Godło: Solar plexus

Kolejny tekst, tym razem opowiadanie, nadesłany w roku 2011 na konkurs „Danke Berlin”. Tekst dostał I nagrodę.

Katarzyna Krenz

Splot słoneczny

[Dla potrzeb konkursu pewne fakty oraz imiona zostały zmienione, co jednak nie miało wpływu na obraz opisanej rzeczywistości]

24 grudnia 1982 roku obudziłam się jak zwykle wcześnie, parę minut przed szóstą. To był jedyny moment w ciągu dnia, kiedy mogłam swobodnie pomyśleć. Nie planować, nie wyznaczać sobie zadań. Tylko pomyśleć. Zaraz obudzi się Mania i usłyszę tupot bosych stóp. Dla spokoju sumienia powiem: „A gdzie kapcie, kochanie?” Ale wiem, że to i tak nic nie da. Najpierw przybiegnie ona – boso. W pół godziny później, dokładnie odmierzywszy czas, jakby miała zegarek wmontowany w mózg, zjawi się młodsza Ania, również boso. Ale jeszcze nie teraz, dopiero za kilka chwil. Leżę, nasłuchując spokojnego oddechu mojego męża na poduszce obok, astmatycznego poświstywania teściowej w sąsiednim pokoju i pierwszych zgrzytliwych rejsów naszej windy – zawsze mam wrażenie, że to przedpotopowy okręt podwodny opada na dno ze zgrzytem łańcucha kotwicy. Za oknem ostre porywy grudniowego wiatru raz po raz tłuką w metalowe pręty naszego balkonu, a raczej loggii, jak współcześni projektanci nazywają ten skrawek betonowej płyty o powierzchni nie większej niż półtora metra kwadratowego, wystajacej poza obręb naszego małego mieszkania na dziesiątym piętrze wieżowca, ustawionego niczym klocek lego na jednym z morenowych wzgórz ponad miastem. I wzgórze, i dziesiąte piętro w moim betonowym bloku mają zaletę: stąd widzę morze. To znaczy, przy dobrej widoczności mogę je zobaczyć, a czasem, gdy widoczność jest doskonała i powietrze czyste jak szkło, nawet statki na redzie. To moje okno na świat. Jedyna droga ucieczki, zawsze otwarta dla myśli. Gdyby nie ten widok, gdyby nie ta droga ucieczki…

Z mojego świata trudno się wymknąć Od roku jest szczelnie zamknięty. Szary jak w oku daltonisty. Rozwarstwiony na różne nasycenia szarości, bez marginesu na takie kolory jak radość, wolność i nadzieja. Napór ostatnich wydarzeń sprawił, że staliśmy się ludźmi bez wyboru. Jesteśmy tylko tak, jak nam pozwolono. Jesteśmy. On, ona i ich dwoje dzieci. Dziadkowie. Zanurzeni w codzienności, złożonej z kartek żywnościowych, kolejek po mięso i chleb, po pralkę i lodówkę, i po jedną tabliczkę czekolady z masy czekoladopodobnej miesięcznie, i tylko dla dzieci i młodzieży do lat osiemnastu. Ludzie dorośli nie powinni jeść czekolady, to niezdrowo, zęby się psują. Dentyści i bez tego nie mają dość amalgamatu, żeby załatać wszystkie nasze dziury. Po kawę natomiast nie muszę stać w kolejkach, bo w sklepach jej i tak nie ma, ale jesteśmy szczęściarzami: mojemu mężowi przysługuje raz na miesiąc 250 gramów brunatnych ziarenek z tak zwanej puli zakładu pracy. Kawa jest niedobra, kwaśna, bolą nas po niej żołądki. Jednak ją kupujemy, podobnie jak wódkę, której nie pijemy. Kupujemy, bo nam się należy, przynajmniej tak uważa nasze państwo. Litr przydziałowej wódki miesięcznie, po pół litra na głowę, moją i męża, ani więcej, ani mniej. Moglibyśmy się w niej kąpać, myślę ze złością, posłusznie odstawiajac butelkę do szafki ze szczotkami. Wódki mogę chociaż użyć do nalewek – tylko wytrawnych, oczywiście, bo cukier też na kartki – albo jako środka odkażającego. Ale na naszych kartkach są jeszcze oddzielne krateczki na papierosy. Po co mi, skoro nie palę? Cóż, człowiek szybko się uczy; teraz już wiem, że nie powinnam się buntować, raczej dziękować losowi za tę dodatkową walutę. Bo wódka i papierosy to pieniądz, nieraz nawet od pieniądza lepszy, zwłaszcza, gdy negocjacje toczą się z hydraulikiem, kafelkarzem albo murarzem. To także towar wymienny, za który możemy dostać niemal wszystko, czego akurat potrzebujemy, jak pieluchy, lekarstwa dla dzieci czy ćwiartka cielaka, zakupionego na czarno u zaprzyjaźnionego rolnika na wsi. Wódka i papierosy naoliwiają zardzewiałe tryby naszej socjalistycznej gospodarki. Dzięki nim żyjemy, trwamy, wychodzimy cało z opresji i mroźnych zim.

