Zobaczyłem Mojżesza…

Kilka tygodni temu pojawił się tu już tekst i wiersze Romana Brodowskiego – zob. post Syberia. Wpis spotkał się z bardzo dobrym odbiorem Czytelników, postanowiłam więc, że zaproponuję autorowi, aby zajął w naszym terminarzu pierwsze piątki miesiąca. Czas wydał mi się stosowny do tego, co pisze Roman Brodowski. To termin kiedyś powszechnie znany, teraz – nie wiem… Może przyszła pora na nowe konotacje. Z przyjemnością odnotowałam też kolejną piękną koincydencję, które zdarzają się nam przy redakcji tego blogu – we wtorek był tu wiersz Stanisława Kubickiego o Mojżeszu. Dziś nie tylko Mojżesz się tu znowu pojawia, ale nawet znowu w tym samym poetyckim stylu inwokacji.
Ewa Maria Slaska

Roman Brodowski

Od sacrum do profanum
czyli
czy jestem człowiekiem wierzącym?

Moje dzieciństwo (tak jak przystało na tradycyjną polską rodzinę) przebiegało w atmosferze chrześcijańskiej harmonii i porządku oraz w obrządku kościoła katolickiego.

Od najmłodszych lat, w każdą niedzielę, nie wliczając w to oczywiście wszelkich świąt kościelnych, najpierw z mamą (tata nie zawsze praktykował), a potem samodzielnie uczęszczałem na mszę świętą, by czynnie uczestniczyć w liturgii, by doznawać wewnętrznego oczyszczenia oraz odnawiać kontakt z Bogiem poprzez „wyznanie wiary“.

Pomimo tego, że nie potrafiłem w okresie dzieciństwa pojąć sensu uczestnictwa w tych zrytualizowanych czynnościach sakralnych i nie rozumiałem istoty wielkiej tajemnicy, o której za każdym razem była mowa, to jednak zarówno architektura wnętrza kościoła jak i atmosfera tam panująca wywarły na mnie ogromny wpływ, do tego stopnia, że kiedy ukończyłem dziesięć lat, zostałem ministrantem.

Jako że dom mój znajdował się na przysłowiowy „rzut beretem“ od kościoła, przypadło mi w udziale otwieranie drzwi do świątyni, a co za tym idzie częste usługiwanie do mszy porannej, która rozpoczynała się codziennie o godz. 7°°.

Z czasem rola „klucznika“ stała sie dla mnie codziennym obowiązkiem, tak jak poranne mycie zębów czy chodzenie do szkoły. Ale czy taki stan rzeczy kształtował moją osobowość, czy miał wpływ na późniejsze moje życie?

Z pewnością pobudzało mnie to do samodzielnego pojmowania rzeczywistości.

Wraz z dorastaniem zaczęły się pojawiać klasyczne filozoficzne pytania typu: Czym jest wiara? Co lub kto jest praprzyczyną tego, że w takiej a nie innej formie istniejemy, po co żyjemy? Co oznacza żyć prawidłowo? I na koniec najważniejsze z tych pytań, a mianowicie: co się dzieje z nami po śmierci?

W wieku 18 lat, pod wpływem silnych emocji związanych z pierwszym rozczarowaniem miłosnym (co było i pozostało we mnie traumą), podjąłem decyzję całkowitego oddania się Bogu. Poprzez medytację, czytanie pism kanonicznych, poznawanie historii oraz genezy kościoła katolickiego, zacząłem przygotowywać się do posługi kapłańskiej.

Jak wielkie było moje zdziwienie i przerażenie, kiedy po przeczytaniu po raz pierwszy Biblii, a trwało to ponad cztery miesiące, doszedłem do wniosku, że tak naprawdę niczego z tekstów w niej zawartych nie zrozumiałem, a to co pamiętałem z okresu mojej ministrantury, było niezgodne z tekstami w niej zawartymi.

Nie mniej zaskakujące było dla mnie to, o czym informowały źródła historyczne, ukazujące kulisy rozwoju instytucji kościoła zarówno w sensie fizycznym, jak też stricte teologicznym, począwszy od pierwszego wieku, poprzez pierwszy Sobór Nicejski w 325 roku, a na ostatnim drugim Watykańskim skończywszy.

Dzięki wiedzy jaką otrzymałem z pism w tym okresie, mogłem podjąć (jak mi się wydaje) prawidłową decyzję związaną z wyborem mojej drogi w dorosłe życie i to bez pobudek emocjonalnych, a opartą na zdrowym racjonalizmie.

