Papierowych rycerzy ciąg dalszy…

Po publikacji u nas na blogu tekst „Papierowych rycerzy ciąg dalszy…” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii „Po prostu” (Wiosna 2013)

Zbigniew Milewicz

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…  

Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne… On też wśród nas krążył, w przeciwieństwie do NICH, jak zwykle elegancki, gładko wygolony, z tym swoim charakterystycznym, nonszalanckim  uśmieszkiem dobrego wujaszka. Pozował trochę na premiera Cyrankiewicza, w czym pomagała mu niewątpliwie tęga sylwetka, łysina i celebrowanie wystawnego trybu życia. Zastanawialiśmy się z Ryśkiem, skąd on bierze pieniądze na te drogie kolacje w Cracovii, ale nie wypadało pytać, tym bardziej, że nas czasami zapraszał do swojego samotnego stolika. Przyjmowaliśmy więc, że wzięci dziennikarze tyle w Krakowie zarabiają, że ich stać.

Oczywiście sam nie głodowałem. Miałem w „Żaku”, w studenckiej stołówce,  całodzienne wyżywienie i przynajmniej raz w miesiącu jeździłem do domu, do Tychów. Wracałem tak zaopatrzony w wałówę, że cały pokój w akademiku miał co jeść. W marcu przypadały moje imieniny, na Śląsku święto mniejszej rangi niż urodziny, ale  mama obiecała, że przyjedzie do Krakowa i poucztujemy razem, w miłym gronie moich przyjaciół. Nie pojechałem więc do domu, ale i czas temu nie sprzyjał.

Z początkiem stycznia 1968 roku w Pradze nowym I sekretarzem Komunistycznej Partii Czechosłowacji został Aleksander Dubczek, rozpoczęła się Praska Wiosna – próba reformy systemu i budowy „socjalizmu z ludzką twarzą”, można powiedzieć zaraźliwa. Wkrótce nad Wisłą pojawiło się hasło: „Cała Polska czeka na swego Dubczeka”. W kraju od dłuższego czasu narastało niezadowolenie z polityki tak popularnego jeszcze niedawno towarzysza „Wiesława” czyli Władysława Gomułki, wyniesionego na stanowisko I sekretarza KC PZPR burzliwą jesienią 1956 r., który wbrew oczekiwaniom bardzo szybko rozpoczął proces odchodzenia od zmian, wywalczonych przez społeczeństwo. Coraz bardziej kulała gospodarka,  coraz mniej można było znowu mówić i pisać, coraz gorliwiej pracowała Służba Bezpieczeństwa, wznowiono walkę z kościołem. Reformatorzy wywodzili się głównie ze środowisk intelektualnych, sfrustrowanych wszechobecną cenzurą, nasilającymi się represjami, ograniczeniami w  kulturze i nauce, wielu miało za sobą partyjny staż. Miara dopełniła się pod koniec stycznia 68 roku, kiedy z afisza Teatru Narodowego w Warszawie zdjęto „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka, przygotowane dla uczczenia 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, ponieważ władza dopatrzyła się w  inscenizacji akcentów antyradzieckich. Na znak sprzeciwu kolejna grupa partyjnych intelektualistów oddała czerwone legitymacje, w Warszawie i Wrocławiu rozpoczęło się zbieranie podpisów w sprawie przywrócenia „Dziadów”, Kraków w swojej kontestacji na większą skalę dołączył później.

