Stanik wojenny

W roku 2011 Polska Rada w Berlinie zorganizowała wielką uroczystość, której celem było podziękowanie berlińczykom i Niemcom za bezprzykładną wręcz pomoc, jakiej udzielili Polsce i Polakom po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku.

W maju 2011 roku ogłoszony został konkurs na utwór literacki, publicystyczny bądź wspomnienie dotyczące tego okresu. Celem konkursu było zebranie materiałów na temat wprowadzenia stanu wojennego w Polsce i jego odbioru w Berlinie, zachowanie w pamięci faktu, że Berlin w tym historycznym momencie udzielił Polakom pomocy materialnej, która miała również wymiar symboliczny, oraz przypomnienie, że pomoc Berlina dla Polaków była prawdziwą, sprawdzoną w praktyce solidarnością, a zarazem  pierwszym krokiem w kierunku porozumień dobrosąsiedzkich, przyjaźni i integracji europejskiej.

W najbliższych tygodniach publikować tu będę teksty, które napłynęły na konkurs.

Viktoria Korb, Stanik wojenny

Pikanty

Helena już od dawna prowadziła opozycyjną działalność wraz z kilkoma później nader słynnymi kumplami z Uniwersytetu Warszawskiego i chciałam jej ułatwić życie. Już koło 1973 roku, gdy kończyła swe drugie studia, anglistykę, a ja byłam doktorantką w Berlinie, żyjącą ze stypendium, pożyczyłam jej forsę na pierwszy trip do USA. Chciała bowiem zwiedzić ten kraj i szlifować angielski. Jak twierdziła w późniejszych wywiadach, upajała się otwartymi krajobrazami Ameryki i pragnęła stworzyć tak absolutną wolność też w Polsce. Niestety tej pożyczki mi nie zwróciła, mimo że pracowała w amerykańskim szpitalu jako sprzątaczka. Wydała je bowiem na soczewki, by pozbyć się ”znienawidzonych cyngli”, jak je zwała. Gdy po powrocie jej mama, inżynier z FSO, zafundowała jej samochód, zostawiła w nim te soczewki na słońcu i pękły. Potem przejechała nogi komuś, kto leżąc na chodniku naprawiał swoje auto i to był jej koniec jako kierowcy. Mama zabroniła jej dalszych jazd i sprzedała wóz. Na mnie natomiast spadły nowe zadania – wysyłanie Helence, według jej ścisłej listy i własnoręcznych rysunków, pieluch, smoczków, śliniaczków i kubeczków dla jej nowonarodzonej córeczki.

Wracając z Filipin do Europy musiałam omówić w Rzymie i Wiedniu różne projekty i wybrać nowe miejsce pracy. O bladym świcie w tę feralną niedzielę 13 grudnia (dobrze wybrana data!) wpierw sądziłam, że śnię ze zmęczenia długim lotem. Niestety ów rzekomy koszmar senny okazał się prawdą. Mój szok wzrósł, gdy skojarzyłam datę. Biurokraci chyba uwielbiają ten dzień, bo berliński mur też postawiono nocą 13 sierpnia 1961 roku… Po dotarciu do Berlina, zaczęłam wydzwaniać do kumpli w Polsce, by dowiedzieć się, jak im leci. Moje próby okazały się jednak na ogół bezskuteczne. Albo odzywał się automatyczny głos, że rozmowa jest kontrolowana, albo trafiałam na ”głuchy telefon”. Jak się wkrótce dowiedziałam, wielu mym przyjaciołom nielegalnie go wyłączono, by zahamować ich działalność w opozycji. Lub też zrazu ich internowano, czasem nawet wieziono do więzienia samych w śmigłowcu. Zaiste szczyt zaszczytu!

Natomiast Helena Łuczywo żyła w ukryciu przez kilka lat, jak wyznała, między innym u mej apolitycznej sąsiadki, którą poznała w dzieciństwie na moim podwórku. Bo w tym cały był ambaras, żeby dwoje chciało naraz, no i łatwiej było ukrywać się u nieznajomych lub ledwie znajomych.  Na szczęście bezpieka była nieświadoma luźnych kontaktów, nawiązanych przy grze w klasy, ciupy lub pikuty w piaskownicy w wieku kilku lat.