Z jednej strony wiedziałem, że błędem było by wiązanie mojej przyszłości z seminarium duchownym, a co za tym idzie duchowa służba ludziom bez wewnętrznego powołania, z drugiej zaś strony czułem potrzebę dalszych poszukiwań odpowiedzi na już postawione pytania.

Księdzem zatem nie zostałem, jednakże potrzeba dalszego poznania religii, w której wzrastałem, była tak wielka, że z czasem stała się  dla mnie sposobem na życie, moim hobby, moją misją i… jest nią do dnia dzisiejszego.

Lat, które poświęciłem na indywidualne studiowanie pism kanonicznych największych wspólnot wyznaniowych w obrębie monoteizmu czyli Biblii, Tory i Koranu, nie uważam za stracone, a wprost przeciwnie. Zarówno ogrom analogii w nich zawartych, jak i podobieństw w sferze nauk etyczno-moralnych oraz praw teologicznych, potwierdza, że te religie mają jeden i ten sam początek a wiara jest najważniejszą częścią naszych emocji, jest częścią nas. Wiara, ukształtowana na bazie duchowej potrzeby przekonania o tym, że jest Ktoś, dzięki komu istniejemy, Ktoś, kto stworzył porządek świata, ktoś, dla Kogo człowiek to nie element przemijania lecz trwały sensowny twór, podobny swemu Stwórcy. Ktoś, Kogo utożsamiamy z wiecznością.

Skoro wiara jest częścią mnie, a ja nie powstałem z próżni czy chaosu, o czym jako osobnik rozumny jestem przekonany, to i pewność istnienia Początku Wszechrzeczy (Boga) jest dla mnie bezsporna, o czym głośno mówię w  wierszach.

Czy jestem człowiekiem wierzącym – na tak zadane pytanie, bez najmniejszych oporów, ze spokojem sumienia odpowiem – jestem!

***

A wiara idzie obok

„…wiara, nadzieja, miłość…“
(1 Kor. 13-13)

Pytasz przyjacielu gdzie moja wiara?
Idzie cierpliwie jak towarzysz obok mnie,
Prowadzi po ciernistej, wąskiej ścieżce
Do nie odkrytej jeszcze prawdy.

Choć nie ma jej we mnie, to czuje jej żar.
Języki ognia trawią matczyne słowa.
A z popiołu wyłania się zwątpienie,
Zakwita jałowym smakiem beznadzieja.

Czasami słyszę łopotanie gołębich skrzydeł.
Widzę śnieżnobiałą, pierzastą niewinność…,
I wówczas przypominam sobie przymierze
Powraca zarośnięte chaszczami dzieciństwo.

Tak! – dzieciństwo. Nasze wspólne doznania,
Mury kościelne, codzienna poranna modlitwa
Powtarzana jak mantra… do pustych naw.
I my pośrodku w nieco przydługich komżach.

To prawda, że nie składam dłoni w pokorę
Zmęczone, pachną nazbyt potnym chlebem.
Czasami dotykają cierpkich jak kiście
Niedojrzałych winogron, dziwnych dogmatów.

Już dawno wypuściłem listę pytań na wolność
Posłałem treść bezsensu mojego bytu ku niebiosom,
A rozum zwróciłem przeciwko wizji ponadczasu,
Tworząc portret niepojętej zmysłom adoracji.

Czasami przechodzą obok mnie ludzkie cienie.
Każdy niesie inny symbol swojego wyznania,
A w ich ustach relikwie świętych proszą o wsparcie,
Nakazując walczyć o czystość – tylko czego?!

Popatrz! Na panteonie nasi Bogowie
Jahwe, Chrystus, Mahomet, Budda
I wielu innych znanych tylko wybranym.
Oni nie walczą o prymat przy stole wiary,

Oni nie muszą pytać się o sens istnienia
Spokojnie odbierają sobie półwierne dusze
Wiedząc, że wiara nie potrzebuje dowodów,
Że wiara jawi się owczym posłuszeństwem.

A dla mnie przyjacielu jest tylko jedna prawda.
Ukryta w labiryncie czeka mojego odkrycia,
„Szukajcie, a odnajdziecie, proście a będzie“…,
No właśnie – Ty sam to powtarzasz codziennie.

Lecz czy Ciebie słuchają, czy rozumieją?
W twojej sieci jest coraz mniej ryb rybaku.
Nadchodzi kolejny czas długiego nieurodzaju,
Lawa miłości powoli zastyga, budząc w nas grozę.

