Ogrody

Jest 2 stycznia. Powinnam pisać o zimie, ale ponieważ jest ciepło i wiosennie i właśnie popracowałam chwilę na balkonie, postanowiłam, że opublikuję tu artykuł, który nie ukazał się w „Odrze” – o ogrodach. I tak zaraz trzeba się będzie zabrać za wiosenne prace ogrodnicze, to zobaczmy, co przed nami.

Co roku latem w tzw. gazetach miejskich Zitty lub Tip w Berlinie (bo są dwie i ukazują się co 2 tygodnie, zawsze w środę i na przemian, jeśli w tym tygodniu Zitty, to w przyszłym – Tip) będzie jakiś artykuł poświęcony zieleni miejskiej, zatytułowany „Lato na balkonie” (był to również tytuł sympatycznej berlińskiej komedii z roku 2004 w reżyserii Andreasa Dresena).

Ewa Maria Slaska

Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój.

Aby to wszystko uzyskać, można lub należy mieć działkę, ogród, podwórko do zazielenienia, balkon, ale jak nic takiego nie mamy, to możemy jeszcze posadzić kwiaty wokół drzew, zagospodarować paski nieużytków wzdłuż płotów lub torów albo ustawić doniczki na parapetach okien. A jak i to jest niemożliwe, to jeszcze pozostaje nam… beczka, plecak, worek, koszyk po truskawkach lub skrzynka po pomarańczach.

Jak już nawet nie możemy sobie pozwolić na worek, to już chyba musimy zrezygnować, podobnie jak ów angielski chłopczyk, który napisał list do Mikołaja. Drogi święty Mikołaju, proszę, podaruj mi w tym roku słonia. Jeśli nie możesz mi ofiarować słonia, no to może być tygrys. Jeśli nie dasz rady załatwić tygrysa, to proszę daj mi konia. No, ostatecznie mógłby być też pies. Lub może kot. A jak już naprawdę nie może być nawet kot, to daj mi, proszę, mysz. Ale jeśli nie potrafisz podarować mi nawet myszy, to nie dawaj mi innych, jeszcze mniejszych zwierząt, bo jestem już za duży na zwierzęta mniejsze od myszy.

Część tych pomysłów, odkrywanych z zachwytem przez berlińczyków, jest w Polsce tak znana, że aż dziwne, że nikt nie dorobił jeszcze ideologii do zajmowania trawników  wokół bloków, pod oknami na parterze lub wykopywania plastikową łopatką dziur w skruszałym betonie na postkomunistycznych podwórkach, po to by nanieść tam ziemię i posadzić groszek, lawendę lub mahonię.

Człowiek jest zwierzęciem naturalnym, przez miliony (albo, jak chcą kreacjoniści, tysiące – zapewne nawet to wystarczy) lat żył „w naturze” i wciąż jeszcze nie wyzwolił się od tych atawistycznych potrzeb. Pamiętam, jaką grozę wzbudziła we mnie informacja, że w Korei Południowej w okresie cudownego boomu gospodarczego wokół coraz to nowych fabryk wyrastały coraz to nowe miasta, gdzie nie było ani jednego drzewa! I jak już wreszcie Koreańczycy zagonieni do niewolniczej pracy w owych fabrykach zaczęli się buntować, to zażądali… parków miejskich.

Potrzeba życia choćby w namiastce natury to jednak tylko jeden aspekt rewolucji ogródkowej w Berlinie w XXI wieku. Ogród (i wszystko, co powyżej wymieniłam i co nam może posłużyć za ogród) powinien nam dawać kwiaty, z których bez wyrzutów sumienia możemy się cieszyć i to nie tylko dlatego, że ich nie musimy kupować, ale przede wszystkim – bo nie „wyprodukowały” ich w „fabrykach kwiatów” słaniające się z gorąca i umierające od trucizn kobiety w Wietnamie, Gwatemali czy Hondurasie. I jeszcze na dodatek nasz ogród będzie nas karmić czymś, co jest smaczne, zdrowe i wyprodukowane bez trutek. Tu każdy powie, znamy, wiemy, każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy.

Rewolucja zaczęła się od ziół. Może dlatego, że są skromne, a jak nam nie wyjdzie, to nie przyniesie to hańby hodowcy. Bo jak posadzimy pomidory i nie zbierzemy nawet trzech, to znaczy, że marni z nas ogrodnicy, ale jak posadzimy dziesięć różnych ziół, to któreś przecież się uda.

Ja osobiście mam na balkonie co najmniej cztery zioła, które „wyszły”, a ponadto co tydzień świeże kiełki rzodkiewek, dwie (słownie dwie) truskawki i trzy poziomki. Ale ja dopiero zaczynam. Moim marzeniem jest własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych Królika. I choć w tym roku dynia hokaido nawet nie zechciała wypuścić kiełków, już wiem, jak się mam za nią zabrać w przyszłym roku. Marzy mi się też wielka młoda kapusta (polana roztopionym masłem, och!) i żółta fasolka. Kapustę i dynię posadzę w przyszłym roku w skrzynkach po pomarańczach – zwykłe skrzynki balkonowe to za mało.

No a jak mi się zachce ziemniaków to wtargam na czwarte piętro beczkę.

