Zettelwirtschaft…

Dorota Cygan

Zettelwirtschaft, Arno Schmidt i moja prababka. Czyli Ty także.

Trzeba przyznać, że tak daleko jak Arno Schmidt nie zaszła. Dokładnie rzecz biorąc, nawet jej do tego trochę brakowało – oprócz skłonności do autokreacji i pomysłu na Selbstvermarktung pewnie paru innych rzeczy, np. talentu.  Zajść mogla zaledwie do kiosku z gazetami w małej mieścinie i do biblioteki miejskiej, gdzie czytała po kolei wszystko z braku lepszego zajęcia (bo klientów przychodziło pewnie kilku na tydzień). Pozostało więc po mojej prababce – oprócz zapisu głosu na przypadkowej taśmie magnetofonowej – trochę zettelków i wycinków z gazet.

Za to miała szczęście. Bo Arno Schmidt na trwale podniósł tę manię zapisywania, wycinania i segregowania, tę nieszkodliwą nerwicę wprawiającą potomnych w niemałe zakłopotanie, do rangi surówki literackiej, z której może powstać tekst dający pole do popisu germanistom, oczywiście pod warunkiem, że surówkę tę weźmie  w ręce pisarz. Kto kiedyś widział malunki na sklepieniu w kościele w Bargfeld oraz tropił inne ślady życiorysu Arno Schmidta w jego dziele, musiał poczuć, jak wielka jest potęga wyobraźni, oraz że nie tak wielki w gruncie rzeczy jest dystans między  otoczeniem życiowym Arno Schmidta i  naszych prababek. Nie rozstrzygając arbitralnie kwestii, czy w małej polskiej mieścinie mógłby teoretycznie powstać jakiś równoległy Zettels Traum II, i ile by ważył, zauważmy bezsporną paralelę, że moja prababka i Arno Schmidt byli niemal równolatkami urodzonymi około 1910 r. Zostawiając również nierozstrzygniętą kwestię różnic interkulturowych, czy dzieło o takim charakterze i takiej objętości mogło powstać tylko w kraju takim jak Niemcy, zdecydowanie mniej doceniającym biesiadę, żywy kontakt między ludźmi  i – powiedzmy łagodnie – poetykę pogłoski i plotki (cenione u nas), a za to dowartościowującym pracę archiwisty, pastora i uczonego, popatrzmy na to, co zostaje po nas. I w jakiej formie. Czyli na kwestię spuścizny.

Niemiecki rozróżnia tutaj terminy Nachlass i Vorlass – czyli to, co po nas zostaje po oraz jeszcze przed zejściem śmiertelnym. I ta akurat kwestia jakoś tam powoli może nam być bliska. Wzruszenie, jakie nas ogarnia na widok fragmentu wiersza zanotowanego na rachunku z restauracji (którego to pisarza?), jest może bardziej podniosłe niż pozdrowienia wysmarowane starą ręką babki na pocztówce miesiąc przed śmiercią. To jednak, że takie rzeczy zostały po ludziach starego rocznika, a nie po nas, świadczy o ostatecznym końcu epoki mieszczańskich i inteligenckich starań o uratowanie od zapomnienia. Czy jakieś nasze wnuki będą miały po nas w szufladzie stare maile z okazji swoich 10 urodzin?

Gdy pomysleć, że w Archiwum Literatury w Marbach jest 11 tysięcy spuścizn po pisarzach, ileś tam kompletnych bibliotek, w których zachowano nawet rozkład książek na półkach, ustawiając je w archiwum w identycznej konstelacji jak w domu, tak aby nie wpuszczać badaczy w ślepą uliczkę i nie zmieniać niechcący rozwoju myśli naukowej, to nie można nie zadać sobie jednego banalnego pytania: A co może zostać po nas dzisiaj, w epoce komputerowej? Dodajmy też: w epoce tanich przedmiotów, które nie tylko nie przeżyją nas, ale nawet  i następnej mody lansowanej przez IKEA.

Już Nachlässe, które napływają po pisarzach nam współczesnych, sprowadzają się do mniej lub bardziej czystych rękopisów, najwyżej w kilku wersjach, częstokroć w formie wydruku. Wzruszajace skądinąd ślady potknięć, skreśleń, kompromitujących notatek z Wikipedii, bazgrołów na brzegu kartki powstałych w fazie koncentrowania się,  ba nawet błędów ortograficznych już nie uświadczysz ani na lekarstwo, nie mówiąc o wspaniałych rymach częstochowskich składanych naprędce z okazji imienin cioci.  Cała przyjemność kontaktu z materiałem, haptyczna radość, a nawet krytyczne rejestrowanie pomyłek, wygnieceń, plam, wymazań gumką ustępuje sterylnej doskonałości produktu finalnego. A pytanie standardowo zadawane na wieczorach autorskich, „czy pisze pan/pani swoje teksty odręcznie czy na komputerze?” już w zasadzie nie pada nigdy, bo wiadomo, że pisarz nie czerpie wody ze studni i nie jeździ na osiołku, więc i ma komputer, nawet jeśli pisze na nim dwoma palcami.

Nie będę może oczekiwać od nikogo, żeby z pietyzmem traktował moją karteczkę na zakupy w Aldim. Raczej nikt za nią nie zapłaci tyle, ile kosztowały kilkulinijkowe paski zawierające rozprawy historyczne Schillera, sprzedawane pojedynczo przez sprytną wdowę. Chyba że stanę się sławna jako najbardziej niepisząca osoba na świecie. Ale żeby tak nic nie zostało? Tak zupełnie nic? Zero – przecinek – zero? Może by zaproponować światu wynalazców rozwiązanie poroblemu, co zrobić, żeby Nachlass naszej generacji (a i Vorlass także)  otrzymał jakąś godną formę, która będzie odpowiadać duchowi naszych czasów i nie będzie iść na siłę pod prąd wygodnej digitalizacji? A jednak miałby jakąś formę materialną? Bo inaczej dojdzie do pięknego paradoksu, że młodzi ludzie będą mieli pamiątki po prababkach (np. szafki, stoliki itp.), ale kompletnie nic im nie zostanie po rodzicach. (He, he, w sumie to by było najradykalniejsze rozwiązanie konfliktu pokoleń – bezkrwawe wymazanie pośredniego pokolenia;)

Wiec co, godzimy się, że nic po nas  nie zostanie? To może chociaż jakieś karteczki?

Wygląda na to, że nie będzie lekko. Że pozostaje nam tylko spuścizna twórcza, czy tego chcemy czy nie. Tylko myśl upięta w słowo nas uratuje, wszystko inne zniknie. A o to, co się stanie z tą myślą, niech już głowa boli Ewę, w końcu to ona wymyśliła ten blog. I bierze tę surówkę paraliteracką w swoje ręce. Czy zarchiwizuje to potem u siebie w szufladzie, czy każe wyryć nasze teksty na płytce miedzianej, wyprodukuje wklęsłodruki i je następnie ozłoci, to już jej biznes. Ale nasza sprawa to dostarczenie jej tekstów. Inaczej – powiedzmy brutalnie za Herbertem – „to co po nas zostanie / będzie jak płacz kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”.  Do roboty koledzy i koleżanki blogowcy. Bo inaczej po cichu osobiście zarchiwizuje Wasze zettelki z Aldi i podaruje kiedyś Waszym wnukom.

Interessierte lesen bitte: Robert Gernhardt: Wörtersee, 1981
http://de.wikipedia.org/wiki/Robert_Gernhardt

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dorota Cygan i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Zettelwirtschaft…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s