Reblog: O pisaniu

Tekst napisany 13 sierpnia 2011 roku w pociągu. Jechałam na wieczór autorski, pt. „Rodzinne pisanie”, który zorganizowała Biblioteka Miejska w Łebie w niedzielę 14 sierpnia. Opublikowałam ten tekst 15 sierpnia na blogu „Jak udusić kurę…” Pożyczam go więc sama od siebie, ale wydaje mi się, że bez niego w TYM blogu ani rusz.

Aha, w owym spotkaniu wzięli udział Katarzyna Krenz, Jacek Krenz i ja czyli dwie siostry i szwagier.

Ewa Maria Slaska, O pisaniu

Człowiek próbuje się bronić. Ja próbowałam. Uciec przed Matką, która tworzy i Ojcem, który pływa i pisze o tym, że pływa. A potem było już tylko gorzej. Matka zaczęła tłumaczyć. Ojciec pisać o życiu, a nie tylko o tym, że pływa. Siostra pisze, tańczy, maluje, tłumaczy. Szwagier maluje. Syn pisze. I maluje. Synowa pisze i maluje. Siostrzeniec pisze i maluje. Cóż za prostota, że teściowie mojego syna zajmują się tylko sztuką. On maluje, a raczej malował, bo nie żyje już, ona swe prace wypełnia kredkami do powiek lub zszywa. Niektórzy używają przedmiotów innych niż płótno i papier. Niż farba, kredka, ołówek. Znajdują rzeczy i robią z nich coś innego, nadając im tym rangę dzieła.

A ja, co ja? Co miało być ze mną?

Też chciałam, ale przytłoczona otoczeniem, również  nie chciałam. Jak to w ogóle dałoby się wytłumaczyć? Jestem istotą mitologiczną i symboliczną. Być osobno, to jeden mit, ale być częścią Rodziny, która tworzy, to też mit, pojemny i kuszący. Jak Kossakowie. Rostworowscy. Morawscy. Karpińscy. To zresztą również rodzina. Mamy wśród przodków Filona i Laurę, spotykają się pod jaworem i ewidentnie coś się tam dzieje pod tym jaworem, co skwierczy i iskrzy do dziś.

Ten obraz. Każdy w swoim pokoju. Zamknięte drzwi. Za drzwiami stukają maszyny do pisania. Każdy ma swoją. Kiedyś Ojciec podarował nam pod choinkę podkładki, takie z pianogumy, nowoczesne, pod maszyny. Na paczuszkach napisał Olimpia, Continental, Erika… Dziś przy komputerze. Moja siostra i ja jeździmy czasem na wspólne pisanie i tak siedzimy obok siebie, przy jednym stole, czasem przy dwóch i piszemy na dwóch laptopach. Byłyśmy już tak w Szwecji i w Grecji, jak w piosence, zarobić do Szwecji, wypocząć do Grecji, ale też w Niemczech i w Polsce… Latem i jesienią, wiosną, chyba zimą jeszcze nie byłyśmy nigdzie razem… Piszemy, chodzimy na długie spacery, gotujemy. Zawsze. Teraz jeszcze wspólnie piszemy o tym, że piszemy i gotujemy. Tyle, że K. jeszcze maluje, a ja nic, ja tylko piszę. Jak nudno. Nic innego nie potrafię. Tylko pisać i gotować. I rozmawiać, tak, na pewno rozmawiać, ale to i wszystko.

Jak się człowiek zajmuje słowami, powinnien też umieć tkać, dziergać i robić na drutach. To ten sam zródłosłów, teksty i tekstylia. Osnowa dzieła, splątany wątek. Po niemiecku istnieje jeszcze pojęcie “roter Faden” czerwony wątek – nitka wplatana wzdłuż jednego brzegu, żeby po ucięciu kawałka tkaniny z beli widać było, gdzie jest wzdłuż a gdzie w poprzek. Glówny sens przekazu literackiego. I jeszcze cudowne niemieckie słowo “Dichtung”, też zaczerpnięte z warsztatu tkackiego. Gdy przeplatamy wątek przez osnowę, co pewien czas, czasem po każdym ruchu, musimy go przycisnąć grzebieniem, zacieśnić, ścisnąć nitki, żeby tkanina była zwarta, równa, gładka. I to właśnie poeta ma robić ze słowami, zacisnąć znaczenia, skrócić odleglości, przybliżyć synapsy. Ale „Dichtung” to również kit do uszczelniania okien i w ogóle uszczelka. Kit, niesolidny materiał, wepchnięty między szybę okna a drewno ramy. Nieautentyczna proza, nieszczelny wiersz, dopchnięty materiałem, który, gdyby rzemieślnik miał czas, albo umiał pracować idealnie, w ogóle nie byłby potrzebny. Tak pisać, żeby zacieśniać a nie uszczelniać.

Zresztą i po polsku jest to splątanie w poezji – mowa wiązana, przywiązana i zobowiązana wobec metrum, rytmu i rymu.