Spójrz, tu na ziemi ludzie umierają z bezwiny.
Giną jak mrówki, pod butami dyktatów.
Humanitarne wojny dają coraz obfitsze plony,
A pieniądz wyrywa pozytywy z ludzkich serc.

Ty nie bój się o mnie, ja nie utonę w iluzji.
Obarczony balastem mych przodków.
Spokojnie dotykam granic ludzkiej upadłości
Dzieląc moje jestestwo miedzy rożne światy.

I chociaż podziwiam bezkres jasnego nieba
Chociaż w falach morskich czuję Stwórczą siłę,
W skałach czytam idee Bożego dostojeństwa,
To jednak nie pojmuje Jego istnienia.

Więc otwieram królestwo zbawienia,
Przenikam wyrwane z kontekstu obrazy
I jak ślepiec błądzę przyjacielu po kartach
Od wieków zapisanej tajemnej wyroczni.

A tam?! – tam strojne w złoto i cierpienie
Proroctwa zapraszają do swoich wnętrz
Niby przekupki, sprzedające kwiaty
Symbol próżności wyrwanej z ziemi.

Zobaczyłem Mojżesza wiodącego swoich braci
Ku urodzajnym w pokarm pastwiskom
Ku ciasnym wrotom Bogowładnej krainy
Mojżesza niosącego brzemię swojego narodu.

Widziałem wyrytą upadłość na kamiennej płycie
Testament dla obdartych, nagich w pokorę.
Objawiony na Synaju dla wybrańców Dekalog
Przepustkę do wiecznej szczęśliwości.

Widziałem dobroć płynącą rynsztokiem.
Etykę owiniętą w pusty, wytarty slogan.
Butwiejącą w pomieszczeniach katedr
Niby zapomniane dzieło marnego poety.

Spójrz na te wierzchołki przyjacielu?
To świątynie górują nad upadłym ludem
Kościoły, cerkwie, synagogi, meczety,
Miejsca spotkań dla niewtajemniczonych.

Może w każdej religii jest ziarno prawdy,
Lecz ile ziaren potrzeba, by zaspokoić głód?
Nie każde nadaje się na powszedni chleb
A i nie każda gleba brzemienna pokarmem.

Z wielu stołów jadłem natchnioną strawę.
Na wielu ucztach poznawałem człowieka,
Lecz nigdzie nie spotkałem Pana wieczności
Dlatego szukam, nadal szukam, – Przyjacielu.

Wędruję bezdrożami zmęczonego sumienia
Gaszę pragnienie wiedzy doświadczeniem,
I nadal nie wiem w jakim kierunku podążać
Więc wracam do miejsca mojego zwątpienia

A wiara, pytasz? – a wiara jak wierny towarzysz idzie obok.

Część pierwsza poematu poświęconego towarzyszowi mojego dzieciństwa, zmarłemu przedwcześnie ks. prof. Januszowi Dylowi, wykładowcy na KUL-u.

Przyjdź mój…?

Moja dusza jest jak larwa,
Czekająca wolności.
W szczelnym kokonie.
Jak majowy Motyl
Gotujący skrzydła
Do krótkiego lotu
Ku wieczności,
Jak ofiara złożona
Na ołtarzu pokory
Czekająca samopalenia

Moje usta są jak skrzypce
Wypełnione tęsknotą
Na cienkich strunach
Pajęczej doskonałości.
Jak słowa psalmu,
Unoszone zapachem
Palonego mirtu o zmroku
Jak poranne przebudzenie
W ramionach Kaliope.

Moje dłonie są jak matka
Tuląca w przypływie uczuć,
Dar bożego miłosierdzia.
W krótkim akcie oddania.
Jak chleb pszenny
Pieczony prostotą uczuć
Na kolejny już dzień
Ciernistej drogi w jutro
Jak pokłon oddany
Na cześć przymierza.

A życie? jakie ono jest?
Komu potrzebne poświęcenie?
Jak bezdomne zwierze
Czekam czyjejś dobroci
Słowa, spojrzenia, dotyku.
I tylko chłód obok mnie
Przechadza niby przyjaciel.
I tylko Miłość umiera samotna
Lampy oliwne dawno zgasły.
Ludzie walczą o lepsze jutro.
A ja powtarzam słowa
„Przyjdź mój…“ no właśnie.

Berlin, 21.06.2012

Wywiad z Romanem Brodowskiem o jego działalności charytatywnej – na Kresach i w Berlinie: wywiadRBrodowski

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s