Jeszcze trochę śniegu…

Oto tekst z klasycznej kategorii salon odrzuconych. Dawno nic takiego tu nie było, a przecież to był, że się tak wyrażę, prymarny powód powołania tego blogu do życia. Jak szybko się to zmieniło…

Zbigniew Milewicz

Reportaż ten napisałem trzydzieści parę lat temu, nie udało mi się go wówczas nigdzie opublikować, ale w nodze na zmianę pogody nadal strzyka. Z wiekiem, coraz bardziej i zawsze przypomina mi się wtedy tamten dzień w Karkonoszach. Śnieg jeszcze zalega na górskich stokach, narciarzy na nich nie brakuje, może sobie apres ski poczytają, jak się w 1977 roku szusowało. Bogu dzięki, nie wszyscy uprawiali ten sport tak lekkomyślnie, jak ja.

Raport z buta (gipsowego)

Szklarska Poręba, 2 marca. Tamtego dnia wszystkie szlaki na zboczach Szrenicy były przejezdne. Z treści komunikatów Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wynikało jednak, iż warunki zjazdowe są trudne, a miejscami nawet bardzo trudne. Informowano sumiennie m.in. o oblodzonym „Puchatku”, muldach na „Śnieżynce” i korzeniach, tudzież głazach, wystających tam spod śniegu oraz o tych wszystkich przypadłościach pospołu – gdy chodziło o zjazd trasą „Lolobrygidy”.

Za sumienność płaci się sumiennością. Tamtego dnia około godziny 16.30 załoga placówki GOPR na Hali Szrenickiej poinformowana została telefonicznie, że uległem wypadkowi na dwutysięcznym metrze „Loli” i nie potrafię o własnych siłach się stamtąd ruszyć. Wiadomość przekazała ratownikom pracownica dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Szrenicę, już 10 minut po kraksie. Dowiedziała się o tym od Pawła, który mi towarzyszył na trasie i widział wypadek, zjechał więc do stacji po pomoc. Przyjechała dopiero po godzinie z hakiem, po kolejnej, osobistej interwencji kierownika wyciągu, ale o tym opowiedziano mi później. Tkwiąc na trasie zjazdu nic nie wiedziałem o przebiegu akcji. Kiedy tak poleżałem godzinkę na śniegu, ogarnęła mnie otucha, mówiąc mi:

Nie bój się, nie jesteś sam. Jako narciarz amator poruszasz się wolno, zjazd z Hali Szrenickiej do tego miejsca zajął ci około 15 minut, średniej klasy wyczynowiec robi ten dystans dwa razy szybciej. Leżysz o rzut kamieniem od placówki GOPR, wcale więc nie jesteś w krytycznej sytuacji. Prawda, uziemia cię kontuzja prawej nogi, ale lewa i pozostałe części ciała są w porządku. Gdybyś miał wstrząs mózgu, albo połamany kręgosłup, to mógłbyś narzekać. Na upartego, bo niektórzy giną na miejscu wypadku i mimo to  czekają cierpliwie, aż GOPR się nimi zajmie. Różnie giną, niektórzy np. z zimna, ale tobie to nie grozi. Fakt, nie masz na sobie modnego kombinezonu, tylko przetarte levisy, ale w południe na szczycie Szrenicy było tylko minus 15 stopni. Wiadomo zaś, że w górach im niżej, tym cieplej i wieczorem bliżej ci do wiosny, niż miałeś w południe. Poza tym od czego męska wyobraźnia? Niech cię rozgrzeje, leżysz na łonie Lolobrygidy, niejeden by chciał.
lolka
Następnie odezwało się sumienie, czy aby nadaremnie nie wzywam imienia GOPR… Dzielni, górscy ratownicy, potrafiący z poświęceniem forsować groźne żleby, ściany i granie, aby przyjść z pomocą ofiarom lawin, karkołomnych wspinaczek i zjazdów, mogą poczuć się ambicjonalnie urażeni, że zaprzątam ich uwagę tak banalnym przypadkiem, jak mój. Tego oczywiście nie chciałem, więc dopaliwszy ostatniego „sporta”, zatrąbiłem wsiadanego.
Jurek, mój drugi kompan nartowy, który zgodził się trwać ze mną dopóki nie przyjadą, puknął się znacząco palcem w czoło.
– Jakim cudem chcesz zjechać? – zapytał życzliwie.
– Żurnaliści nie pękają – odparłem wymijająco.
– No dobrze – zgodził się. Załóżmy, że jakoś poradzimy sobie sami, ale co zrobisz, kiedy oni w międzyczasie przyjadą tutaj i nie zastaną cię? Ty wiesz, ile patoli kosztuje taka akcja? Zgłoszą w centrali, że wpuściłeś ich w maliny i będziesz miał kupę smrodu. Góry są niebezpieczne, skoro już strąciłeś kamień, to musisz poczekać na lawinę.