U przyjaciół natomiast natychmiast by ją znaleziono i byłaby łatwym łupem dla ubecji. Ale Helenka i tak musiała zmieniać kryjówkę co kilka tygodni, by nie zaalarmować swym pobytem sąsiadów. Jak dobrze, że na czas uciekła z zebrania Solidarności, które odbywało się w naszej byłej budzie na Mokotowskiej, gdy wtargnęli tam gliniarze i aresztowali większość obecnych. Hela jednak szybko rzekła do prostestujących namiętnie  kumpli ”beze mnie” i wyszła tylnymi drzwiami. W końcu znała wszystkie zakątki naszej szkoły podstawowej. Dała nam ona a propos odpowiednie koligacje i przez to dobre podstawy do wywrotowej roboty!

Berlinek

Przez koniec roku 1981 i pierwszą połowę 1982 kiblowałam w Berlinie, czekając na kontrakt w europejskim centrum ONZ w Genewie lub w światowej siedzibie United Nations Enviroment Program w Nairobi. Raczej skrajny wybór i niełatwa decyzja! W Berlinie natychmiast odnowiłam kontakty sprzed wyjazdu na początku lat siedemdziesiątych. Jednym z nielicznych salonów, gdzie brylowało polskie międzynarodowe towarzystwo emigranckie było już od 1968 roku mieszkanie Lilki Bohle-Szacki i jej męża. Ci, jedni z mych pierwszych polskich znajomych w Berlinie, byli podobnie jak ja ”emigrantami marcowymi”, czyli wypędzonymi z Polski w ramach antysemickiej kampanii 1968 roku.

Szaccy także rozpoczęli swój wygnańczy los 13 grudnia… Tego dnia przybyli do Berlina!

Między innymi dzięki nim nawiązałam też kontakty i współpracę z emigrantami 1968 oraz przeróżnymi mieszańcami, na ogół azylantami politycznymi, w tym studentami,  których bezpieka chciała zmusić do współpracy oraz Polakami z NRD, którzy uciekli do Berlina Zachodniego. Oczywiście nikt z nas nie miał dostępu do polskich przedstawicielstw dyplomatycznych. Za to często grywaliśmy w brydża przy zakrapianych kolacyjkach z profesorem Włodzimierzem Brusem z Londynu,  też pochodzącym z ”marca”,  z którym łączyły mnie wspomnienia o SGPiS-ie (obecnie SGH).  Poznałam tam też znanego pisarza Witolda Wirpszę i jego żonę Marię Kurecką, także  emigrantów ”marcowych”. Oni zaczęli często gościć mnie na balangach w domu, gdzie z kolei zawarłam znajomość z ich synem, literatem o pseudonimie Leszek Szaruga oraz śląskim pisarzem Christianem Skrzyposzkiem, żonatym z dyrygentką, polską emigrantką o nieodpowiedniej w 1968 roku rasie. Opiekowaliśmy się też polskim gejem o pseudonimie Kocica, która czasem zarabiała wróżąc nam z kart. Wprawdzie nie była uciekinierem politycznym, ale z powodu swych skłonności seksualnych nie miała w Polsce lekkiego życia. Jak się dowiedziałam po czasie, była nawet z tego powodu szantażowana przez tajne służby, które chciały ją zmusić do współpracy. Zarówno Szaccy jak i ja prowadziliśmy otwarty dom i często podmieszkiwali u nas goście z Polski. Znałam też od czasów w Studentendorfie Schlachtensee hinduskiego naukowca Petera Rainę, wyrzuconego z Polski w 1967 roku za antykomunistyczne wypowiedzi. Jego polska żona z kolei później ponoć okazała się być polskim szpiegiem. A jednak akurat z nim uprawiałam też współpracę z polskim podziemiem – szmuglowałam bowiem wraz z siostrą samochodem do Polski bibułę, między innymi antyreżimowe, demaskatorskie publikacje Rainy. Do naszego towarzystwa należał  też Wiesiek Wawrzyniak, późniejszy współpracownik Radia Wolna Europa.