My z Ryśkiem Goszczyńskim weszliśmy do konspiracji chyba pod koniec lutego. Kolega z akademika dał nam ulotkę, z której wynikało, że Janusz Szpotański za napisanie utworów satyrycznych, a głównie opery „Cisi i gęgacze”, wyszydzających panujący w Polsce ustrój i rządzącą ekipę, został skazany na trzy lata więzienia. Na ulotce były urywki wierszy, nazwisko autora nic nam wtedy jeszcze nie mówiło,  ale satyra była trafna i parę lat więzienia za zasłużony śmiech wołały o pomstę do nieba, zgodziliśmy się więc robić za chiński powielacz. Przepisaliśmy z przyjacielem ręcznie po piećdziesiąt razy treść ulotki, na kartkach wyrwanych z brulionów, a później ukradkiem rozłożyliśmy je w pobliskim gmachu AGH i Wyższej Szkole Rolniczej oraz na Plantach, rezygnując z pokusy, żeby i w naszym Collegium Paderevianum co nieco posiać. Tam znali nasze charaktery pisma. Oczywiście trochę baliśmy się, że jakiś  tajniak nas zatrzyma, ale tak się przecież nie stało i następnym razem też poszło gładko. Kiedy relegowano z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera, którzy kierowali studencką opozycją, w stolicy rozpoczęły się wiece protestacyjne, władza użyła siły i zatrzymała kilkudziesięciu uczestników. Donieśli o tym do Krakowa stołeczni emisariusze i trzeba było rozpowszechnić w mieście wiadomości, tym razem z prawdziwego powielacza. Świadomość, że jesteśmy niezbędni w tej robocie, była silniejsza od obawy przed dekonspiracją. Poza tym mieliśmy szybkie nogi, po 23 lata i bezczelną pewność młodości, że komu, jak komu, ale takim dwom mądralom, jak my, nic się złego nie może stać.

Obydwaj z Ryśkiem byliśmy na V roku slawistyki UJ i ten, który krążył po sali znał nas dobrze, mówiliśmy sobie po imieniu. Kiedyś, ale to było wcześniej, przed marcem, nawet waletował w naszym pokoju w akademiku. Miał bezpośredni, gawędziarski styl rodem z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, które zresztą znał na pamięć, można się z niego było zdrowo pośmiać, lubił się napić i chętnie stawiał, w sumie nie pasował do stereotypu konfidenta. Tylko co wtedy robił w  klubie „Żaka”, kiedy wiara przygotowywała się do wiecu i był wyraźny zakaz wpuszczania obcych, w jakim celu przeglądał ulotki, które przygotowane były do rozdania na ulicy? Tego nie wiedziałem. Może – myślałem – zbiera materiały do artykułu, albo przyszedł z ciekawości…

Leszek Mazan, znany krakowski dziennikarz, bo o nim mowa, przyznał się do swoich „Papierowych Rycerzy”, opublikowanych w „Echu Krakowa” 19 marca 1968 r., dopiero 40 lat później. Przechowuję ten egzemplarz dawnej popołudniówki w domowym archiwum, dał mi go ktoś, już nie pamiętam kto, kiedy wyszedłem z Montelupich. Materiał jest anonimowy i zaczyna się właśnie tak: „Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne, pisane ręcznie, lub na maszynie. Ludzie, którym wciśnięto je do rąk, czytali, wzruszali ramionami gestem wyrażającym bądź dezaprobatę, bądź zupełne niezrozumienie, połączone z ironią i ciekawością zakazanego owocu. Ulotki. Było ich dużo. Zredagowane mniej lub bardziej demagogicznie, mniej lub bardziej stylistycznie i ortograficznie, apelujące do jakowegoś poczucia sprawiedliwości dziejowej, nawołujące do solidarności z czymś bliżej nieokreślonym, melodramatyczne i pompatyczne: Ratujcie wasze dzieci! Giniemy! Ulotki. Świstki papieru, który jak wiadomo, wszystko przyjmie. Ulotki, które kłamały, jątrzyły, psuły krew. Kto je pisał? Kto je kolportował? Dziś wiemy już kto.”

Autor wymienia nazwiska zatrzymanych i skazanych w trybie natychmiastowym, głównie studentów krakowskich uczelni, ale jest i dwóch pracowników Państwowego Archiwum: Aleksander Litewka, Maria Kasperska, Michał Wrześniewski, Łukasz Furmanek, Tadeusz Szwedzicki, Karol Herisz, Andrzej Piasecki, Tadeusz Wojciechowski, Stefan Glazer, Zbigniew Milewicz, Ryszard Goszczyński, Andrzej Jania, Bartłomiej Rałowicz, Zbigniew Połoniec, Ireneusz Lisiak, Andrzej Górkiewicz, Wojciech Skulski, Antoni Zawada, Piotr Biela, Danuta Wieczorek, Tadeusz Cesarz, Ireneusz Blicharski… Kary od miesiąca aresztu do dwóch, w kilku przypadkach tylko grzywny. Niektórym ze skazanych przypatruje się wnikliwiej, ubolewa nad ich, niestety, mieszczańskimi albo inteligenckimi korzeniami, nad tym, że rodzic jednego też już należał kiedyś do nielegalnej, wywrotowej organizacji, drugi był adwokatem, a  trzeci tapicerem.