Jakby na potwierdzenie tych słów, coś w górze grzmotnęło, zaszumiało i nim zdałem sobie sprawę, że to pusty tobogan grzmotnął o muldę, że to krótkofalówki tak szumią, zjawili się przy nas, chrupiąc miętówki. Dwaj młodzi ludzie, z ratowniczymi  emblematami  na czerwonych skafandrach. Dochodziła 17.45.
– Urwanie głowy macie dziś zapewne – zagaiłem.
– Dzisiaj raczej spokojnie, w południe połamały się dwie Niemki, pan jest trzeci – odparli.
Po czym raźnie zabrali się do roboty. Jeden z przybyszów – rosły i gładkolicy – poprosił Jurka, aby pomógł mu kijkiem odbezpieczyć „Markery”. Drugi – skromniejszej postury, ale za to wąsaty – nadał  krótkofalówką do centrali, że właśnie przybyli na miejsce. Czerwony skafander wypięty z wiązań stracił równowagę i poleciał do przodu, wprost na moją prawą nogę, usztywnioną prowizorycznie przez Jurka przy pomocy bandaża i kijków narciarskich. Wydałem z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Wymamrotał przeprosiny, był pewien, że to lewą nogę mam złamaną. Uspokoiłem go, że jestem ubezpieczony w PZU. Za pomocą kilku wprawnych chwytów przeistoczony zostałem w brezentowy tobołek na płozach, przed drogą ratownicy obejrzeli mój sprzęt narciarski i miejsce wypadku. Sprawa była dla nich prosta: na tych deskach nie powinienem był w ogóle jeździć. Słabo trzymał spód prawej, odpadła końcówka i do płozy przymarzł śnieg. Nie wyrobiłem więc ostatniego zatrzymania skokiem, nartę na jej oblodzonym kawałku wykręciło na zewnątrz i wtedy oczywiście powinno było puścić wiązanie. Niestety zablokowało się, za to puściła noga w kostce.

Stare wiązania marki Kadry powinny były pójść już na szmelc, razem z tymi wysłużonymi Rysami…, jeździłem na nich cały tydzień. Były własnością Wypożyczalni Sprzętu Sportowego FWP w Szklarskiej Porębie, przy ul. 1 Maja, której kierownik zapewnił mnie, że otrzymałem jego najlepszą parę nart, „zarezerwowaną w zasadzie dla kogoś bardzo ważnego”. Chyba za bardzo za tym ważniakiem nie przepadał, skoro mi je pożyczył. GOPR-owcy przytroczyli sprzęt do toboganu i w towarzystwie Jurka, na krechę, zwieźli cały majdan pod stację wyciągu, gdzie od kwadransa czekała już karetka Pogotowia Ratunkowego, przybyła z odległej o 19 kilometrów Jeleniej Góry.