Pisać można szybko, ale myśleć o tym, co się napisze, trzeba tak strasznie długo. Ile czasu zużyjesz na NIC, po to żeby potem, tak jak dziś w pociągu, pozornie od ręki i naprędce powstał tekst. O niektórych jego fragmentach myślę już chyba całe życie. Na przykład o tym, jakim cudem są wszelkie techniki tkackie, podobno zresztą wynalezione przez kobiety. Litery też. I słowa. Nic dziwnego, że gdy mężczyźni postanowili ze słów stworzyć teksty, co podobno z kolei jest ich wynalazkiem, wzięli nazwę techniki splatania nici w tkaniny.

Moim zadaniem jest pisanie i gotowanie. Kobiety wymyśliły tkaniny, wymyśliły też garnek. Był to wypełniony wodą dół w ziemi, do którego wrzucało się gorące kamienie. Nie pozwalało to może uzyskać klarownego rosołu, ale na pewno ugotować kawał mięsa z jarzynami. Wróćmy jednak do tkanin. Jedna nitka, dwuwymiarowy przedmiot, ale im dłuższy tym bardziej jest jednowymiarowy, zamieniając się z kawałka w niewyobrażalną i właściwie bezgraniczną długość. Jeden wymiar, który dopiero utkany, udziergany zyskuje dwie strony, lewo prawo, góra dół, na boki. Ale można te dwa wymiary postawić obok siebie, zeszyć lub zagiąć, zwinąć w rurę, uzyskać ściany, cembrowiny, dach i podlogę. Nitka, z której powstał świat. Bóg był na pewno kobietą i utkał świat. Dlatego tak podobają mi się napisy sprzed 20 – 30 lat, „God is black, yes she is”. Dziś w epoce „political correctness” już nikogo nie stać by było na niewinne słowo „black” napisane na ścianie bez żadnej złej myśli. I na pewnym poziomie kosmicznej zabawy chyba już wszyscy wiemy, że ona była czarna, wyszła z morza i została naszym bogiem, bo morze, łzy i wody płodowe to te same płyny. Ale w politycznie poprawnej nowomowie XXI wieku musielibyśmy napisać o niej, że jest “of colour” i że jest “ms” – nie „mrs”, ani „mr”, ani „miss”. „Ms”. Jak już może być femina, traci wszelkie cechy. Bezpłciowa „Ms God of colour”. Ciekawe, co ta istota może o nas wiedzieć? Ale utkała nasz świat, wydziergała nam okna w murze ścian i dachów Kosmosu, dlatego widzimy gwiazdy, prześwitujące przez ażur, wieczne światło „Ms God”.

Inną zadawnioną myślą o pisaniu jest wspomnienie tego, co Kazimierz Brandys napisał w “Miesiącach”, że jego żona… owa M., która kiedyś zwróciła na siebie uwagę pisarza, bo jak ją po raz pierwszy zobaczył, miała na sobie serdak. Kożuszkowy, góralski. Przyszła w serdaku i została żoną. Podobno jestem do niej podobna. Widziałam ją na zdjęciach. No tak, jestem podobna. Jej imię wcale nie zaczyna się od M, ale nazwisko – tak. M zatem miała ponoć wydziwiać, że mąż tyle czasu spędza na kanapie i NIC nie robi. Mąż się tłumaczy, pisze, jak ważne jest, żeby (pozornie) NIC nie robić, bo tylko wtedy składają się myśli, litery dziergają się w słowa, słowa w zdania. Bo po polsku trzeba się z tego tłumaczyć, mimo że polski jest językiem Polaków, którzy przez stulecia słynęli z tego, że niby to leniwi. A tu tymczasem po niemiecku (a twórcy Tego języka przez wieki głosili o sobie, że są porządni i pracowici), po niemiecku zatem po prostu istnieje idiom „gepflegtes Sofaliegen“ – kultywowane leżenie na kanapie. Zresztą jakież to słowo to „gepflegtes“, dosłownie wypielęgnowany, można być „gepflegte Frau“, wypielęgnowaną kobietą, ale istnieje też „gepflegter Umgang“, eleganckie, pelne kultury obejście i są nawet „gepflegte Biere“ czyli wyborowe gatunki piwa. No i takie jest właśnie to leżenie na kanapie, co to je pisarz powinien kultywować, żeby mu się zamiast sadła na brzuchu zawiązywały słowa w głowie, pełne kultury, wyborowe i doborowe, eleganckie… To już nie jest wylegiwanie się, co dziwnie przypomina wyleniałego psa i jakąś paskudną kanapę z brązowego sztruksu, wygniecioną po środku, a może nawet z tej dziury wyłazi jakieś włosie albo sprężyna. Takie jest polskie leżenie na kanapie, a tu niemieckie, ta obita dwubarwnym jedwabiem, szaro-srebrzysta kanapa na cienkich wygiętych nóżkach. Rokoko – ostatnia epoka, kiedy Niemcy byli jeszcze naprawdę mili, serdeczni i inteligentni. Potem już tylko wojna, przemoc, grabież i mord albo udawanie, że tego wszystkiego nie było i to nie oni. Ale rokoko, o tak, Polak zakłada im w Berlinie fabryki jedwabiu, aksamitu i porcelany. Przyjeżdżają Francuzi, którzy umieją produkować rękawiczki z cieniutkiej białej skórki, atłasowe kapelusze i desery bezowe z poziomkami. To bardzo wypielęgnowany czas. Szkoda, że wszawy.