Jak się wpisze w Googla niemieckie hasło „Kartoffeln im Fass” natychmiast pojawi się odpowiednia odpowiedź czyli „Kartoffeln im Fass anbauen” –  hodowla kartofli w beczce (a nie na przykład – przechowywanie) i tekścik niejakiej Nikoli:

http://www.hausgarten.net/gartenforum/obst-und-gemuesegarten/81-kartoffeln-im-fass-anbauen.html

Po pierwsze – twierdzi Nikola – będziemy mieli zbiory trzy razy do roku! Uwaga – ja nie miałam! Mnie udało się zebrać trzy ziemniaczki. Ale nie zrażajcie się, bo ja jak ksiądz, nie mówię, że macie robić jak ja robię (bo jak ja robię, to nie wychodzi), tylko róbcie jak ja mówię. A mówię za Nikolą tak:
Potrzebujemy do tego jakiejkolwiek beczki, która musi być jednak zaopatrzona w odpływ jak każda normalna doniczka (oczywiście możemy go zrobić sami). Na dno kładziemy warstwę drenującą, np. żwir a potem warstwę ziemi i warstwę ziemniaków-sadzeniaków. Gdy sadzonki wyrosną na wysokość ok. 20 cm, pokrywamy je znowu ziemią. I tak aż do wypełnienia beczki. Wtedy pozwolić kartoflom dalej rosnąć i czekać aż zakwitną, przekwitną i wyprodukują bulwy. Podobno po 10 tygodniach będziemy mieli beczkę pełną młodych ziemniaczków. Osobno w małej doniczce należy wyhodować koperek. No bo co człowiekowi po młodych kartoflach bez koperku?

Gdy zaczęłam zbierać materiały do tego artykułu, wszyscy przyjaciele zaczęli mi znosić gazety i ulotki na ten temat. Poszłam też na tzw. festiwal ochrony środowiska. Efektem tej działalności jest portfel pełen wizytówek i ogromna sterta materiału. Dzięki tej lekturze dowiedziałam się między innymi, że ziemniaki można też hodować w worku i przepis ów zamieściło w dziale „Styl życia” szacowne pismo „Die Zeit”(http://www.zeit.de/lebensart/essen-trinken/2011-05/prinzessinnengarten-zucchini), które dotychczas zajmowało się kulturą i polityką! O dzikich akcjach zazieleniania miasta, zwanych po angielsku green guerilla czyli terror zieleniny, piszą już nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka i gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną.

Nowa filozofia ogrodów oznacza zresztą również nową filozofię chwastów. Otóż zapomnijmy o dawnej wizji grządek, które trzeba pielić. Teraz już się niczego nie pieli, a wzorem jest tu ogród grecki, w którym nie ma w ogóle chwastów, bo albo chwasty traktuje się jak rośliny użyteczne, albo sieje się  i sadzi rośliny użyteczne tak gęsto, że nie ma miejsca dla chwastów.

A oto kilka możliwości nowego spojrzenia na chwasty: mają kwiaty jak ognicha, mak, nawłoć, chaber czy kąkol i z tych kwiatów robi się (i sprzedaje) bukiety. Odstraszają szkodniki jak pokrzywa lub cebula. Można je jeść jak lebiodę lub mlecz, albo pić jak rumianek, skrzyp, rutę i tężeż samą pokrzywę. Służą jako pokarm dla ptaków jak oset, którym żywią się szczygły. Dają miód i nektar owadom, a też są dla owadów miejscem zamieszkania. Przywabiają motyle. I wreszcie ostatni argument, najmniej może pragmatyczny, ale jakże wymowny:  trawnik pełen chwastów super wygląda i przypomina, że my, podobnie jak rośliny, nie musimy być koniecznie piękni i bogaci, żeby żyć szczęśliwie! Jest też dowodem, że jeszcze nie zdołano nas ze wszystkich stron zabetonować.

Jednak podstawowym aspektem obecnej fali urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.

To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy.

Inne jest też pochodzenie społeczne nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. Ale jak zajdzie taka potrzeba, potrafią też walczyć nie na słowa lecz dosłownie, jak to się zdarzyło w Stuttgarcie, gdzie walka uliczna o wstrzymanie planów budowy nowego dworca nie zastopowała wprawdzie samego projektu, ale doprowadziła do zmian politycznych i oddała władzę partii zielonych. W Berlinie, jeszcze zanim doszło do rękoczynów, zwycięstwem zakończyła się akcja nowoczesnych ogrodników, która uniemożliwiła sprzedaż pod zabudowę części byłego lotniska Tempelhof. Jednym z argumentów dyskursywnych, jakimi posłużyli się przeciwnicy zabudowy lotniska, była informacja, że w już i tak przegrzanym do niemożliwości Berlinie temperatura wzrośnie latem o 3 stopnie Celsjusza.

Nie należy więc lekceważyć ludzi, którzy sadzą kartofle w beczkach i wrzucają za płoty placów budowy worki z torfem i sadzonkami brzóz. Zielona guerilla już dawno nie jest żenująca ani śmieszna.

Mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć!

Nie wiem, czy się to nam uda, ale zawsze lepiej próbować, niż nic nie robić.

A tu jeszcze wpis o balkonach z blogu „Kura”:

http://ewamaria030.blox.pl/2012/05/Balkony.html

Pamiętajcie o ogrodach
Czy tak trudno być poetą
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton
XXX
Jonasz Kofta

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s