Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (4)

Zbigniew Milewicz

Thai znaczy wolny

thaj4-archŻycie i śmierć, syjamskie rodzeństwo, jedno bez drugiego nie może istnieć. Kiedy lecę z Monachium do Bangkoku, na lotnisku w Doha, gdzie mamy przesiadkę, telewizja pokazuje w newsach zamach na rosyjskiego ambasadora w Ankarze. Otwiera w galerii sztuki wystawę p.t. Rosja oczami Turków i ginie zastrzelony przez przez tureckiego policjanta, w odwecie za Aleppo; zamachowiec nie był na służbie, chwilę później zostaje zneutralizowany, czyli także zabity, przez interweniujących kolegów, którzy są na służbie.Kiedy oglądam telewizyjne wiadomości w hostelu w Bangkoku i później w Pattayi, śmierć pojawia się m.in. w obrazach z lokalnych wypadków drogowych. Pokazują bez retuszu zmiażdżone pojazdy i zwłoki ofiar, dużo zbliżeń, więc dobrze się zastanawiam przy wyborze przewoźników i pilnuję się przy przechodzeniu przez ulicę. Kiedy wydaje mi się, że jakoś opanowałem tę sztukę, los szyderczo puszcza do mnie oko. Zwiedzam most Ramy VIII nad stołeczną rzeką Chao Phraya i w drodze powrotnej do hostelu nieomal potrąca mnie młoda kobieta na motorowerze. Przechodzę przez jezdnię, ona nagle wyjeżdża zza zakrętu, nie widzi mnie, bo rozmawia przez komórkę, na tylnym siodełku siedzi mała dziewczynka. Instynktownie daję susa do przodu, szczęśliwie nikt tamtym pasem wtedy nie jedzie ; dopiero, kiedy mam ją z tyłu, za plecami, zauważa mnie, krzyczy histerycznie. Na szczęście nic się nie stało, w przeciwnym razie co najmniej zepsułaby mi urlop. Idę oblać to wydarzenie do pobliskiej, chińskiej kawiarni, oczywiście wodą, noworodków nie chrzci się piwem. Podobne zdarzenie przeżywam w Pattayi, kiedy jakiś mój rówieśnik – motocyklista znienacka cofa na chodniku przy wypożyczalni motorów. W ostatniej chwili uskakuję przed białym bęcwałem, rewanżując mu się jedynym brzydkim słowem po angielsku, które znam, ten mamrocze jakieś sorry, ale nie miej tu człowieku szybkiego refleksu.

thajcin

W chińskiej kawiarni na ścianach wiszą stare portrety chyba rodziców, albo dziadków obecnych właścicieli lokalu. To zamiłowanie do tradycji podkreślają stylowe, teakowe meble, ozdoby z laki i porcelany, wiekowy zegar. Klientela w kawiarni też przeważnie chińska, trudno mi odgadnąć, kto turysta, a kto mieszka w Bangkoku. Turystów z Państwa Środka na ulicach sporo, w ich kraju rozpoczynają się akurat jakieś ferie i kiedy wyjadę do Pattayi, Chińczycy opanują cały hostel, ale są i chińscy Tajowie, widziałem, byłem z Sharpem w ich Chinatown na smacznej kolacji.

thaj4-chin

Pierwsi emigranci z Chin napłynęli do Syjamu w połowie XIX w., kiedy kraj ten otworzył się na handlowe kontakty najpierw z wiktoriańską Anglią, a następnie z innymi krajami Zachodu, co stworzyło nowe miejsca pracy. Tajowie nie mieli smykałki do interesów, przybysze przeciwnie, zasymilowali się z miejscową ludnością, pokazali, że są utalentowanymi kupcami, pośrednikami, urzędnikami. Powstały nowe chińsko-tajskie elity, Syjam wkroczył na drogę modernizacji, nie tracąc jednocześnie więzi z historycznymi korzeniami, ze swoją kulturą i religią. Utarł w ten sposób nosa Holendrom, którzy chcieli skolonizować ten kraj. Słowo Thai znaczy wolny. Syjam nigdy nie był kolonią i miejscowi często to podkreślają. Reformy rozpoczął król Mongkut, kontynuowali je jego następcy, monarchowie Chulalongkorn, Vajiravudh i Prajadhipok. Zniesiono niewolnictwo, zreformowano prawo, administrację i system społeczny, wprowadzono obowiązek powszechnego nauczania. Współczesna Tajlandia ma jednak najwięcej do zawdzięczenia królowi Ramie IX.Zanim o nim trochę opowiem, oddam głos dr Marii Ochwat, specjalistce w zakresie sytuacji politycznej w Azji Południowo-Wschodniej i autorce książki pt. „Systemy konstytucyjne Tajlandii, Malezji i Singapuru”:

Tajlandia jest monarchią konstytucyjną, dziedziczną. Monarcha jest głową państwa, a jednocześnie zarówno organem władzy ustawodawczej, jak i wykonawczej. Odgrywa on znaczącą rolę w systemie politycznym państwa, choć nierzadko podkreśla się, że „król nie rządzi, a panuje”. W praktyce monarcha pełni przede wszystkim funkcje reprezentacyjne i ceremonialne, jednakże należy zauważyć, że jego władza w rzeczywistości znacznie wykracza poza to, co zostało określone w konstytucji. Wystarczy przypomnieć wydarzenia z 1992 roku, kiedy to monarcha (król Bhumibol Adulyadej, Rama IX – przyp. Z.M.) powierzył stanowisko premiera Anandowi Panyarchunowi, którego kandydatura nie cieszyła się poparciem większości parlamentarnej. Monarcha interweniował również w kwietniu 2006 roku w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów. W późniejszym okresie, kiedy na ulicach Bangkoku doszło do starć pomiędzy dwoma wrogimi obozami politycznymi, wezwał uczestników do natychmiastowego zaniechania walk i jak można przypuszczać – te natychmiast ustały. Można zatem śmiało stwierdzić, że monarcha jest ostatecznym arbitrem decyzji politycznych w sytuacjach kryzysowych, a tym samym podstawowym źródłem legitymizacji narodowej. Monarcha nie wyznacza polityki samodzielnie, raczej pomaga tworzyć plan działania państwa, zwłaszcza za sprawą swoich corocznych urodzinowych przemówień i aktywnie działa na rzecz rozwoju politycznego, w dużej mierze poprzez swoich pełnomocników. Pomaga także określić naturę rządów koalicyjnych, czuwa nad promowaniem określonych osób i komentuje życie polityczne. W społeczeństwie Tajlandii władza monarsza traktowana jest jako coś oczywistego i bezdyskusyjnego. Władca jest otoczony kultem, co oznacza, że w żaden sposób nie można go narażać na jakiekolwiek niebezpieczeństwo czy to poprzez oskarżenia, czy działania – jest nawet chroniony przed krytyką. Monarcha jest buddystą, ale jednocześnie gwarantem swobody religijnej, zwierzchnikiem sił zbrojnych, nadaje tytuły i przyznaje odznaczenia. Co więcej – ma on prawo odmówić podpisania danego projektu ustawy i przesłać go ponownie do parlamentu w celu ponownego przedyskutowania.

thaj4-krol Podobizny króla Ramy IX są obecne wszędzie

Zasiadał na tronie przez ponad 70 lat, był najdłużej panującym monarchą na świecie. Urodził się w Stanach Zjednoczonych, w Cambridge, wychował w Szwajcarii. Jako trzecie z kolei dziecko nie był typowany na przyszłego króla, tron objął po niespodziewanej i do dziś niewyjaśnionej śmierci swojego brata, 9 czerwca 1946 r. Był człowiekiem wykształconym, intelektualistą z artystyczną duszą. Marzył o karierze saksofonisty, uwielbiał jazz i fotografię, studiował w Europie, m.in. literaturę francuską i łacinę. Człowiek spokojny, zrównoważony, pogodny, bardzo zaangażowany w pracę charytatywną, głównie na rzecz ekologii i ochrony środowiska. Przez cały okres jego rządów pozycja króla nie była kwestionowana ani podważana, a władza konstytucyjna, którą sprawował, poza drobnymi poprawkami, na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nie uległa zmianie. Społeczeństwo bardzo liczyło się z jego zdaniem. Imię ceremonialne monarchy brzmiało: „Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona” – Phrabat Somdej Phra Paramindra Maha Bhumibol Adulyadej Mahitaladhibet Ramadhibodi Chakrinarubodindara Sayamindaradhiraj Boromanatbophit.

thaj4-rzek

Widok z mostu Ramy VIII na Chao Phraya

Kiedy 13 października ubiegłego roku, po długiej chorobie zmarł w wieku 88 lat, Tajlandia pogrążyła się w smutku. Została ogłoszona roczna żałoba narodowa, odwołano w tym czasie wszystkie większe imprezy rozrywkowe. Podobiznę Ramy IX z żałobnymi emblematami widać wszędzie – na ulicach, w sklepach, barach, hotelach, zdobi ściany prywatnych mieszkań i budynków publicznych, znaleźć ją można w miejskich slumsach i na dziesiątkach ołtarzy rozstawionych wzdłuż ulic Bangkoku; widnieje na wszystkich tajskich banknotach i monetach. Obraza królewskiego majestatu tak w przeszłości, jak i obecnie uznawana jest w tym kraju za zbrodnię i grożą za nią wieloletnie kary pozbawienia wolności, w warunkach, przy których podobno nawet tureckie więzienia wydają się być luksusowymi pensjonatami. A że łatwo zostać o nią posądzonym, wszystkie przewodniki po Tajlandii odradzają turystom nawet najbardziej niewinne żarty na temat monarchy i jego symboli władzy.Ignorancja może drożej kosztować. Wolfgang z Kolonii, jedyny Niemiec, z którym w Pattayi przed powrotem do Europy uciąłem sobie krótką rozmowę, opowiadał mi o pewnym Angliku zabitym w biały dzień w jednym z barów, za znieważenie tajskiego banknotu. Był pijany, sprawców samosądu było kilku, po zlinczowaniu Anglika wyszli z lokalu, policji nie udało się ustalić ich tożsamości.Królowi w Tajlandii oddaje się niemal boską cześć, mamy tu do czynienia z niewątpliwym kultem jednostki, ale Rama IX ciężko pracował na swoją popularność. Podróże po całym kraju, tysiące spotkań z poddanymi, a przede wszystkim jego czujna obecność we wszystkich ważnych momentach tajskiej, współczesnej historii, sprawiły, że stał się kimś w rodzaju ojca narodu (jego urodziny są jednocześnie dniem ojca w tym kraju), postacią jednoczącą zwaśnionych rodaków, przynoszącą otuchę i spokój w burzliwych czasach. W minionym stuleciu Tajlandią wstrząsały liczne przewroty polityczne, zamachy stanu, potężne demonstracje. Gdy jednak sytuacja wymykała się spod kontroli na scenę wychodził król, nakazywał spokój i wszystko znowu wracało do stanu względnej równowagi; kiedy w czasie protestów w 2010 roku zabrakło jego interwencji, ulice Bangkoku spłynęły krwią.

