Nieśmiertelność

Ten tekst lata temu miał się ukazać w „Czasie kultury” w Poznaniu. Jak zwykle nie wiem, czy został opublikowany. W pierwotnej wersji był bardzo długi. Skracałam go wielokrotnie. Ostatnią wersję odesłałam do redaktora dokładnie 12 lat temu, w Sylwestra. Opatrzyłam go następującym przesłaniem: Niech Pan zrobi, co Pan uważa, bo ja już nie mam pomysłu. Z poważaniem. Dziś dopisuję jeszcze życzenia noworoczne – bądźcie szęśliwi, a jak chcecie to i nieśmiertelni.

Ewa Maria Slaska: Zacznijmy od prostego pytania – czy chciałbyś / chciałabyś być nieśmiertelny/a?

Nie. Nie chciałabym być nieśmiertelna. Odpowiedź jasna i prosta.

Rzecz ciekawa. Zadawałam to pytanie różnym ludziom, i otóż… odpowiedź udzielana przez kobiety brzmiała niemal zawsze – nie, przez mężczyzn zaś prawie bez wyjątku – tak.

Przyznaję, że ten aspekt sprawy wcale nie był przedmiotem moich rozważań. Pytałam, żeby zobaczyć, czy ten temat w ogóle ludzi interesuje, a jeśli tak, to jakie jego aspekty. Pod jednym względem nie pomyliłam się. Moim rozmówcom, tak jak i mnie, temat wydawał się interesujący. I to nie jako przenośnia. Więc nie nieśmiertelność duszy, ducha, rodu i rodziny i nie próby ożywiania martwych i tworzenie sztucznych istot żywych lub niby-to-żywych, bo nie chodzi o ożywianie ciała po śmierci, bo nie chodzi w ogóle o ciało, lecz o człowieka.

I o to, że może żyć i nie umierać. Żyć i nie umierać!

Mężczyzna chce żyć i nie umierać. Wie, że kiedyś umrze, bo mu to powiedziano, ale sprzeciwia się temu całą mocą swego męskiego ja. W dyskusji o nieśmiertelności mężczyzna jest jedną wielką niezgodą.

Kobieta też chce żyć, ale wie, że kiedyś umrze i nie sprzeciwia się temu. W dyskusji o nieśmiertelności kobieta jest jedną wielką pokorną zgodą. Często nawet trochę tęskniącą.

Możemy zacząć od Raju. Niby nie zostało to powiedziane otwarcie, ale Raj był przecież obietnicą wiecznego życia… Czyli marzeniem o życiu wiecznym. O wiecznym życiu i wiecznej młodości ciała… Nie sprzeczajmy się tu o to, czy ten mit stworzyli ludzie, czy też naprawdę istniał stworzony przez Boga Raj, bo to nieważne. Ten mit stworzyli mężczyźni.

A zatem nie powinien mnie zaskakiwać wynik mojej domorosłej ankiety. Mężczyźni chcą być nieśmiertelni. Zawsze chcieli. Ciekawe tylko, że już wtedy, gdy powstawał mit, wiedzieli, że kobiety nie chcą być nieśmiertelne.

Teza pierwsza. Raj istniał naprawdę i został stworzony przez Boga. Bóg w Raju stworzył kobietę, która nie chce być nieśmiertelna, i mężczyznę, który koniecznie chce… Bóg tak chciał. Ciekawe dlaczego.

Teza druga. Raj nie istniał. Religię żydowską stworzył Mojżesz, który na początku Wielkiej Księgi zapisał sumeryjską bajkę, przekazaną przez Abrahama, który pochodził z Ur.