Wpadliśmy z Ryśkiem bardzo głupio. Chodziliśmy po krakowskich akademikach z informacjami, kiedy i gdzie zbieramy się na wiecach, najpierw 11 a później 13 marca i włos nam z głowy nie spadł. Przeżyliśmy szturm milicji na Collegium Novum, w którym użyła pałek, armatek wodnych i gazu łzawiącego (w marcu nosiłem przy sobie, do obrony, na wszelki wypadek, kuchenną sól na oczy, której  nigdy nie sypnąłem, ale było raźniej) i zatrzymała sporo osób, a daliśmy się nabrać na prowokację. 15 marca, z okazji nadchodzących imienin, zaprosiłem Ryśka i paru innych kolegów na piwo do kawiarni w sąsiednim hotelu „Cracovia”. Stawiałem jedną kolejkę, ewentualne następne miały być składkowe. Grzecznie poprzestaliśmy na trzech „żywcach”, ale  napój był moczopędny, przed wyjściem więc skorzystaliśmy z  toalety. Pod lustrem, nad umywalką leżał plik ulotek; myjąc dłonie czytałem tekst o śmierci ciężarnej studentki z UW, Marii Woronieckiej, skatowanej po jednym z warszawskich wieców przez milicję. Na tym zastał mnie Rysiek, a później portier hotelowy, który też zszedł do toalety.
– Co piszą? – zainteresował się cieć.
– Nie przeczytałem jeszcze dokladnie – odparłem wymijająco, bo typ mi się nie podobał.

Zanim wyszliśmy wszyscy z hotelu, minęła chwila, a  smutni już na nas czekali. Ryśka wsadzili do jednej Wołgi, mnie do drugiej i zawieźli najpierw na komendę na Batorego. Stamtąd do prokuratury  na krótkie przesłuchanie, a następnie na Grodzką. Ostatni odcinek obsłużyła zatłoczona, milicyjna Nysa z zakratowanymi oknami; stojąc mogłem sobie popatrzeć przez okno na pogodny, wieczorny Kraków i nagle bardzo zapragnąłem znaleźć się na zewnątrz.  Wszyscy  mieliśmy na rękach kajdanki, nikogo nie znałem, ale zarzuty były podobne. Ryśka przywieźli następnym kursem. Na Grodzkiej urzędowało Kolegium d/s wykroczeń w osobie urzędnika w średnim wieku – zapamiętałem, że miał zmęczoną twarz, szelki i rozchełstaną, białą koszulę – oraz drugiego, który przysypiał. Ten pierwszy siedział nad kartką wyrwaną z kodeksu karnego i stosem różnych karteluszków z odręcznymi zapiskami, które donosili mu milicjanci z konwoju i monotonnym głosem wymieniał kolejne nazwisko zatrzymanego, o co jest obwiniony, po czym wymierzał karę. Wszyscy byli obwinieni z tego samego paragrafu 28 Prawa o wykroczeniach, my z Ryśkiem dostaliśmy po miesiącu aresztu. Za rozpowszechnianie ulotek o wrogiej treści państwowej w hotelu Cracovia.