Poznałam go w Studentendorfie, gdy pewnego dnia usłyszałam przez na podwórzu  okrzyki “kurwa, kurwa” i natychmiast zgadłam, że muszą to być to moi rodacy

Zaprosiłam go natychmiast na herbatkę wraz z jego towarzyszem Ireneuszem Krzemińskim, późniejszym profesorem socjologii na Uniwersytecie Warszawskim.

Wkrótce, około połowy lat 70, jakimś cudem Polska Misja Wojskowa zaczęła dawać niektórym z nas wizy do kraju. Było to zaskakujące, bo na ogół odmawiano ich dookoła świata pozbawionym polskiego obywatelstwa ”emigrantom marcowym”, niektórym nawet do początku lat 90. Albo dawano wyjątkowo wizy na kilka dni na tak zwany ”stan agonalny”, czyli gdy umierali rodzice. A jeśli nie umarli planowo, krewni musieli i tak wyjechać.

O szansie wyjazdu do Polski dowiedziałam się od Lilki. Zdradziła mi, że poszła z głupia frant do Misji złożyć podanie o wizę. Na to odźwierny szepnął jej do ucha, że mając już niemieckie obywatelstwo, musi jeszcze odczekać, aż upłynie pięć lat od jej emigracji. Wróciła więc za kilka tygodni, gdy ta data minęła i wizę dostała. Na to ja natychmiast pognałam tam złożyć papiery i na odchodnym spytałam stróża, kiedy mam przyjść się o nią dowiedzieć. On na to: ”Za tydzień, i nie dowiedzieć się, lecz odebrać”.

Tak więc od 1974 roku byłam już częstym gościem w Peerelu. Nigdy nie udało nam się odgadnąć, dlaczego tak łaskawie traktowano naszych emigrantów w Berlinie. Może był tu szczególnie nam przychylny ambasador? A może dlatego, że nie była to ściśle rzec biorąc ambasada, lecz Misja Wojskowa zwycięskich aliantów, do których Polska się zaliczała?

Zarówno przed wprowadzeniem stanu wojennego, jak i potem, dawaliśmy producentom podziemnej prasy w Polsce datki pieniężne i fundowaliśmy czasem  prymitywne wyposażenie podziemnych drukarni. No i papier, który ku powszechemu zaskoczeniu nagle zniknął ze wszystkich polskich sklepów i kiosków ”Ruchu”!

Wysyłaliśmy im też zaproszenia do Niemiec, gdy próbowali dostać mimo wszystko paszport zagraniczny.  Z czasem przebywając w Warszawie rozwoziłam podziemne pisma opozycji pod egidą męża Heleny, zupełnie tego nieświadoma. Nie wiedziałam, co znajdowało się w długich worach przyjaciół, którzy mnie poprosili, by ich gdzieś  podrzucić głęboką nocą. Gdy to do mnie dotarło, przeszły mnie ciarki. Gdyby dorwano  mnie przy tym, w mym samochodzie z niemiecką rejestracją i niemieckim paszportem, ani chybi wylądowałabym w kiciu jako zachodni szpieg, podobnie jak pewna Polka z ONZ, która zrobiła postój w Polsce podczas podróży służbowej z Nowego Jorku do Chin.

Wysyłałam też zaproszenia Marynie Ochab, która prowadziła w domu podziemną bibliotekę. Była córką Edwarda Ochaba, ongiś Przewodniczącego Rady Państwa, który już po 1968 roku przeszedł do opozycji.

Gdy ubecja zrobiła w stanie wojennym najazd na mieszkanie Maryny, udało jej się w ostatniej chwili wyrzucić listę użytkowników biblioteki do zsypu na śmieci w klatce schodowej. Tak uratowała ich przed najazdem agentów.