Zręby religii żydowskiej powstały podczas czterdziestu lat wędrówki przez pustynię. Wtedy to banda nieposłusznych, niestałych, zdradliwych niewiernych i niewierzących niewolników zmieniła się w karny lud, pełniący dobrowolnie i z niepojętym oddaniem wiekuistą służbę bożą. Mojżesz ustalił wszystkie szczegóły tej służby, ilość gwoździ w belkach, ilość złota na miskę, ilość bisioru, kadzidła, placków jęczmiennych, mięsa, tłuszczu… Żydowska służba boża jest mocno osadzona w życiu, a Numeri – największe dzieło Mojżesza – są niezwykłą książką o społecznej organizacji życia, ogarniającą wszelkie jego aspekty, poczynając od miesiączkowania kobiet i skrofułów mężczyzn, a kończąc na cechach przydanych Jedynemu Bogu. Mojżesz wszystko wiedział, wszystko przewidział, rozłożył życie ludzkie na nierozkładalne dalej atomy i przydał im nazwy i zasady tak proste, że po czterech tysiącach lat można bez wahania ustalić, czy dinozaur jest koszerny i jaki jest stosunek Boga do komputera. Mojżesz zatem wiedział – z obserwacji albo z podszeptu boskiego – że kobiety nie żałują Raju i nie chcą być nieśmiertelne. Był to pewnik mocnej próby, skoro daje się zastosować także w epoce feminizmu, społecznego, intelektualnego i uczuciowego wyzwolenia kobiet, ogólnej liberalizacji oraz uwolnienia religii od przymusu i strachu.

Skąd Mojżesz wiedział, że nie chcę być nieśmiertelna? A jak nie chcę, to nie będę, bo punktem wyjścia do nieśmiertelności jest stan umysłu, w którym trzeba ze wszelkich sił chcieć. A nie można ze wszelkich sił chcieć czegoś, czego się nie chce. Nieśmiertelność jest grą intelektu dla mężczyzn. Grą na życie przeciw śmierci.

Założenie gówne głosi, że umieramy, bo zostaliśmy zaprogramowani na śmierć. Wbudowano nam program samoniszczący, charakterystyczny dla wszystkich organizmów biologicznych, które umierają po spełnieniu funkcji rozrodczych. Ale umieramy też, ponieważ społeczeństwo oczekuje naszej śmierci w momencie, gdy spełniliśmy długofalowe biologiczne funkcje rozrodcze i krótkoterminowe funkcje społeczne. Moment samoczynnego włączenia biologicznego stymulatora samoniszczącego ulegał zmianie. Obecnie w kręgu cywilizacji zachodniej uaktywnia się, gdy nosiciel osiąga wiek czterdziestu lat. Od czterdziestki w każdej chwili możemy umrzeć. Samoczynne włączenie społecznego stymulatora samoniszczącego następuje w wieku emerytalnym.

Stymulator samoniszczący działa jak wirus komputerowy, raz wprowadzony, uruchamia się w określonym momencie, rozprzestrzenia się po całym systemie, niszcząc programy sterujące kolejnych funkcji. W świecie komputerów zapotrzebowanie na ochronę antywirusową zostało zinstytucjonalizowane. Programy antywirusowe – choć nie zawsze spełniają swe funkcje – obejmują całokształt problematyki. W odniesieniu do życia ludzkiego instytucjonalizacja  koncentruje się na biologicznym aspekcie śmiertelności i ogranicza do przedłużania życia poprzez likwidację chorób i urazów. Działanie instytucjonalne nie sięga do poziomu programu życia biologicznego i pomija całkowicie program społeczny.

Osobnik chcący uzyskać nieśmiertelność musi samodzielnie zmienić program sterujący swojego życia, usuwając zeń oba stymulatory samozniszczenia. Musi mieć świadomość tego, co chce uzyskać, musi sobie uświadomić, że jest to jego sprawa prywatna i musi chcieć zrealizować założony cel.

Planując samodzielną nieśmiertelność dobrze zrobimy, jeżeli na początek poprzestaniemy na tysiącletnim żywocie biblijnym. Nieśmiertelności „na zawsze“ w ogóle nie sposób sobie wyobrazić, natomiast tysiąc lat jest już podatne na pewne przybliżenia. Tysiąc lat to dziesięć razy dłużej niż „najdłuższe życie“. Potraktujmy te symboliczne tysiąc lat nie jako przedłużone / wydłużone życie, lecz jako ograniczoną nieśmiertelność, moduł nieśmiertelności, nieśmiertelność na próbę. Człowiek, który z powodzeniem zrealizuje tysiąc lat nieśmiertelności i nadal będzie CHCIAŁ, może z kolejnych modułów zbudować całą wieczność.

Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie – po co? Po co chcemy być nieśmiertelni? Wydaje się, że odpowiedzi, które uzyskiwałam w mej nieprofesjonalnej, ankiecie wynikały nie tyle z „po co“, ile z „dlaczego“. Męska odpowiedź brzmiała zatem, „tak, chce być nieśmiertelny, bo nie chcę umrzeć“. Ale: po co? Przyduszeni do muru interlokutorzy udzielają zazwyczaj najprostszych odpowiedzi: Ciekawscy chcą zobaczyć, jak rozwinie się świat w przyszłości. Chorzy wierzą, że przyszłość wymyśli kurację dla ich chorób. Sfrustrowani mylą nieśmiertelność z potrzebą trochę większej niż przeciętna ilości czasu na realizację niespełnionych marzeń młodości. Zachłanni i chaotyczni też mylą nieśmiertelność z czasem potrzebnym, bo dokończyć, to co się właśnie robi lub zrobić jeszcze coś ponadto. Stosunkowo rzadko pada odpowiedź egoisty: bo jestem tak wartościowy, że nie powienienem umierać, gdyż byłoby to stratą dla przyszłych pokoleń. W niewypowiedzianym podtekście tej odpowiedzi kryje się żądza wielkości – sławy, kariery, władzy.

W grze o nieśmiertelność żadna z tych odpowiedzi nie gwarantuje choćby jakich takich szans wygranej, nawet ta ostatnia, bo wciąż jeszcze jest za bardzo egoistyczna, a za mało egocentryczna. Jest wystarczająco egoistyczna w swej pysze, natomiast za mało egocentryczna, gdyż uzależnia ową wspaniałą wartość jedynego i niedającego się zastąpić „ja“ od stosunku owego „ja“ ze światem zewnętrznym. A to błąd. Prawdziwe „chcenie“ nieśmiertelności zaczyna się dopiero tam, gdy osoba chcąca skoncentruje się tylko i wyłącznie na sobie. Gdy pominie wszelkie ewentualne korzyści płynące z przedłużenia życia w przyszłość, a skoncentruje się tylko i wyłącznie na potrzebie życia wiecznego. W grze o nieśmiertelność tylko o nią chodzi.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym aspekcie. Mimo wszelkich zastrzeżeń, że sprawa jest poważna, ale zarazem normalna, słowo „nieśmiertelność“ wywołuje pewne bajkowe skojarzenia. Podobne jak inne równie bajkowe. Nagminnie używane w czasach komuny określenie „przed wojną“ albo „na Zachodzie“ zakładało podświadomie, że mówiący zalicza się do ludzi, którym przed wojną lub na Zachodzie powodzić się miało po królewsku. Nikt nie widział siebie przed wojną w roli nędzarza i na Zachodzie w roli bezdomnego. Nieokreśloność tych stwierdzeń była jednoczesną gwarancją osobistego powodzenia. Podobny proces musi automatycznie zachodzić w umysłach osób pytanych o nieśmiertelność. Nikt bowiem nie chce nieśmiertelności, by żyć jako skrofuliczny nędzarz. Akceptacja nieśmiertelności jest zarazem bajkową wiarą w pozytywną i trwałą, wspaniałą odmianę losu.

To kolejny błąd. Tyle błędów, już w założeniu. Tym niemniej istnieje teza, że ktoś jednak tę grę podejmuje i prowadzi. I że dzieje się tak w każdej epoce. Nieśmiertelni, albo przynajmniej ci, którzy o nieśmiertelność grają, są zatem wśród nas. Kusząca jest myśl, że gdzieś, może tuż obok nas, spotyka się dwoje nieśmiertelnych. Albo dwóch.

Jak stali się nieśmiertelni?

