

Jacek Dehnel

Albo kiedy w pierwszy naprawdę ciepły wieczór wiosny odprowadzacie przyjaciela na autobus i przy Nowym Świecie podchodzi do was zawiany miejscowy pan pijakożebrak i mówi:
– Chciałem powiedzieć, że Wielkanocy w tym roku nie będzie. Unia Europejska skasowała. Ale będziemy mieli za to drugie Halloween. I po chwili milczenia dodaje:
– Jako przewodnik warszawski pragnę zwrócić uwagę panów na ważny element piękna Warszawy, często w oprowadzaniu pomijany – tu ręką robi teatralny ruch w górę – Księżyc!

Foto: Jacek Dehnel

Pierwsza w tym roku wiosenna pełnia księżyca czyli Wielkanoc.

Opublikowano Małgorzata L. (Kanadyjka), Teresa Rudolf | Otagowano , , | 1 komentarz

Marek Szczurza Śmierć / Markus Rattenschlächter

Tibor Jagielski

punkt widzenia

centurio szczurza śmierć
pisze meldunek
o wniebowstąpieniu

auftrag ausgeführt
verbraucht
kreuze – drei
nägel – ein dutzend
essig – ein eimer
keine besondere vorkommnisse

14 IV 2017


Przypomnijmy. Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata.

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.
(…)
Na mozaikowej posadzce przy fontannie był już przygotowany tron i procurator nie spojrzawszy na nikogo zasiadł na nim i wyciągnął rękę w bok. Sekretarz z uszanowaniem złożył w jego dłoni kawałek pergaminu. Procurator, nie zdoławszy opanować bolesnego grymasu, kątem oka pobieżnie przejrzał tekst, zwrócił sekretarzowi pergamin, powiedział z trudem:
– Podsądny z Galilei?
(…)
Procuratorowi skurcz wykrzywił policzek. Powiedział cicho:
– Wprowadźcie oskarżonego.
Natychmiast dwóch legionistów wprowadziło między kolumny z ogrodowego placyku dwudziestosiedmioletniego człowieka i przywiodło go przed tron procuratora. Człowiek ów odziany był w stary, rozdarty, błękitny chiton. Na głowie miał biały zawój przewiązany wokół rzemykiem, ręce związano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, w kąciku ust miał zdartą skórę i zaschłą krew. Patrzył na procuratora z lękliwą ciekawością. Tamten milczał przez chwilę, potem cicho zapytał po aramejsku:
– Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni?
Procurator siedział niczym wykuty z kamienia i tylko jego wargi poruszały się ledwie zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu. Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco ku przodowi i począł mówić:
– Człowieku dobry. Uwierz mi…
Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu:
– Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. – Po czym równie beznamiętnie dodał:
– Centurion Szczurza Śmierć, do mnie!
Wszystkim się wydało, że zapada mrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego żołnierza legionu i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce.
Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie:
– Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go.
Wszyscy prócz nieruchomego procuratora odprowadzali spojrzeniami Marka Szczurzą Śmierć, który skinął na aresztanta, każąc mu iść za sobą. Szczurzą Śmierć w ogóle zawsze wszyscy odprowadzali spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawiał, tak niecodziennego był wzrostu, a ci, którzy widzieli go po raz pierwszy, patrzyli nań z tego także powodu, że twarz centuriona była potwornie zeszpecona – nos jego strzaskało niegdyś uderzenie germańskiej maczugi.
Ciężkie buciory Marka załomotały po mozaice, związany poszedł za nim bezgłośnie, pod kolumnadą zapanowało milczenie, słychać było gruchanie gołębi na ogrodowym placyku nie opodal balkonu, a także wodę śpiewającą w fontannie dziwaczną i miłą piosenkę.
Procurator nagle zapragnął wstać, podstawić skroń pod strugę wody i pozostać już w tej pozycji. Wiedział jednak, że i to nie przyniesie mu ulgi.
Szczurza Śmierć spod kolumnady wyprowadził aresztowanego do ogrodu, wziął bicz z rąk legionisty, który stał u stóp brązowego posągu, zamachnął się od niechcenia i uderzył aresztowanego po ramionach. Ruch centuriona był lekki i niedbały, ale związany człowiek natychmiast zwalił się na ziemię, jakby mu ktoś podciął nogi, zachłysnął się powietrzem, krew uciekła mu z twarzy, a jego oczy stały się puste.
Marek lewą ręką lekko poderwał leżącego w powietrze, jakby to był pusty worek, postawił go na nogi, powiedział przez nos, kalecząc aramejskie słowa:
– Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć?
Aresztowany zachwiał się, ale przemógł słabość, krew znów krążyła, odetchnął głęboko i ochryple powiedział:
– Zrozumiałem cię. Nie bij mnie.
Po chwili znowu stał przed procuratorem.
(…)
– Powiedz mi, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
– Wszystkich – odpowiedział więzień. – Na świecie nie ma złych ludzi.
– Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale, być może, za mało znam życie!…  Czy wyczytałeś to w którejś z greckich ksiąg?
– Nie, sam do tego doszedłem.
– I tego nauczasz?
– Tak.
– A na przykład centurion Marek, którego nazywają Szczurzą Śmiercią, czy on także jest dobrym człowiekiem?
– Tak – odparł więzień. – Co prawda, jest to człowiek nieszczęśliwy. Od czasu, kiedy dobrzy ludzie go okaleczyli, stał się okrutny i nieczuły. Ciekawe, kto też tak go zeszpecił?
– Chętnie cię o tym poinformuję – powiedział Piłat – ponieważ byłem przy tym obecny. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak gończe na niedźwiedzia. Germanie wpili mu się w kark, w ręce, w nogi. Manipuł piechoty wpadł w zasadzkę i gdyby nie to, że turma jazdy, która dowodziłem, przedarła się ze skrzydła, nie miałbyś, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurzą Śmiercią. To było w czasie bitwy pod Idistaviso, w Dolinie Dziewic.
– Jestem pewien – zamyśliwszy się powiedział więzień – że gdyby ktoś z nim porozmawiał, zmieniłby się z pewnością.
– Sądzę – powiedział Piłat – że legat legionu nie byłby rad, gdyby ci wpadło do głowy porozmawiać z którymś z jego oficerów czy żołnierzy. Zresztą nie dojdzie do tego, na szczęście, i już ja będę pierwszym, który się o to zatroszczy.
(…)
Przez chwilę ciszę panującą na tarasie zakłócał tylko śpiew wody w fontannie. Piłat patrzył, jak nad rzygaczem fontanny wydyma się miseczka uczyniona z wody, jak odłamują się jej krawędzie i strumykami spadają w dół.
Pierwszy zaczął mówić więzień:
– Widzę, że to, o czym mówiłem z tym młodzieńcem z Kiriatu, stało się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam takie przeczucie, hegemonie, że temu młodzieńcowi stanie się coś złego, i bardzo mi go żal.
– Myślę – odpowiedział procurator z dziwnym uśmiechem – że istnieje ktoś jeszcze, nad kim mógłbyś się bardziej użalić niż nad Juda z Kiriatu, ktoś, czyj los będzie znacznie gorszy niż los Judy! …A więc Marek Szczurza Śmierć, zimny i pozbawiony skrupułów kat, i ci ludzie, którzy, jak widzę – tu procurator wskazał zmasakrowaną twarz Jeszui – bili cię za twoje proroctwa, i rozbójnicy Dismos i Gestas, którzy wraz ze swoimi kamratami zabili czterech moich żołnierzy, i ten brudny zdrajca Juda wreszcie – wszystko to są więc ludzie dobrzy?
– Tak – odpowiedział więzień.
– I nastanie królestwo prawdy?
– Nastanie, hegemonie – z przekonaniem odparł Jeszua.
– Ono nigdy nie nastanie – nieoczekiwanie zaczął krzyczeć Piłat, a krzyczał głosem tak strasznym, że Jeszua aż się cofnął. Takim głosem przed wieloma laty w Dolinie Dziewic wołał Piłat do swoich jezdnych: “Rąb ich! Rąb ich! Olbrzym Szczurza Śmierć jest otoczony!”
Jeszcze podniósł zdarty od wywrzaskiwania komend głos, wykrzykiwał słowa tak, aby usłyszano je w ogrodzie:
– Łotrze! Łotrze! Łotrze!
A potem ściszył głos i zapytał:
– Jeszua Ha–Nocri, czy wierzysz w jakichkolwiek bogów?
– Jest jeden Bóg – odpowiedział Jeszua – i w niego wierzę.
– Więc się do niego pomódl! Módl się najgoręcej, jak umiesz! A zresztą… – głos Piłata pękł nagle –nic ci to nie pomoże.
(…)
W chwilę później stanął przed procuratorem Marek Szczurza Śmierć. Procurator polecił mu przekazać więźnia komendantowi tajnej służby, a zarazem powtórzyć komendantowi polecenie procuratora, by Jeszua Ha–Nocri nie kontaktował się z innymi skazanymi, a także, by ludziom z tajnej służby wydać obwarowany surowymi karami zakaz rozmawiania o czymkolwiek z Jeszuą i udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek jego pytania.
Marek dał znak, eskorta otoczyła Jeszuę i wyprowadziła go z tarasu.
(…)
Po czym stanął przed procuratorem urodziwy jasnobrody młodzieniec. W grzebieniu hełmu miał orle pióra, na jego piersiach połyskiwały złote pyski lwów, pochwa jego miecza okuta była złotymi blaszkami, miał sznurowane aż po kolana buty na potrójnej podeszwie, na lewe ramię narzucił purpurowy płaszcz. Był to legat, dowódca legionu.
Procurator zapytał go, gdzie się obecnie znajduje kohorta z Sebaste. Legat oznajmił, że sebastyjczycy tworzą kordon na placu przed hipodromem, tam gdzie zostanie zakomunikowany ludowi wyrok na oskarżonych. Wówczas procurator polecił legatowi wydzielić dwie centurie z rzymskiej kohorty. Jedna z nich pod dowództwem Szczurzej Śmierci będzie eskortowała skazanych, wozy ze sprzętem potrzebnym do kaźni i oprawców w drodze na Nagą Górę, a kiedy już tam przybędzie, ma się przyłączyć do kordonu ochraniającego jej szczyt.
Drugą nie zwlekając należy posłać na Nagą Górę, niech utworzy kordon już teraz.
(…)
Piechota rzymska w drugim kordonie cierpiała bardziej jeszcze niż Syryjczycy. Centurion Szczurza Śmierć pozwolił żołnierzom na to jedynie, by zdjęli hełmy i nakryli głowy białymi, zmoczonymi w wodzie chustami, żołnierze musieli jednak stać nie wypuszczając włóczni z rąk. On sam, z taką samą, nie zmoczoną jednak, lecz suchą chustą na głowie, przechadzał się nieopodal grupki oprawców nie zdjąwszy nawet z tuniki przypinanych srebrnych lwich pysków, nie odpiąwszy nagolenników, nie odpasawszy miecza ani krótkiego sztyletu. Słońce biło wprost w centuriona, nie przyczyniając mu najmniejszej krzywdy, na lwie pyski zaś nie sposób było spojrzeć – palił oczy oślepiający blask srebra, które jak gdyby kipiało na słońcu. Na pokiereszowanej twarzy Szczurzej Śmierci nie widać było ani znużenia, ani niezadowolenia i wydawało się, że olbrzymi centurion może tak chodzić przez cały dzień, przez całą noc i przez jeszcze jeden dzień, tak długo, słowem, jak długo będzie to potrzebne. Może chodzić ciągle tak samo, wsparłszy dłonie na ciężkim, nabijanym miedzianymi blachami pasie, nieodmiennie surowo spoglądając to na słupy z traconymi, to na legionistów w kordonie, nieodmiennie obojętnie odrzucając szpicem kosmatej skórzni wybielone przez czas ludzkie kości albo małe kamienie, które znalazły się na jego drodze.
(…)
…w piątej godzinie męczarni zbójców wspinał się na szczyt dowódca kohorty – wraz z ordynansem przygalopował z Jeruszalaim. Na skinienie Szczurzej Śmierci rozstąpił się łańcuch żołnierzy i centurion oddał honory trybunowi. Ten odprowadził Szczurzą Śmierć na bok i coś mu szepnął. Centurion zasalutował po raz drugi i poszedł w kierunku grupki oprawców, którzy rozsiedli się na kamieniach u podnóża słupów. (…) Szczurza Śmierć spojrzał z obrzydzeniem na brudne szmaty leżące na ziemi koło słupów, łachmany, które do niedawna stanowiły odzież przestępców, a którymi wzgardzili oprawcy, odwołał dwu oprawców i rzucił im rozkaz: – Za mną!