Prof. Jerzy Eisler*, naukowiec zajmujący się badaniem wydarzeń marcowych, uważa, że informacja o śmierci ciężarnej studentki została najprawdopodobniej sfabrykowana przez MSW. Według oficjalnej propagandy autorami prowokacji byli oczywiście studenccy „komandosi” z grupy kontestatorów, skupionych wokół Adama Michnika. Władzy zależało na ich kompromitacji. >>Można było bowiem przypuszczać – pisze badacz – iż studenci uwierzą w takie bestialstwo milicji. Równocześnie można było liczyć, że prawda wyjdzie na jaw w ciągu 2-3 dni i wówczas okaże się, jak „wiarygodne” są  informacje rozpuszczane przez „komandosów”.<< Nazwisko ofiary brzmiało na ulotkach różnie,  najpierw Barańska, później Baraniecka, do Krakowa dotarła jako Woroniecka. Maria Baraniecka, studentka IV roku Pedagogiki UW, ukazała się cała i zdrowa na ekranach telewizyjnych w sobotę 16 marca, w cotygodniowym programie „Monitor”. PRL-owscy specjaliści w dziedzinie manipulacji osiągnęli swój cel.

Ożyła tego samego dnia, kiedy znalazłem się przez nią w kryminale, ale skąd mogłem o tym wiedzieć. Telewizorów jeszcze wtedy w celach nie było. a prasa kłamała, więc nawet wstyd było się o nią upomnieć. Telewizja zawitała do nas w następnym tygodniu, pod celę przyszedł klawisz i zakomunikował, że Rysiek i ja mamy widzenie, wtedy już siedzieliśmy razem.

– To jest redaktor Mazan – dodał.  – Zgadzacie się?

Przytaknęliśmy, liczyliśmy na to, że po starej znajomości, coś dla nas załatwi. Przywitał nas wyrazami współczucia i zaproponował prosty, męski układ: on przygotowuje materiał o wypadkach marcowych w Krakowie, możemy więc wystąpić przed kamerą, a przy okazji powiedzieć, o co walczymy, jaki jest nasz program, itd. Zapytałem go wtedy, czy nie zatelefonowałby do mnie do domu i tylko przekazał wiadomość, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, ale nie odpowiedział.

Była okazja, by powiedzieć publicznie, co myślimy o braku wolności słowa w Polsce i brutalności milicji, o potrzebie poprawienia systemu, bo o jego zmianie nikt wtedy nie myślał. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać. Nie pamiętam, czy zaraz przyjechał z całą ekipą, czy dopiero na drugi dzień. Wejść mieliśmy kilka, a to udawaliśmy, że rozmawiamy, a to zamykały się za nami jakieś kraty, to znowu szliśmy długim korytarzem z blaszanymi miskami – niektóre ujęcia trzeba było powtarzać, ale  w końcu Mazan uznał, że wystarczy. Czekałem na mikrofon, po zdjęciach miała być fonia.

– My już wiemy, co myślicie i sami dorobimy  komentarz – uśmiechnął się.
– Mógłbyś Leszku zadzwonić do mnie do domu? – ponowiłem dyskretnie prośbę, kiedy zbierał się już do wyjścia i przez chwilę byliśmy sami.
– Muszę zapytać funkcjonariusza, czy mi wolno – odparł oficjalnie i na tyle głośno, że klawisz sam się zainteresował, o co chodzi.

Grypsera, w jakiejkolwiek formie, była jednak zakazana. Mama dowiedziała się, gdzie jestem, kiedy materiał z Monte pokazano w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego. Można się domyślić, jakim komentarzem był opatrzony. Dwóch wichrzycieli, bez mała współodpowiedzialnych za próbę obalenia ustroju socjalistycznego w Krakowie, zasługiwało na najwyższe potępienie. Nigdy mi później nie odpowiedziała dokładnie na pytanie, jak w pierwszym momencie zareagowała na ten przekaz. Kiedy ochłonęła, zaczęła działać. Poprzez osobiste kontakty, jakże cenne wtedy w Polsce, dotarła do dobrej obrończyni w Krakowie, która zaraz kazała mi zaskarżyć orzeczenie kolegium przed sądem. Później Mama dotarła na uczelnię, która w międzyczasie już zdążyła  mnie skreślić z listy studentów, ale tam w ogóle nie chcieli z nią rozmawiać. Przez panią adwokat dostałem jedną paczkę z domu, później drugą, na widzeniach, w czasie których ustalaliśmy linię obrony, szmuglowała dla mnie papierosy; o telefonowaniu z aresztu nie było wtedy zupełnie mowy. Mogliśmy pisać listy do domu i swoich dziewczyn, ale wszystkie listy były oczywiście cenzurowane przez odnośne służby, podobnie jak i odpowiedzi. Można było doczekać się krótkiego widzenia z bliskimi. Mama dwukrotnie do mnie przyszła, za pierwszym razem rozmawialiśmy przez kraty, za drugim przy stoliku, też pod czujnym nadzorem służby więziennej i może dlatego rozmowa się niezbyt kleiła. Obydwoje udawaliśmy za to zadowolonych z życia, na zasadzie, że nic się nie stało.