Pokonanie stymulatora biologicznego jest w teorii dość proste. Podobno, jeżeli nie będziemy chcieli umrzeć to nie będziemy się też starzeć. Wystarczy chcieć. W kultowej powieści na ten temat, „Panaroma“ Toma Robbinsa, zapobieganie starzeniu się jest jednak bardziej skomplikowane i, choć bohaterowie powieści dochodzą do praktyki w tej materii na drodze instynktownej, autor, żeby ich w ten instynkt wyposażyć, musiał dokonać dogłębnej analizy rozmaitych, stosowanych w różnych kulturach, zwłaszcza azjatyckich, metod zachowywania długowieczności. Jego bohaterowie żyją w zgodzie z czterema żywiołami – powietrza, ognia, wody i ziemi. Powietrze to jogistyczny system oddychania. Ogień to żywiołowy i radosny seks. Element wody zapewniają długie naprzemienne gorące i zimne kąpiele. A ziemią będzie zdrowe, naturalne pożywienie. Dodatkowymi warunkami długowieczności są: radosna akceptacja siebie, świata i swego w nim istnienia, miłość oraz życie bez wyrzutów sumienia. I to najlepiej stosunkowo proste, bo im mniej potrzebujemy, tym mniej frustracji.

Wszystko to znamy, przynajmniej w teorii. Niektórzy z nas coś z tych teorii stosują, ale ponieważ czynimy to albo połowicznie, albo fanatycznie, a nigdy całościowo, i nie prowadzi nas w tym chęć bycia nieśmiertelnym, to też i nie stajemy się przez to nieśmiertelni. Krótko mówiąc, brakuje nam znanego ze szkoły chcenia wewnętrznego, które by skutecznie zablokowało nasz biologiczny stymulator samoniszczący.

Oczywiście, powie ktoś, wszystko to jest dobre tylko do czasu, póki nie zagrozi nam coś z zewnątrz – powódź, lawina, wojna, pożar, morderstwo, wypadek. Być może. Ale – tu wkraczamy już na nieco grząską domenę ezoteryki – podobno, jeżeli naprawdę potrafimy sterować naszym stymulatorem, to nie spotka nas też żadne nieszczęście zewnętrzne. Bo, podobno, nawet nieprzewidywalne przypadki i złowrogie decyzje są w świecie, w którym przypadków nie ma, wywołane naszą podświadomością, która każe nam umrzeć. Nieśmiertelny nie musi być więc nawet specjalnie ostrożny. Tam, gdzie będzie szedł, nie spadnie ani grom z jasnego nieba, ani doniczka z balkonu, ani topór katowski. Jak jest naprawdę, nie wiadomo. Ci, którym przypadek zewnętrzny przeciął życie, nie są już nieśmiertelni i nie ma ich wśród nas. Powieściopisarze twierdzą zresztą, że prędzej czy później, nawet nieśmiertelny znuży się życiem i umrze. Próba nieśmiertelności zawsze więc pozostanie tylko próbą, życiem niewyobrażalnie długim, ale przecież ograniczonym czasowo.

A zatem, kiedy należy wyłączyć stymulator biologiczny? Decyzja jest ważna, bo raz ustaliwszy wiek, będziemy go po prostu mieli na wieki. Odpowiedź jest prosta: zanim się włączy, czyli między trzydziestką a czterdziestką. Trzydziestka wydaje się wiekiem dość sensownym. W ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat mężczyzna koło trzydziestki był społecznie postrzegany jako człowiek dojrzały, już nie młodzik, ale jeszcze nie starzec. Taki wiek średni powinien się więc sprawdzić i przez następne dwa tysiące lat.

Bardziej skomplikowane, a jednocześnie mniej klarowne są zalecenia, jak zahamować społeczny stymulator samozniszczenia, a ich skuteczność jest zdecydowanie utrudniona przez samo społeczeństwo, które oczekuje naszej śmierci. I to nie tylko wtedy, gdy zdrowa i w sile wieku klasa rządząca obcina chorym i starym pieniądze na renty, zasiłki i pomoc lekarską. To tylko drastyczne przypadki. To przede wszystkim sam system społeczny od dnia naszych urodzin przygotowuje nas na śmierć. Nasza socjalizacja opiera się na przemijaniu. Żyjemy w cywilizacji morbidalnej i nekrofilnej. Kultura i tradycja nie tylko wyrosły na śmierci, nie tylko się nią karmią i żywią, ale jednocześnie oswajają nas z nią, wbudowując do mózgu „chip“ nietrwałości. Wydawałoby się, że społeczeństwa robią to nieświadomie, ale doprawdy dla grających w nieśmiertelność społeczeństwo będzie znacznie gorszym wrogiem niż ich własne ciało. Bo, jak w „Paragrafie 22“ Hellera, wszystko wokół nas sprzysięgło się, żeby nas zabić.