(…)
Procurator nie miał ochoty wchodzić do pałacu. Polecił, aby mu przygotowano posłanie pod kolumnadą. Legł na przygotowanym łożu, ale sen nie nadszedł. Nagi księżyc wisiał wysoko na czystym niebie i procurator patrzył weń przez kilka godzin.
Mniej więcej o północy sen użalił się wreszcie nad procuratorem. Ziewnąwszy spazmatycznie rozpiął i zrzucił płaszcz, zdjął przepasujący tunikę rzemień ze stalowym krótkim sztyletem w pochwie, położył go na stojącym obok łoża tronie, zdjął sandały i wyciągnął się. (…) Łoże znajdowało się w półmroku, kolumna osłaniała je przed księżycem, ale od wiodących na taras schodów do posłania ciągnęło się księżycowe pasmo. Procurator, skoro tylko stracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością, zaraz ruszył po owej jaśniejącej ścieżce i poszedł nią ku górze, wprost w księżyc. Aż się roześmiał przez sen, uszczęśliwiony, że tak piękne i niepowtarzalne było wszystko na tej przejrzystej niebieskiej drodze (…), obok kroczył wędrowny filozof. Dyskutowali o czymś nader ważnym i niezmiernie skomplikowanym i żaden z nich nie mógł przekonać drugiego. Nie mieli żadnych wspólnych poglądów, co czyniło ich dyskusję szczególnie interesującą i sprawiało, że mogła się ona ciągnąć w nieskończoność. Dzisiejsza kaźń, oczywista, okazała się jedynie zwykłym nieporozumieniem; filozof, który wymyślił coś tak niepomiernie niedorzecznego jak to, że wszyscy ludzie są dobrzy, szedł tuż obok, a zatem żył. Wolnego czasu mieli, ile dusza zapragnie, a burza miała nadciągnąć dopiero pod wieczór, tchórzostwo natomiast należy bez wątpienia do najstraszliwszych ułomności człowieka. Dowodził tego Jeszua Ha–Nocri.
– O, nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!
– Oto, na przykład, nie stchórzyłeś, obecny procuratorze prowincji Judea, a ówczesny trybunie legionu wtedy, tam, w Dolinie Dziewic, kiedy tak niewiele brakowało, żeby rozwścieczeni Germanie zagryźli olbrzyma Szczurzą Śmierć?
– Ale zechciej mi
wybaczyć, filozofie! Czyżbyś ty, tak rozumny, mógł przypuścić, że z powodu człowieka, który popełnił przestępstwo przeciw cezarowi, procurator Judei zaprzepaści swoją karierę?
– Tak, tak… – jęczał i szlochał przez sen Piłat.
– Teraz zawsze będziemy razem – mówił doń we śnie obdarty filozof–włóczęga, który, nie wiedzieć w jaki sposób, stanął na drodze Jeźdźca Złotej Włóczni – gdzie jeden, tam i drugi! Kiedy wspomną mnie, równocześnie wspomną ciebie! Mnie, podrzutka, syna nieznanych rodziców, i ciebie, syna króla–astronoma i młynarzówny, pięknej Pilli.
– Tak, zechciej o mnie pamiętać, wspomnij o mnie, o synu astronoma – prosił we śnie Piłat. I spostrzegłszy we śnie skinienie idącego obok niego nędzarza z En Sarid, skinienie, które było zapewnieniem, surowy procurator Judei z radości śmiał się i płakał przez sen.
Wszystko to było bardzo piękne, ale tym żałośniejsze było przebudzenie hegemona. Pies zawył do księżyca i urwała się przed procuratorem śliska, jak gdyby wymoszczona oliwą błękitna droga. Otworzył oczy, a jego zbolałe źrenice zaczęły szukać księżyca i spostrzegł, że księżyc odpłynął nieco na bok i stał się srebrzystszy. Blask miesiąca silniejszy był niż nieprzyjemne, niespokojne światło igrające na tarasie tuż przed oczyma.
W dłoniach centuriona Szczurzej Śmierci pełgała i kopciła pochodnia. (…) Osłaniając się dłonią przed płomieniem, procurator ciągnął:
– I w nocy, i przy księżycu nie zaznam spokoju!… O, bogowie!… Ty, Marku, także masz podła służbę, żołnierzy czynisz kalekami…
Marek patrzył na procuratora z nieopisanym zdumieniem i procurator opamiętał się. Aby zatrzeć wrażenie niepotrzebnych słów, słów, które wypowiedział budząc się, procurator rzekł:
– Nie gniewaj się, centurionie. Moja rola, powtarzam, jest jeszcze gorsza. Czego chcesz?
– Przyszedł komendant tajnej służby – spokojnie zakomunikował Marek.
– Proś, proś – powiedział procurator (…).
Afraniusz wyjął spod chlamidy sakiewkę, zapieczętowaną dwoma pieczęciami, całą w zakrzepłej krwi.
– Ten oto woreczek z pieniędzmi mordercy podrzucili w domu arcykapłana. Krew na tym woreczku – to krew Judy z Kiriatu.
– Ciekawe, ile tam jest? – pochylając się nad sakiewką zapytał Piłat.
– Trzydzieści tetradrachm.
Procurator uśmiechnął się i powiedział:
– Nie jest to wiele.