Ale przejdźmy do bardziej intymnych, ale jakże ważnych szczegółów życia codziennego w czasie, gdy ponoć w ramach zemsty na opozycjonistach, w sklepach był niemalże tylko ocet i czasem też mrożone pyzy. A co dopiero z artykułami higieny osobistej, kosmetykami i temu podobnym! Tak więc woziłam masowo mym przyjaciółkom obok medykamentów staniki – o dziwo akurat w czasie, gdy podobnie jak emancypantki na Zachodzie i ja uwalniałam się od tej drapiącej skorupy wzmocnionej metalowymi oraz plastykowymi drutami i fiszbinami. Dawałam im w prezencie też  piżamy, koszule i gatki, by nie musiały nosić obwisłych socjalistycznych majtadałów.

Wspomniałam wtedy dowcip: „Dlaczego radzieckie kąpielówki są niewygodne?” „Bo szybko przepocają się pod pachami i przecierają na kolanach.”

Pewien mój znajomek, znany polski reżyser, pobił mnie jednak na głowę i przeżył w tej dziedzinie prawdziwą niespodziankę. Otóż wysyłał w stanie wojennym znajomemu małżeństwu na ich prośbę jakieś artykuły apteczne, nie wgłębiając się w ich zawartość. Pewnego dnia ogarnęło go poczucie winy, iż nie zainteresował się dolegliwościami tej pary. W ogóle nie wiedział, na jakie choroby cierpią! Może już nawet leżą na łożu śmierci? Gnębiony nieczystym sumieniem otworzył więc przy następnej wysyłce opakowanie i przeczytał instrukcję. Oto co tam znalazł: „K-Y żel nawilżający. Rozpuszczalny w wodzie nawilżacz osobisty. Przezroczysty, nie tłuszczący żel K-Y jest najdoskonalszym uzupełnieniem własnego nawilżania, tak więc wasz stosunek płciowy staje się natychmiast przyjemniejszy.”

No cóż seks to też ważna ludzka potrzeba, nawet w stanie wojennym…

Dla mych politycznie zaangażowanych i nader podpadniętych przyjaciół stan wojenny trwał o wiele dłużej, niż jego oficjalna wersja. Tak na przykład Janek Lityński, jeden z założycieli Komitetu Obrony Robotników – KOR,  któremu przez wiele lat wysyłałam lekarstwa dla niepełnosprawnej córki, po wyjściu z interny na oficjalne zakończenie stanu wojennego, trafił do kicia. Ale o dziwo łaskawie pozwolono mu wyjść z ciupy na jeden dzień na urodziny córeczki, z czego natychmiast skorzystał, by też dać dyla. Zaczął się więc ukrywać i działał w podziemiu jako członek Regionalnego Komitetu Wykonawczego ”Solidarności” regionu Mazowsze. Na dobre ujawnił się dopiero, gdy zaczęły się obrady Okrągłego Stołu. Także Helenę Łuczywo, współzałożycielkę i jedną z najwybitniejszych członkiń Komitetu Obrony Robotników, jeszcze długo po odwołaniu  stanu wojennego ograniczały  jego organizacyjne druty kolczaste, tak więc dopiero koło połowy lat  80 wyszła na dobre na powierzchnię ziemi. Wprawdzie już przedtem żyła jedną nogą na wierzchu, ale nadal redagowała nielegalnie ”Tygodnik Mazowsze”, największe pismo podziemnej ”Solidarności”. Podziwiałam jej bezkompromisową, oddaną sprawie pracę dla prasy od ”Coparodniówka IKS” do ”Gazety Wyborczej” i innych szczytów prasowych w Wolnej Polsce.

Bowiem już w wieku lat 12 założyłyśmy ten “Coparodniówek”, który wydawałyśmy  spontanicznie co kilka dni  w jednym egzemplarzu, i w którym pastwiłyśmy się nad absurdami Peerelu i jego władz. Kontynuowałyśmy tę krecią robotę aż do początków liceum, potem niestety musiałyśmy się zająć innymi sprawami typu matura.