Jak żyją nieśmiertelni?

Po pierwsze w zagrożeniu demaskacją. Przy tym zauważmy, że nieśmiertelność nigdy, jak dotąd, nie została(by) potraktowana poważnie, będąc zawsze tylko herezją, objawem nawiedzenia lub obłędu. W ciężkich, pełnych nieufności czasach demaskacja nieśmiertelności może zatem zaprowadzić na stos lub zgotować inną, adekwatną karę społeczną, w lepszych czasach zaprowadzi do więzienia lub zakładu psychiatrycznego. Żadna religia i żaden system społeczny nie przewidują i nie tolerują nieśmiertelności. Być może w czasach, kiedy, powoli, cywilizacja zachodnia rozwija się ku równouprawnieniu i tolerancji, przynajmniej w teorii umożliwiając ludziom, bez względu na różnice płci, wieku, religii, koloru skóry i światopoglądu, życie bez skrywanych hańbiących tajemnic, kiedy nie trzeba już ukrywać faktu, że jest się kobietą, Żydem, homoseksualistą czy artystą, outing nieśmiertelności jest w tej chwili ostatnią ludzką tajemnicą, która – wydana na światło dzienne – może człowiekowi zagrozić. Oczywiście, być może kiedyś i to się zmieni. Jak dotąd jednak wszystkie uciśnione grupy i mniejszości społeczne wywalczyły swoje prawa dlatego właśnie, że były grupami, a nieśmiertelność jest grą indywidualną. Demaskacja nieśmiertelności przestanie być społecznie groźna dopiero wtedy, gdy stanie się zadaniem grupowym, co musi oznaczać, że społeczeństwo bądź to zgodzi się na zaakceptowanie nieśmiertelnych, bądź nawet samo postanowi się przekształcić w zbiorowość nieśmiertelnych. To jednak na razie bardzo odległa wizja. Niewykluczone zresztą, że kiedyś zostanie wprowadzona w życie, ale póki co, nieśmiertelny jest w swej grze sam przeciwko Bogu i reszcie świata.

Pierwszą konsekwencją zagrożenia demaskacją jest prawdopodobnie konieczność poprzestawania na małym. Oczywiście pisarze, zajmujący się tym tematem, wyposażają swoich bohaterów w życie nadzwyczaj ciekawe, pełne przygód, ucieczek, prześladowań, z których nieśmiertelny jakoś zawsze cudem się wywikła. Chodzi tu bowiem o fikcję literacką, rządzącą się specjalnymi prawami przyciągania uwagi czytelnika, a literacka nieśmiertelność jest ekranem, na który pisarze projektują swą wizję historii i ocenę współczesności. Ale nawet w literaturze nieśmiertelni przechodzą przez Historię na pozycjach nic nie znaczących. Są pionkami i służącymi tych, którzy tworzą Historię. Bo nieśmiertelność to przetrwanie. To wieczna maska. Mimikra. Tom Robbins w swojej powieści widzi to jak najbardziej realistycznie. Jego bohaterowie przez całe swe długie życie produkują perfumy. Wszelkie nadmierne wybijanie się grozi karą. Przetrwają najmniejsi, a nie najsilniejsi.

Już na tym etapie okazuje się, że nawet mężczyźni, którzy rzekomo chcą zostać nieśmiertelni, nie są w stanie sprostać założeniom gry, ponieważ tak naprawdę chodzi im o sławę i władzę, a nie o nieśmiertelność. Cel najwyższy żąda likwidacji wszelkich pomniejszych celów życiowych. Życie przez wieki nie będzie jedną wielką karierą bez końca. Wręcz przeciwnie – aby trwać przez wieki, trzeba będzie w tych dziesięciu, stu czy tysiącu żywotów ludzkich, jakie staną się naszym udziałem, poprzestać na małym. Na trwaniu. Na bytowaniu na uboczu. Nie rzucając się w oczy i nie żądając niczego oprócz wiecznej nagrody głównej. Nic bardziej dramatycznie nie podkreśla różnicy między egoizmem a egocentryzmem niż ta właśnie konstatacja. Mężczyzna, żądny nieśmiertelności, jest trawiony pychą własnego „ja“. Chce i to bardzo mocno. Ale to, czego chce, nie jest nieśmiertelnością, lecz apologią własnego „ja“. Mężczyzna, grający w grę o nieśmiertelność, musi skazać to pełne pychy „ja“ na banicję lub śmierć. Kobieta twierdzi, że nawet tej gry nie zacznie, a mężczyzna być może zacznie i potknie się o własne „ja“.