Król chętnie poświęcał wolny czas na rozmyślania, wynikły z nich liczne koncepcje gospodarcze, programy wspierajcie rolnictwo i wyrównujące szanse dla najuboższych; w międzyczasie też Rama IX dorobił się jednego z czołowych miejsc w rankingu najbogatszych polityków świata, publikowanym przez magazyn Forbes. Wszyscy moi rozmówcy podkreślają jednak zgodnie, że nie wynosił się ze swoimi bogactwami ponad naród, że był skromny. Pewnie i za to też go ludzie kochają. Kiedy o nim mówią, często mają łzy w oczach, wielu na ubraniach nosi czarne, żałobne kokardki. W Bangkoku, w weekend zbierają się na placach i w miejskich amfiteatrach, aby wspólnie śpiewać na cześć zmarłego żałobne pieśni, ubrani w uroczyste, czarno-białe stroje. Z boku uwijają się fryzjerzy, strzygą za darmo wszystkich chętnych uczestników ceremonii, żeby schludnie się prezentowali, a wolontariusze rozdają zimne napoje.To nie są oczywiście spontaniczne uroczystości, organizują je władze Bangkoku, na telebimach pokazują Ramę IX w różnych okresach jego życia, często w asyście pięknej małżonki i dzieci. Sirikit Kitiyakara, zanim została królową, była uzdolnioną pianistką, zakochaną w utworach Fryderyka Chopina. Jej dzień urodzin jest w Tajlandii jednocześnie dniem matki. Król i królowa prowadzili przykładne życie rodzinne, bez skandali i to też ludzie ciepło wspominają.

thaj4-dzie

Turystki z Państwa Środka na ulicach Bangkoku

Tajlandia jest krajem wyjątkowo niestabilnym politycznie, od 1932 roku, a więc od chwili gdy przestała być monarchią absolutną, państwem rządzą na przemian władze wojskowe i cywilne. Od maja 2014 roku władzę ponownie sprawuje wojsko; rodzi się więc pytanie, jakim królem okaże się 63-letni Maha Vajiralongkorn, jedyny syn zmarłego, który większość swojego życia spędził w Niemczech i jest dziesiątym władcą z dynastii Chakri, panującej od 1782 r. Rama X cieszy się dużo mniejszą popularnością niż jego ojciec, niewiele o nim wiadomo, poza tym, że ma stopień generała, wykształcenie wojskowe, które zdobył w Australii oraz ekscentryczne maniery, że trzykrotnie się rozwodził i jest ojcem siedmiorga dzieci. W ostatnich latach często zastępował ojca podczas oficjalnych uroczystości, ale rzadko zabierał głos. Tajlandii potrzebny jest z pewnością monarcha światły, podobny osobowością do króla Bhumibola, dyplomata, a przy tym dobry strateg i mediator. Czy taki właśnie będzie Rama X, czas pokaże.

P.S. Życie i śmierć, syjamskie rodzeństwo… 26 grudnia pokazują w telewizyjnych newsach, wydobywanie z morza czarnych skrzynek, po katastrofie rosyjskiego samolotu TU-154, z 92 osobami na pokładzie. Tupolew rozbił się zaraz po starcie z lotniska w Soczi, nikt nie przeżył, wiózł członków popularnego Zespołu Aleksandrowa, którzy mieli dać koncert dla żołnierzy rosyjskich w Syrii.

Opublikowano Zbigniew Milewicz | Otagowano | Dodaj komentarz

Sobota marszowa 2

Krzysztof Nowak

Krzysztof – lat 48, żona ta sama od 23 lat, dzieci coraz starsze – Mateusz 20, Zośka 16.
Na marsz dołączyłem na tydzień – więcej nie dało wytargować urlopu z
domu. Wyruszyłem z Brna i doszedłem do Mistelbach w Austrii – do dziś mam
problemy z lewą nogą , ale mam nadzieję, że do następnego razu się zaleczy.
Poszedłem, bo uważam, że tak trzeba było zrobić. Wielu znajomych się dziwi i nie
rozumie, a ja myślę, że każdy gest, czyn ma jakieś znaczenie dla drugiego
człowieka- mam nadzieję, że pozytywne.
Krzysztof

knmarsz-8 knmarsz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gospodarz nie zdążył przed zimą ściągnąć skarpetek z płotu / Ufff . Austria

knmarsz-1Moja nowa koleżanka :). Mam nadzieję że wiele jeszcze przed nami

knmarsz-2

Drugie śniadanie koło klasztoru z XI wieku (oczywiście po przebudowach)

knmarsz-6Śniadanie przed szkołą w której spaliśmy- na dworze -8 stopni C

knmarsz-3 knmarsz-4 knmarsz-5 Śnieg, mgła, śnieg, mgła i tak cały dzień

knmarsz-7Andreas, ja i Robin – przyjemne chwile

Opublikowano Krzysztof Nowak | Otagowano | Dodaj komentarz

Kartka znaleziona na ulicy czyli sami Żydzi

Ewa Maria Slaska

Wiosenny dzień w Berlinie

Już tu pisałam o kartkach książek znalezionych na ulicy. Były strony niemieckiej powieści o młodym homoseksualiście polskim w czasie wojny – Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka, była kartka z Miasta za rzeką (Die Stadt hinter dem Strom) Hermanna Kassacka, powieści, która przeczuła wojnę, a teraz jest to kartka z Andorry Maxa Frischa.

 

 

 

 

 

 

 

X
Ciekawe, że wszystkie trzy książki dotyczą wojny i wszystkie są zapisem niemieckich doświadczeń wojennych, nawet jeśli ich bohaterami są Andorrczycy czy Polak. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich powieści, które wcale niełatwo było rozpoznać po jednej stroniczce, znalezienie tytułu tym razem okazało się najłatwiejsze pod słońcem. Wpisałam do wyszukiwarki Google’a słowa przeczytane na pogniecionej karteczce: Andorra, Jud i Andri, i natychmiast pojawił się tytuł sztuki teatralnej Frischa. Andorra została po raz pierwszy wystawiona w Zurychu w roku 1961. Akcja toczy się w nieistniejącym kraju, który nie ma nic wspólnego z realnym państwem w Pirenejach. Krytycy uważają, że literacka Andorra Frischa to Szwajcaria lub, ewentualnie, Niemcy.  Jej głównym tematem jest antysemityzm w hitlerowskich Niemczech. Andri, uważany za Żyda, mimo że w istocie nim nie jest, nieustannie doświadcza krytyki za swoje pochodzenie, również na tych dwóch stroniczkach, które dziś znalazłam na ulicy i przeczytałam w metrze.  Ale dopiero z Wikipedii dowiem się, że chłopak, im bardziej się go prześladuje, tym bardziej obstaje przy swoim żydostwie i że zostanie zabity za to, że jest Żydem.

dwiestrandora

Z informacji w Google’u wynika, że sztuka nie została przetłumaczona na polski, co trochę zaskakuje, bo zalicza się ją do najważniejszych powojennych sztuk teatralnych w krajach niemieckojęzycznych.

***

Kartkę z Andorry znalazłam na ulicy w minioną środę i była to nadzwyczaj „żydowska” środa. Najpierw przez całe przedpołudnie borykałam się z korektą książki, sagi polsko-żydowskiej, po czym wyszłam z domu, znalazłam kartkę, poszłam do kawiarni Katulki, gdzie wybrałam sobie stolik przy półce z książkami. Wśród książek po polsku, niemiecku i włosku (Katulki to polsko-włoska kooperatywa gastronomiczna, ale też coś do jedzenia, choć nie wiem co; na fanpagu kawiarni znalazłam nawet zdanie, że kto nie jadł katulek, nic nie wie o życiu!) leżała sobie ta oto tabliczka:

samizydzi-ulica-szeroka

Jak się uparcie poszuka, to znajdzie się też wyjaśnienie, co to takiego ta katulka? Otóż pieróg.

W Berlinie jest już piękna wiosenna pogoda i Berlinale, „wszyscy” więc wychodzą z domu, spacerują, a potem dzwonią do „wszystkich”, żeby się poumawiać do kina. Dla Polaków najważniejszym filmem tegorocznego Berlinale jest Pokot Agnieszki Holland według scenariusza Olgi Tokarczuk (toż mówię… sami Żydzi dziś, albo ci, co o Żydach piszą), obie pojawiły się na premierze w poniedziałek. Ci, co widzieli film, twierdzą, że świetny, dowcipny i trzymający w napięciu. Dodatkowym argumentem przemawiającym za jego obejrzeniem jest opinia, jaką wydał o nim urzędujący u nas od niedawna pisowski korespondent TVP, niejaki Cezary Gmyz, zwany potocznie „trotylem” (trotyl, no wiecie dlaczego trotyl, prawda?): jest to film, zawyrokował Gmyz,  „głęboko antychrześcijański” i „ekoterrorystyczny”. Czyli koniecznie trzeba iść.

A my tymczasem poszłyśmy z koleżanką na inny film zdecydowanie antychrześcijański – Menashe Joshuy Z Weinsteina, film o Chasydach w Nowym Jorku, ma jeszcze tę dodatkową cechę, że został nakręcony w jidish. Smutny film, o smutnym ciężkim losie, człowieka, który chciałby być wesołym Żydem, takim, co to mu się wszystko udaje, ale jest smutnym nieudacznikiem.

Bardzo to wszystko antychrześcijańskie, na pewno… I w ogóle, ten cały Berlin, sami Żydzi… Tak jak Nowy Jork. Współproducentem filmu była jakaś firma z Wrocławia. Nic nie poradzę, Wrocław też… Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę ten film, który teraz krąży po niemieckich kinach: Wir sind Juden aus Breslau. Mi się ten film niezbyt podobał, wydał mi się bardzo jednostronny, ale w Niemczech zbiera dobre krytyki. Autorzy pokazali 14 sylwetek Żydów z przedwojennego Breslau, wówczas bardzo młodych ludzi lub wręcz dzieci, którzy przeżyli wojnę i uciekli lub wyjechali z Polski, albo jeszcze w czasie wojny albo zaraz po wojnie – niektórzy są w Stanach, wielu w Izraelu, jedna z kobiet osiadła na Lazurowym Wybrzeżu.  Nie ma w filmie ani jednej osoby, która została w Polsce, ani jednego przedwojennego Żyda, który dożyłby w Polsce starości. Pokazani na filmie Żydzi z Wrocławia są „nowi”, nie tylko dlatego, że znaleźli się tu po wojnie, ale po prostu nowi – młodsi, urodzeni wiele lat po wojnie, nic ich nie łączy z tamtymi. Reaktywują kulturę żydowską, co jest w Polsce od dwóch dziesięcioleci bardzo popularne, ale zawsze sobie myślę, gdy widzę takie tendencje i zjawiska w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu, że jest to chwalebna i potrzebna dla zachowania pamięci, ale jednak taka działalność folklorystyczno-muzealnicza. Odbudowuje się synagogi (wrocławską odbudowano nadzwyczaj pięknie), tworzy muzea i dzielnice żydowskie, powstają kawiarnie, restauracje, teatry, mykwy, ale nadal są to dwa odrębne światy i dzieli je przepaść. Nie ma żadnego związku poza słowem Żyd, pomiędzy tamtymi starymi ludźmi, którzy uciekali przed hitlerowcami i nową Polską miłością do Żydów, i nową polską nienawiścią do Żydów. Może tylko strach jest stary.

juden-aus-breslau2

Twórcy filmu, Karin Kaper i Dirk Szuszies, podczas spotkania z publicznością w Kinie Thalia w Poczdamie, luty 2017

 

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | 2 komentarzy

40 i 4

Sprzed kilku lat, a jakby to dziś było, a może nawet bardziej…

Jacek Slaski

Czterdzieści i cztery
Koncepcja książki o powrocie Jezusa Chrystusa do Polski

Jezus ukazuje się 4 kwietnia w licheniu, zostaje 44 dni na świecie, aż 44ego dnia zostaje zabity. I o tym jest ta powieść.

