O chorobie jeszcze raz

Dorota Cygan

O chorobie jeszcze raz

Nie ma żartów. Trzeba się spieszyć. Zanim przewrotna wiosna wybudzi nas z półsnu i przerwie  czteromiesięczną autorefleksję, doda bodźca ekstrawertycznym ciągotom – i  wylegniemy na skwery lub ulice promieniejąc miłością do ludzi i gotowością do nieustannej komunikacji bez cienia sensu i żenady. Bez zaglądania w głąb siebie.

Nie wylegajmy jeszcze. Przynajmniej na długość tego tekstu. Zerknijmy za siebie – na rozkopane  łóżko, ciepłe jeszcze od grypy, nasycone planami niedalekiej autorealizacji po utęsknionym ustaniu nawałnicy kataru, grzmocie kaszlu i bezradnym deszczu łez z powodu zarzuconych planów arcyważnych zajęć i przemyślanego w każdym szczególe postanowienia natychmiastowej biologiczno-techniczno-mentalnej odnowy.

Zerknijmy do tyłu: Co do nas napisał w 1937 roku Ernst Penzoldt, autor u nas w zasadzie nieznany, choć przypomniany 3 lata temu na polsko-niemieckiej konferencji  historyków medycyny, i to nie z powodów literackich, tylko dla biograficznego epizodu z okresu wojny, kiedy został pomocnikiem w szpitalu wojskowym dla polskich jeńców w Lodzi w 1939 roku a potem przerobił tę biograficzną surówkę na opowiadanie z lazaretu (Zugänge, tekst z 1941 r, wydany w wyd. Suhrkamp w 1947r). Nie o ten tekst tu jednak chodzi. Zerkamy w przeszłość jeszcze trochę dalej.

W roku 1937 w zasłużonym wydawnictwie Samuela Fischera w Berlinie wychodzi „Wdzięczny pacjent” – mała książeczka, którą trudno zaklasyfikować: ni to opowiastka, ni esej, ale przekonujące słowa ludzkiego wymiaru, układane w zachwycające prostotą zdania bez jakiegokolwiek zaostrzenia  propagandowego. Powiedzenie, że rok 1937 to w Niemczech  moment stabilizacji dyktatury, za mało oddaje ducha tego czasu. Jest to moment, w którym różne sprawy już przestały szokować, dziwić i budzić sprzeciw. Dyskomfort, jaki ludzie czują, polega właśnie na tym, że zmieniły się już paradygmaty. Wymiar indywidualny każdej sprawy przeszedł w kolektywny,  niedomagania chorowitych jednostek kojarzone są automatycznie z upadkiem ducha społeczeństwa i upadkiem kultury, to, co chore, deklarowane jest jako leniwe,  a sam pacjent jako dywersant. Człowiek powoli sam postrzega siebie przede wszystkim jako integralną część społeczeństwa i ma obowiązek przeciwdziałać „zarazie bezwoli” tudzież  wszechogarniającej społecznej „degeneracji ducha i ciała”.

Takie właśnie tło społeczne otacza tę jedną małą książeczkę – świadectwo próżnej subiektywności autora i policzek dla apostołów państwowej służby zdrowia, przywracającej nawet ledwo żywych do służby w imię etosu zdrowia dla celów wspólnoty narodowosocjalistycznej. Dlaczego tylko jedna taka książeczka powstała? O tym za chwilę.

Bohater sytuuje się na uboczu społecznej wspólnoty: „Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że dla biegu wydarzeń jestem zupełnie zbędny. Zawieruszyłem się światu.” Zachowanie się wbrew normie zdrowotnej będzie celebrował konsekwentnie przez cale 100 stron. Pokpiwając z ducha czasu: „Kiedy tak człowiek leży wyciągnięty na łóżku, czuje nagle, jak odlegle mu są nogi, a jak bliska twarz. Człowiek ma w miarę wyraziste poczucie, co mu jest najbliższe – to znaczy, gdzie jest ulokowane jego ja, a przynajmniej – gdzie nie jest”. Bliższa jest bohaterowi perspektywa łóżka, bo to ona bardziej sprzyja  refleksji niż kult zdrowych nóg. Postanawia wiec uczcić tę chorobę i przywrócić jej co nieco z utraconego stylu. Z przymrużeniem oka odwraca wartościowanie społeczne, według którego „chory” i „”zdrowy” to epitety klasyfikujące racjonalną przydatność jednostki wobec zbiorowości. Formułuje przewrotny apel do opamiętania się w dążeniu do zdrowia: „Myślę, że dla niektórych ludzi byłoby całkiem zdrowe, gdyby nagle stali się chorzy. Od decyzji bycia chorym powstrzymuje ich jedynie myśl, ze byliby dłuższy czas zdani na swoje własne towarzystwo. Szybko by się oczywiście okazało, czy człowiek ma sobie coś do powiedzenia i jak długo wytrzyma w swojej obecności. Przypuszczalnie niektóre choroby spadają na nas tylko po to, byśmy mieli czas odrobine pomyśleć o sobie, swojej ważności i o świecie w ogóle.”

I choć perspektywa ucieczki od dyscyplinujących zapędów świata zewnętrznego powoli przechodzi w perspektywę uwiezienia, wbrew wszelkim samozwańczym apostołom zdrowia bohater nadal postrzega  w chorobie wyróżnienie, a nawet honor, zewnętrzne instancje kontrolne traktując z łagodną ironią: Rentgen to dlań instrument kontroli sumienia, badanie krwi służy urzędnikom-lekarzom do określenia politycznej orientacji na podstawie stosunku ilości czerwonych krwinek do białych, zaś otwarcie pokrywy czaszki ma wykryć niesubordynowane myśli pacjenta.