Opublikowano Tibor Jagielski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Hat Jesus die Kreuzigung überlebt? Czy Jezus przeżył ukrzyżowanie?

Reblog                                                                                                            Tekst po polsku poniżej

Rudolf Neumaier

Hat Jesus die Kreuzigung überlebt?

Ja, behauptet Johannes Fried in seinem Buch „Kein Tod auf Golgatha”. Mehr noch: Jesus ist entkommen. Wahrscheinlich als Gärtner.Schlummern in einer Essig-Narkose? „Der tote Christus”, gemalt von Philippe de Champaigne im Jahr 1674. (Foto: Erich Lessing/akg-images)

Wenn man die Bibel mit den Augen eines Unfallchirurgen betrachtet, liest sie sich gleich anders. Der Patient hängt an einem Kreuz, er hat gebrochene Rippen und innere Verletzungen. Ein Gemisch aus Blut und Wundwasser sammelt sich im Brustkorb. Die Lunge bekommt die verbrauchte Luft mit eigener Kraft kaum noch aus dem Körper. Der Erstickungstod droht. Doch vorher fällt der Patient in Ohnmacht. Heute würde man ihm einen Intubationsschlauch in die Luftröhre rammen, in jener Zeit ist die Medizintechnik noch nicht so weit. Doch der Mann am Kreuz hat Glück. Ein römischer Soldat sticht ihm den Speer zwischen die Rippen, ein Gemisch aus Blut und Wasser entweicht der Brust. Der Patient überlebt. Er heißt Jesus von Nazareth.

Sucht man nach Büchern mit dem Titel „Jesus lebt”, bekommt man allein bei der Suchmaschine der Bayerischen Staatsbibliothek 31 Treffer. Johannes Fried hat sich für einen etwas sperrigeren Titel entschieden: „Kein Tod auf Golgatha” (Verlag C.H. Beck, 189 Seiten, 19,95 Euro), das klingt nach brisanter Enthüllung. Fried, 76, ist, so der Untertitel, „Auf der Suche nach dem überlebenden Jesus” – als Wissenschaftler, nicht als Glaubenspilger. Über Jahrzehnte hinweg hat dieser Mittelalterhistoriker die europäische Geschichtswissenschaft geprägt. Dass er nun seine angestammte Disziplin stehen lässt und sich auf eine Exkursion in die Bibelexegese, die antike Philologie und sogar in die Medizin begibt, ist kühn. Wer sich mit Jesu Tod beschäftigt, nähert sich unweigerlich dem Feld von Verschwörungstheoretikern und Ufo-Experten. Vor ein paar hundert Jahren wäre man für solche Traktate verbannt, verbrannt oder zumindest exkommuniziert worden. „Die Suche nach Wahrheit”, raunt Fried im Vorwort, „ist immer gefährlich.” Ob ein renommierter Verlag wie C.H. Beck für dieses Buchprojekt den gleichen Mut aufgebracht hätte, wenn dieser Autor ein Nobody wäre?

Der Lanzenstich des römischen Soldaten könnte wie eine Pleurapunktion gewirkt haben

Johannes Fried geht von einer Studie aus, die ihm eher zufällig in die Hände fiel und sich mit dem Gekreuzigten auseinandersetzte: „Die Auferstehung Christi aus medizinischer Sicht”, erschienen vor fünf Jahren im Fachorgan Biologie in unserer Zeit mit einem Umfang von kaum fünf Seiten. In der Zusammenfassung des Beitrages heißt es: „Der Lanzenstich des römischen Soldaten wirkte möglicherweise wie eine erfolgreiche Pleurapunktion und rettete Jesus das Leben.” Sogleich machte sich Fried bei einem Pathophysiologen und einem Molekularbiologen kundig. Neutestamentler aus der theologischen Fakultät fragte er offenbar nicht.

Aus der katholischen Wissenschaft ist nun schon erster Widerspruch zu Frieds Jesus-Buch eingelegt worden. Thomas Söding, Ordinarius für Neues Testament in Bochum, meldete erhebliche Zweifel an Frieds Kompetenz an und bezeichnete seine Ausführungen in einem Gespräch mit der Katholischen Nachrichtenagentur als „Nonsens” sowie als „luftige Konstruktion, die keiner wissenschaftlichen Prüfung standhält”.