Najtrudniejsze na Monte były początki. Rygor, ciasnota w celach, otwarte ubikacje, trzeba się było do tego przyzwyczaić. Przez pierwsze dni kwaterowano nas z kryminalnymi, ale żaden ze studentów na tym nie ucierpiał. Byliśmy z innej półki i oni to respektowali, a my z kolei staraliśmy się nie pytać: za co siedzisz? Jak nabrali  zaufania, to otwierali się sami. Uczyli nas grypsery, a my im opowiadaliśmy o naszych wiecach, starciach z milicją, profesorach i dziewczynach, tak się nawiązywała komitywa. Kiedy dostaliśmy „swoje” cele, czas zaczął jakby szybciej płynąć. W mojej, poza Ryśkiem, „garowali” Tadzio Szwedzicki, Andrzej Piasecki, Tadzio Wojciechowski i chyba Bartek Rałowicz, ale tego ostatniego nie jestem pewien. Andrzej był uzdolnionym artystą, studiował na PWSM i wspólnie układaliśmy różne śpiewane teksty, na temat naszego losu. Zapamiętałem dwa, dziś dźwięczą mi one trochę naiwnie i sentymentalnie, ale wtedy byliśmy wszyscy dumni  ze wspólnego dzieła.  Jeden napisany został w rytmie tanga „Szkoda twoich łez dziewczyno”, a słowa były następujące:

Siedzimy  tu na Monte Lupich, ja i ty
a z twoich oczu niespokojnych idą skry
i płyną słowa pełne gniewu, pełne skarg
z twych jeszcze wczoraj uśmiechniętych warg
lecz nie bądź taki smutny
nie bądź taki zły
posłuchaj, już nasz klawisz nam otwiera drzwi
więźniowie snują się po celach swych
czekając kiedy wyjdziem z nich

szkoda twoich łez studencie
miesiąc, dwa lub trzy tu będziem
za ulotek treść
proponujących wolność słowa
kopsnij szluga więc
bo tylko to ma tutaj sens

komunały z prasy w skręty zamieniły się
stań na lipku, miej na względzie
siedem kabaryny będzie
gdy piosenki treść
usłyszy czujne ucho śledzia

Drugi, balladowy bardziej, był melodycznie składanką, wziętą między innymi z romansu „Oczy cziornyje”:

Gdzieś na Monte w Grodzie Kraka
tam, gdzie żyli króle
stoi strasznie wielka paka i zaprasza czule
już pensjonat wysprzątany brać studencką czeka
chlebuś świeżo wypalany
margaryny deko

Ej raz, jeszczio raz
jeszczio mnogo, mno raz
ej raz , jeszczio raz
jeszczio mnogo, mnogo raz

Cela mała, ściany blisko
siedzi tutaj studencisko
jeden, drugi, trzeci, czwarty
za to, że był tak uparty

demokracja mu się śniła
konstytucja uwodziła
tą swobodą prasy, radia
za to siedzi dzisiaj tu

ta rara raj raj raj raj ra ra
ta rara rara
ta rara rara
tarara raj raj raj raj ra ra
tarara rara tarara raj

a dziewczyny takie hoże
innych ciałem cieszą swym

ta rara raj raj raj raj ra ra…

Raz próbowaliśmy zaśpiewać tę pierwszą piosenkę na spacerniaku, do którego mieliśmy prawo przez godzinę dziennie, bo nie ma artystów bez publiczności, niestety klawisze nie znali się na sztuce. Jedyną muzyką, którą nam codziennie, po wieczornym raporcie, puszczano przez megafon w celi była „Cisza” na trąbce. Do dziś nie cierpię tego utworu. Parę lat temu, na pogrzebie jednego z moich krewnych, muzyk z zamówionej orkiestry zagrał to nad grobem i musiałem opuścić uroczystość. Inaczej dostałby ode mnie po gębie.