Morze, które widzę z okna, mówiło mi, że gdzieś tam żyją wolni ludzie. Góry nie dają tego odczucia, zasłaniają, zagradzaja, a morze tak. Przypominałam sobie opowieści o tym, jak przed wiekami po zamarzniętym Bałtyku nasi przodkowie saniami docierali do Szwecji. Albo na Rugię. Nikt ich nie zatrzymywał, nawet morze. A mnie trzyma tu wszystko. Zamknięte granice, brak paszportu, patrole i czołgi na ulicach. Nawet kartki żywnościowe, ponieważ musiałabym oszczędnie jeść, żeby zgromadzić dość zapasów na taką zamorską podróż. Bo u nas nawet w krótką i niedaleką podróż nikt nie wyrusza bez zapasów, które zabezpieczą przed głodem i chłodem, brudem i trudem. Muszą być kanapki i jajka na twardo, i zwitek papieru toaletowego. Nigdy nic nie wiadomo, ale wiadomo na pewno, że papieru w żadnej toalecie, w żadnym pociągu, na żadnym parkingu nie będzie. Co oznacza, że z domowych zapasów papieru toaletowego też musiałabym korzystać z umiarem, gdybym chciała wyruszyć w daleką drogę. Gdybym mogła.

Ale nie mogę. Stan wojenny to nie wojna, to apatyczne trwanie w zamknięciu, pod groźbą użycia broni. Zaciskam mocno powieki na wspomnienie lufy, która została wycelowana w mój splot słoneczny, gdy rok temu, 13 grudnia, zdyszana szybkim marszem, stanęłam przed bramą mojego radia. Rano wybiegłam z domu spóźniona, telefon znów nie działał, a tu nagle okazało się, że z jakiegoś powodu autobusy również nie kursowały. W ostatnich dniach spadło mnóstwo śniegu, wysokie zaspy zasłaniały drugą stronę ulicy, buty grzęzły w gęstej grudzie. A ja nie mogłam się spóźnić. Wchodziliśmy z programem na żywo, spóźnienie oznaczało zwolnienie z pracy.
Na wartowni stał młody żołnierz.
– A gdzież to się podział nasz pan Warecki? – spytałam odruchowo.
Żołnierz nie był skory do rozmowy. Wyszedł z budki wartownika i zagrodził mi drogę.
– Proszę odejść!
Spojrzałam na niego zdziwiona. Odejść? Czy on nie wie, że w radio, jak w teatrze, gramy na żywo? U nas nie ma takiego pojęcia, jak nieusprawiedliwiona nieobecność.
Powiedziałam:
– Ale ja muszę…
Nie dokończyłam. Tamten uniósł broń i skierował lufę w mój brzuch.
Pobielało mi przed oczami, jakby śnieg przedostał się pod powieki. Biało, mroźno. I ta lufa wycelowana w mój splot słoneczny. Rozejrzałam się, oszołomiona. Ulica była pusta. Nikogo. Tylko ja i ten żołnierz przed wartownią. Był młody, młodszy ode mnie, pewnie nie miał jeszcze żony ani dzieci. Ale miał rozkaz, żeby mnie nie wpuścić do budynku radia. Czy miał też rozkaz, żeby do mnie strzelić, gdybym okazała się zbyt uparta? Zbyt obowiązkowa?