Mit solchen Reaktionen muss Fried gerechnet haben. Er räumt selber ein, dass er sich auf Glatteis begebe. Seine Geschichte ist schnell zusammengefasst: Jesus, der den zelotischen Untergrundkämpfern gegen die römischen Besatzer nahesteht, überlebt die Kreuzigung durch den lebensrettenden Stich des römischen Kriegsknechtes. Dass die Soldaten ihn für tot gehalten haben, liegt für ihn auf der Hand. Schließlich hatten sie ihm der Bibel zufolge Essig verabreicht, als er dürstete. Essig wiederum könne eine flache Atmung in Gang halten und die Hyperkapnie zähmen – beim Fachausdruck für den Kohlendioxid-Anstieg in der Lunge könnte der Pathophysiologe konsultiert worden sein. Freunde betten ihn ins Grab. In der folgenden Nacht wacht Jesus aus der Essig-Narkose auf. Männer in weißen Gewändern, wahrscheinlich Essener, holen ihn ab und päppeln ihn auf. Diese Männer gehen dann als Engel in die Bibel ein. Am Morgen danach ist das Grab leer. Jesus sieht zu, dass er nicht erkannt wird. „Wie alle Mitwisser seines Überlebens”, schreibt Fried,muss er sich vor der römischen Besatzungsmacht und den jüdischen Gegnern schützen. Er entkommt. Wahrscheinlich als Gärtner.

Das Joch der römischen Besatzer ist hart. Das Befreierwesen hat Konjunktur, hier ein Messias, dort ein Messias – und alle verkünden Rettung. Da kommen Jesu Anhänger auf eine Idee: Mit einer Geschichte, wie er sie zu bieten hat, kann kein anderer Messias aufwarten: mit dem Überleben des Todes – mit der Auferstehung aus dem Grab. Diese übernatürliche Deutung, die Jahre später bei den ersten Christenverfolgungen zum Tragen kommt, macht aus der Bewegung eine Religion. „Dieser Glaube gewann zuletzt die Oberhand über die Realität.”

Johannes Fried unterfüttert seine Indizien für Jesu Überleben mit Lakonie: „Auch Rippenbrüche heilen”, stellt er fest, und „atmen kann man mit einem Lungenflügel”. Am Ende starb Jesus „irgendwann und irgendwo in der Fremde”. Bisweilen streut Fried ein, bei seinen Überlegungen handle es sich um ein rein hypothetisches „Indizienensemble”. Damit die Geschichte in Fahrt kommt, verwendet er aber doch lieber das Indikativ. An dem im Johannes-Evangelium geschilderten Pleuraerguss „führt kein Weg vorbei”. Johannes hält er für den zuverlässigsten der vier Evangelisten, deswegen stützt er sich auf ihn. Ein wackliges Fundament. Für die Theologen gelten gerade die anderen drei Evangelien als die besseren historischen Quellen. Für Thomas Söding etwa ist es „völlig unvorstellbar”, wie Jesus Folter und Kreuzigung überlebt haben könnte.

Was man jetzt glauben soll? Alles. Oder nichts. Denn alles bleibt offen und nichts ist sicher. Das war schon immer so mit dem Glauben.


Artykuł po niemiecku został napisany przez dziennikarza poważnej gazety i jest napisany składnie – w oparciu o badania naukowca cytowanego z imienia i nazwiska autor opisuje powrót do życia osoby skazanej na karę śmierci przez ukrzyżowanie.  Polski artykuł jak znalazłam na ten temat jest znacznie gorszy, miesza tezy, zaczyna myśli i ich nie kończy, opiera się na niepotwierdzonych przypuszczeniach, których, jak się okazuje na końcu tekstu, wcale nie zamierzał potwierdzać.

Hipoteza, że Jezus nie umarł na krzyżu
ze strony archiwum tajemnic

Jezus z Nazaretu zwany Synem Bożym według przekazu biblijnego zbawił ludzkość za cenę własnego życia. Na całym świecie Chrystus znany jest jako założyciel i główna postać chrześcijaństwa. W ostatnim czasie pojawiły się teorie badaczy, którzy uważają, że Jezus nie umarł na krzyżu.

O tym, że Jezus istniał naprawdę, wiemy z wielu źródeł pisemnych, dzieł sztuki czy legend. Historycy w większości zgadzają się, że Jezus naprawdę istniał. Spory odnośnie życia Jezusa pojawiają się jeśli chodzi o jego działalność. Według Biblii Chrystus czynił cuda z woli Bożej. Dzięki swojej nadzwyczajnej mocy potrafił uzdrawiać chorych, rozmnażać jedzenie czy wskrzeszać zmarłych.

Wszystkie ewangelie są zgodne co do tego, że Jezus został zabity na krzyżu w Jerozolimie w Święto Paschy. Do egzekucji doszło na podstawie rozkazu rzymskiego namiestnika Poncjusza Piłata. Według przekazu zawartego w Piśmie Świętym taką decyzje wymusili na nim Żydzi, którzy wyśmiewali się z Jezusa i z tego, że jest on zapowiedzianym Mesjaszem.

W książce Jezus nie umarł na krzyżu czeski pisarz Piotr Vokacz pisze: W gruncie rzeczy ukrzyżowanie nie miało na celu zamordowanie Jezusa, ale torturowanie przed śmiercią. Rozpostarte ramiona ukrzyżowanego przybite były do belki, a nogi opierały się o mniejszy kawałek belki. Waga wiszącego ciała utrudniała oddychanie. Ukrzyżowany musiał cały czas unosić ciało do góry, aby zmniejszyć napięcie w klatce piersiowej.
W końcu nadszedł moment wyczerpania i to był początek końca. Umarł w wyniku uduszenia. Męczarnie te mogły trwać nawet kilka dni.
Jednak Chrystus nie cierpiał tak długo, jakby się można tego spodziewać. Od przybicia Jezusa do krzyża do momentu jego śmierci upływa od 3 do 6 godzin – tak sugeruje przekaz biblijny. Naukowcy uważają, że śmierć w wyniku ukrzyżowania nie może mieć miejsca w tak krótkim czasie. Normalny człowiek potrzebowałby co najmniej 24 godzin, by skonać na krzyżu. W przeszłości zdarzało się, że w podobny sposób ludzie umierali na krzyżu nawet 10 dni, tak twierdzi Amerykańska Organizacja Mayo Clinic.

Hipoteza badaczy, że Jezus mógł przeżyć swoje ukrzyżowanie, wzbudza wielkie oburzenie. Jak tłumaczą naukowcy przemawia za tym kilka faktów. Ostatecznym potwierdzeniem śmierci Jezusa ma być przebicie jego boku włócznią przez setnika rzymskiego Longina. Czyn ten zakończył życie Chrystusa. Z rany po przebiciu wypłynęła z boku krew i woda. Według lekarzy woda mogła być wydzieliną z jamy brzusznej. Znaczyło by to, że rana zadana przez Longina była jedynie powierzchowna i mogła tym samym być bezpośrednią przyczyną śmierci Jezusa. Według nich Jezus mógł w tym czasie jeszcze żyć, i tylko wydawał się martwy.