Dramaturgia książki nawiązuje do biblijnej historii jezusa. Czyli najważniejsze zdarzenia muszą zostać wpisane w coś w rodzaju wykresu dramaturgicznego i przełożone na czasy dzisiejsze.

Podstawowym założeniem książki jest pokazania polskiego społeczeństwa które realizuje się sie w religijności ale upadło moralnie.

Polska rzeczywistość musi zostać oddana w książce jak najostrzej

Różne grupy jak PiS, LPR, Samoobrona, polskie media, warszawka, kościół i komuniści grają ważne role.

Do jezusa przyplątuje się jakiś spec do spraw mediów i zostaje jego prawą ręką.

Jezus nie jest zaściankowym hippisem który żył 2 tysiące lat temu, lecz synem boga i jest na bieżąco.

Książka będzie miała 12 rozdziałów, prolog i epilog

Na początku każdego rozdziału będzie przemowa jezusa.

Dalsze elementy książki to wywiady z jezusem oraz rozmowy ludzi na jego temat.

Główna historia toczy się jakby po śladach jezusa w czasie tych 44 dni, czyli opowiada o tym, co on robi i co z nim robią.

Pod sferą religijną będzie jeszcze sfera mistyczna w której dużą rolę odgrywają numerologia i symbolika, co powinno zostać stylistycznie uwzględnione.

PROLOG

Jezus objawia się w licheniu

ROZDZ. 1
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowy dwóch szarych polaków
Szau medialny w warszawie: redakcja nasza tv i redakcja nasza gazeta
Jezus wkracza do konina
Pierwszy cud jezusa
Burmistrz konina wykorkowuje

ROZDZ. 2
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa matki z córką
Pojawia się agent medialny w koninie
Jezus udziela wywiadu
Szał w warszawie trwa
W tle pojawiają się komuniści

ROZDZ. 3
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w knajpie
Kościół reaguje
Jezus wkracza do kalisza
Agent medialny działa dalej
Rozmowa z księdzem-biskupem w kaliszu
LPR organizuje akcje

ROZDZ. 4
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w zakładzie produkcji kaloryferów
Prezydent przylatuje do kalisza
Jezus udziela drugiego wywiadu
Jezus idzie przez kraj od wsi do wsi
Następuje drugi cud
Komuniści spotykają jezusa i jezus im wybacza

ROZDZ. 5
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w sejmie
Komunisci kochają jezusa,
LPR nadal organizuje akcje
Jezus wkracza do łodzi
Agent medialny działa dalej
Kościół zaczyna podważać naukę jezusa
Następuje trzeci cud
Lud jest w stanie szału i szęśliwości

ROZDZ. 6
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch prostytutek
Ekipa filmowa chce nakręcić film dokumentalny o jezusie
Komuniści urządzają uroczystość
Lud jest w szale
Jezus idzie do krakowa, po drodze odwiedza więzienie
Prezydent i premier jadą na drugie spotkanie
Jest afera medialna o prawa do pokazywania drogi jezusa, łapówki
LPR wpada w amok i nie wie co zrobić
Komuchy zamykają drogi, jezus idzie na piechotę a za nim tłum

ROZDZ. 7
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch pisarzy agnostyków w stylu becketta
Jezus udziela wywiadu
Media się nie odzywają, nie wiedzą, co z tym zrobić
Przedsiębiorstwa chcą robić reklamy,
Próba przekupstwa jezusa
Agent medialny podpisuje kontrakty reklamowe
Kościół ogłasza, że jezus to nie jezus
Komuchy atakują kościół
Marsz gejów na cześć jezusa

ROZDZ. 8
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch staruszek w mocherowych beretach
Jezus znika z pola widzenia, nikt nie wie co się z nim dzieje
Lud zaczyna się złościć i wierzyć kościołowi
Komuchy są zdezorientowane
W sejmie alarm
Polska jako kraj nie funkcjonuje: przestępczość rośnie, nikt się nie zajmuje porządkiem
Media zmieniają politykę i nadają anty-jezusowo
LPR się wypowiada, że oni zawsze wiedzieli
Prezydent w szoku

ROZDZ. 9
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch kolesi z agencji reklamowej
Wkracza wariat który mówi, że powrócił i że to on jest jezusem
Komuchy wsadzają go do więzienia
Pojawia się jezus w krakowie
Lud nie wie, co robić
List od papieża
Wywiad z jezusem
Komuchy znów się zachwycają
W polsce anarchia

ROZDZ. 10
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch chłopów na polu
Jezus rusza do warszawy
Rewolucja staruszek podpuszczana prze kościół
Dzieje się kolejny cud
LPR mobilizuje młodzież
Stan agresji
Agent medialny traci kontrolę
Jezus udziela wywiadu ale media manipulują, Jezus wychodzi na szarlatana

ROZDZ. 11
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch komuchów
Jezus wkracza do warszawy
Warszawa w ruinie, wszystko się wali
Adepci jezusa chodzą po ulicach i mamrocą
Bataliony staruszek walczą
Kościół się wścieka
Sejm został obalony
LPR mobilizuje lud przeciw jezusowi
Agent medialny ucieka z milionami na kubę
Jest 43 dzień.

ROZDZ. 12
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa ducha świętego z bogiem
Cały kraj już w amoku; gwałt i mord
Media przestają nadawać
Prezydent zniknął
Dzwony biją cały czas
Gonią jezusa
Przemowa jezusa w centrum warszawy do ludu
Paru staje za nim, ale lud ma dość
Zaganiają jezusa na stadion tysiąclecia i tam go linczują

EPILOG
Modlitwa wiernych w licheniu

Berlin, 3 listopada 2012

&

Kazanie 1, Wielka Środa, 4 kwietnia

– Skruszcie się, bowiem zbliżyło się Królestwo Niebios.

I powiadam Wam.

Bogaci żebrzący u Ducha, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
Bogaci, którzy boleją, albowiem oni będą pocieszeni. Bogaci łagodni, albowiem oni odziedziczą ziemię.
Bogaci, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Bogaci, którzy proszą o litość, albowiem oni dostąpią miłosierdzia.
Bogaci czystego serca, albowiem oni Boga oglądają.
Bogaci, którzy dostają pokój, albowiem oni zostaną nazwani synami Boga. Bogaci, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
Bogaci jesteście, gdy będą wam złorzeczyć oraz was prześladować, i mówić każde złe słowo przeciwko wam, kłamiąc co do mnie.

Głosy protestu z kościoła.

– Nie bogaci tylko błogosławieni. To kazanie na górze. Nie znasz tekstu.

– Znam. I to jak. Inne tłumaczenie. A zatem radujcie się i weselcie, bowiem wasza obfita nagro­da jest w niebiosach; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.
Wy jesteście solą ziemi; a jeśli sól by zwietrzała, czymże będzie posolona? Do niczego już nie ma mocy, tylko aby na zewnątrz wyrzuconą, wzgardzaną być przez ludzi. Wy jesteście światłem świata; nie może być ukryte miasto, które leży na górze, ani nie zapalają świecy i nie stawiają jej pod naczyniem – ale na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło zaświeci przed ludźmi, aby mogli widzieć wasze szlachetne czyny i chwalić waszego Ojca, który jest w niebiosach.

Ksiądz przy ołtarzu nachyla się do ministranta i coś mu szepce do ucha. Ministrant odchodzi do zakrystii, wyjmuje komórkę i wybiera trzycyfrowy numer.

– Jakie?

– Biblia gdańska. Prawa autorskie nie zastrzeżone. Wszelkie powielanie, kopiowanie i propagowanie, jak najbardziej wskazane. Patrz www.biblest.com.pl. Nie mniemajcie zatem, że nie znam tekstu albo że przyszedłem rozluźnić Prawo lub Proroków; nie przyszedłem rozluźnić, ale dopełnić. Bo zaprawdę, powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota albo kreska nie przeminie z Prawa, aż wszystko to się stanie. Jeśli więc, ktoś by rozluźnił jedno z tych najmniejszych przykazań, i tak by nauczał ludzi, najmniejszym będzie nazwany w Królestwie Niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie przewyższać sprawiedliwości uczonych w Piśmie i faryzeuszów, żadnym sposobem nie wejdziecie do Królestwa Niebios.

Do kościoła wchodzi dwóch policjantów. Podchodzą do mężczyzny, który wygłasza kazanie.

– Proszę przestać zakłócać.

– Ach, zakłócać. Skądże znowu. Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz mordował; a ktokolwiek by zamordował, będzie podległy sądowi. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto bez przyczyny gniewa się na swojego brata, będzie podległy sądowi; a ktokolwiek by powiedział swojemu bratu: Raka, będzie podległy Radzie…

Dyskutant: – Jakiego raka ty pacanie?

– Hebrajskie wyrażenie oznaczające pogardę, a poza tym ktokolwiek by powiedział: pacanie, będzie podległy gehennie ognia. Zatem jeślibyś przyniósł twój dar na ołtarz, i tam wspomniał, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw tam twój dar przed ołtarzem, i odejdź; wpierw pojednaj się z twoim bratem, a potem, kiedy przyjdziesz, wtedy ofiaruj twój dar. Pogódź się szybko z twoim przeciwnikiem, dopóki jesteś z nim w drodze, aby cię czasem przeciwnik nie poddał sędziemu, a sędzia nie poddał podwładnemu, i byłbyś wrzucony do więzienia.

Zwraca się do policjantów:

– Panowie, jak rozumiem, właśnie w tej sprawie. Zaprawdę powiadam wam: Nie wyjdziecie stamtąd, dopóki nie oddacie ostatniego pieniążka. Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz cudzołożył. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto patrzy na niewiastę na skutek jej pożądania, już popełnił z nią cudzołóstwo w swoim sercu. A czynił to lat trzy, to zarobił na seksaferę. Zatem jeśli cię gorszy twoje prawe oko, wyłup je i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twych członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. A jeśli cię gorszy twoja prawa ręka, odetnij ją i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twoich członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. Powiedziano również: Ktokolwiek by odda­lił swoją żonę, niech jej da list rozwodowy. Ale ja wam powiadam, że ktokolwiek by oddalił swoją żonę, oprócz przyczyny cudzołóstwa, wiedzie ją w cudzołóstwo, a kto by oddaloną posiadł – cudzołoży. A kto by dziecka nie uznał i alimentów nie płacił, temu i wterynarz nie pomoże.