Nie wiem, jak długo tak staliśmy, nieporuszeni. Między nami urosła zaspa ciszy. Przeniosłam wzrok z lufy na jego twarz. Chłopak może i miał rozkaz, ale był młody, nie wyglądał na kogoś, kto strzelał do ludzi, przynajmniej nie z tak bliska. Speszył się, zawahał.
– Niech pani idzie do domu, nic tu po pani.
Ja jednak stałam nadal, niezdecydowana, zmrożona. W końcu żołnierz się zdenerwował.
– Kobieto, to nic pani nie wie? – krzyknął.

Odwróciłam się i zaczęłam biec. Biegłam przez opustoszałe ulice, pod moją górę, brnąc w śniegu, ciężko dysząc. Spocona i bez tchu, dopadłam windy. Nie działała. Jeszcze dziesięć pięter, po dwa stopnie, potykając się, płacząc z przerażenia i zmęczenia. Na moje walenie, drzwi otworzyły się niemal natychmiast. W mieszkaniu panowała cisza.To znaczy teściowa głośno szłochała, dziewczynki płakały, ponieważ nie rozumiały, dlaczego babcia szlocha, w telewizji grali marsz żałobny z sonaty b-moll Chopina. Ale ja wszystko to odbierałam jak niemy fiłm o rozpaczy, niezrozumiałej i zagadkowej. Niebezpiecznej!

Opadłam na krzesło. W płaszczu i zaśnieżonych butach. Spazm w gardle, marszowy rytm muzyki, wzrok dzieci. Lufa. Co się stało? Wtedy mój mąż stanął przede mną i wypowiedział dwa słowa, które od tej pory miały stać się kluczem do naszego więzienia: stan wojenny. Dziś w nocy ogłoszono stan wojenny. Telefony nie działają, mamy godzinę policyjną, nie wolno nam wychodzić na ulicę po zmroku. Bez przepustki nie wolno opuszczać miasta. Nie wolno podróżować. Nie wolno.

I tak zamieszkaliśmy na naszej wyspie pośrodku wolnego świata. Rano, pijąc herbatę i szykując śniadanie, raz po raz spoglądałam przez okno na dalekie morze. Wyspy na morzu nie są bezbronne, myślałam, nie są wydane na pastwę żywiołu. To my mieszkamy na wyspie. Samotni, pozostawieni sami sobie.

*

Dziesięć dni poźniej listonosz przyniósł paczkę. Nazwisko i adres się zgadzały: paczka była przeznaczona dla mnie i mojej rodziny. Für… und Familie. Nazwisko nadawcy było mi nieznane. Hildegarda H., Berlin. Nie znałam żadnej Hildegardy z Berlina, nigdy nie byłam w Berlinie. Ale najwidoczniej Hildegarda wiedziała o moim – naszym – istnieniu.

Przecięłam sznurki, otworzyłam karton. Zanurzyłam ręce w warstwy papierowego ręcznika. Był biały i miękki, nie taki jak nasz papier toaletowy, o którym można by sądzić, że to papier ścierny do polerowania drewna, gdyby nie nazwa na opakowaniu. Pierwsza myśl: w jaki sposób nieznana mi Hildegarda domyśliła się, że u nas nie ma takich papierowych ręczników? Są tylko bawełniane ścierki, ale nie mam proszku do prania, dlatego muszę je gotować z kawałkami mydła, żeby nie śmierdziały.