Termin rozprawy rewizyjnej przed krakowskim sądem zbiegał się z zakończeniem aresztu. Mój przyjaciel też złożył odwołanie od orzeczenia kolegium i stanęliśmy razem. W tym samym konwoju jechali także inni studenci, którzy próbowali ratować swoją skórę, a cel był jeden: w razie uniewinnienia można było wrócić na uczelnię, wszyscy bowiem byliśmy relegowani. Dowieziono nas do sądu w cywilnych ubraniach, ale przepisowo skutych. Korytarz przed salą rozpraw był zatłoczony bliskimi i przyjaciółmi aresztantów.

– Trzymaj się, guerra! – usłyszałem znajomy głos.

To był „dziadek” czyli Jurek Kowalski, mój serdeczny druh i największy jajcarz w Krakowie. Od razu zrobiło mi się raźniej. Moja i Ryśka sprawa była któraś tam w kolejce, czas w pomieszczeniu dla aresztantów się dłużył, rozmowy z bliskimi były zakazane, ale wreszcie doczekaliśmy się. Prokurator mówił nawet lepiej od naszej pani adwokat, oskarżenie tonęło w gąszczu różnych czynników łagodzących, sąd nas uniewinnił. Z proceduralnych względów musieliśmy jednak pojechać z powrotem na Montelupich, jeszcze na kilka dni, które pozostawały do końca kary. Na sądowym korytarzu zdążyłem tylko wyściskać moją kochaną mamę Ninę i wtedy żeśmy sobie trochę obydwoje popłakali, już bez pozy.

Po wyjściu na wolność straciłem na jakiś czas Ryśka z oczu, zaszył się w krakowskich, domowych pieleszach u narzeczonej a może już żony Agnieszki, która była naszą koleżanką z roku. Moja Magda mieszkała i studiowała w Warszawie, tęskniłem za nią, ale wcześniej chciałem pojechać do domu, na Śląsk. Rozsądek podpowiadał, żeby mimo wszystko zacząć od uczelni. Najpierw odbył się jednak uroczysty, choć skromny obiad u Polera, z udziałem pani adwokat i kilku moich przyjaciół, który zafundowała mama Nina. Za zaległe imieniny i z okazji powrotu na wolność. W akademiku poczułem się jak trędowaty. Znajomi unikali wspólnych spotkań, rozmów, w oczach niektórych widziałem lęk. Tylko „dziadek”, Andrzej Rygorowicz i Wiesiek Fiszer, z którymi byłem mocniej zżyty, zachowywali się normalnie. Na uczelni wstępnie niczego nie załatwiłem, obiecali rozpatrzyć moją sprawę, jak uprawomocni się wyrok, mogłem jechać do Tychów.

– Ile cię to wszystko kosztowało? – zapytałem mamę.
– Sprzedałam całe złoto, jakie było w domu – odpowiedziała pogodnie.

Udało mi się skończyć studia, pracę dyplomową obroniłem z lekkim poślizgiem. Można powiedzieć, że wyszedłem z wydarzeń marcowych zaledwie lekko draśnięty. „Komandosom” (nazwa wzięła się z początkowych form ich działalności – pojawiali się nieoczekiwanie na zebraniach partyjnych i organizacji młodzieżowych i zadawali działaczom niewygodne pytania) wymierzano dużo wyższe kary, do 3 lat pozbawienia wolności. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, uznani za inspiratorów wydarzeń, zostali skazani na 3,5 roku więzienia. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w całym kraju do 25 marca 1968 r. zatrzymano 2549 osób; w październiku, według danych Prokuratury Generalnej, była mowa już o 2732 zatrzymanych. Poza środowiskiem inteligenckim represje, choćby pośrednio, odczuły wszystkie warstwy społeczeństwa. Najbliżsi ukaranych otrzymywali nagany w swoich zakładach pracy, byli degradowani lub wyrzucani na bruk – w ramach współodpowiedzialności rodzinnej za popełniony czyn. U mojej mamy, która pracowała w biurze dużego przedsiębiorstwa handlowego, skończyło się na pisemnych wyjaśnieniach, bo zostałem oczyszczony z zarzutów.