Policjant: – Pan pójdzie z nami.

– Potem, obiecuję. Na razie wciąż jeszcze głoszę. Jesteśmy w Europie i mamy demokrację. Jest wolność słowa. Nawet bożego. Słyszeliście znowu, że powiedziano praojcom: Nie  będziesz krzywoprzysięgał, ale oddasz Panu twoje przysięgi. A ja wam powiadam, abyście wcale nie przysięgali; ani na Niebo, ponieważ jest tronem Boga; ani na ziemię, gdyż jest podnóżkiem Jego nóg; ani na Jerozolimę, gdyż jest miastem Wielkiego Króla, ani nie będziesz przysięgał na twoją głowę, gdyż nie możesz uczynić jednego włosa białym lub czarnym. Ale wasza mowa niech będzie: Tak, tak, nie, nie; a co nadto więcej, jest od złego. Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, a ząb za ząb. Ale ja wam powiadam, abyście nie oddawali złemu; ale temu, kto cię uderza w prawy twój policzek, nadstaw mu też i drugi; a kto się chce z tobą procesować i zabrać twoją suknię, pozostaw mu i płaszcz; a ktokolwiek cię zmusi by iść jedną milę, idź z nim dwie. I proszę, niech się panowie nie martwią, za momencik pójdę z panami. Bo temu, który cię  prosi – daj; a od tego, który chce od ciebie pożyczyć – nie odwracaj się.

Młody chłopak z trzema rogami w nosie i dziurami w obu policzkach: – Te, Jezus, jak się kurwa nazywasz?

– Jezus. Jezus Bogucki. Syn Józefa i Marii z domu Dawid.

– Żyd.

– No tak jakby. Ale słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował twego bliskiego, a twojego nieprzyjaciela będziesz nienawidził. Ale ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół, wielbijcie Boga tym, którzy was przeklinają, czyńcie szlachetnie tym, którzy was nienawidzą, i módlcie się za tymi, którzy was złośliwie traktują, i prześladują was; abyście byli synami waszego Ojca, który jest w niebiosach; bo On to czyni, że Jego słońce wschodzi na złe i dobre, i deszcz spuszcza na sprawiedliwe oraz niesprawiedliwe. Bo jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, jaką macie zapłatę? Czyż i policjanci tak nie czynią?

Zwraca się znowu do policjantów.

– A jeśli tylko pozdrawiacie waszych braci, cóż osobliwego czynicie? Nawet policjanci tak czynią. Zatem wy bądźcie doskonałymi, tak jak doskonały jest mój Ojciec, który jest w niebiosach. A teraz już mogę pójść z panami.

Opublikowano Jacek Slaski | Otagowano | Dodaj komentarz

Auf Deutsch & po polsku

für Martin Jankowski / dla Martina Jankowskiego
für eine Veranstaltung bei dem Festival Stadtsprachen
am 30. November 2016
napisane w listopadzie 2016 roku na halloweenowe spotkanie literackie
w ramach festiwalu Stadtsprachen

jadlastadtsprachenZdjęcia – moje i Elsye Suquilanda – wykonane przez Grahama Hainsa dla potrzeb festiwalu, umieszczone w wydanej w jednym egzemplarzu książce Ink /
Ewa Maria Slaska und Elsye Suquilanda, Fotos Graham Hains

Ewa Maria Slaska

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Obudziłam się dziś z walącym sercem
We śnie płakałam tak jak już w życiu dawno nie płakałam
Serce mi waliło, gdy próbowałam
Gdy próbowałam
Gdy próbowałam
Serce mi waliło
Było ciemno i myślałam, że jest trzecia w nocy
Myślałam że jest trzecia w nocy
Godzina duchów
Które całe lato mnie budziły o trzeciej w nocy
I bałam się spać
Ale lato się skończyło i przestałam się budzić
Przerażona i z walącym sercem o trzeciej w nocy
Wyrzuciłam za okno diabełka z czarnego pluszu

Ale była szósta rano. Wczoraj byłaby nawet siódma. Es war sechs Uhr heute früh. Gestern wäre es gar 7 Uhr. Halloween. Ich wachte auf, weil ich in Traum schrecklich geweint habe.

Diabełek z czarnego pluszu. Jestem archeolożką i zbieraczką rzeczy. Znajduję je i zabieram do domu. Znalazłam go na ulicy na początku lata, była to zwykła zabawka. Było to lato małych krwawych zdarzeń, wpadałam na okna i rozbijałam sobie głowę, wchodziłam na zwykłą codzienną podłogę i wbijałam sobie szkło w stopę, ścierałam ręką okruchy ze stołu i z palców lała się krew, pierwszego dnia krótkich letnich wakacji krew lała się już ze mnie. Ciągle chodziłam do lekarzy i próbowałam zatamować tę krew, ale gdy zaleczyłam głowę, stopę i pace, to krwawiłam cała.

A w nocy budziły mnie koszmary, moje własne horrorclowny. Trzęsłam się ze strachu. Zapalałam światło. I nadal trzęsłam się ze strachu, mimo że wiedziałam dokładnie, co jest tu a co tam. Strachy to był sen, a teraz już nie śpię. Wiedziałam, że nic mi nie grozi, że horrorclowny ze snów nie wyjdą do pokoju, który jest jasny, ciepły i bezpieczny. I nie czają się za oknami. Wtedy zresztą nie wiedziałam jeszcze, że naprawdę chodzą po ulicach.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, wtedy myślałam naprawdę, a przecież, uwierzcie mi, jestem racjonalistycznie myślącą konkretną kobietą, żyjącą w drugiej dekadzie XXI wieku w Berlinie czyli stolicy świata, a przecież naprawdę myślałam, że ktoś rzucił na mnie urok.

Którejś nocy, była to już siódma a może nawet ósma noc, kiedy koszmary budziły mnie o trzeciej w nocy, weszłam do łazienki, a tam na wannie siedział znaleziony na ulicy diabełek, małe czarne, pocieszne stworzonko z czerwonymi rogami, wyprodukowane w Chinach dla uciechy gawiedzi, wcale nie ku większej chwale Szatana, lecz zwykłej mamony.

Tak, jest tak jak nasz Gospodarz, Martin Jankowski, to sobie wymyślił na tytuł dzisiejszego spotkania. Berlin liegt im Osten, Berlin liegt im Osten im Mittelalter oder vielleicht reicht es zu vermuten, es seien die Fünfziger des vergangenen Jahrhundert in einem Ostpolnischen Dorf und ich… Nein, ich habe bis vor Kurzem immer gedacht, wenn ja, dann wäre ich eine Hexe, eine, egal welche, die über Macht verfügt, eine Schamanin vielleicht, erst jetzt, heute früh als ich es schreibe und mein Herz pocht wie ein verrückter Vogel, erst jetzt weiß ich, dass nein, ich bin keine Hexe, ich bin ein wehrloses Opfer der schwarzen Clowns, weil ich eine Frau bin… So hatte es mir heute geträumt, so deutlich. Und es war Polen, eindeutlich.

Jetzt am Rande kann ich es mir eine weit ausholende Anmerkung erlauben. Dies, was ich heute früh, sehr schnell und unordentlich in meinem Computer geschrieben habe, so schnell und unordentlich, dass ich sogar wagen kann zu meinen, es seien Kritzeleien, kein Aufschreiben, obwohl die Buchstaben und Zeilen ordentlich aussehen, also dass das das Buchprojekt gewesen wäre. Ein gutes Buchprojekt, oder gar zwei. Vielleicht zusammen gepackt. Ein über Polen und ein über mich. Ein über Situation der Frauen in Polen, ein über eine ältere, nein über eine alte Frau, deren Blutabenteuer in diesem Sommer ein Symbol der Frausein waren. Nicht so jedoch wie bei Thomas Mann, wo die Frau, unwillend vielleicht aber eindeutlich, den jüngeren Mann betrügt und ihm durch Wiederkehr ihrer Tage verspricht, ihm eine gebärende Lebensbegleiterin zu sein. Nein, mir ist klar, dass ich alt bin und nichts zu erwarten habe. Meine Blutgeschichten hatten lediglich einen symbolischen Rang. Genauso wie es im Laufe der wahren Geschichte die Männer taten, die die Frauen um ihr Blutvergießen beneidet haben. Bis aufs Tod und Schlag und Zeptrio. Blutige Opfer und Kult des Todes auf der Schlachtfeld. Jesus Christus auf dem Kreuz.

Daraus hätte jede gute Schriftstellerin mit ein Bisschen Ausdauer in der alltäglichen Schweißarbeit ein Roman von drei Hundert, sechs Hundert, Tausend Seiten gemacht. Real, historisch oder Fantasy. Über Symbolik des Blutes, über rote Teppiche und Schuhe mit roten Absätzen, über rote Frauenmacht gegen schwarze Männermacht, die man in Polen jetzt umdrehte und die protestierenden Frauen sich schwarz ankleiden und konservative Männer mit ihrer Schleppe – weiß.

Nur ich nicht. Ich nicht. Meine Bücher sind winzigklein, meine Geschichtchen sind winzigklein, und wenn sie denken, dass sie ein Roman seien könnten, mache ich – ja ICH – ihnen einen Strich durch die Rechnung, hindere sie im Anwachsen und Aufblühen, lasse sie im Computer verkümmern.

Ein einziges Gutes dabei sei, es ist ein interessanter Computer, voller ungeahnt wichtiger und schöner Geschichten, die in seinen unmöglichen Ecken und Windungen stecken und sich verstecken. Ein Computer der nicht enden wollenden Romane… Alles Gute, meine Nachlassverwalter, wenn sie nicht die Courage haben, es alles bei BSR wegzuwerfen, werden sie sich damit Jahrzähnte quälen…

… a więc, weszłam do łazienki, zobaczyłam tego strasznego diabła siedzącego na brzegu wanny, sama go tam postawiłam, złapałam go, uchyliłam okno i wyrzuciłam w ciemną noc na podwórko cztery piętra niżej.

Tak jest, przyznaję się do winy, tego krwawego lata, kiedy krwawiło mi całe ciało, takimi śmiesznymi małymi krwawieniami, a duchy budziły mnie noc w noc o trzeciej rano, położyłam temu kres jak ciemna zabobonna baba z zapadłej ruskiej wsi w XIX wieku – wyrzuciłam za okno symbol Zła i poszłam spać. W tydzień potem krew lała się już całą noc, lekarze straszyli rakiem, a prasa zaczęła donosić o Horrorklownach.

A ja wciąż nie wiedziałam, że to wszystko moja wina, moja wina taka większa wina niż w zwykłej greckiej tragedii antycznej, gdzie jesteś po prostu winny, bo się urodziłeś, i obejmujesz tą winą i siebie i swoich najbliższych, ojca, matkę, przybranych rodziców, jesteś Edypem i przez fakt, że jesteś, powodujesz śmierć jakiegoś starucha, który okazuje się twoim ojcem. Zwykłe kozie historie.

