Pani Irenka

Karolina Kuszyk

Więcej grzechów nie pamiętam

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas w bloku od dawna nie dzieje się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani, i różnie bywało, nie mogę powiedzieć, że zawsze wszystko cudnie pięknie. Jak ten blok pobudowali, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna, proszę pani, ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, taki jeden młody mówił, że to niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakieś coś innego jakby, ale teraz już nie pamiętam co. Ja tam nie wiem, czego ich teraz w tej szkole uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani, kłamie, i to w żywe oczy, że w Polsce niby nie komuna panowała, to ja się pytam, to co było, proszę pani, za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć, jak już takie bzdury w nim wygadują. Ja proszę pani to się tak zaraz denerwuję, że kropelki na uspokojenie duszkiem po prostu bym mogła pić. Teraz ostatnio to patrzę już tylko na dziennik i na papieża, ale to już nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Nie powiem, ten nowy też ładny. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! A ten nowy widać, że gdzie nie pojedzie, zawsze z kartki czyta. A jak po polsku śmiesznie mówi… No nie to samo. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli? Same stare tylko, o, jak ja. I po mojemu to wszystko złe, te nieszczęścia na osiedlu, i że u nas na klatce to już prawie nikt z nikim dobrze nie żyje, to przez to, że nie modlą się ludzie. Boga zapomnieli. Krzyże w domach ze ścian pozdejmowali i obrazów jakichś, plakatów ponawieszali. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Satelity znaczy. Tyle wszystkiego! Konta otwierają, lokaty. I w tym wszystkim niespokojni tacy, jakby bali się, że zaraz komuna wróci i im pozabiera. To się przedtem wolą nachapać, najeść. Na zapas. Ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale, proszę pani, ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak wczoraj w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali, film kręcić zaczęli, mieszkańców wypytywać. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w gazecie, telewizji chcieli opisać. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka jakaś młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W pantoflach domowych byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Swat, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. No jak miałam nie znać, przecie to sąsiad mój był!!! wrzasłam, bo co się tak głupio pyta. Ale zaraz syn z synową do klatki weszli i syn zaraz mikrofon ręką przykrył, odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się głośno spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to: To dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go właściwie znalazł w tej piwinicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot. O mało co zawału nie dostał, mówię. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami na serce przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie jest. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakoś takie nie bardzo były. I tak przełknąć nic nie mogłam. Oni zjedli, syn jeszcze dokładki wołał. Młodzi są, to i apetyt mają.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, proszę pani, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, ona do mnie jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie, dziekuję. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: – Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? – Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: – Podobnież pan Stanisław w piwnicy go znalazł. – Ano znalazł. – A co się stało? – Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież to młody mężczyzna był! Jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze tośmy się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny, ale porządny człowiek był. Dziwny się zrobił, odkąd mu żona umarła, ile to, 5 lat temu już będzie… milczek taki. Ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze muszę w Biedronce zakupy zrobić, a o dwunastej za gaz przychodzą… i tak żeśmy se ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a na serce niby umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Łomem jakim czy coś. Przecież wiem, telewizję oglądam, a czasem do biblioteki na osiedlu pójdę i kryminał sobie pożyczę. Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, już tam policja swoje metody ma, lekarz też go przepatrzył, mówi, nic nie stwierdził, musi zawał był i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Krewnych to on tam żadnych na miejscu nie miał, tyle, co córka z mężem ze Stanów na pogrzeb przyjechali i zaraz za dwa dni wracać musieli. Bo w tej Ameryce nawet na pogrzeb ojca urlopu ci nie dadzą. Samolotem przylecieli i zaraz na drugi dzień odlecieli. Córka widać, że w szoku, ojciec zdrowy przecie człowiek był, ale i obdukcji żadnej robić nie kazała, bo gdzie to, i kosztuje, i czekać by trza było kilka dni, a ojcu przecie życia nie wróci, nie? Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, kochana, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta córka płakała, mówię pani, jak płakała, aż się serce kroiło… Tak mi jej szkoda było, że Jezus… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, dobry sąsiad był, a co one będą tam same tak przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa bylam, tak szczerze pani powiem. I mówię pani, dużo nas przyszło. Danka, ta, co taka zawsze umalowana chodzi, nawet do kościoła, pana Stanisława żona, Kujawa z trzeciego, Kotkowscy, no, całe mieszkanie pełne. Tośmy posiedzieli, kobiety pochlipały, jak to przy stypie. Wszyscyśmy w stołowym byli, jedzenia tyle ta córka naszykowała, to trochę i pojedli, i pół litra otworzyli. Ja do ubikacji poszłam i przy okazji się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Do kuchni zajrzałam, do sypialki. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, dzieci tam mieszkały jak małe były, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. Wejdę, myślę sobie, bo już mi się i trochę przy tym stole przykrzyło, tylkośmy jedli, pili i nieboszczyka wspominali. A w tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ich najstarszy, Mariuszek, jak taki odrostek był, to ciągle gitara i gitara. Świętej pamięci Kwiatkowska to się czasem i skarżyła, raz ją spotykam na klatce, a ona do mnie: pani, toż to wytrzymać nie można, uszy puchną. Chora już wtedy była i na skwerek wychodziła, bo Mariuszek ciągle tylko grał a grał. Teraz to chyba gitarę nową ma albo mu całkiem przeszło, nie wiem, przecie już z siedem lat będzie, co się do Warszawy przeprowadził. Na urzędnika się wykierował, od Europy. A takie ziółko był! I tak oglądam te zdjęcia, zabawki, ale patrzę, że biurko po Mariuszku widać w użyciu jest, bo rachunki na nim całkiem świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i takie lekarstwa na przeziębienie, co sama je też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. I tych recept to może wszystko z pięć za ostatnie trzy lata. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z jakimiś papierami w środku powtykanymi – a to z banku listy jakieś, a to z ubezpieczalni, obrazek święty, takie o. I też kartki papieru tam były pozapisywane, notatki jakieś, musi sam Kwiatkowski pisał. Bo i kto. To sobie myślę, poczytam. Tak mnie korciło że korciło, a poza tym przecie to teraz to Kwiatkowskiemu już i tak żadna krzywda. Nic tam ciekawego nie było. Ot takie tam zapiski, co załatwić, co kupić i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi piątego kwietnia, to pierwszy piątek był, na trzecią pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był, chłopina. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. A może on zabił się? Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz córka nieboszczyka weszła i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to Mariuszek, mówi, a to ja, na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat nie bardzo wierzę.
Z początku to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecie zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, tak? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego ukatrupić? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski rentę to może ładną i miał, ale pan Stanisław w kopalni całe życie pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. Mówię pani, dzieci wykierowali i dalej sobie dobrze żyją. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa? Wzięłam kartkę, napisałam „Podejrzany” i „pan Stanisław”, i zaraz pana Stanisława przekreśliłam. Przez całą noc oka nie zmrużyłam, ale wymyślić nic więcej nie wymyśliłam.
Dwa tygodnie minęły, u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na gimnastykę mnie taką specjalną zapisał, teraz dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to i nawet trochę przechodzi. Ale, ale… wracam ja kiedyś z tej fizyterapii, z tej gimnastyki znaczy, i jak raz spotykam znajomą taką, z Kwiatowej. Widzę, że oczy czerwone ma, musi płakała, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno ubrana. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, ja tam złego słowa na nią nie powiem, dobra sąsiadka była, a że mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? Ona na to – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecie ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jakiś jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to tu było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. Młody, przystojny. Podobnież to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa czasami lubiła sobie popić, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. I teraz podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. I wiadomo już, że to ten ochroniarz ją zabił? – Pani, w tym właśnie sęk, nic nie wiadomo, krwi żadnej nigdzie nie było, broni też nie, śladów żadnych na skórze nie miała, no nic, nic. I tabletek też chyba żadnych nie wzięła, żeby zabić się, bo gdzie jej tam było do samobójstwa. Życie kobita lubiła jak rzadko. – A z tym ochroniarzem to co? – Do aresztu go wzięli na razie na obserwację. – Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, nic a nic, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili – nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że inni też przychodzą, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Kwiatowej opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop, czy ja wiem? Ale prawda też taka, że krzywdy to nigdy nikomu nie zrobiła i sama zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Już ona go tam po swojemu ugościła. Tak mówili. Potem ten szklarz trochę jeszcze do niej przychodził. I w kościele na sumie ją widziałam, co niedziela. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może to już nie taki grzech jak to kiedyś było, przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Waży mniej jak kiedyś? Jakby jeszcze trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały, że im chłopów bałamuci. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.
A potem to już ona do domu poszła, bo mówi, pani, tak mnie głowa od tego pogrzebu rozbolała, że się położyć muszę. A ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. Co to się wyrabia? Nie chorujące, zdrowe. Do kościoła chodzące. W Boga wierzące. Dlaczego tych tam terrorystów z brodami, co domy, samoloty w powietrze wysadzają, dlaczego tych terrorystów pan Bóg nie pokara, tylko w normalnych ludzi mierzy, z normalnymi grzechami? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię co i jak, że Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli. I mówię, że mnie to jakoś spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała wziąć. Syn tylko westchnął i powiedział: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże jak mamusia będzie wsadzała nos w nie swoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia? No to ja mówię tak synku, dobrze synku, więcej nie będę, a na obiad w niedzielę przyjdziecie?
Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Karolina Kuszyk i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Pani Irenka