Wkrótce odwiedziła mnie w Genewie, gdzie sypiała do popołudnia i siedziała z upojeniem z nosem w babskim piśmie, wówczas tylko amerykańskim – „Cosmopolitan”. Po paru dniach przeszmuglowałam ją samochodem bez wizy na wakacje do Włoch, by wreszcie naprawdę odetchnęła na plaży po wysiłkach życia  w ukryciu. Po jakimś czasie, w 1986 roku umożliwiłam jej następny wyjazd do USA, tym razem na stypendium z Radcliffe College w Harvardzie. Niestety sama nie mogła go zrealizować, albowiem władze polskie odmówiły jej wydania paszportu do Ameryki. Zorganizowałyśmy więc spisek medyczny wraz z Ewą Schaff, córką profesora Adama Schaffa, wówczas już, po pół-emigracji z roku 1968, lekarką w Ohio. Otóż ona jako medyk wystawiła Helenie zaświadczenie lekarskie, iż  musi leczyć wzrok, z którym faktycznie miała problemy, w USA. Największym problemem było dostarczenie jej tego dokumentu, tak, by nie capnęła go ubecja. Próba przesłania tego atestu do niej była raczej beznadziejna, ponieważ jej poczta nadal była kontrolowana i wiele listów znikało. To samo dotyczyło jej rodziców, którzy wprawdzie nie należeli do kręgów opozycji, wręcz przeciwnie, ale oczywiście też byli inwigilowani.

Tak więc poprosiłam pewnego polskigo dyplomatę, pracownika Polskiej Misji przy ONZ w Genewie, też absolwenta SGPiS, by zawiózł do Warszawy i zaniósł do domu rodziców Heleny moje prezenty dla niej. Chętnie się na to zgodził, może też dlatego, iż nie wiedział, co wiezie. A w torbie, którą mu dałam, wraz z bielizną, szminkami i temu podobnym mieściło się też to zaświadczenie Ewy dla Heleny. Nie była to żadna nielojalność wobec niego, bowiem dyplomatom nie kontrolowano bagażu. Tak więc spełnił swój patriotyczny obowiązek nieświadomie, ale bez problemów. A kontakt z nim nawiązałam na różnych  imprezach i przyjęciach w oparach genewskiej Polonii. Gdy wiosną 1982 podjęłam pracę w ONZ w Genewie, zatrudnieni tam Polacy, często gwiżdżący jako jej pracownicy na polskie władze, szybko wciągnęli mnie do organizacji „Pro Polonia”. W jej ramach systematycznie wysyłaliśmy lekarstwa do Polski, bo w Szwajcarii daje się hojne datki, o których nie śni się ludziom w innych krajach. Także niektórzy napotkani tam lub w cafeterii ONZ polscy znajomi,  nie bali się zapraszać mnie do domu i na balangi. Nawet polska ambasada w Bernie przysyłała mi wizy do Polski z podziękowaniem i komplementami, gdy tylko tego zapragnęłam, co dało mi sporą satysfakcję.

Moja chata

Właśnie. Po dziesięciu latach pracy w Indonezji, na Filipinach i w Szwajcarii wróciłam jak słodka idiotka niemal dokładnie na otwarcie muru do Berlina! Jakbym czuła pismo nosem i chciała się sama pokatować zjednoczeniowym kacem.

Na szczęście zaczęłam pisać jako wolny strzelec dla Radia Wolna Europa, gdzie znalazło schronienie i zarobek kilku moich kumpli, azylantów z emigracji stanu wojennego i innych.  Z radością powitałam zmianę ustroju w Polsce, ale znając, także z pracy w Trzecim Świecie, problemy z reformowaniem systemów, ostrzegałam w serii audycji Wolnej Europy przed pułapkami „transformacji”. Szef polskiego działu uspokajał mnie lekceważąco, że „W Polsce tym razem wszystko odbędzie się całkiem inaczej”.