W paczce znajdowały się dwa kilogramy cukru, po dwie paczki makaronu, herbaty, płatków owsianych, z przepisem na chleb i ciasteczka owsiane na opakowaniu. Mąka. Suszone drożdże. Dwie duże puszki mleka w proszku. Kawa! W sumie dziesięć kilogramów. Na dnie kartonu, pod kawałkiem tektury, ukryta była kartka w linie, wyrwana z kołonotatnika, złożona we czworo. Szanowna Pani, nazwisko Pani adres znalazłam w katalogu wystawy, w której i ja brałam udział. Mam nadzieję, że paczka do Pani dotarła i okaże się przydatna. Podpisane: Hildegarda H., Berlin, 14 grudnia 1981 roku.

Tego wieczora, siedząc z kubkiem pachnącej kawy w fotelu, usiłowałam sobie wyobrazić całą sytuację. W niedzielę, 13 grudnia, wszystkie dzienniki podały wiadomość o ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce. Hildegarda zamarła przed radioodbiornikiem albo przed telewizorem, a może z gazetą w ręku. Czy piła kawe, tak jak ja teraz? Może zamierzała wyjść z domu? Odstawiła kubek? A jeśli akurat wychodziła… Zrezygnowała? Odwiesiła płaszcz na wieszak? Stała na środku pokoju, niezdecydowana, zastanawiając się, co dla niej osobiście oznaczają te słowa: stan wojenny, Polska. Stan wojenny skojarzył jej się z wojną. Polska? Z jedynym nazwiskiem, jakie znała.

Podeszła do półek z książkami, gdzie trzymała karton z katalogami wystaw, w których uczestniczyła. Odszukała właściwy katalog, po czym zbliżyła sie do okna (a może usiadła na kanapie?)

To było kilka lat temu, w czerwcu, wystawa malarstwa i rzeźby w Weimarze. Spotkanie artystów z krajów Europy wschodniej i zachodniej pod hasłem: „Sztuka ponad granicami”. Jakaś poetka z Polski napisała słowo wstępne. Hildegarda nigdy nie zwracała specjalnej uwagi na teksty w katalogach, ale ten był inny, dziwny – napisany wierszem.

Hildegarda pamiętała, że miała zamiar pojechać do Weimaru, lecz w ostatniej chwili z jakiegoś powodu była zmuszona zrezygnować, dlatego wysłała tylko prace. Wiadomo również, że polska poetka nie dotarła na wernisaż, ponieważ nie otrzymała paszportu. A katalog nigdy do niej nie dotarł. Tym bardziej nie mogła wiedzieć, kim jest ani czym się zajmuje Hildegarda H, zamieszkała w Berlinie Zachodnim. Nie spotkały się, nic o sobie nawzajem nie wiedziały. Jedynym łącznikiem był tamten wernisaż, ten wiersz w katalogu i lista nazwisk i adresów zamieszczona na końcu.

W poniedziałek rano moja nieznajoma weszła do sklepu spożywczego z gotowym planem. Zaczęła wkładać do koszyka: cukier, makaron, przecier pomidorowy w puszkach i kostki rosołowe Knorra, herbatę i płatki owsiane, wszystko po dwa opakowania, dla pewności. Bezwiednie spojrzała na przepis na chleb, umieszczony na opakowaniu płatków owsianych: mąka, suszone drożdże. Zawróciła do działu, gdzie znajdowała się mąka, następnie spytała sprzedawczynię, czy są suszone drożdże; była artystką, niespecjalnie znała się na pieczeniu chleba. Co jeszcze? Kawa, tak, koniecznie. Po drodze do kasy wrzuciła jeszcze do koszyka dwie rolki papierowego ręcznika. Kasjerka podała jej dwa czekoladowe mikołaje – zakupy upoważniły ją do podwójnego świątecznego bonusu. Hildegarda ocknęła się z zamyślenia. Prawda, przecież do świąt już niedaleko, zaledwie dziesięć dni. Rozejrzała się po półkach przy kasie i szybko dokupiła dwie ozdoby choinkowe i dwie torebki pierniczków norymberskich