Spekuluje się, że całe ukrzyżowanie mogło być wyreżyserowaną inscenizacją przeprowadzoną przez spiskowców z otoczenia Jezusa. Wszystko dokonane było w tajnej współpracy z jego zwolennikami, którzy uczestniczyli w szeregach wroga. Na korzyść tej hipotezy przemawia kilka różnic w stosunku do innych przypadków ukrzyżowań. Na przykład nie połamano Jezusowi nóg na krzyżu. Była to zazwyczaj rutynowa procedura podczas ukrzyżowań. Złamanie nóg miało na celu uniemożliwienie skazańcowi podnoszenia się w celu zebrania powietrza, co powodowało zator płucny i w konsekwencji uduszenie.

Kolejna teoria jest związana z postacią Józefa z Arymatei, który był członkiem Sanhendrynu instytucji sądowniczej, która skazała Jezusa na śmierć. Dennis Price autor książki Zagubione lata Jezusa pisze, że Józef był ukrytym uczniem Jezusa. Autor pisze: Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, ale ukrywał się z tym przed Żydami, prosił Piłata o jego ciało. Piłat kazał mu wydać ciało Jezusa. Oczywiste było to, że oficjalnym uczniom Jezusa nie wydano by jego ciała. Podejrzewano by, że snują plany, jak wyreżyserować zmartwychwstanie. Józef z Arymatei nie był w gronie podejrzanych. Następnie ciało Jezusa przetransportowano do zupełnie nowego grobowca, który wybudował Józef z Arymatei. Badaczom udało się stwierdzić, że Józef nie miał żadnej rodziny. Zastanawiające jest to dlaczego inwestował w grób. Według innego pisarza Vladimira Liszki: Grób, do którego złożono ciało Jezusa, był wybudowany celowo. Była to skrytka, gdzie miał się dokonać największy cud w historii – zmartwychwstanie. Prawo żydowskie zakazywało wierzącym kontaktu z ciałem zmarłego w przeddzień Paschy, jednak niektórzy nie zważali na ten zakaz. Jest to bardzo zastanawiające i według Liszki sugeruje to, że Jezus wcale nie był martwy.

W Koranie czytamy: Uwierzyliśmy, że zabito Jezusa Mesjasza, Syna Marii, posłańca Bożego. Jednak oni go nie zabili, ani nie ukrzyżowali, tylko im się wydawało. 

Ciężko uwierzyć w te wszystkie hipotezy, które mają na celu zasianie ziarna wątpliwości. Przed narodzeniem Jezusa było wielu samozwańców, którzy uważali siebie za przepowiedzianego Mesjasza. Ich imiona jednak zostały zapomniane. Na świecie nawraca się miliony osób, które głoszą swoje świadectwa, że ukazał im się Jezus Chrystus. Podczas śmierci klinicznych wiele osób uważa, że „po drugiej stronie” spotkały Chrystusa. Warto dodać, że Chrystus nie jest zwykłą postacią historyczną, od jego narodzin liczy się nową erę. Okres taki może zapoczątkować jedynie przez przełomowe wydarzenie w dziejach. Czy zwykły człowiek mógłby zwieść niemal cały świat? Wiadomo, że książki odnośnie tajemnego życia Jezusa zawsze wzbudzają zainteresowanie. Niestety przekaz zawarty w owych książkach nie ukazuje żadnej prawdy, a ich autorom zależy jedynie na wzbudzeniu jak największej taniej sensacji i dużym zarobku.

 

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , | 1 komentarz

Ein junger Soldat

Ewa Maria Slaska

Ich habe ihn vorher nie gesehen, obwohl ich mindestens Tausend mal über diese Straße in Schöneberg gegangen und in der Kirche nebenan Hundertmal gewesen bin. Hauptstraße 47 in Schöneberg, evangelische Paul-Gerhardt-Kirche. Der Patron (1607-1676) war ein lutherischer Theologe und gilt als einer der bedeutendsten deutschsprachigen Kirchenlieddichter.

***

Ein junger Soldat steht am Rand des Kirchenensambles, allein, schön und ausgesprochen menschlich, traurig ist er, weist keine Spur von Überheblichkeit, Arroganz, Standesdünkel auf.

Ich kampfe mich durch zu der Tafel an der Kirchenmauer, um zu lesen, wer er ist. Ich glaube nämlich, er ist wer, kein Symbol, sondern ein Mensch mit Namen, Adresse und Geburtsdatum.

Die Tafel ist versteckt hinterm Busch, man kann sich nicht durchboxen, um sie zu lesen. Auf dem Foto ist es genausowenig zu erkennen. Eines ist klar – es ist doch ein symbolisches Denkmal. Für die Soldaten des Ersten und des Zweiten Weltkrieges.

Ich schaffe es auch nicht, ihm näher zu kommen, so nah, dass ich sein Gesicht fotografieren könnte.

Wer war er?

Wie immer, es braucht ein wenig Geschick, um diese Frage zu beantworten.

In Wikipedia finde ich zuerst Infos über die Kirche: Die Paul-Gerhardt-Kirche steht direkt neben der barocken Dorfkirche Schöneberg und bildet mit weiteren Gemeindebauten ein grosses Bauensemble. Die ursprüngliche Kirche wurde 1910 vom Architekten Friedrich Schultze entworfen und war eine der wenigen reinen Jugendstil­kirchen in Berlin. Aufgrund ihres markanten runden Turmes verpasste ihr der Volksmund den Namen „Thermoskanne“. Die Bildhauerarbeiten führte der Künstler Robert Schirmer aus Berlin aus.

Die Kirche wurde im Zweiten Weltkrieg beschädigt, der Turm hatte seinen Kuppelhelm verloren, blieb jedoch ansonsten intakt und bestimmte noch bis in die späten 1950er Jahre die Silhouette von Schöneberg. Dann wurde die Kirche 1958-1962 nach Entwürfen von Hermann Fehling, Daniel Gogel und Peter Pfankuch neu gebaut. Seit 1995 steht sie unter Denkmalschutz.

Nach ziemlich langen Suchen finde ich den Text auf den Tafel:

UNSEREN GEFALLENEN KAMERADEN
1914 – 1918        1939 – 1945
KYFFHÄUSERBUND
BERLIN

Der Kyffhäuserbund, ein deutscher Soldatenbund, wurde 1900 gegründet.

Das Denkmal in Schöneberg wurde nach 1920 von einem (später) Nazi-Bildhauer, Hermann Hosaeus gefertigt.

Er schuf mehr als 50 Soldaten-Skulpturen und galt in der Weimarer Republik als Hauptschöpfer der Kriegerdenkmälern. Er schrieb auch ein Dekalog für Bildhauern, die ein Kriegerdenkmal zu gestalten haben. Erster Gebot lautete: Du wirst keine Heldenhaine entwerfen. Als künstlericher Berater des Kyffhäuserbundes bestimmte er massgebend die Zahl und das Aussehen der deutschen Memorials.

Interessant finde ich jedoch, dass die anderen Soldatenfiguren von Hosaeus genauso sind, wie ich meinte, dass es die Denkmäler sind – pathetisch, bombastisch, strengschauend, arrogant, agressiv, später auch muster-arisch… Sehr kriegerisch, halt. Nur der eine ist anders.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Notatnik niespiesznego cyklisty (2)

Mal Content

czyli
Z dziennika tetryka

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Jadę i myślę: „Ciekawe, kiedy znów trafi się coś godnego Dziennika tetryka?”

Wykrakałem. Polanka. I uroczy ensemble: wejdzie taki łowczy na ambonę, spojrzy na kwitnące drzewko, może się nawet rozrzewni jego pięknem, zapewne wyprodukuje refleksję, że oto kolejną wiosnę los pozwolił mu oglądać. Następnie oko zawiesi na celowniku, palec położy na spuście. I na zimno, dla przyjemności… Bo przecież nie
z potrzeby.