Ale to za proste. W tej WIELKIEJ powieści, którą bym napisała, gdybym nie musiała dzisiaj na zebranie, a jutro smażyć konfitur, w tej powieści JA byłabym odpowiedzialna za całą rozpacz XXI wieku, który jeszcze kilkanaście lat temu myślał, że Historii nie ma, nie ma wojen, mordów, terroru, niewolnictwa, łamania prawa, reżimów, totalitaryzmów, że to wszystko odeszło na zawsze w ciągu ostatnich dwustu lat, a teraz nagle wróciło ohydną twarzą Kaczyńskiego, Putina, Erdogana i Trumpa, a jak wraca jako kobieta to jest Marią Le Pain i Hillary Clinton, a zło jak rtęć skropliło się we francuskich i rosyjskich retortach, wypuszczając na ulicę bezwładną siłę.

I tak, moi drodzy, rozsądni, oświeceni, mądrzy Czytelnicy. Jest ósma rano. Piszę już dla Was od dwóch godzin. Zaraz się ubiorę, zejdę na dół, kupię sobie świeże bułki na śniadanie, a wracając pójdę na podwórko, gdzie ten wyrzucony przeze mnie diabeł siedzi za kratami okien na parterze. To okna przedszkola, bo to niczemu nie winne przedszkolanki podniosły małego śmiesznego diabełka i posadziły go na oknie. Zabiorę tego diabełka i żeby dopełnić miary tego, że Berlin leży na Wschodzie, może będę musiała go spalić w jakiejś beczce, bo przecież dziś Halloween, dzień zmarłych, którzy wychodzą z ziemi, wyjeżdżają z morza na ogromnych motorach i wkładają straszne maski, żeby bić nas na śmierć.

Wenn ich aber den weggeworfenen vermeintlichen Teufel von dem Kindergartenfenster unten im Hof auflese, sehe ich, dass er auf den Backen rote Herzchen hat, auf dem Brust die Buchstaben DRUCK MICH und noch dazu Marienkäferfliegen. Es ist kein Zły, kein Teufel, eh ein Kindergeist. Deshalb sitzt er jetzt auf dem Kindergartenfenster und wartet auf mich, dass ich mich wieder seines annehme. Jetzt bin ich mir gar nicht sicher, was ich eigentlich mit ihm tun muss und entscheide auf ein Zeichen warten zu wollen. Na ja, Berlin liegt im Osten, wir, aus dem osten, sind Zauberervölker, wir glauben an wahre Magie, nicht nur auf Zaubertricks, bei uns haben sogar unsere kleine Tricks eine Hauch Geheimnis oder gar Mystik. Wir schauen in eine brennende Kerze und sehen etwas. Zapalam czerwoną świeczkę, gdy to piszę… Also auf ein Zeichen warten, das auch ganz schnell kommt. Es hat fast eilig, um zu kommen und den Teufel, der schon kein Teufel mehr ist, zu retten.

Es ist Halloween, ja, aber auch mexikanisches Totenfest. Man soll Bilder der Familiengestorbenen zum Fest bringen, kleine Geschenke, Süßigkeiten, schöne Dinge. Im Laden kaufe ich Schockogeld, wenn ich wieder raus bin, sehe ich ein Karton auf unserer kleinen Straße mit den Sachen zu Mitnehmen stehen. Ich nehme ein Engel und wenn ich im Begriff bin, schon weiterzugehen, sehe ich ein bisschen Abseits eine kleine schöne Tasche in einer Hecke hängen, wie sie ein Mädchen gern haben wird. Ich packe den Marienkäfer, Geld und Engel in die Tasche, zu Hause gebe ich ihn noch silbernes Herz, eine Muschel, ein Kristall und eine kleine rote Kerze zu. Auf Niemehrsehen kleiner Geist, klein Mädchen, geh zu ein Flüchtlingsmädchen, damit sie dich druckt und lieb hat und sich freut, dass du existierst. Endlich… Ein kleines vor 30 Jahren abgetriebenes Mädchen…

Teraz wszystko co się zdarzyło tego lata nabiera sensu. Przez długi czas nic mi się nie śniło, ale tego lata śniłam bardzo dużo i wyraziście. Oczywiście przede wszystkim były te wciąż mnie dręczące koszmary, kiedy minęły, sny i tak pozostały. Niedawno śniło mi się, że muszę przejść przez straszny czarny tunel-jaskinię w górach, niebezpieczny, ciemny, długi. Szłam nim, wiedząc, że za każdym załomem skały może się czaić coś złego, co mnie zabije. Bałam się, ale uparcie szłam do przodu. Wychodziłam na zewnątrz, było ciemno, nie mogło mnie więc prowadzić żadne światło na końcu tunelu. Rozglądałam się po nieznanej mi okolicy i… schodziłam z powrotem pod ziemię, do strasznej, krętej, ciemnej jaskini…

Bei jedem Satz den ich jetzt schreibe, sehe ich, wie er wachsen kann, sich erweitern, vermehren, zu einem Speidernetz mit den anderen verflechten. Ich seh, wie aus diesen schnell gekritzelten Notizen aus einer Nacht und eines Morgens ein Buch entsteht, ein Buch, das ich schon lange in mir trage, das in diesem unterirdischen Loch wartete.

Za każdym razem, gdy muszę wrócić do jaskini, jest mniej strasznie. Idę, ale idę coraz szybciej, na końcu biorę kogoś, kto się boi, za rękę i obiecuję, że przejdziemy spokojnie i że znam drogę. Nie wiem, kto to. Budzę się. Jest piękny jesienny dzień, idziemy na cmentarz, zapalamy białe i czerwone świeczki, wracam, zasypiam i…

Von diesem Traum, der mir heute träumt, wache ich weinend… Wir, und diesmal weiß mindestens zum Teil, wer wir ist… Wir waren in einem Konzertsaal. Ihn kenne ich auch, das ist der goldener Saal in der Stettiner Philharmonie, die so schön weiß seit zwei Jahren in Stettin protzt, ausgezeichnet mit dem Preis, das schönste Gebäude Europas 2015 zu sein. Diesmal sitzen wir aber auf der Bühne und nicht im Saal, der brechend voll ist. Alle kamen zu meiner Lesung. Jak się obudzę, to oczywiście będę dokładnie umiała powiedzieć, że sala w filharmonii to tak zwane „dzienne resztki”, które się nam śnią po nocach, a wieczór autorski ze snu, to dzisiejsza impreza w Brotfabrik. Ale na razie wciąż jeszcze mi się śni. Na scenie siedzi orkiestra trzech mężczyzn, koło mnie jako moi promotorzy czy towarzysze ulokowali się dwaj mężczyźni. Tylko ja jestem kobietą. Die kleine Band soll gleich anfangen mit der Musik, als ich aufstehe und scherze, ich würde gerne die Klarinettepart übernehmen. Ich habe zwar nie in meinem Leben, eine Klarinette gespielt, bin mir aber sicher, ich kann es spielend. So zu sagen. In dem Moment beginnt das Publikum den Saal zu verlassen. Ich gebe die Klarinette dem Musiker zurück, komme zum Bühnenrand und frage, worum es geht, weshalb sie alle gehen? Du hast deine Solidarität mit Natalie Przybysz verkündet, eine Musikerin, die offiziell sagte, dass sie abgetrieben hat. Solidaritätbekundung bedeutet, dass du es auch gemacht hast. Und vor zehn Tagen nahmest du an dem Schwarzen Protest der Frauen teil. Es ist ja auch ein Zeichen dafür…

Ja, sage ich, vor dreißig Jahren, am Anfang meines Lebens in Deutschland. Weil ich dem Mann, der mich geschwängert hat, nicht traute. Danach hat er es ganz klar bewiesen, dass ich recht hatte. Aber was soll es, jede zweite Frau in Polen hat mal abgetrieben. Jetzt ebenfalls wie in der kommunistischen Zeiten. Und auch wenn ich nicht abgetrieben hätte, hätte ich gesagt, dass ich es tat.

No tak, stąd to krwawe lato, to nie uroki, tylko coraz ostrzejsze nagany ze strony mojego własnego ciała. Ty też, ty też, musisz to powiedzieć.

Oni nie chcą cię słuchać, mówi mi ktoś. Rozumiem, mówię, nikt nie chce słuchać Kozuchy Kłamczuchy. Też nie lubię, jak koleżanka, która miała kilkudziesięciu kochanków, twierdzi, że to tylko ja byłam rozpustna i rozwiązła, ona nigdy. Albo jak sąsiadka po trzech skrobankach, o tylu wiem, nie chce podpisać petycji…

Aber natürlich es ist gar im Traum realistischer. Die Lüge, eine Lüge, mehrere Lügen interessieren niemanden. Ich gebe zu, dass ich abgetrieben habe. Jetzt gehen sie von meiner Lesung weg, in einem Jahr werden sie uns in den Knast bringen, in zehn Jahren steinigen…

Ich weine. Płaczę rozpaczliwie, jakieś męskie ramię, widzę tylko granatowy rękaw aksamitnej marynarki, obejmuje mnie i wyprowadza z pustej sceny, z pustej sali, z pustej filharmonii na pusty plac…

Ich weine in blanker Verzweiflung. Jemand führt mich aus, von der leeren Bühne, aus dem leeren Saal in der leeren Philharmonie auf den leeren Museumplatz. Das Museum heißt Umbrüche, Przełomy. Seine Umgebung, der Platz eben, auf dem ich jetzt in meinem Traum stehe, wurde im letzten Jahr als eine der schönsten öffentlichen Räumen Europas auserkort. Piękna przestrzeń publiczna, sagt man auf Polnisch. Nowa przestrzeń publiczna po przełomie jakim było rok temu bezwzględne zwycięstwo PiSu w wyborach.

Płaczę, ich weine…

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | 1 komentarz

Reblog: Breakfast in the literature

 And please do not tell me every year the same that you hate Valentine’s Day, because… just read HERE if you can (it is in Polish), but anyway look for Valentine’s Day by Samuel Pepys, Shakespeare (Hamlet) and Picknick at the Hanging Rock to know better…

Waverley, by Sir Walter Scott At the home of Baron Bradwardine, Waverley enjoys a true Scottish breakfast: „The table loaded with warm bread, both of flour, oatmeal, and barleymeal, in the shape of loaves, cakes, biscuits, and other varieties, together with eggs, reindeer ham, mutton and beef ditto, smoked salmon, and marmalade.” There’s porridge with cream and buttermilk too.

Ulysses, by James Joyce Leopold Bloom sees breakfast in the butcher’s shop window. „A kidney oozed bloodgouts on the willowpatterned dish: the last.” We see and smell it cooking in butter and pepper, almost burnt when it goes upstairs to his wife, but just saved. „He tossed it off the pan on to a plate and let the scanty brown gravy trickle over it.”

(we also wrote about that breakfast)

Crotchet Castle, by Thomas Love Peacock The Rev Dr Folliot expresses his breakfast preferences. „Chocolate, coffee, tea, cream, eggs, ham, tongue, cold fowl, all these are good, and bespeak good knowledge in him who sets them forth: but the touchstone is fish.” The divine then composes his spirits „by the gentle sedative of a large cup of tea, the demulcent of a well-buttered muffin, and the tonic of a small lobster.”