Niestety, okazało się, że to ja miałam rację i Polska do dziś walczy z problemami pokojowego przejścia od socjalizmu do kapitalizmu, wręcz odwrotnego do tego, co zapowiadał Karol Marks.

Mało tego, właśnie wtedy zaczęto gruntowne, całoroczne odnawianie domu, w którym mieszkałam. Ale to akurat jednak wyszło mi na dobre, ponieważ w innym przypadku zrujnowałby mnie własny remont. Bowiem moi polscy sublokatorzy, którym wynajmowałam (zawsze pojedynczo!) mieszkanie na czas mej nieobecności, zostawili mi powybijane szyby, połamane stoły, zawalającą się wannę i zepsuty piecyk gazowy. Poznikało też wiele mych ubrań oraz ulubionych plakatów. No i ostatni lokator pomalował mi salon na czarno, bo ponoć potrzebował takiego tła do swych artystycznych fotografii.

Za to natknęłam się na kilka polskich czasopism wydawanych w Berlinie w czasie stanu wojennego. Dlatego przestało mnie dziwić, że  niemal każdy berliński Polak, który mnie odwiedzał, stwierdzał, że on przecież skądś zna to mieszkanie… Jak się dowiedziałam, w mej obszernej chacie redagowano ”Archipelag”, spotykała się tam też redakcja ”Poglądu”. Mało tego, tuż obok znajdowała się siedziba i knajpa berlińskich gejów, a za rogiem zarówno siedziba Solidarności, jak i Amnesty International!  Jakże sprzyjające otoczenie dla walki z reżimem stanu wojennego i dla Kocicy. Ale teraz, tuż po powrocie ze Szwajcarii musiałam się błyskawicznie wynieść do przydzielonego mi mieszkania zastępczego – byłam już ostatnią lokatorką!

Po rozpoczęciu procesu transformacji, gdy ambasada polska w Berlinie zaczęła namiętnie zapraszać i integrować Polonusów wszelkiego pokroju, konsul Janek Granat, mój kumpel z obozów narciarskich SGPiS, zaproponował mi napisanie krótkiego życiorysu, twierdząc, że wcale nie straciłam polskiego obywatelstwa w 1968 roku. I to mimo że na ”dokumencie podróży” ważnym przez miesiąc od jego wystawienia, figurował nadruk w trzech językach, po polsku, po rosyjsku i francusku, że jego posiadacz nie jest obywatelem polskim. Wkrótce też przywiózł dokument z MSW w Warszawie, że mam obywatelstwo polskie na podstawie ustawy o obywatelstwie z roku 1961! Okazało się bowiem, że cała  akcja ”wyemigrowania nas” była nielegalna, a nasze wymuszone podania o rezygnację z obywatelstwa, nigdy nie dotarły do Rady Państwa, do której musieliśmy je pisać. Utknęły bowiem w moczarowskich zakamarkach MSW. Jak dobrze, że ani MSW, ani ja nie wiedzieliśmy o tym, gdy rozrabiałam, wspierając polską  opozycję i buszując przy tym po kraju w stanie wojennym. Gdyby znali prawniczą prawdę, łatwo mogłabym trafić za kratki.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Viktoria Korb i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Stanik wojenny

  1. Dorotek pisze:

    Moze nie do konca wypada, ale kusi mnie, zeby dorzucic do tej wielowatkowej opowiesci jeden „intymny szczegol” z jednego dnia zycia motorniczej wroclawskiego tramwaju numer 15. Pewnego dnia, gdy jadac ze szkoly jak zwykle z pasja gapilam sie z boku na jej prace, motornicza nagle zatrzymala tramwaj miedzy przystankami, przed apteka, i omijajac wsciekla (pewnie) kolejke, kupila paczke ligniny, po czym zwyczajnie, bez triumfalizmu, wrocila za ster z lignina pod pacha. Ciekawe, czy myslala, ze w pracy liczy sie tez czlowiek, czy byl to dla niej akt sabotazu. Nie bylam niestety w takim wieku, zeby wypadalo zapytac. A szkoda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s