Każdy umiera, jak żył

Ewa Maria Slaska
Jedyny zachowany fragment ze zniszczonego blogu Starość

Każdy umiera, jak żył. Moja Mama, z dużej litery, bo będzie to jej imię na zawsze, a pojawi się tu jeszcze tysiące razy, była osobą, która nie lubiła się ruszać, z domu, z krzesła, jeśli pracowała, z fotela, jeśli nie pracowała. Gdy pracowała, pisała, rysowała, cięła grafikę, siedziała skupiona, wyprostowana, na krześle przy biurku, plecami do drzwi. Mało ją znaliśmy w tej sytuacji, bo owe drzwi były zawsze zamknięte i tak naprawdę nie powinniśmy byli tam wchodzić, ani Ojciec, ani moja siostra, ani ja. Mama twierdziła zresztą, że zamknięte drzwi, oddzielające jej świat od świata Ojca, były najlepszą gwarancją trwałości ich małżeństwa. Gdy wychodziła ze swojej pracowni jej trasa po naszym dość dużym mieszkaniu kończyła się prawdę mówiąc zaraz w następnym pokoju, tak zwanym Centralnym, bo położonym pośrodku między jej pracownią czyli Czarną, w której były czarne meble i na wielkim starym maglu odbijało się czarne grafiki, a gabinetem ojca, nazwanym z kolei Białą Pracownią, bo było tam po pierwsze czyściej, po drugie zaś z tego właśnie pokoju Ojciec wyruszał na wielkie polarne (a więc białe) wyprawy żeglarskie. Mama wychodziła z Czarnej i opadała na fotel w Centralnym, gdzie były gazety, książki i z czasem również telewizor. I tam trwała, w starym fotelu, w pozycji niemal półleżącej, czytając, rozmawiając z ludźmi, oglądając telewizję, rozwiązując jolki w „Wyborczej”. Gdy jechali gdzieś z Ojcem samochodem, Mama, w tej samej pozycji spoczywała na miejscu obok kierowcy, półleżąc. I tak ją zastała śmierć. Przyjechała mercedesem obok samochodu rodziców, wymuszając pierwszeństwo i zepchnęła ich z szosy na drzewo. Ojciec, jak zawsze wyprostowany, mocno przypięty pasem, ochroniony airbagiem, wyszedł z tej kolizji ze złamaną nogą i popękanymi żebrami. Po tygodniu był już na nogach, nawet jeżli jedna z nich jeszcze przez dwa miesiące pozostawała w gipsie. Mama podczas kraksy zsunęła się półleżąc pod pasem i poduszką powietrzną. Jazda samochodem nie była pracą, a tylko przy pracy Mama przyjmowała pozycję wyprostowaną, taką, która w momencie wypadku przyniosłaby jej zabezpieczenie. Przyjęła więc na siebie bez jakiejkolwiek ochrony całą siłę zderzenia i odniosła cały szereg poważnych obrażeń wewnętrznych. Po dziesięciu dniach zmarła w szpitalu, nie odzyskując przytomności.
Półleżąc.
Ojciec zmarł w siedem lat później. Był już od pięciu lat ponownie żonaty, przeprowadził się z Gdańska do Bydgoszczy do swojej nowej żony. Przez te lata sporo chorował, mało już udzielał się, czy to w żeglarstwie, czy w pracy zawodowej i pisał ostatnią książkę, autobiografię „Śladami życia”. Ostatniej zimy dał ją nam do przeczytania, latem spotkaliśmy się wszyscy na dwa tygodnie w wiejskim domu mojej siostry i szwagra, omówiliśmy konieczne zmiany. Od powrotu z wakacji ojciec „czesał” tekst w komputerze, zmieniał, poprawiał, skracał, dopisywał. Pracował zawsze rano, gdy Marianna, jego nowa żona jeszcze spała. Czasem wychodził na spacer na łąki lub do pobliskiego lasu, przynosił jej polne kwiaty, kupował bułki, robił kawę i podawał do łóżka. Była niedziela. Wszedł do pokoju żony, powiedział „No, skończyłem. Nic już nie trzeba zmieniać.” Po czym dodał, że jakoś mu trochę zimno, położy się więc na chwilę. Położył się, przytulił do zaspanej żony i… umarł.
Postawił kropkę pod ostatnim zdaniem ostatniej książki.
Ciekawe, że Mama, która nie znosiła się ruszać z domu, a wyjątek stanowiły tylko zagraniczne podróże, które były odrębnym światem, wyjętym ze świata, Mama zatem umarła poza domem. Ojciec natomiast, człowiek, którego przez całe życie rwało do innych światów, do męskiej przygody, odwagi i próby sił w zmaganiu z nieubłaganą naturą polarnego żywiołu, umarł we własnym łóżku, a przed śmiercią poczuł, że zrobiło mu się trochę zimno.
A mimo to twierdzę, że oboje umarli tak, jak żyli. Ona, bo nic poza pracą nie było w stanie zmusić jej do zdyscyplinowanej postawy, on, bo zawsze doprowadzał każdą sprawę do jej ostatecznego końca.