From Russia with Love, by Ian Fleming James Bond’s breakfast, supposed to demonstrate his fine taste, is a memorable exercise in prissiness. Coffee from De Bry in New Oxford Street, toast with Norwegian heather honey from Fortnum’s, a single brown egg from a French Marans hen.

Och no, dear Guardian, let’s have it a bit longer:

When in London, Bond maintains a simple routine. Sitting down to The Times, he breakfasts on two large cups of “very strong coffee, from De Bry in New Oxford Street” brewed in a Chemex coffee maker and an egg served in a dark blue egg cup with a gold ring round the top, boiled for three and a third minutes. There is also wholewheat toast, Jersey butter and a choice of Tiptree ‘Little Scarlet’ strawberry jam, Cooper’s Vintage Oxford marmalade and Norwegian Heather Honey from Fortnum and Mason, served on blue Minton china. Breakfast is prepared by May, his Scottish housekeeper, whose friend supplies the speckled brown eggs from French Marans hens.

Yeah, an English breakfast is what Fleming knew, but when he wrote that Tatiana Romanova,  Russian she agent, eat in Moscow yoghurt for supper, you could see, he had no idea at all, what was eaten in Moscow in fifties i.e. in communistic time; for sure no yoghurt as American girls was doing those times.

However In Russia with love Bond will have also a Turkish breakfast:

The yoghourt, in a blue china bowl, was deep yellow and with the consistency of thick cream. The green figs, ready peeled, were bursting with ripeness, and the Turkish coffee was jet black and with the burned taste that showed it had been freshly ground.

The Hobbit, by JRR Tolkien Bilbo spends much of his adventure lamenting the lack of a decent breakfast, while the only real morning feast is consumed by Gandalf: „Two whole loaves (with masses of butter and honey and clotted cream) and at least a quart of mead,” finished off, of course, with a delicious breakfast pipe of tobacco.

(well sure, we also wrote about delicious eating by Tolkien)

Jane Eyre, by Charlotte Brontë On Jane’s first morning at Lowood School, the pupils are served basins of something hot, which „sent forth an odour far from inviting”. „I devoured a spoonful or two of my portion without thinking of its taste . . . burnt porridge is almost as bad as rotten potatoes; famine itself soon sickens over it”.

(times are changing, burnt eating is „in” 2017, at least in Berlin 🙂 look HERE)

„Filboid Studge, the Story of a Mouse that Helped”, by Saki A ghastly breakfast cereal called Pipenta is rebranded as Filboid Studge, with an irresistible ad campaign. „One huge sombre poster depicted the Damned in Hell suffering a new torment from their inability to get at the Filboid Studge”. Soon it is every Puritan’s breakfast.

Jeeves Takes Charge, by PG Wodehouse Bertie’s relationship with Jeeves begins when the new valet arrives to find his employer badly hungover and offers him a concoction of egg yolk, Worcestershire sauce, cinnamon oil, cognac and other mystery ingredients. The restorative effect is immediate and a partnership is sealed.

Gravity’s Rainbow, by Thomas Pynchon Pirate Prentice’s flat fills with „the fragile, musaceous odour of Breakfast, permeating, suprising, more than the color of winter sunlight”. He serves up banana waffles, banana croissants, banana kreplach and banana jam. In a giant crock he has bananas fermented with honey and Muscat raisins to make banana mead.

The Warden, by Anthony Trollope Just one of the ecclesiastical morning feasts detailed in Trollope’s fiction: „there were eggs in napkins, and crispy bits of bacon under silver covers; and there were little fishes in a little box, and devilled kidneys frizzling on a hot-water dish”. As well as the best tea, the blackest coffee, and the thickest cream, on top of every kind of bread and muffin and crumpet.

(Thank you, Guardian!)

Opublikowano Redakcja | Otagowano , | Dodaj komentarz

Barataria 5

Ewa Maria Slaska

Wydawnictwo czyli wołanie na puszczy

barataria-marsz-2

Wydawnictwo ma siedzibę w Barcelonie i piękny profil wydawniczy. W roku 2008 otrzymało nagrodę hiszpańskiego Ministerstwa Kultury i w roku 2009 przyznawaną w Sewilli nagrodę Wolnej Książki:

— Jakiż to urząd rzuciłeś? — zapyta Rikote.
— Zrzekłem się gubernatorstwa wyspy i to takiej, że na ćwierć mili wokoło podobnej nie znajdzie.
— A gdzież jest ta wyspa?
— Gdzie? o dwie mile stąd — odpowie Sancho — nazywa się wyspa Barataria.
— Co też ty pleciesz — rzecze Rikote — alboż na stałym lądzie znajdują się wyspy?
— Dlaczegóż by nie — odpowie Sancho — powiadam ci wyraźnie, mój przyjacielu, że wczoraj jeszcze rządziłem wszechwładnie moją wyspą i rzuciłem ją jedynie dlatego, że obowiązki gubernatora narażają na wielkie niebezpieczeństwo

W słowie od wydawcy znajdzie się powyższy cytat z Don Kichote’a i wyjaśnienie.

Prowadzimy siedem działów: Barbarzyńcy, Dokumenty, Dym Południa, Inferno, Morze Czarne, Stracone Kroki i Jeden plus jeden, a ich zadaniem jest z jednej strony ratowanie narracji, ujawniającej sekretne związki z literaturą popularną i niektórymi zjawiskami społecznymi, a zatem akceptacja różnorodności, a z drugiej – poszukiwanie odniesień do naszej epoki w innych rzeczywistościach, czasem odległych, często bliskich, niekiedy obecnych w nas samych.

I to jest więc Barataria? Nieistnejąca wyspa na lądzie, wcale jednak nie tak daleka, bo przecież oddalona od nas zaledwie o dwie mile. Na wyspie mieszkają piękni ludzie, inaczej nie da się określić cudownej listy autorów, których dzieła ukazały się w edicion Barataria.

Martín Adán – La casa de cartón
Marie NDiaye – Hilda
Blaise Cendrars – Ron
Lorenzo García Vega – Vilis – Palíndromo en otra cerradura
Alberto Asor Rosa – El alba de un mundo nuevo – Historias de animales y otras vidas
Henri Sterdyniak – Manifiesto de economistas aterrados
Milton Wolff – Otra colina
Joseph Conrad – La locura de Almayer – Un paria de las Islas – El negro del Narcissus
Emmanuel Bove – La trampa
Rossana Campo – Mientras mi niña duerme
Marta Brunet – La mampara
Kyril Bonfiglioli – No me apuntes con eso
José María Blanco White – Blanco contra White
Alfred Kazin – Un paseante en Nueva York
Alexis de Tocqueville – Quince días en las soledades americanas
James Matthew Barrie – El pajarito blanco
Federigo Tozzi – Bestias
Norah Lange – Personas en la sala
O. Henry – Esto no es un cuento y otros cuentos
José Antonio Bravo – Olla de curas
Fernando Clemot – El golfo de los poetas – El libro de las maravillas
Carlo Cassola – La novia de Bube
Pietro Aretino – Casos de amor
José María Millares – Esa luz que nos quema
Pier Vittorio Tondelli – Habitaciones separadas
René Depestre – Eros en un tren chino
Leo Bassi – La revelación
Dieter Paul Rudolph – Los filántropos
Vladímir Korolenko – Sin lengua – El músico ciego
José Luis Pardo – Estética de lo peor
José María Moreno Galván – Autocrítica del arte
Eugene Izzi – La encerrona – Los canallas
Joseph Roth – Izquierda y derecha
Claudia Apablaza – Diario de las especies
Fernando Sánchez Pintado – Contrariar al zurdo – Performance
Ring Lardner Jr. – Me odiaría cada mañana
Xavier Pericay – Filología catalana, memorias de un disidente
Ludwig Bemelmans – El Danubio azul
Alessandro Manzoni – Historia de la columna infame
Pablo Manzano – El rencor de los bufones – El puente de la jirafa
Christian Karlson Stead – Recordando a O’Dwyer
Voltaire – Las preguntas de Zapata
Patricia de Souza – Erótika
Lee Seung-u – La otra cara de la vida
Williams Sassine – Ceroe, no eres un cualquiera
Yves Ravey – Cutter
Stefano Tura – No apagues la luz
César Vallejo – Escalas
Francisco Moreno Galván – Letras flamencas
Miquel Silvestre – Mariposas en el cuarto oscuro – Dinamo estrellada – La dama ciega – Spanya SA – Un Millón de piedras
Denis Diderot – Los dijes indiscretos
Pankaj Mishra – Pollo a la mantequilla en Ludhiana
Beppe Fenoglio – Un asunto privado – La paga del sábado
Roberto J. Payró – Divertidas aventuras del nieto de Juan Moreira
Elena del Amo – Un mar de lagrimas
José Luis Ortiz Nuevo – Las mil y una historias de Pericón de Cádiz – Alegato contra la pureza…

i tak dalej i tak dalej, sto książek…

Co łączy Conrada, Diderota i Aretina? Pozornie nic, naprawdę jednak humanistyczna wizja człowieka, jako istoty wolnej w każdym aspekcie swego życia – w pracy, religii i seksie.

Podobnie bliscy są sobie francuski demokrata i filozof Alexis de Tocqueville z XVIII wieku i Henri Sterdyniak, współczesny współautor Manifestu oburzonych ekonomistów.

José María Blanco White, irlandzko-hiszpański demokrata i bojownik o wolność w pierwszej połowie XIX wieku.
Pankaj Mishra, współczesny pisarz hinduski, krytyczny obserwator stosunków społecznych.
César Vallejo, poeta peruwiański, wygnaniec, więzień, prześladowany za poglądy w latach 30 ubiegłego wieku…

Wolność, demokracja, sprawiedliwość społeczna… Humanizm… Barataria, nieistniejąca wyspa na lądzie niesprawiedliwości, którą nawet dowcipny szelma nie był w stanie rządzić.

— Ileż zyskałeś z tych rządów? — zapyta Rikote.
— Co? — odpowie Sancho — jak mi Bóg miły, całego zysku dowiedziałem się tylko, że nie jestem zdatny na gubernatora i że za bogactwa, które się nabywa, rządząc krajem, płacić trzeba spokojnością, snem i apetytem nawet, bo trzeba ci wiedzieć, że na wyspach gubernatorzy to tylko jedzą, co im doktor pozwala.
— Co to jest? do stu piorunów! — zawoła Rikote — ty chyba zwariowałeś, mój przyjacielu? Dalibóg ci prawda! któż by tobie dał wyspę w zarząd? Alboż to brak zdatnych ludzi na świecie, żeby aż między chłopami szukano gubernatorów?

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (3)

Zbigniew Milewicz

Ayutthaya

Turystów można podzielić z grubsza na dwie kategorie: na muzealników i naturszczyków. Tych pierwszych interesują przede wszystkim ludzkie dzieła i wszelaka martwa materia, drugich – sami ludzie i wszystko, co żyje. Mój stary kompan Edmund, a starszy jeszcze podróżnik, dodaje do tego prześmiewnie trzecią grupę: przewody pokarmowe, czyli ludzi zainteresowanych głównie gastronomią danego kraju. Ponieważ życie bez kompromisów jest niemożliwe, muzealnik Edmund także regularnie się odżywia na wycieczkach, ze wszystkimi tego konsekwencjami, a ja, co się uważam za naturszczyka, czasami również coś godnego uwagi zwiedzę.