Bo jednak mój zachwyt nad instytucją kanapy nie jest tu pełny. Piękna jest ta brandysowska kanapa, po niemiecku rokokowa, albo teleportujaca po rosyjsku kanapa Strugackich w instytucie „chatka na kurzej nóżce”. Ale ja jestem z tej rasy, która myśli, gdy chodzi. Leżenie nam na nic. Wstać i iść. Najlepiej przed siebie, ale jak nie da rady inaczej, to i w kółko. Iść. Z każdym krokiem układam warstwami słowo na słowie, idę górską drogą, przede mną inkaska kobieta z maleńkim warsztatem tkackim w dłoni. Robi w nieskończoność kolorowe krajki, z których zszywa torby, spódnice i poncza. W wąskiej listwie przenośnej deseczki tkackiej, wymyślonej dokładnie po to, żeby ją przenosić, zamienia jeden wymiar w dwa, w czerwono- zielono-czarno-granatowe tasiemki. Wplata trawy i kolorowe pióra. Buduje w trzech wymiarach dom dla filozofa.

W grudniu 1801 roku niejaki Johann Gottfried Seume wstał od biurka w jakimś urzędzie saskim w Dreźnie, wyszedł, nie mówiąc nikomu, że jutro nie wróci do pracy, i poszedł na piechotę przez pół Europy, żeby dojść na Sycylię, skosztować pomarańczy, które dojrzewają na zboczu Etny. Przeszedł zimą przez Alpy, zamieszkane przez rozbójników, wiosną we Florencji poszedł do teatru… NIC nie zapowiadało tej wędrówki. Miał za sobą trudną ale i szaloną młodość, teraz ustatkował się, został urzędnikiem niemieckim. A jednak poszedł do Włoch, wracał przez Paryż, a w kilka lat pózniej był jeszcze w Polsce i na Inflantach, też na piechotę.

Nie wierzcie pozorom. Zawsze się może zdarzyć, że ktoś wstanie i pójdzie, i zostanie pisarzem jak Seume. Nawet jeśli NIC tego nie zapowiada. NIC, filozoficzna dziura, NIC. Nie ma być, nie ma nie być. NIC. NIC, materia z której rodzi się wszystko. Potrzebna pisarzowi jak woda, powietrze i gorzka czekolada. Trzeba móc myśleć o NIC, żeby stworzyć nowy świat. „Ms God” potrzebowała na to całej przedwieczności. My – godziny o poranku, paru godzin na kanapie, kilku dni, by przejść pieszo z Gdańska do Gdyni, dwóch tygodni na zimnej plaży…

PS 1. Pod tekstem znalazło się kilkanaście komentarzy, ale tylko jeden dotyczył tego, o czym piszę. Osoba skrywająca się pod pseudonimem Danstarossa napisała:
I jeszcze jedna wieczorna refleksja. Prof. Maria Poprzęcka pisząc o jednej z książek prof. Mieczysława Porębskiego pt. „
Polskość jako sytuacja” przypomniała anegdotę: „Przed laty Anna Porębska, relacjonując w liście do przyjaciółki zajęcia uczonych kolegów, tak skwitowała zatrudnienie swego męża: ‘co zaś do Mietka, to zajmuje się on myśleniem’”.

PS 2. Kilka razy w tygodniu opiekuję się moim wnukiem, zwanym Buba. Rozmowa, którą tu zacytuję, odbyła się jak miał 2,5 roku. Był listopad zeszłego roku. Poszliśmy na spacer nad kanał dla statków (tak się nazywa: „Schifffahrtskanal”), gdzie od wielu lat istnieje osiedle bezdomnych (dziś należy o nim mówić „osiedle alternatywnych form życia”) – „Wagenburg Lohmühle”. Osiedle było puste, choć, sądząc z wpisów na stronie internetowej, nadal funkcjonuje.
http://www.lohmuehle-berlin.de/blubb/
Opowiedziałam dziecku o bezdomnych i o alternatywnych formach życia. Usiadło na schodkach pod jednym z baraków i zażądało: „Babcia opowie jeszcze raz o bezdomnych, a Buba będzie myślał.”   

Czemu szarpiecie mnie na wszystkie strony, ignoranci? Nie dla was pisałem, ale dla tego, kto potrafi mnie zrozumieć.
Heraklit z Efezu

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s