Założenie poprzestawania na małym będzie trudne. Ktoś, kto świadomie podjął decyzję nieśmiertelności będzie zapewne człowiekiem wybitnym. Już chociażby dlatego, że inaczej nie doszedłby do takiego intelektualnego poziomu rozwoju, który pozwoliłby mu na teoretyczny ogląd własnej decyzji. Jest więc wybitnym egocentrykiem. Jak wybitny egocentryk, przez swą wybitność skazany na imponowanie, a może nawet przewodzenie innym, zdoła się nagle zmienić w pokorną owieczkę? Jak, po to by unikać wrogów i zagrożeń, zdoła pohamować swe ambicje? A jeżeli nawet pohamuje ambicje, to jak pohamuje instynkty? Istnieje teoria psychologiczna głosząca, że ludzie odważni są odważni nie dlatego, że podejmują takie decyzje, tylko dlatego, że inaczej nie mogą. Jednym słowem, jeśli jesteśmy odważni, to dlatego, że nasze „ja“ tak postanowiło, a nasze „ja“ jest silniejsze od nas. Ostatnio potwierdziły to badania czynności mózgu. To on, jak komputer sterujący, podejmuje nasze decyzje, zanim jeszcze my sami je podejmiemy. Pewnie, można powiedzieć, że nasz mózg to my. Ale to jednak niedokładnie to samo. On wie wcześniej czyli reaguje jak układ wegetatywny, wykluczając świadomość z prawdziwego udziału w decyzji.

Wiemy już, że ci, co wybrali nieśmiertelność są skrajnymi egocentrykami, narcystycznie zaprogramowanymi tylko na własne wieczne życie. Są to na pewno mocne osobowości, indywidualności na sporą miarę. Czy można w ogóle przyjąć, że będą w stanie prowadzić życie stróża nocnego? A jeśli tak to, czy po całych eonach godzenia się z losem, jednak się nie wściekną, nie oburzą, nie staną okoniem? Jak szybko i jak automatycznie przejmuje się role przywódcze, bohaterskie, awanturnicze?

Zasadniczo więc człowiek wybierający nieśmiertelność powinien unikać wszelkich wiążących i angażujących sytuacji politycznych i społecznych, bo kryją w sobie niebezpieczeństwo uwikłania. Powinien żyć sam dla siebie. Na początek przyjmijmy, że nieśmiertelny, zgodnie z wybitnymi cechami własnego ja, będzie żył jako samotny filozof. Ale z czego będzie żył? Sprzedaż własnej filozofii, wymiana myśli intelektualnej na dach nad głową, opał, ubranie i chleb, jest już uwikłaniem. Filozof żyjący z filozofii nie spełnia idealnego warunku, jakim jest kompletna izolacja. Może więc zostanie księdzem albo, jeszcze lepiej, mnichem? Ale po pierwsze, zapewne taki wybór opierać się będzie na idealizacji i w rzeczywistości zawód mnicha okaże się równie uwikłany, jak każdy inny, a po drugie – będzie mnichem fałszywym, nie wyznającym naprawdę tego, co powinien. Pokora mnicha ma służyć Bogu, bezpośrednio lub pośrednio, przez pokorną służbę ludziom. Mnich, zorientowany na przeżycie jako nieśmiertelny, pokorny po to, by żyć wiecznie, kiedyś się zdemaskuje. Maska nieśmiertelności, wystarczająco ciężka do noszenia w roli stróża nocnego, mnichowi czy księdzu, żyjącemu w wiecznym kłamstwie, przeżre sumienie na wylot.