Niegdyś, przemyśliwując (nomen omen) to zjawisko, starałem się wykazać otwartość, wysłuchać argumentów, nie skreślać pochopnie. Nie udało się. Zabijania dla rozrywki wytłumaczyć się nie da, cała zaś hubertusowska męsko-szlachecko-junacka (a czasem nawet patriotyczna!) otoczka odstręcza okrucieństwem oraz, w sumie, infantylizmem. Nie zamierzam korzystać z żadnej oferty serwowanej przez specjalistów od eschatologii. Każda ma jakiś feler. Taka na przykład teoria reinkarnacji. Zakłada, że bytowanie ludzkie jest wyższe od zwierzęcego. Nie powiedziałbym. Zwierzę nie zabija dla relaksu. Ale załóżmy, że krąg wcieleń – sansara – się toczy, niezależnie od moich na nią poglądów. Może przeto chociaż taki myśliwy, jako okrutnik, wcieli się w przyszłym życiu w niższą formę płowej zwierzyny i odczuje przedśmiertny strach wobec innego nemroda, kierującego ku niemu lufę swego sztucera?

Ech, marzenie o sprawiedliwości! Jedno z najbardziej szkodliwych złudzeń. Zamiast kręgu wcieleń wolę kręgi rowerowych kół. I, praktykujący mięsożerca, mknę dalej przez las, tłumiąc gorycz hipokryzji.


PS.
Zdjęcia są, jako się już rzekło w uprzednim wpisie, gównianej jakości, ale tak to już będzie na stałe, bo biorę ze sobą na przejażdżki tylko smartfona.

Opublikowano Mal Content | Otagowano | Dodaj komentarz

Barataria 112 Don Quijote der Polen, Deutschen und Rumänen

Im Februar ging ich zur Berliner Buchpremiere des neuen Romans von Matthias Nawrat, Der traurige Gast (Rowohlt 2019).  Das ist er, der Erzähler, der zwar nicht mit dem Autor identisch ist, aber ihm so nah steht, wie der neurastenische Marcel in Auf der Suche nach verlorener Zeit dem Marcel Proust selbst steht. Ein in Polen geborener Schriftsteller, der mit den Eltern und dem Bruder irgendwann in der Kindheit nach Deutschland ausgewandert (West Deutschland wohl bemerkt) und dann, schon alleine, aus dem Westen nach Berlin gezogen ist… Er ist dieser trauriger Gast, der nur kommt, hört, und geht, beobachtet und aufschreibt, den so oft Unmut oder gar Ärger befallen, wenn er weg geht, oder dass er weg geht, gehen muss, gehen will und ein oder zwei mal gar gegangen wird.

Ab der Seite 158 kommt eine Episode, in der er den Don Quichotte trifft.

Er war gerade bei einer gewissen Tecla Martin zu einer privaten Lesung. Und gerade ist sehr zeitnah, irgendwann im Jahre 2018…

Als sich die Wohnung nach der Lesung leerte, blieb eine Gruppe von Leuten in der Sofaecke im Arbeitszimmer sitzend und schien sich gerade als ich den Raum betrat, heftig zu streiten.

Ich setzte mich in einem Sessel. Der Streit war abgeklungen, und der Mann direkt neben mir, der um die fünfzig sein musste, fragte mich, mit wie viel Jahren ich Deutsch gelernt hätte.

Siehst du!, rief er einem anderen zu, nachdem ich geantwortet hatte. Wir haben hier schon seit Jahren die Diskussion, ob man eine Sprache so gut wie eine Muttersprache erlernen kann. Dieser Idiot behauptet, dass das nicht geht, nur weil er selbst, obwohl er in Rumänien aufgewachsen ist und es seine Schulsprache war, Rumänisch spricht wie ein Mann mit gebrochenen Beinen.

Wie spricht denn ein Mann mit gebrochenen Beinen Rumänisch? fragte der andere. Er war schlank und wirkte nobel und irgendwie bescheiden.

Wie ein Idiot eben, sagte der andere, der kräftig war und sich breitbeinig zurücklehnte.

Ich habe ohnehin nur mit geschriebener Sprache zu tun, sagte der Schlanke. Er erhob sich und beugte sich über den Tisch und gab mir eine weiche, schmale Hand. Ich heiße Hermann, sagte er. Ich bin, sagte er, Übersetzer von, leider, nur Handbücher und Reiseführern. Früher habe ich Gedichte übersetzt. Kennen Sie Mircea Kammerer? Den zu übersetzen habe ich zum beispiel die große Ehre gehabt. Er hat Rumänisch geschrieben. Aber er sprach auch Deutsch. Er stammte aus demselben Dorf im Banat wie ich und hat mit mir in Bukarest studiert.

Die beiden streiten immer, du musst nichts drauf geben, sagte eine Frau, die sich als Karoline vorstellte.

Wir streiten nicht, wir diskutieren, sagte der Kräftige. Auch er gab mir die Hand und stellte sich als Eli vor.

Ich sage immer, dass man seine Vergangenheit nicht verschweigen soll, sagte er. Ich habe mein halber Leben darunter gelitten, dass ich Deutsch sprach. Die zweite Hälfte über habe ich unter meinem rumänischen Akzent gelitten. Aber heute ist mir alles egal. Ich erzähle heute auch jedem, dass mein Vater Nazi war und gejubelt hat, als Wehrmacht nach Kronstadt kam. ich habe sogar ein Hörspiel darüber gemacht. Ich bin Schauspieler, ich habe schon an jedem Theater in Europa gespielt. Ich weiß, wo es welche Tabus gibt, aber es ist mir egal. Du bist, was du bist, weil du kommst, woher du kommst. Und irgendwann musses dir egal sein, du musst irgendwann lernen, darauf zu scheißen. ich bin fünfzig, ich rauche täglich dreißig Zigaretten, ich gehe spät schlafen, ich suche mir Regisseure, mit denen ich arbeiten will, aus, und wenn ich jemand verlogen finde, dann kann er mich mal. Und wenn ich einen Akzent habe, dann habe ich einen Akzent.
Dein Akzent ist herrlich, Eli, sagte Karoline.
Du bist halt ein Sachse aus dem 12. Jahrhundert, sagte Tecla.
Dann bin ich eben das, na und?, sagte Eli. Wenigstens bin ich kein Banater wie unser Akademiker hier, der weder Rumänisch noch Deutsch noch Ungarisch kann, weil er nur zu Hause herumsitzt.
Ich bin doch hier, sagte Hermann.
Wir sind alle hier, sagte Eli. Erklär lieber noch mal, was der Unterschied zwischen dem Banater Deutsch und dem Siebenbürgener Deutsch  ist, wenn sie angeblich so unterschiedlich sind.
Sie sind vollkommen unterschiedlich.
Und trotzdem sitzen wir hier und unterhalten uns, oder? Ich mache demnächst ein Ein-Mann-Stück über dich. Mit dem Titel Der Übersetzer. Es wird darin um einen einsamen Don Quichotte gehen, der die Sprachen retten will und deshalb täglich zu hause sitzt, damit sein Dialekt ihm nicht verloren geht.
Ich übersetze Reiseführer.
Ja eben.