  1. bursztyn pisze:

    Jest to jakaś opowieść. Plotkarska opowieść b. prymitywnej prostej kobiety która wygląda przez okno i obserwuje.Prosta patriotka która innych postrzega inaczej(papież nie znał 2o języków a tylko 5 i to nie mówił nimi doskonale.Ja od takich osób to z daleka.Ale biorąc pod uwagę folklor to czyta się nawet fajnie bo przecież takie proste środowisko też trzeba poznać.Pisać potrafimy wszyscy i pisać można o wszystkim .Dla mnie ten tekst to Sami Swoi ale ważne jak to przekazujemy. Treść może i tak ale pismo to piąta klasa podstawówki ale gratuluję że Pani pisze i ma zacięcie do pisania, Zachęcam do czytania dobrej literatury ze względu na język.Żeby dobrze pisać trzeba b. dużo czytać.

  2. Bardzo dziękuję za komentarz i uroczyście przyrzekam, że będę więcej czytać. Bo czytanie to podstawa.
    http://www.karolina-kuszyk.com/

  3. ewamaria2013 pisze:

    Zastanawiam się, jak mam jako redaktorka blogu odpowiedzieć Czytelniczce/ Czytelnikowi Bursztyn.
    Teksty literackie są sztuką i jako takie nie muszą się wszystkim podobać, przy czym akurat tekst „Pani Irenka” najwyraźniej spodobał się Czytelnikom i pod względem ilości odwiedzin podczas pierwszych 24 godzin funkcjonowania na blogu, uplasował się na trzeciej pozycji (od góry!) wśród prawie stu wpisów, jakie od początku istnienia tego blogu zostały tu opublikowane. Myślę więc, że Czytelnicy doskonale zrozumieli, że to nie Autorka tak pisze jak uczennica piątej klasy, tylko potrafi świetnie zarejestrować myśl, czyn i słowo osoby typu pani Irenka.
    Ale że trzeba czytać, to się zgodzę z każdym, kto będzie to postulował. Czytajmy więc! Również tego bloga 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s