W stacji pogotowia stwierdzono, że mam złamane podudzie i kwalifikuję się prawdopodobnie do umieszczenia na szpitalnej urazówce. Zawieziono mnie więc do jeleniogórskiego Szpitala Miejskiego, który pełnił ostry dyżur. Miejscowy chirurg (ortopedy nie było) rzucił w przelocie okiem na przywiezione zdjęcie RTG, obmacał złamane podudzie i znalazłem się w gipsowni. W dwadzieścia minut złożył to, co uznał za złamane i ulepił ładny, gipsowy but do kolana. Po czym zrobiono mi kolejnego rentgena i zlecono leżenie na korytarzu, pod kaloryferem.
– Przyjedzie karetka, to pana odstawi do Szklarskiej – powiedział lekarz.
Poinformował mnie też, że mam tylko proste złamanie kości strzałkowo-piszczelowej, która w zasadzie nie jest taka ważna jak inne kości i za parę dni będę mógł chodzić, stąd ten obcasik w moim gipsowym bucie. Słowem nie ma potrzeby, abym pozostał w szpitalu. Zresztą nawet gdyby istniała taka konieczność, to on nie miałby mnie gdzie położyć, dysponuje tylko kilkoma wolnymi łóżkami, a jest dopiero ósma wieczorem. Przy ostrym dyżurze, do rana może mieć zatrzęsienie różnych, poważnych stanów.
– Ile jest kilometrów stąd do Tychów? – zainteresował się.
– Około trzystu – odpowiedziałem.
– Śmiało pociągiem można jechać – orzekł. Nie sądzę, żeby pogotowie dało panu karetkę na taką trasę, to jest inne województwo, a nasz szpital zrobił swoje. Pan jest w gruncie rzeczy zdrowy.

Podbudowany tą szczerą, męską rozmową późnym wieczorem wróciłem do Szklarskiej, do DW „Belweder”, w którym przebywałem na dwutygodniowych wczasach. Nudy w nich nie zaznałem do końca. Najpierw okazało się, że jestem winien trochę gotówki panu od nart, bo je podniszczyłem w czasie kraksy. Później zjawiła się pokojowa z „Belwederu”, aby wysprzątać moją kwaterę i podzieliła się wiadomością, że dopiero co chwalili w telewizji karkonoski GOPR i pokazali na żywo, jak chłopcy zgrabnie przeprowadzają akcję ratunkową. Pani pokojowa ciekawa była, czy o mój wypadek chodziło… Duże poczucie humoru wykazało również kierownictwo jeleniogórskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego, radząc mi wziąć taksówkę do Tychów. W tej sytuacji zrezygnowałem z przedterminowego zakończenia wczasów i oparłszy sprawę o bufet z pewnym zmotoryzowanym wczasowiczem z Katowic, pojechałem do domu 7 marca.

Największą niespodziankę sprawił mi jednak doktor M. z przychodni ortopedycznej przy Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Tychach, do którego zgłosiłem się po powrocie, aby pokazać mu dokumentację z jeleniogórskiego szpitala i załatwić sobie zwolnienie lekarskie, a przy okazji ustalić termin zdjęcia gipsu. Zbadał mnie, zrobił kolejnego rentgena i okazało się, że faktycznie mam „złamaną kostkę boczną, z podwichnięciem stawu skokowego i rozerwany więzozrost strzałkowo-piszczelowy”, nie wolno mi więc obciążać chorej nogi. Proste złamanie kości strzałkowej z buta z obcasikiem nagle zabrzmiało groźniej, bo w uszkodzonych kościach rozpoczęły się zmiany. Zabieg operacyjny wykonano następnego dnia, trwał ponad trzy godziny, uszkodzone tkanki trzeba było skręcić śrubą. Wzbogaciłem się, bo metal zawiera platynę. Pod koniec marca wypisano mnie do domu, do nowego gipsowego buta dostałem gratis dwie kule. Mówią, że w sierpniu, jak dobrze pójdzie wzbogacę się po raz kolejny, tym razem o cenny dar chodzenia na obydwu nogach. Wtedy też (może) wyjdę na swoje.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s