Und so weiter…

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Oczy

Anna Dobrzyńska

Pod zamkniętymi oczami

Świat zwalnia ociężale,

Powoli się odsuwa,

Wycisza , łagodnieje,

Niebieski Anioł czuwa,

Materia leniwieje,

Zastyga ciepła lawa,

Formują się marzenia,

To już jest sen czy jawa?

Świat staje się ciaśniejszy,

Przytula ciepłem, puchem,

Powietrze błogość wzmaga,

I pieści swym podmuchem,

Tu serce przestrzeń mierzy,

Tu bliscy są nam bliżsi,

Tu prawda się wyłania,

Tu ludzie są prawdziwsi.

Opublikowano Anna Dobrzyńska | Otagowano , | 2 Komentarze

Sto lat Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Studiowałam na tym uniwersytecie w latach 1968 – 1974. Nazywaliśmy go zawsze tylko trzema literami UAM. Uniwersytet imienia Adama Mickiewicza. To mój tekst przygotowany na dzisiejszy zjazd etnografów.

 

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania archeolożki i pisarki o studiowaniu etnografii

Zaczęłam studiować etnografię na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu w roku 1968. Miałam już za sobą pierwszy, nieudany (z mojego punktu widzenia) rok studiów na polonistyce, a na etnografię zdawałam, żeby zwiększyć sobie szanse dostania się na archeologię. Wszyscy tak robili. Etnografia i archeologia były kierunkami małymi, nabór odbywał się co drugi rok. Za to dwa pierwsze lata studiów były wspólne i dlatego uważało się, że było i będzie dość łatwo przenieść się z jednego kierunku na drugi. W roku 1968 w Poznaniu zdawać można było tylko na etnografię. Gdybym się nie dostała, miałam jeszcze ponowną szansę zdawania już bezpośrednio na archeologię w roku następnym.
A studiować mogłam tylko w Poznaniu, bo tak życzyli sobie rodzice. Byłam uważana za mądrą, ale nieposłuszną i nieobowiązkową. Zbyt bujne życie studenckie w takiej na przykład Warszawie nie mogło mi posłużyć. Potrzebowałam uczelni i miasta, gdzie miało być… nudno, bo to gwarantowało, że jakoś te studia skończę. Natomiast nikt nie przejmował się faktem, że było 10 kandydatów na jedno miejsce. Zawsze byłam dobrą uczennicą, zawsze dostawałam dobre stopnie i dobrze zdawałam egzaminy.

Tymczasem podczas egzaminu pisemnego z historii przydarzyły się dwie rzeczy, które mnie zdeprymowały i pozwoliły przypuszczać, że zapewne wcale się na te studia nie dostanę.

Historię pisaliśmy w wielkiej auli. Siedzieliśmy tam my, stu kandydatów na studia etnograficzne, siedzieli też studenci wielu innych kierunków. Ławkę poniżej, nieco po lewej zajmował wysoki szczupły pryszczaty facet z gęsą grzywą ciemnoblond włosów. Perorował o tym, że żeby zdać na etnografię, trzeba już coś wiedzieć na temat kultury ludowej Polski. Chłopak nagle obrócił się w moją stronę, błysnęły bystre oczy za dużymi szkłami okularów.

– Co wiesz o Łemkach? – zapytał.

Nie odpowiedziałam, bo co miałam odpowiedzieć. Nic nie wiedziałam. Patrzyłam na chłopaka z nabożnym podziwem. Nawet nie słyszałam tego słowa. Teraz to wydaje się nieprawdopodobne, ale była głęboka komuna, mieliśmy właśnie za sobą rozruchy marcowe, które przeorały nasz świat na nowo, w zakamarkach PRL „nowe” i „inne” zaczynało podnosić głowę, rodził się podskórny bunt i dopiero on miał nam przynieść wiedzę o wielu sprawach, o których nigdy przedtem nie słyszeliśmy, w tym również o Akcji „Wisła” i brutalnym wysiedleniu Łemków. Ale latem 1968 roku jeszcze nic nie wiedziałam, oprócz tego, że był Marzec i że była to sprawa polityczna. Akurat byłam wtedy w Warszawie i wiedziałam dość dobrze, co się działo. Ale o polityce jako takiej, o historii politycznej Polski, Europy i świata nic nie wiedziałam. Przyznaję, że słowo Katyń też usłyszałam po raz pierwszy dopiero w Poznaniu. Przyjechałam zielona jak niedojrzałe jabłko. Moja rodzina, jak każda rodzina w Polsce, oczywiście wiedziała wszystko o tych wszystkich sprawach, wyznawała jednak zasadę, że dzieciom się o niczym nie mówi. Musiałam mieć kompletnie zdetonowaną minę, bo chłopak przyjrzał mi się łaskawiej, podał mi rękę i powiedział:

– Cześć, jestem Zbyszek. Zbigniew Gierszewski.
Przedstawiłam się.
– Ewa Bogucka.
– Skąd jesteś?
– Z Gdańska.
– U was pewnie nie ma Łemków, u nas są.

Nie był to jednak koniec moich nieszczęść.

Przygotowałam sobie bowiem, ucząc się do egzaminu, zeszyt, w którym zapisałam najważniejsze tezy z historii średniowiecza. Chciałam je przerzucić przed egzaminem. Wyobraziłam sobie, oczywiście bez sensu, że ci co zdają na archeologię i etnografię, zostaną zapytani o ten właśnie okres. Ponieważ jednak rozmawiałam ze Zbyszkiem, nawet nie zajrzałam do notatek.

Przyznaję, że nie pamiętam, jakie były pytania, wiem jednak, że nic z tego, co zapisałam nie mogło mi się do niczego przydać. To mnie zapewne uratowało. Bo w pewnym momencie dobiegł do mnie jeden z młodych asystentów, którzy przechadzali się po sali i pilnowali, żeby nie ściągać i nie podpowiadać. Myślę, że zobaczył z góry mój zeszyt, wrzucony niedbale pod pulpit. Dopadł do mnie, wyciągnął ten nieszczęsny zeszyt, rzucił okiem na kartę egzaminacyjną, zrobił odpowiednią notatkę na zeszycie, zabrał go i odszedł, mówiąc, że będzie mnie to kosztowało miejsce na studiach.

Zmartwiałam, ale nieugięcie pisałam dalej. Moje tatarskie dziedzictwo nie pozwala ustępować nawet w obliczu sił wyższych i przeważających.

Dostałam się i Zbyszek też się dostał. Zaprzyjaźniliśmy się. Ale oczywiście była to taka przyjaźń między chłopakiem a dziewczyną, czyli nie do końca „prawdziwa”. On miał Tadzia Kubiaka i to był jego najlepszy przyjaciel. Ja zaprzyjaźniłam się z Ewą Marią Slaską. Był pierwszy dzień na studiach. Stałyśmy koło siebie podczas przerwy, patrzyłyśmy przez okno.
– Zostajesz na etnografii, czy przenosisz się na archeologię? – zapytała Ewa.
– Przenoszę się – odpowiedziałam.
– Ja też.