Do dziś nie ustalono oficjalnie, czy wśród marcowych manifestantów były ofiary śmiertelne. Nawet, jeżeli dla potrzeb propagandy telewizja znalazła również żywą Marię Woroniecką, studentkę medycyny (dziewczyna nie zgodziła się jednak na wystąpienie przed kamerami, więc przepadła okazja do kolejnego ataku na kontestatorów) , nie znaczy, że marzec nie zebrał swojego tragicznego żniwa. Wiele osób, w tym wybitnych intelektualistów, zmuszonych zostało do pozostawienia swoich domów, bliskich, zrezygnowali z karier i wyemigrowali na Zachód, w tym zwłaszcza wielu Polaków pochodzenia żydowskiego. Prowadzono wówczas tzw. kampanię „antysyjonistyczną”, skierowaną przeciw Izraelowi, ale w rzeczywistości była to często antysemicka czystka. Ile samobójstw wówczas popełniono w Polsce? Pewnie istnieją jakieś dane na ten temat, niezmanipulowane dane…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Autor dziś

Pięć lat temu redaktor Leszek Mazan zgodził się na udzielenie wywiadu swojemu koledze po fachu, redaktorowi Stanisławowi Mancewiczowi z „Gazety Wyborczej”. Okazją była okrągła, 40, rocznica marcowych wydarzeń i fakt, że „Wyborcza” kiedyś dostała w prezencie plik archiwalnych publikacji „Echa Krakowa” na ten temat, w tym „Papierowych Rycerzy”. Na ów materiał natrafiłem dopiero niedawno, ale ponieważ dostrzegłem w nim jedną nieścisłość, muszę się do niego, w trosce o tzw. prawdę historyczną, odnieść, bo zbliża się kolejna, okrągła rocznica marca . Wywiad nosi datę 10.03.2008 i tytuł: „Spowiedź marcowego grzesznika”. Red. Mancewicz cytuje obszerne fragmenty anonimowego paszkwilu, na którym ktoś odręcznie dopisał, że autorem jest Leszek Mazan. W pierwszej rozmowie zaprzeczył temu. W drugiej zmienił zdanie i zwalił winę na Ryszarda Sławeckiego z KW PZPR w Krakowie, który rządził wtedy mediami i dał mu już gotowca, z poleceniem, żeby go opracował do druku. Gdyby się nie zgodził, miałby poważne problemy. Zacytuję ostatnie fragmenty rozmowy:

– Poprawiłem, napisałem, co napisałem, daję słowo honoru, że tekst dostałem do ręki. Zrobiłem z nim tyle, że był drukowalny. Okropne.
– Znał pan ludzi, których pan opisał? To prawie pana rówieśnicy.
– Młodsi. Nie, nie znałem nikogo.
– Może banalne pytanie: co pan czuł, co pan czuje?
– Okrutne pytanie. Czułem się, jak szmata. 40 lat z tym żyję, 40 lat mam zgagę. I wystarczy.

No tak, a znał choćby mnie i Ryśka. Nawet o nas materiał do telewizji nakręcił, ale może o tym zapomniał powiedzieć w wywiadzie, jest w końcu starszy, ma prawo do niepamięci. Przy uporczywej zgadze to się podobno często zdarza. Co do szmaty, to rozumiem, że próbuje ją wyprać, żeby ładniej się prezentowała, ale ona zawsze pozostanie szmatą.


* J. Eisler. Marzec 1968. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 1991

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s