Podobnie jak to było w przypadku pytania o nieśmiertelność, tak i teraz zaczynam pytać siebie i innych o to, czy znają takie historie. Historie ludzi, którzy umarli jak żyli, albo których dopadła choroba odzwierciedlająca ich sposób życia. Przypomina mi się młody chłopak, przystojny, zarozumiały polski macho. Miał śliczną dziewczynę, ledwie po dwudziestce, której dokuczał, że ją zostawi, bo jest dla niego za stara. Cytował przy tym zdanie, o którym, bo już od tylu lat mieszkam w Berlinie, nawet chyba zapomniałam: „Dziewczyna musi mieć lat osiemnaście, potem zaczyna się starzeć”. W Berlinie rzecz jasna też pojawia się to zdanie, ale jednak, jednak… Bo w Berlinie kobieta jest kobietą do czterdziestki, potem, jeśli los ją ukrzywdził, już jej po prostu nie ma. Jeśli był łaskawy – jest człowiekiem. Ale na razie nie to jest moim tematem, na razie jest to młody człowiek, ma 25 lat i właśnie zachorował na… raka prostaty. Seksistowska postawa życiowa i – w tak młodym wieku – choroba, nie znam się na tym, ale chyba jednak utrudniająca życie seksualne. A w każdym razie nieprzyjemnie wiążąca groźną chorobę ze sferą życia seksualnego. Ujmując rzecz najprościej, i niech doktorzy mi wybaczą, prostata wydziela spermę. Związek jest więc ewidentny. A więc symboliczne znaczenie choroby, nawet jeśli nowoczesna sztuka lekarska wyciągnie chłopaka z opresji. Ale… zaglądam do internetu i dowiaduję się, że ponoć medycyna dopiero po 15 latach obserwacji osoby chorej jest w stanie uznać ją za wyleczoną.
Wyleczona prostata wymaga 15 lat obserwacji. Niewyleczona…
Rozmyślam dalej. Jasne, pijacy potrafią umrzeć z przepicia, a narkomani z przedawkowania narkotyku. Kiedyś obżartuchy marły z przeżarcia, teraz nikt już tak naprawdę się nie obżera, ale rzecz jasna, wszyscy wiemy, że prawidłowe odżywianie stanowi o zdrowiu. Mnie jednak nie chodzi o proste przekładnie jak śmierć pewnego ucznia w Berlinie, który wypił 52 tequile i zmarł po czterech tygodniach komy. Mnie interesuje symbolizm naszego życia i śmierci. Symboliczne zdania, jakie wypowiadamy. Ja na przykład twierdzę, że umrę w biegu. Może tak jak ci, którzy biegną w maratonie. Był taki maraton w roku 2000 w Berlinie. Pierwszy dobiegł do mety trzydziestoletni Simon Biwott z Kenii. Biegł 2 godziny, 7 minut i 42 sekundy, a więc poniżej 3 minut na kilometr i wygral 80 tysiecy marek.
W kategorii kobiet wygrala Japonka, Kazumi Matsuo. Jest o cztery lata młodsza od Simona, biegła o 19 minut dluzej, a jej nagroda wyniosła 55 tysiecy. Ciekawe dlaczego zarobiła mniej, skoro liczy sie zwycięzców odrębnie w kategorii kobiet i mężczyzn? W tym maratonie brał również udział ówczesny niemiecki minister spraw zagranicznych, Joschka Fischer i zajął miejsce numer 8919. W kategorii mężczyzn po pięćdziesiątce pan minister zajął miejsce 687, wygrywajac jednocześnie „pojedynek sław” z popularnym piosenkarzem Joeyem Kelly z Kelly Family.
Szwajcar Heinz Frei, inwalida na wózku, wygrał już po raz 13.
Skater Chad Hedrick z USA po raz 41.
42 kilometry 195 metrów.
Milion widzów.
40 000 uczestników z 85 krajów.
Budżet: 3,4 miliona marek.
Dwie osoby, sześćdziesięcioletni Duńczyk i trzydziestoośmioletni Panamczyk nie wytrzymali morderczego wysilku. Panamczyk zmarł w sposób niezwykle spektakularny, przebiegł metę i padł tuż potem. Śmierć należy do historii wszystkich biegów maratonskich, poczynając od tego w roku 490 p.n.e. Goniec, który przyniósł do Aten wieść o zwycięstwie nad Persami, zmarł z wyczerpania. W dziejach maratonu w Berlinie śmierć w biegu zdarzyła się po raz trzeci, a podobno w każdym mieście, urządzającym wielkie biegi zawodnicy umierają.
Jednak gdy mówię, że umrę w biegu mam na myśli raczej symbol niż przeczucie, że stanę do biegu i nie podołam, bo że nie podołam, to jasne. Niby dlaczego w ogóle miałabym podołać, skoro jestem typem wybitnie niesportowym i dostaję zadyszki goniąc uciekające metro. Ale gonię, choć większość osób w moim wieku już dawno tego nie robi. Bo ja w ogóle gonię, pędzę, robię dwieście rzeczy na raz, wykonuję przez miesiąc normę pracy i zadań, która komuś innemu starczyłaby na rok. Dlatego myślę, że umrę w biegu, wpadnę biegiem pod samochód, przelecę w pośpiechu przez szklane drzwi, które nie zdążą się otworzyć, bo będę dla nich za szybka. Podczas wichury dobiegnę do drzewa w chwili, gdy złamie się wielki konar. Chociaż aż tak to może nie, tak umierali nieśmiertelni* i nie mnie mierzyć się z nimi.


* Paryż, 1 czerwca 1938 roku, pisarz austriacki Ödön von Horwath (1901-1938) zmarł przygnieciony konarem drzewa, pod którym schronił się, by przeczekać burzę.

Berlin, 16 stycznia 1912 roku, ekspresjonistyczny poeta niemiecki Georg Heym (1887-1912) tonie w Haweli podczas jazdy na łyżwach, próbując ratować życie swego przyjaciela Ernsta Balcke (1887-1912), także pisarza.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s