Nie wróciła do domu, tylko od razu poszła prosto na pocztę. Ustawiła torby z zakupami na parapecie okna, kupiła karton na dziesięciokilową paczkę, następnie zabrała się do pakowania. Owijając starannie każdą rzecz z osobna w papierowy ręcznik, nieoczekiwanie i nieco absurdalnie pomyślała, że w ten sposób lepiej ukryje te rzeczy. Sprawi polskiej poetce mniej kłopotu. W akcie solidarności z nieznaną Polką wyczuwała potencjalne niebezpieczeństwo, jego nieokreśloność dodatkowo wzmagała uczucie niepokoju. Bo Hildegarda nigdy nie była z nikim w stanie wojny, nie miała pojęcia, czy za taką paczkę należy się kara czy nagroda. I dla kogo bardziej: dla nadawcy czy dla adresata? Jest możliwe, że to staranne owijanie kolejnych pudełek ją samą uspokajało.

*

Pod koniec stycznia przyszła następna paczka, pod koniec lutego kolejna. Na stemplach pocztowych zawsze widniała ta sama data, trzynastego. Trzynastego każdego miesiąca Hildegarda zjawiała się w jednym z berlińskich urzędów pocztowych z kolejną przesyłką do Polski. Paczki były zawsze tej samej wagi i wielkości, natomiast zawartość za każdym razem nieco inna. Czuliśmy, że Hildegarda usiłuje się z nami porozumieć telepatycznie. Czego potrzeba komuś w stanie wojny – zimą, wiosną, latem…? Kawy i cukru nigdy dość, wiadomo, mąki na pewno też. Co jeszcze? W „Berliner Morgenpost” przeczytała reportaż o polskich sklepach, gdzie można było kupic tylko ocet i zapałki (octu i tak nie wysyłała, bo szklane opakowanie mogłoby się stłuc, a zapałki przestała dokładać do paczek – skoro są). W marcu, oprócz mąki, cukru, ryżu i makaronu, przyszły nici. Kolorowe, do szycia ręcznego, do maszyny, do haftowania. W kwietniu zamiast papierowego ręcznika Hildegarda użyła ubranek dla dzieci. W jednej z kieszonek ukryła bilet do metra, na którym napisała: All children are ours.

Odczytaliśmy wiadomość: Droga Rodzino, nie znam was, nie wiem, czy macie dzieci, a jeśli tak, to w jakim są wieku. Paczkę majową przeznaczyła na środki czystości. Najwyraźniej nie chciała wysyłać proszku z czekoladą, żeby zapachy się nie zmieszały, poza tym słusznie uznała, że taka dziesięciokilowa porcja proszku do prania, mydeł, szamponów i płynów do kąpieli i szorowania garnków powinna na jakiś czas wystarczyć.

Już w tej pierwszej, grudniowej przesyłce na płatkach owsianych zauważyliśmy w górnym rogu dopisek flamastrem: nr l. Na kolejnych opakowaniach – zawsze były to płatki owsiane, może dlatego, że takie rozgrzewające, sycące, pocieszające – pojawiały sie kolejne cyfry: 2, 3, 4, 5… Przyznać trzeba uczciwie, że żadnej paczki nie brakowało. Czasem przychodziły opieczętowane przez cenzurę, czasem rozdarte i jakby nieco lżejsze niż wskazywał na to zapis na kwicie doręczenia, jednak w numeracji nie było luk. Po otrzymaniu każdej kolejnej wysyłałam pocztówkę. Nie list, tylko właśnie kartkę pocztową z otwartym tekstem: Pozdrowienia z… , podpis. Bez nadziei, że taka kartka przekroczy granice, ale zarazem z nadzieją, że jeśli się uda i Hildegarda ją otrzyma, to sama się domyśli, że jesteśmy jej wdzięczni z całego serca, lecz możemy napisać tylko tyle: pozdrawiamy.