Filozof wybierający się w nieśmiertelność dobrze zatem zrobi, jeśli wyuczy się jakiegoś skromnego zawodu, na przykład szewstwa. To profesja wymarzona dla nieśmiertelnych i co najmniej już raz sprawdzona, bo Ahaswer, Żyd Wieczny Tułacz był podobno szewcem. Ale był nim póki nie został skazany na nieśmiertelność i nie poszedł, by iść po wieczne czasy. Czy można jednak spędzić wieczność reperując buty? Tysiąc lat w pochyleniu nad kopytem, przybijając młoteczkiem fleczki… Szewc to piękny zawód. Historia i literatura znają szewców-filozofów, bo pochylenie nad butem daje ogromne szanse tym, którzy lubią myśleć. Rutyna wykonuje pracę, a mózg myśli. Piękna wizja. Może i tak. Ale tysiące lat w pochyleniu… I to w czasach, kiedy już dzisiaj każdy z nas w ciągu normalnego życia wykonuje co najmniej kilka zawodów  i staje się to obowiązującą regułą. A my nic, tylko nad kopytem…

I wszystko w milczeniu, w niemożności rozmowy z kimkolwiek o tym, co nas zżera. Bo każda rozmowa to demaskacja. Nie można porozmawiać z przyjacielem, psychoanalitykiem, księdzem. Nigdy z nikim. Pod groźbą utraty „normalności“ wedle kryteriów obowiązujących w danej społeczności. Jednakże milczenie też grozi utratą normalności i tym razem tej autentycznej.

Równie poważnym mankamentem nieśmiertelności jest samotność. Nieśmiertelny ma właściwie dwa wyjścia. Albo będzie się wiązał z wciąż nowymi partnerami, a ci, siłą rzeczy będą umierać, co kiedyś doprowadzi go do refleksji owej starszej pani, która miała powiedzieć, że czuje się już strasznie stara, bo przeżyła osiem psów. Nieśmiertelny przeżyje dziesięć kobiet. Lub dziesięciu mężczyzn. Nieważne. Na pewno będzie żył dłużej.

Drugim wyjściem jest przysposobienie sobie towarzysza lub towarzyszki nieśmiertelności. I? No właśnie. I… Istnieje teza, że małżeństwo zostało kiedyś uznane za instytucję trwałą, bo ludzie żyli krótko. Większość małżeństw i innych dwuosobowych związków partnerskich nie ma trwałości wystarczającej dla zapewnienia prawdziwej, głębokiej, opartej na zaufaniu wspólnoty na całe życie. Związki albo się kończą znacznie wcześniej, albo trwają formalnie, ale rozsadza je od spodu niewierność fizyczna lub duchowa. Długie życie to, powiedzmy siedemdziesiąt lat. Wystarczająco długie, by nie sprostać wymogom monogamii. Żyjemy w poligamii, symultanicznej albo chronologicznej. Jak więc w tych warunkach można sobie wybrać partnera na nieśmiertelność? Wyobraźmy sobie przez chwilę zbrodnicze myśli nieśmiertelnych, usiłujących po pięciuset latach wspólnego, szczęśliwego pożycia, pozbyć się nagle niechcianego towarzysza wiecznego życia. Wiedzą, że nie umrze sam z siebie. A więc trzeba go zabić. A czy w ogóle można go zabić?

Rzecz jasna, nieśmiertelni nie powinni mieć dzieci. Z jednej strony nie muszą, bo sami są sobie własnym dzieckiem, niosącym w przyszłość genialne geny rodzica (jeżeli nie są genialne, to chyba nie warto walczyć o bycie nieśmiertelnym). Z drugiej strony, nie wiadomo, może w ogóle nie chcą mieć żadnych dzieci. W ogóle nie wiadomo, co z popędem seksualnym… Być może nasz organizm, nastawiony na przetrwanie własne, a nie rodowe, wyłączywszy po długim nieużywaniu popęd rodzicielski, wyłączy zarazem seks… No, ale może nie. Załóżmy jednak, że wszystko zostaje po staremu, i popęd rozrodczy, i seksualny. To i tak dla własnego zdrowia psychicznego lepiej wyrzec się dzieci, bo przeżyjemy je, tak jak przeżyjemy chomiki, koty, psy i kobiety lub mężczyzn.