Zanim zaproszę szanownych czytelników do Ayutthayi, która przed Bangkokiem była stolicą królestwa Siam, słów kilka na temat gospodarki tego państwa, której jednym z filarów jest właśnie turystyka. Goszczę w jednym z najszybciej rozwijających się krajów Azji Południowo-Wschodniej.

tajl-ramka

Na pierwszy rzut oka w tajskiej turystyce pracują amatorzy, a przynajmniej ludzie mocno roztrzepani. Agent biura, w którym kupuję wycieczkę do Ayutthayi i późniejszy przewóz do Pattayi plus noclegi w tamtejszym hotelu, zamiast wydrukować mi porządnie bilety, coś kreśli ręcznie na kartce papieru, maże to, zaczyna od nowa, gdzieś telefonuje, wyciąga nową kartkę, drapie się po głowie, kiedy ogląda moją kartę kredytową, nie wiem, czy dobrze trafiłem. Na moje szczęście mówi po niemiecku i wciąż powtarza keine Sorgen, więc próbuję uwierzyć, że wie, co robi. Faktycznie, wszystko przebiegnie sprawnie; nazajutrz kierowca osobówki odbiera mnie punktualnie rano z hostelu, jedziemy jeszcze po trzech wycieczkowiczów i na główne miejsce zbiórki. Busików stoi kilka, turystów spora grupa, przychodzi przewodniczka, młoda dziewczyna, wyławia nas kolejno na podstawie biletów, lepi na koszulkach żółte i niebieskie paski papieru, żeby nas później rozpoznać wśród innych grup i nie zgubić, i w drogę. Dwie toyoty jadą z nią do starej stolicy, reszta w jakieś inne miejsce. Jestem najstarszy w grupie, po mnie jest, na oko, chyba Salome z Ibizy. Znowu ktoś z tej niewielkiej wyspy Balearów, kto wie, może tamtejsi mieszkańcy mają jakiś zlot w Tajlandii… Reszta, zdecydowanie młodzież – z Francji, Portugalii, Włoch, w większości dziewczyny. Miła Jenny o egzotycznej urodzie siedzi obok mnie, jest z Nowej Zelandii, jutro odlatuje do domu, żeby zdążyć na Boże Narodzenie.

tajl3-tempo

Na początek mamy XIV wieczną świątynię Wat Phu Khao Thong, Złoty szczyt, położoną na obrzeżach miejscowości. Jest biała, trochę w kształcie piramidy i całkiem dobrze zachowana, w porównaniu z ruinami, które zwiedzę później. Ponieważ trwa jakieś buddyjskie święto, ludzie przed budowlą odprawiają modły, celebruje je starszy człowiek ubrany w biały uniform wojskowego kroju, a więc może nie mnich, oni noszą szafranowe szaty. Przyjechała szkolna wycieczka, około setki dziewcząt, wszystkie w identycznych, granatowych fartuszkach, z włosami przyciętymi na wysokości uszu, rozkładają się biwakiem pod murami świątyni, zaczyna się lekcja historii. Profesorowie uzbrojeni w megafony, towarzystwo zdyscyplinowane, oj spodobałby się staremu belfrowi Krystianowi ten widok. Wychodzę po stromych schodach na górny podest świątyni, żeby zrobić parę zdjęć i przy okazji stwierdzam, że z moją kondycją jest dużo lepiej, niż pierwszego dnia.

Spatynowany czasem Złoty Szczyt

Kiedy wracam, ceremonia dobiega końca, służba sprząta ołtarz, zgarnia na tace ofiarne wota – kwiaty, owoce i… świńskie głowy, których wcześniej, z daleka nie rozpoznałem. Ponieważ niewiele wiem o symbolice buddyjskich rytuałów, wspomnę tylko, że zaskoczyła mnie ta głowizna.

tajl3-jedz2 tajl3-jedz

Po nabożeństwie

tajl3-ucz

Lekcja historii

Wat Phra Mahathal i Wat Ratbumana nie mamy w programie, a w przewodniku przeczytałem, że według legendy w pierwszej świątyni złożono szczątki samego Siddharthy Gautamy, czyli Buddy, a drugą postawił jeden z władców, dla upamiętnienia krwawej walki o tron, w której zginęli jego dwaj starsi bracia. Zwiedzamy ruiny starego pałacu królewskiego, Wat Phra Si Sanphet, Viharn Phra Mongkol Bopit, z jednym z największych w Tajlandii posągów Buddy z brązu i Wat Lokaya Sutha, z kultową postacią tym razem w pozycji leżącej, na niebagatelnej długości 42 metrów. Ruiny są świadectwem upływającego czasu, ale w tym przypadku przede wszystkim niszczycielskiego najazdu Birmy na królestwo Syjamu przed 250 laty.

Ayutthaya, zaliczana do dziedzictwa kultury światowej, została założona w 1350 roku i była w swoim czasie najważniejszą, azjatycką metropolią. Kiedy w 1431 roku Tajowie podbili sąsiednie imperium Khmerów z Angkoru (dzisiejszą Kambodżę) i przejęli jego kulturę, wydawało się, że stolica pozostanie niezwyciężona. W okresie swojego największego rozkwitu, w XVII w., miasto liczyło milion mieszkańców, handlarze, przybywający tu z Chin, Japonii, Niderlandów, Francji i Anglii, opisywali je jako najpiękniejsze na świecie. Jego przepych i bogactwo były dla obcych wyzwaniem i podzieliły los Angkoru.

taj-rezsalomeSalome i Maria z Porto

Na Ibizie Salome pracuje w recepcji hotelowej i dobrze mówi po niemiecku, mój angielski może zatem trochę odpocząć. W drodze od ruiny do ruiny, a później do słoniego cyrku opowiada mi o tym, jak trudno jest znaleźć właściwego współtowarzysza wycieczki za granicę. Teraz mają martwy sezon na wyspie, a może by tak do Tajlandii polecieć – pomyślała któregoś dnia, jej sąsiadka miała znajomą, która nosiła się z podobnym zamiarem, więc spotkały się i parę dni później już siedziały razem w samolocie do Bangkoku. Na początku kobieta sprawiała miłe wrażenie, ale później okazało się, że jest zgryźliwa, zazdrosna o wszystko, a jeszcze nieuczciwa w finansach wspólnej podróży, więc się rozstały. Salome jest spontaniczna w podejmowaniu różnych decyzji, może aż nazbyt i czasem później ich żałuje. Stylu swojego poruszania się po świecie nie zamierza jednak zmienić, nigdy nie przygotowuje się do drogi, nie czyta przewodników, tylko leci tam, gdzie jej fantazja podpowiada i na miejscu decyduje, co dalej. W ten sposób podróżowanie staje się ciekawą i nieustającą przygodą, prawdziwym odkrywaniem świata, na nic nie przygotowana nie doznaje żadnych rozczarowań i ze wszystkiego jest zadowolona. Z elektroniką jest zaprzyjaźniona, na lotniskach są strefy wi-fi, można hotel sobie zorganizować, dalszy transport. Z nawiązywaniem kontaktów też nie ma problemu, więc sobie sama dobrze radzi, ale podróżowanie w pojedynkę ma i minusy, choćby finansowe – konkluduje. Podobnie jak Jenny pomału kończy podróż, była w Phuket, Koh Samui, Kambodży i Laosie, święta spędzi w domu z najbliższą rodziną i przyjaciółmi.

Póki co jednak trwa wycieczka, oglądamy pokaz umiejętności słoni. Zwierzęta są uważane w Tajlandii za święte, przynoszą szczęście i dobrobyt, są jej symbolem.

Na wolności żyje ich tam około 3 tysięcy, prawie drugie tyle stanowi własność prywatną, lub rządową. Wykorzystywane są głównie w celach turystycznych i do pracy, mi.in. w dżungli, przy wycince i transporcie drzew. Nie byłoby w tym nic złego, od wieków służyły człowiekowi, gdyby nie brutalny sposób, w jaki się je traktuje – najpierw przy ich tresurze, później w czasie pracy. Dlatego proceder ten został uznany za nielegalny, mimo to nadal funkcjonuje, zwłaszcza w biednych, trudno dostępnych rejonach gór północnej Tajlandii.

tajl3-tempo2

Przewodzi nam Pani Tempo

W przerwie podczas wycieczki wegetariański, tajski lunch i ruszmy na zwiedzanie letniej rezydencji królewskiej w Bang Pa In, co jest prawdziwym orzeźwieniem dla z-ruinowanych oczu. Rodzina królewska ponoć rzadko korzysta z tej rezydencji, więc niektóre pałacyki i apartamenty służą celom reprezentacyjnym oraz komercyjnym, jako miejsce wytwornych bankietów dla VIP-ów. Piękna kolorystyka i architektura rezydencji, przestronne, pedantycznie utrzymane trawniki parku z fantazyjnie przystrzyżonymi krzewami, wodne oczka i chłodnawe podmuchy wiatru zachęcają do rozgoszczenia się na dłużej. Nam jednak pani Tempo trąbi już wsiadanego do Bangkoku; taką ma u mnie ksywę nasza przewodniczka. Co drugie słowo mówi tempo i ja sobie najpierw myślę, że może tak, jak niektórzy Polacy co rusz powtarzają jedno słowo na literę k, to ona po angielsku w odmianie tajskiej swoje tempo, aż wreszcie bystra Salome oświeca mnie, że przecież chodzi o temple, świątynię. Podróże jednak kształcą.

taj-rez123 taj-rez12 taj-rez1

Letnia rezydencja królewska

Opublikowano Zbigniew Milewicz | Otagowano | Dodaj komentarz

Ubranie i śniadanie – wpis pozbierany

Julita Bielak i Ewa Maria Slaska

Najpierw był mail od Julity, a w nim zdjęcie:

buty-i-skarpety

 

 

 

 

 

 

 

 

Była to odpowiedź Julity na podawane przez Facebooka informacje o tym, że przez kilka dni brałam udział w obywatelskim marszu dla Aleppo.

I taki podpis: Nie czapka, nie szalik, ale buty, jakie Ewa Maria założyła buty, jak nogi, jak stopy, myślałam.

Zachwyciło mnie to zdjęcie. Tak! Tak zawsze się chciałam ubierać, taka być! Nieporządna i przygotowana do maszerowania w momencie, gdy wstałam z łóżka i odgarnęłam z oczu potargane włosy. Trochę tylko szkoda, że teraz stylistka może tak wystylizować dziewczynę, która może wcale nie lubi być nieporządna i wcale nie jest, jak to określał mój były mąż, „lekka w nogach”.