Co zatem, jeśli nie kuratela państwa, jest dla bohatera dopuszczalnym  instrumentem kontroli? On sam.  I trzyma się tego, jakkolwiek niełatwa jest refleksja, że zachorował, bo „nie przyznawał się do siebie samego”, bo nie stanął murem tak za sobą, jak i za swoją chorobą. Zdrowiejąc zostawia czytelnikowi jedną refleksję: „Rozumiem, że wiecznie zdrowych otacza chwała. Ale myślę sobie po cichu, że coś ważnego ich omija.”

Takich tekstów powstało w czasach trzydziestych, czasach jedynie słusznego kultu zdrowia … aż  jeden. Czemu nie więcej? Z obawy przed cenzurą? To jedno możliwe wytłumaczenie. Ale może inne, prostsze, jest też prawdziwsze? Takie, że normę zachowania, według której należy być zdrowym, by nie szkodzić wspólnocie, każdy człowiek z osobna przyjął już wtedy za swoją? Pełna internalizacja rygorystycznej normy przez jednostkę  jako forma adaptacji do stresora. Normy racjonalnie oczywiście słusznej, ale przez to generalnie niepodlegającej dyskusji. Czyli nienadającej się tym samym na tworzywo literackie. Normy, którą egzekwowano bez jakiegokolwiek poszanowania praw jednostki przez 12 lat. Przez wyjątkowość tego tekstu na tle innych z tamtego czasu widać ponadczasową prawidłowość, której podlegamy i my, nie zastanawiając się nad tym ani chwili.

Przypomniał mi się ten tekst, kiedy 3 dni temu leżałam na korytarzu izby przyjęć wśród dwóch tuzinów podobnych nieszczęśników z kroplówką nad głową w oczekiwaniu na wyniki badań. I miałam czas na prześledzenie swoich myśli tego dnia, a także zachowań urzędników zdrowia oraz nas samych, ich klientów. Jeszcze mnie zszokowało, gdy lekarz z pogotowia telefonicznego odłożył ze złością słuchawkę, gdy mu zwróciłam uwagę, że bardziej go interesuje system zdrowotny niż objawy mojej choroby. Ale w chwilę później moja niemiecka socjalizacja nakazała mi schować uszy po sobie i uznać, że przyjeżdżanie do mnie pogotowia mogłoby za dużo kosztować ten gościnny kraj. Jeszcze się uśmiechnęłam na uwagę znajomego, że na tej izbie przyjęć  wszystko wygląda jak w Kabulu – tam też pacjenci są przykryci własnymi płaszczami i mają tobołki pod głowami. Jeszcze mnie razi, że oczekujemy od dyżurnych lekarzy, by działali jak automaty nieczujące zmęczenia, choć widać, ze im się ręce i oczy rozchodzą z przeciążenia. „Mają funkcjonować, to w końcu ich praca, za to im płacą” – to tylko jeden  z wielu nieprzyjaznych komentarzy, jakie padały pod ich adresem w tym stłoczeniu. Ale już mnie nie dziwi, że sama siebie zaprogramowałam na funkcjonowanie. A chorobę zredukowałam do czynnika niesprzyjającego funkcjonowaniu. Czyli: należy usunąć błąd w systemie własnego organizmu i działać dalej. W miarę możności próbując nie liczyć, ile to godzin strat: sześć dni razy 10 godzin nieproduktywności równa się 60 godzin dalej od celu …

–  tylko jakiego właściwie … ? Pomyślę o tym, nim ta bezrefleksyjna wiosna porwie nogi w ruch i każe im sprawnie przebierać na większą chwałę pracodawcy.

Teksty o pożytkach płynących z chorowania mają szansę być przeczytane tylko zimą. Był to więc ostatni moment na przeczytanie tego, blogowcu,  – przeczytania jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca w tym mieście.

A może byśmy następnej zimy przełożyli Penzoldta na polski?

I jak tu wejść w te wiosnę? Patrzę sobie na ornamenty kurzu na szafkach obok lóżka, na złogi tłuszczu zawinione przez zimę, na sterty spraw do załatwienia, bezczelne pająki wygrzewające się w pierwszych ostrych promieniach słońca tego roku … i postanawiam, że może jeszcze trochę pochoruję. Może się dowiem, kim jestem. I nauczę stawać za sobą murem.

I kto tu jest bardziej wredny – ta długa zima czy ta nagła  wiosna?

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dorota Cygan i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „O chorobie jeszcze raz

  1. Jorge pisze:

    Wylegać już chciałbym bardzo i każde spojrzenie słońca mnie do tego prowokuje,
    ale już chyba „z automatu” zostawiam sobie trochę przestrzeni zanim wylegnę ostatecznie . . .
    i nie wiem co mnie powstrzymuje jeszcze
    może nieśmiałość wrodzona
    a może wiosna właśnie sama w sobie ?

  2. ewamaria2013 pisze:

    Bardzo piękne! Dziękuję w imieniu własnym, Autorka na pewno podziękuje osobno
    Ewa Maria

  3. Dorotek pisze:

    Tak, tak, dziekuje! Widze, ze stopy w starterach … kto szybciej zlapie wiosne. Jak pomysle, ile bedzie latawcow na Tempelhofer Feld za jakies 2 tygodnie lub wczesniej, to az by sie chcialo cos zorganizowac – chocby flashmob tysiaca ludzi w mundurach na lotnisku, aresztujacych zime. Pa pa, do zobaczenia w tlumie wiosnofanow.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s