Fatalnym obciążeniem nieśmiertelności jest problem motywacji. Jakiejkolwiek motywacji do czegokolwiek. Nie bez racji był to zawsze jeden z pierwszych argumentów społecznych przeciw nieśmiertelności. Nazywano go tylko inaczej – sensem śmierci. Dopiero przez śmierć czyli ograniczony czas zyskujemy napęd wewnętrzny, warunkujący rozwój. Indywidualny i społeczny. Jak w ogóle można się zmusić do zrobienia czegokolwiek, jeżeli ma się przed sobą całą wieczność?

I wreszcie pytanie, w co się bawić? Co ma przez wieczność robić umysł, który wymyślił sobie nieśmiertelność? Opisywać ten wciąż od pokoleń zmieniający się na naszych oczach świat, odpowiedzą intelektualiści. Tworzyć jedyne w swoim rodzaju, bo jedyne autentyczne świadectwo tego, jak naprawdę rozwijała się nasza cywilizacja i nasza kultura. I? I co z tym, co zapiszemy? Takie zapiski z tysiąca lat… Spróbujmy sobie wyobrazić, że ktoś próbuje dziś coś takiego opublikować. Wiemy dokładnie – fikcja literacka, taka sama dobra jak ta, którą stworzyły setki innych pisarzy. Jasne, wcale nie taka sama. O niebo lepsza. Bo prawda, a nie fikcja. Bo my jesteśmy nieśmiertelni, a oni napisali fikcję… Stop. Taka myśl łamie od razu dwie, a może nawet trzy żelazne reguły życia nieśmiertelnych. Więc nie ma mowy o opublikowaniu tych zapisów, a właściwie nawet ich prowadzenie jest już niebezpiecznym krokiem w kierunku samodemaskacji… Więc co robić? Czym, na miłość boską, zająć myśli i wolny czas… Jak się nie nudzić sobą i światem?

Zajęciem marginalnym, ale zarazem pewną rozrywką w monotonii życia nieśmiertelnych jest na pewno konieczność znikania w jednym miejscu i osiedlania się w jakimś innym. Nieśmiertelny nie może bowiem spędzić tysiąca lat w tym samym miejscu bez wzbudzania podejrzeń otoczenia. Nieśmiertelny z wyboru dobrze zrobi, jeżeli co trzydzieści lat przeprowadzi się w nowe miejsce, najlepiej zupełnie odmienne od poprzedniego. Jest to uciążliwe, nie tylko z uwagi na ciągłą konieczność przeprowadzek. Nie można zniknąć ot tak sobie, bo policja zacznie człowieka szukać, czasem znajdzie, a to czasem zwielokrotnione przez nieskończoność starczy, by ktoś kiedyś zadał sobie o jedno pytanie za dużo. Więc albo wieczne, regularne symulowanie własnej śmierci i ucieczka, albo uzasadnianie przeprowadzki. Wprawdzie nie bardzo wiadomo, jak ją uzasadnić. Czemu właściwie jakiś byle jaki szewc, który nie ma ani ojca, ani matki, ani żony, ani dziatek, nigdzie się nie udziela, dzień w dzień, piątek, świątek i niedziela siedzi w swoim warsztacie i reperuje buty, dlaczego taki facet nagle się przeprowadza? No ale mamy w końcu całą wieczność, by sobie wymyślić jakieś sensowne wyjaśnienia. Zawszeć będzie czym zająć umysł.

W przerwach natomiast należy się poważnie zastanowić nad tym, czy przy próbie nieśmiertelności ciała, nieśmiertelność duszy nadal jest równie ważna, jak wtedy, gdy wiemy, że czeka nas śmierć. Bo czy naprawdę ciało może być nieśmiertelne, tego jako autorka nie wiem, ale, jestem za to głęboko przekonana, że dusza jest nieśmiertelna. I na zakończenie rozważań o nieśmiertelności dzielę się z Czytelnikiem straszną wizją – otóż zaiste uda się nam realizacja nieśmiertelności ciała, a wskutek tego obumrze nam dusza…

Berlin, 1.11.2000 – 31.12.2000

Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,
Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże?
Adam Mickiewicz, Dziady cz. III

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s