Niestety ja nie wyglądałam tak stylowo. No, ale padał śnieg i wiał wiatr. Nikt z nas nie wyglądał fajnie.

jawpelerynie

1 lutego 2017. Droga do Pohorelic na Morawach. Foto Janusz Ratecki

Na zdjęciu od lewej Anka, ja, Krzysztof, z tyłu, między Anką a mną, Darwina i Jacek. Nie jestem pewna, ale może być, że dziewczyna idąca samym skrajem zdjęcia po lewej to Magda  Benbenek.  Wspaniali ludzie, i akurat, przez przypadek (?), ci o których chcę coś napisać, będę pisać przez kilka tygodni i publikować tu w soboty – bo soboty będą teraz na blogu przez jakiś czas „marszowe”.

buty-ewyWróćmy więc do pytania Julity, buty, jakie buty i skarpety?

Buty firmy St. Oliver, skórzane, ciepłe, na futerku. Dobre buty, nogi w nich nie przemakają, no, chyba że się, jak ja ostatniego dnia, wejdzie w zaspę lekkiego puszystego śniegu, taką po kolana. Ten lekki śnieg lekko wpadnie za cholewki, przemoczy skarpety i rajstopy, i na to nie ma już żadnej rady, trzeba maszerować z mokrymi nogami. Buty zwykłe, dobre, firmowe, nowe, mocne, kupione kilka tygodni wcześniej z myślą o marszu.

Skarpetki natomiast są całkowitą odwrotnością, są stare, specjalne, oryginalne i robione właśnie dla mnie.  Kilka lat temu dostaliśmy z wnukiem takie skarpetki w partner look. Były tak zachwycające, że o nich wtedy napisałam na blogu.

…na zdjęciu stópki Antosia i moje (choć – czy dorośli mają „stópki”?) w skarpetkach z zakresu… historii sztuki. Zrobiła je dla nas znajoma pani, która korzystała przy tym z włóczki niemieckiej firmy Opal, produkującej wełnę na swetry i skarpetki już w kłębkach wielokolorową, a inspiracją doboru kolorów i ich kolejności są dzieła sztuki. To co my mamy na stopach, Antoś i ja, to… obraz Van Gogha „Taras kawiarni w nocy”…

Reszta też została opisana w mailu do Julity:

rajstopy thermo z pobliskiego sklepu z cebulą i chlebem (wiec to jasne, że jak poszłam po jajka, to kupiłam rajstopy)
spodnie stare z lumpeksu, ostatniego dnia się podarły, wyrzuciłam w hotelu w wiedniu – szare wełniane
sweter ogromny szary wełniany z lumpeksu, się na szczęście nie podarł
kurtka stara puchowa od koleżanki – koleżanka wyrzuciła kurtkę, a kurtka wyrzucała z siebie maleńkie piórka i przyczepiała je do swetra, przez co zapewniała masę kontaktów międzyludzkich, bo wszyscy mnie skubali
peleryna przeciwwiatrowa i przeciwdeszczowa – jeszcze z trasy do santiago de compostela, zapomniana w aucie ostatniego dnia  i na odległość przekazana innej osobie, dalej wędrującej w śniegu
no i najlepsze – sukienczyna, 5 lat temu była nowa, kupiłam ja za całe 10 euro, bawełniana długa czarna z długimi rękawami prosta, nosiłam w piątek świątek i niedzielę, jako małą czarną do opery, w potrzebie jako koszulę nocną, często jako okryjbidę na wędrówki, czasem jest ręcznikiem, czasem szalikiem, czasem poduszką, podarta w 17 miejscach, ale wciąż jej używam, najlepszy zakup na świecie

No a na to Julita odpowiedziała tak zaskakująco, że już dziś nie będzie więcej o marszu, zapraszam na następne soboty, dziś będzie jeszcze tylko o ubraniach i śniadaniach;

Dziękuję, Ewo Mario.

Przyjęłam list jak wielki dar, wspaniały prezent.

Aż się prosi, aby treść listu ująć we wpis, może i Twój niedzielny, może ważny codzienny. Bo ubranie, jak śniadanie, bywa literackie: /…/Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że Ania nie jest ubrana jak inne dziewczęta. Przypomniał sobie, że Maryla zawsze szyła dla Ani sukienki z ciemnych materiałów i według jednego fasonu. Widząc Anię w otoczeniu koleżanek, uznał, że dziewczynka powinna mieć choć jedną ładną sukienkę. Postanowił kupić jej ubranie w podarunku na Gwiazdkę. Obawiając się, że Maryla skrytykuje jego pomysł, poszedł po pomoc do pani Linde. Małgorzata zgodziła się uszyć sukienkę dla Ani według najświeższej mody. W wigilię pani Linde zjawiła się na Zielonym Wzgórzu, przynosząc prezent dla Ani. Maryla pobłażliwym tonem stwierdziła, że sukienka jest zbytkiem, który rozbudzi próżność Ani. Parę minut później z facjatki zbiegła Ania, radosnym głosikiem życząc wszystkim wesołych świąt. Mateusz niezręcznie rozwinął z papieru sukienkę i podał ją dziewczynce. Ania wpatrywała się z prezent w uroczystym milczeniu i nagle rozpłakała się.   

Płakałam i ja.

Nabokow, który studentom kazał opisywać zawartość torebki Anny Kareniny, co jego zdaniem było kluczowe dla zrozumienia postaci.

Stare porzekadło mówi „pokaż swoją torebkę, a pokażę ci, kim jesteś”. Ta sama maksyma mogłaby śmiało tyczyć się artystów baletu, którzy przez cały dzień prób nie rozstają się ze swoim przepastnym workiem bądź torbą. „Skarby”, które w nich ukrywają, mają czasem bardzo nieoczywiste zastosowanie. – Tancerze noszą w nich m.in. różnego rodzaju taśmy, małe piłeczki do rozmasowania mięśni, rolki do pracy nad stopą, ochraniacze, ogrzewacze na kostki, wodę, plastry, igłę z nitką, żeby móc zszyć coś przy baletkach czy pointach – wylicza Sokołowska-Boulton.

Na zakończenie dołączam jeszcze znaleziony u Łukasza Szopy (szefa KODu w Berlinie), poety, wiersz o zimie i śniadaniu oraz śniadaniowe zdjęcie z marszu. Ta z kubkiem to ja. Mam na sobie wszystkie opisane powyżej elementy stroju marszowego plus kolorową torbę płócienną, też zapomnianą w samochodzie do Wiednia.

sniadanienatrawie

Krzysztof Nowak, Śniadanie na trawie 🙂

William Carlos Williams

BREAKFAST

Twenty sparrows
on

a scattered
turd:

Share and share
alike.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | 1 komentarz

Rok leśmianowski 2

Polska nie uznała Leśmiana za poetę roku, mimo iż w roku 2017 przypada i rocznica urodzin, i śmierci. Obchodzimy ten rok my, jego Czytelnicy. Dziś

Julita Bielak

Poeta o poecie

Poprosiła go o spotkanie. Wybrał „Antrejkę” przy Małym Rynku. Albo „Literacką” na Mariackiej lub zupełnie inne miejsce. A może, choć każde z osobna, tkwili obok siebie – ona nad morzem, on daleko miał do gór, do morza daleko – nie spotkali się wcale.

fotos-de-saul-leiter-paris

Fotos de Saul Leiter (Paris)

– Spóźniłaś się, czy wszystko w porządku?
– Tak, przepraszam, byłam w bibliotece, nie znalazłam nic ciekawego – to osiedlowa biblioteka. Na dalszą wyprawę nie miałam czasu. Czy siły. Czy siły i czasu. Chcę napisać parę zdań o Leśmianie -„Znikomku w śliwkowym ubraniu”, na autorski blog Ewy Marii. Piszesz dobre wiersze, zachowałam nawet tamte, licealne, czy miałbyś pomysł na wpis o Leśmianie? Wiersz ulubiony? Podpowiesz, co szukać, czego szukać?
– Gdy mieliśmy swój wieczór związany z wydaniem „Nowej Kwadrygi” wspomniałem Leśmiana – z przekory pewnie, ale i zastanowienia – że pisanie złych wierszy jest grzechem. Można to jakoś rozwinąć, bo wierszy jest za dużo, złych wierszy. Nic więcej mi do głowy nie przychodzi poza oczarowaniem światem i językiem, który stworzył. Był osobny, wielki, gdy pisał, dotykał brzegiem złotej stalówki rękawa Boga.
– Po tym, co powiedziałeś, nie porwę się na omawianie twórczości Leśmiana, bo ja „brzegu złotej stalówki, nie wymyślę”. Poza tym nikt piękniej, niż on sam, o poecie nie mówi.

jasnikowski-spotkaniepolatach
Jarosław Jaśnikowski, Spotkanie po latach

Bolesław Leśmian

POETA

Zaroiło się w sadach od tęcz i zawieruch;
Z drogi! – Idzie poeta – niebieski wycieruch!
Zbój obłoczny, co z światem jest – wspak i na noże!
Baczność! – Nic się przed takim uchronić nie może!
Słońce – w cebrze, dal – w szybie, świt – w studni, a zwłaszcza
Wszelkie dziwy zza jarów – prawem snu przywłaszcza.

Rad Boga między żuki wmodlić – do zielnika,
Gdzie się z listem miłosnym sam jelonek styka!…
Świetniejąc łachmanami – tym żwawszy, im golszy –
Nie bez wróżb się uśmiecha do grabu i olszy –
I widziano w dzień biały tego obłąkańca,
Jak wierzbę sponad rzeki porywał do tańca!
A tak zgubnie porywać, mimo drwin i zniewag –
Zdoła tylko z otchłanią sprzysiężony śpiewak.
Żona jego, żegnając swój los znakiem krzyża,
Na palcach – pełna lęku do niego się zbliża.
Stoi… Nie śmie przeszkadzać… On słowa nawleka
Na sznur rytmu, a ona płochliwie narzeka
„Giniemy… Córki nasze – w nędzy i rozpaczy…
A wiadomo, że jutro nie będzie inaczej…
Wleczesz nas w nieokreślność… Spójrz – my tu pod płotem
Mrzemy z głodu bez jutra, a ty nie wiesz o tem!” –

Wie i wiedział zawczasu!… I ze łzami w gardle
Wiersz układa pokutnie – złociście – umarle –
Za pan brat ze zmorami… Treść, gdy w rytm się stacza,
Póty w nim się kołysze, aż się przeinacza.
Chętnie łowi treść, w której łzy prawdziwe płoną –
Ale kocha naprawdę tę – przeinaczoną…
I z zachłanną radością mąci mu się głowa,
Gdy ujmie niepochwytność w dwa przyległe słowa!
A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą –
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą!…

I po tym samym niebie – z tamtej ułud strony –
Znawca słowa – Bóg płynie – w poetę wpatrzony.
Widzi jego niezdolność do zarobkowania
I to, że się za snami tak pilnie ugania!
Stwierdza z zgrozą, że w chacie – nędza i zagłada –
A on w szale występnym wiersz śpiewny układa!
I Bóg, wsparty wędrownie o srebrzystą krawędź
Obłoku, co się wzburzył skrzydłami, jak łabędź –
Z łabędzia – do poety, zbłąkanego we śnie –
Uśmiecha się i pięścią grozi jednocześnie!

boleslaw-lesmian-grob-1024x600

Grób poety na Powązkach
Bolesław Leśmian
22 stycznia 1877 – 5 listopada 1937

Opublikowano Julita Bielak | Otagowano , | 1 komentarz