W lipcowej paczce, oprócz stałych już produktów żywnościowych i słodyczy dla dzieci, znalazła się układanka literowa, coś w rodzaju Scrabble`a, tyle że z przesuwanymi kwadracikami. Pierwsze słowo zostało już ułożone, po angielsku – Solidarity. W sierpniu dziewczynki dostały pudełko kredek i szablon z kartonu, z wyciętymi gwiazdkami, księżycami i słońcami. Przez wiele nastepnych dni malowały układ słoneczny, który wciąż trzeba było powiększać o kolejno doklejane arkusze papieru, by w końcu osiągnął rekordowe rozmiary długości podłóg w dwóch pokojach. Wprawdzie tata twierdził, że wszechświat jest o wiele większy, ale zaraz pocieszył zmartwione dziewczynki, że najważniejsze jest słońce, bo wszystko na naszej ziemi kwitnie i rośnie dzięki niemu. To zupełnie jak z nami, dodał, gdy Mania nie chciała się pogodzić z faktem, że wszechświat nie ma końca – każdy z nas jest takim sobie całym kosmosem, bo każdy z nas ma w sobie splot słoneczny, o tutaj.

W czerwcu, a może był to już lipiec, w płatkach owsianych znalazło się zdjecie. Młoda kobieta o błękitnych oczach i ciemnych, krótko ostrzyżonych włosach, piegowata, w za dużej koszuli pochlapanej farbami. Mocna, otwarta. Nasza Hildegarda z Berlina. W tej samej paczce pojawił się także cukier żelujący do konfitur.

Latem, smażąc truskawki i agrest, myślałam o Hildegardzie. Kiedyś zamieszkamy w domku z ogródkiem – nie musi być od razu duży dom i duży ogród, wystarczą całkiem małe. I będziemy wolni. Wtedy odwiedzi nas Hildegarda. Ustawimy pod jabłonią stół nakryty lnianym obrusem, przygotuję dzbanek soku z kwiatów czarnego bzu, z plasterkiem cytryny i listkiem mięty, z pieca wyjmę świeży placek z konfiturą, którą zrobiłyśmy razem z Hildegardą. Bo ona kupiła cukier żelujący, a ja koszyk truskawek. Albo agrestu. Również płócienne woreczki, do których jesienią wkładałam ususzone jabłka i grzyby, były nasze wspólne, bo wprawdzie to ja je uszyłam, ale nici przyszły w paczce marcowej, a kawałek płótna o grubym splocie – w sierpniowej.

*

Tupot bosych nóg wyrwał mnie z zamyślenia. Mania czy Ania? Tym razem, o dziwo, młodsza. Typowy śpioch, ale nie dzisiaj.
– Czy to już dziś? Będzie choinka? Będą prezenty? – wysapała mi do ucha. Jej szept przeszedł zaraz w głośniejsze tony, mała nie mogła opanować ekscytacji.
Tadeusz przeciągnął się z głośnym ziewaniem, po czym wstał i po drodze do łazienki nastawił radio. Program II nadawał audycję „Najpiękniejsze kolędy z różnych stron świata”. Cicha noc, święta noc…

Tak, to już dziś, pomyślałam, cicha noc, święta noc. Powinniśmy się radować. Przeżyliśmy aresztowania naszych bliskich z rodziny i przyjaciół. Przeżyliśmy potajemne przekazywanie wiadomości i paczek do więzień i obozów internowania. Przeżyliśmy ograniczenia naszej wolności, upokarzające racjonowanie kartkowej żywności, wielogodzinne wystawanie w kolejkach, nieraz od świtu, a zdarzało się, że i przez całą noc. Przeżyliśmy choroby bez koniecznych leków, pobyty w szpitalach, brudnych z braku środków do mycia. Przeżyliśmy rewizje i cenzurę naszej prywatnej korespondencji, inwigilacje, indoktrynacje. „My home is my castle” przestało dotyczyć naszych domów, naszą prawdziwą wewnętrzną wolność musieliśmy ograniczyć do tego, co udało nam się ocalić, ukrywając za ścianą milczenia. To prawda, nasze twarze były szare, nasze ubrania były szare, nasze ulice były szare, ale mimo wszystko szarość nas nie pokonała. Mimo wszystko przeżyliśmy.