Nie wiedziałyśmy tego, ale właśnie rozpoczęłyśmy znajomość, która miała stać się przyjaźnią, tak ważną, że określi kiedyś nasze życie i potrwa do śmierci. Ja zostanę żoną brata Ewy. Od tej pory obie będziemy się nazywały tak samo: Ewa Maria Slaska. Marek Slaski, brat Ewy, i ja wyjedziemy do Gdańska, gdzie urodzi się nam syn. Matka obojga, chcąc być bliżej syna i wnuka, sprzeda mieszkanie w Poznaniu i kupi inne w Trójmieście. Obie przeprowadzą się więc do Sopotu. Ewa zacznie pracę w firmie założonej przez mojego znajomego. Zakochają się w sobie, urodzi im się syn. My wyprowadzimy się do Berlina. Ewa zostanie w Sopocie. Jej syn ma 10 lat, gdy Ewę zaatakuje rak, gdy syn będzie miał lat 20, Ewa umrze. Mój syn mieszka w Berlinie i ma syna. Syn Ewy mieszka w Gdańsku i ma córkę.

Tego wszystkiego by nie było, gdybyśmy z Ewą, paląc papierosy, nie przeprowadziły tej jednej krótkiej rozmowy. Była to zresztą rozmowa zarozumiała, przynajmniej z mojej strony. Ewa była córką młodo zmarłego i świetnie zapowiadającego się archeologa, Jacka Slaskiego. W owym czasie Ewa Slaska, córka Jacka, miała zapewne zapewnione miejsce na archeologii. Ewa Bogucka nie. Ale podzieliłyśmy tę skórę na niedźwiedziu.

Muszę tu chyba jeszcze coś napisać na temat tego naukowca, który przyłapał mnie na ściąganiu, mimo że nie ściągałam. Przepuścił mnie jednak, co zapisałam mu na korzyść. Mimo to nie pamiętam, jak się nazywał, a szkoda, bo był potem naszym wykładowcą historii i opowiedział nam niezwykłą i do dziś (a może właśnie dziś) spychaną na margines teorię, jak to było z tą „odwieczną wrogością polsko-niemiecką”. We wczesnym średniowieczu i Polska, i Niemcy toczyły ciężkie walki ze słowianami nadodrzańskimi, przede wszystkim Weletami i Obodrzytami. Dopiero niemiecka historiografia narodowa uznała wszystkich Słowian za Polaków – odwiecznych nieprzyjaciół Rzeszy, i podobnie historycy polscy uprościli zapisy kronikarskie, uznając, że kto na Zachodzie walczył przeciwko polskim władcom, Mieszkowi i Chrobremu, był złym Niemcem.

Jestem bardzo wdzięczna temu zapomnianemu przeze mnie historykowi, bo to on właśnie nauczył mnie, że wszystkie teorie (humanistyczne na pewno, ale również i inne) można podważyć, a jak można, to należy to robić, nie oglądając się na panującą ideologię (były, przypominam, czasy głębokiej Komuny!) i własny interes.

Lubiłam etnografię i dziś często zastanawiam się nad tym, dlaczego w ogóle przeniosłam się jednak z etnografii na archeologię. Niewykluczone, że dlatego iż tak to sobie postanowiłam kiedyś, gdy miałam lat 15 i czytałam książkę o odkryciach archeologicznych. Nie pamiętam, co to za była za książka, ale na pewno nie był to Kosidowski, który w moim pokoleniu odpowiadał niemal za wszystkie „powołania archeologiczne”.

Książka była zaczytana, na drodze życia postradała obwolutę i wyglądała jak wszystkie książki popularno-naukowe w połowie lat 60 – miała szarą płócienną okładkę i żółtawy papier. Był w niej rozdział o zatopionym mieście Wineta. Czytałam go na jachcie, który akurat stał w porcie. Było zimno, więc i Mama, która leżała na sąsiedniej koi, i ja leżałyśmy przykryte po brodę śpiworami.

– Chciałabym to studiować – powiedziałam.
– Archeologię – powiedziała Mama.

No i tak zostało.

Archeologia też była ciekawa i to bardzo, choć traciła przy bliższym poznaniu, bo zamieniała się w pedantyczne zapisywanie skorup, ozdób i narzędzi. Nawet opisywanie nie było tak ważne jak zapisywanie. Podczas kilkumiesięcznej praktyki w Muzeum Archeologicznym w Gdańsku poznałam jeszcze jedną formę pisma archeologicznego – pisanie numerów na obiekcie. Było to moje codzienne i całodzienne zajęcie. Przez osiem godzin pisałam piórkiem i tuszem numery na skorupach średniowiecznych. Dlatego na studiach wybrałam epokę kamienia – był to czas, że ludzie jeszcze nie wytwarzali ceramiki, a zatem nie było skorup. Nie przewidziałam, że na każdym artefakcie krzemiennym też trzeba napisać numer.

Pracowałam zaledwie dwa lata jako archeolożka i nigdy jako etnografka, a jednak przez całe życie byłam bardzo zadowolona, że właśnie te dwa kierunki studiowałam. Cenię archeologię i etnografię za to samo – za to, że zmusiła mnie do zajęcia się wszystkimi aspektami życia. Układ trawienny i budowa skał, księga i wychodek, złoto, glina i popioły, królowie i żebracy… Bez przerwy z tego korzystam, jako pisarka, dziennikarka i blogerka… Na studiach nauczyłam się, że dobrze jest wiedzieć. I że trzeba wiedzieć jak najwięcej, bo wszystko może się kiedyś przydać, wiedza o tym, kim był Tlaloc i o tym, jak na Polesiu wrzucało się do wielkiej beczki odpadki jedzenia. Tak powstawała sałamacha, ostatnia deska ratunku umierającego wieśniaka w okresie głodu. Dobrze było wiedzieć, jak człowiek stawał się człowiekiem, jak zaczynał mówić, jak patrzył w gwiazdy, jak uczył się tkać i lepić garnki. Jak stworzył pismo, księgę, gazetę i bloga. Czyli jak mi dał zajęcie na całe życie.


6 stycznia 2019 roku rzeszowska Gazeta Wyborcza podała, że od 1 stycznia przestało działać Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przyznało zbyt niską kwotę wsparcia i muzeum odmówiło jej przyjęcia.

– W przeszłości wspierał nas urząd gminy, mówi Bohdan Gocz, założyciel muzeum. Przez jakiś czas byliśmy też oddziałem Muzeum Okręgowego w Krośnie. Od dziesięciu lat toczymy walkę o przetrwanie. W 2017 roku musieliśmy ograniczyć dni otwarcia muzeum, bo dotacja była o wiele niższa niż potrzeby. Poza sezonem otwieraliśmy muzeum już tylko w weekendy.  W 2018 roku zrezygnowaliśmy z dotacji na muzealne święta, prosząc by wolno nam było użyć tych pieniędzy na zwykłą działalność muzeum. Ale teraz doszliśmy do ściany i nie wiem, co dalej będzie – przyznaje.

Muzeum utrzymuje się z pieniędzy, które otrzymuje z MSWiA. W tym roku ubiegało się o 53 tys. zł, ale otrzymało 33 tys. zł. Członkowie Towarzystwa na rzecz Rozwoju Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej, które prowadzi muzeum, uznali, że taka kwota nie wystarczy na obsługę ruchu turystycznego oraz prowadzenie bieżącej działalności.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 1 komentarz

12 kwietnia o godzinie 12 w Warszawie

odbędzie się msza żałobna w kościele świętej Katarzyny, a potem pogrzeb na cmentarzu Stary Służew w Warszawie.

Pożegnamy Marię Cast-Ciechomską czyli Marlenę lub Marylę.

Posłuchajmy o 12 muzyki, którą na śmierć królowej Marii napisał angielski kompozytor Henry Purcell (1659-1595)

Do widzenia, Królowo Mario!

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 1 komentarz