Śnieg, znowu śnieg. Morze na horyzoncie posiwiało od mrozu, jakby i ono nagle odczuło ciężar minionego roku. Po wieczerzy usiedliśmy wokół choinki. Tata nagle gdzieś zniknął, a pojawił się święty Mikołaj.
– O, pożyczył buty od naszego taty- zauważyła Mania.
Wśród prezentów czekała kolejna paczka od Hildegardy, którą listonosz przyniósł poprzedniego dnia. Für ganze Familie. Bo teraz Hildegarda już sporo o nas wiedziała. Że dziewczynki lubią malować i budować zamki z klocków lego, a ja uwielbiam kawę, że dziadek cierpi na nadciśnienie, a teściowej świetnie robi Buerlecithin. I że na święta nie byłoby pierników z lukrem i polewą czekoladową, gdyby Hildegarda o tym nie pomyślała już w listopadzie, gdy pakowała kolejną paczkę.

Dekorując z dziewczynkami świąteczne pierniczki, układałam w myślach list do Hildegardy. Droga Nieznajoma Przyjaciółko, chcemy, żebyś wiedziała, że Twoje paczki były jak liny, którymi z powrotem połączyłaś naszą zniewoloną wyspę ze światem wolnych ludzi.

Mania przecięła sznurek, a Ania rozerwała papier. W środku było świątecznie i kolorowo, czekoladowo i piernikowo.
– A co to? – Mania wyciągnęła ostatnie pudełko, które pozostało jeszcze na dnie paczki.
Pudełko było sporych rozmiarów, chyba po butach. Na wierzchu pokrywki widniała nazwa firmy: SOLAR PLEXUS. Litery były złote, podobnie jak promienie słoneczne, które je otaczały. Mania otworzyła pudełko. Wewnątrz znajdowało się dwanaście ogarków grubych woskowych świec. Umilkliśmy, zdziwieni, nie bardzo rozumiejąc, jak należało zinterpretować ten prezent. Nagle Ania zawołała:
– Tu jest jeszcze coś!
Do wewnętrznej strony pokrywki taśmą klejącą przymocowana była biała koperta, której wcześniej nie zauważyliśmy. Ostrożnie odkleiliśmy taśmę. W kopercie znajdowała się fotografia przedstawiająca okno. Za szybą bezlistne drzewa tonęły w ostatnich smugach wieczornej czerwieni. Na parapecie stały dzbanki, kubki i szklanki pełne pędzli, ołówków i kredek, bloki rysunkowe i książki o malarstwie.

I jedna płonąca świeca.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Katarzyna Krenz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Godło: Solar plexus

  1. Dorotek pisze:

    Nie moge sie powstrzymac, zeby do tego pieknego tekstu nie dorzucic spontanicznie jednej malej impresji, ktora mi akurat mignela w pamieci, mimo ze do podnioslego nastroju akurat nie bardzo pasuje. Otoz moja babcia w tamtych czasach bardzo byla zdana na handel wymienny, bo slabowala nieco. Wodka byla wiec cenna, bo dala sie wymienic na dwie uslugi: rabanie drewna i przynoszenie wegla. Pewnej nocy, kiedy juz spala, uczynny sasiad zaczal dobijac sie do drzwi, nie mogac sie doczekac wymiany uslug. Nie budzac (bron Boze!) babci probowalam wiec szeptem z nim pertraktowac. Kiedy po kwadransie jego zapal nie slabl a ja nie moglam mu otworzyc drzwi (zakaz, od ktorego nie bylo odstepstw – zadnych!), ustalilismy, ze spuszcze mu wodke w koszyczku na sznurku z okna, a rabac drewno przyjdzie nazajutrz. I tak sie stalo. Mojego geniuszu babcia jednak nie docenila nalezycie. Odtad otwierac okna w nocy tez mi nie bylo wolno.

  2. Kasia Krenz pisze:

    To piękna opowieść, właściwie – gotowy materiał na odrębne opowiadanie. Bo możemy się tylko domyślać, że Babcia, mimo słabości, miała więcej pomysłów na różne tematy🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s