Międzynarodowy Dzień Prostytucji

O tym, że 2 czerwca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Prostytucji poinformował mnie nasz blogowy autor Zbigniew Milewicz (pisał tu m.in. o wypadkach marcowych). Intencją tego dnia jest przypomnienie, że osoby wykonujące ten zawód są dyskryminowane, a większość z nich to terroryzowane niewolnice i niewolnicy. W tym kontekście opowieść o prostytutkach w PRL, którą na dziś przygotował Zbyszek, to historia o bajkowym świecie… Ale o tym za chwilę.  Na razie przypomnijmy, kto i dlaczego wybranł dzień 2 czerwca…

Eglise_Saint-Nizier_Lyon— tego dnia 1975 roku sto prostytutek zajęło kościόł Saint Nizier w Lyonie (Francja), aby zwrócić uwagę na swoją katastrofalną sytuację życiową i warunki pracy. Ilość strajkujących kobiet powiększyła się w czasie trwania protestu. Mieszkańcy miasta i władze kościoła przyjęły protest pozytywnie i okazały kobietom wsparcie. Strajk rozprzestrzenił się na inne miasta: Marsylię, Grenoble i Paryż. Żądania strajkujących zostały przekazane do najwyższych władz państwowych, ktόre niestety nie były gotowe zająć się poprawą sytuacji życiowej i zawodowej kobiet.
Międzynarodowa prasa dużo pisała na ten temat. Po raz pierwszy w historii prostytutki stały się widoczne dla innych, bez potwierdzania stereotypu na swόj temat. Wystąpiły jako kobiety pracujące, które walczą o godność i prawa człowieka.
W dniu 10 czerwca 1975 roku o godzinie 5 rano, policja brutalnie wtargnęła do kościoła. Strajkujące kobiety zostały brutalnie usunięte. Na pamiątkę tego wydarzenia nazwałyśmy ten dzień Międzynarodowym Dniem Prostytutek.
Tyle Joanna z niemieckiej organizacji Hydra dla portalu Seksualność kobieca.pl.

Zbigniew Milewicz

Nierządnicy żywot atłasowy

Życie dziennikarza w PRL-u nie było usłane różami. Na Śląsku chodziło się głównie po węglu, który wydobywała niestrudzona brać górnicza, po stali, płynącej szerokim strumieniem z hut, po rekordach produkcyjnych i czynach społecznych. Kiedy obywatele po trudzie pracy wypoczywali, to czynili to na ogół zgodnie z zasadami marksistowsk- leninowskiej moralności, żeby zdobyć siły do następnego tygodnia wytężonej pracy, ku chwale i rozwojowi socjalistycznej ojczyzny. Owszem, na poboczu tej jedynie słusznej drogi rosły różne chwasty, które władza wyrywała, żeby się nie rozprzestrzeniły i dziennikarze to opisywali. Nie były to jednak zbyt groźne przypadki, ot obywatel się upił zbyt mocno i pod tzw. wpływem zrobił żonie awanturę, czasami ją uderzył, a kiedy indziej zabił, bo np. przyprawiła mu rogi z sąsiadem. Za pieniądze kobiety w PRL-u się jednak nie oddawały. Tak przynajmniej twierdziła propaganda, potępiająca wyzysk człowieka przez człowieka, do którego kwalifikowano prostytucję. Ponieważ faktycznie kwitła ona w najlepsze, ktoś wymyślił słowo „cichodajki” na określenie dziewczyn, które lubią się puszczać, ale nie biorą za to pieniędzy, tylko najwyżej jakiś poczęstunek, albo prezent. Były też pamiętam, lawstorantki i „wirażki“ – pół k…., pół ptaszki, ale prostytutek, tych jasno zdefiniowanych oficjalnie było brak.

Sporą część dnia pracy spędzałem na wertowaniu akt sądowych, w poszukiwaniu tematów na reportaż lub felieton spod paragrafu i któregoś razu okazało się, że jednak SĄ. Zbieranie materiałów i pisanie zajęło mi kilka miesięcy, wreszcie tekst powstał, oddałem go Frankowi Dendorowi w macierzystym „Dzienniku Zachodnim” w Katowicach. Franek był sekretarzem redakcji. Przeczytał, posłał naczelnemu, Szmidtowi-Kowalskiemu, a ten pokręcił przecząco głową. Reportaż mu się podobał, ale wolał nie narażać się komitetowi wojewódzkiemu partii. Parę innych redakcji zareagowało podobnie. Wreszcie znalazł się jeden odważny, Wilhelm Szewczyk, znany literat i naczelny redaktor dwutygodnika społeczno-kulturalnego „Poglądy”, który 15.09. 1978 r. zamieścił u siebie mój pionierski tekst o prostytutkach w PRL. Był ilustrowany pikantnymi zdjęciami z jakichś zakazanych, zachodnich wydawnictw, więc nakład pisma, które miało wtedy pewne kłopoty ze sprzedażą rozszedł się w kioskach „Ruchu” błyskawicznie. Podobno można je było później jeszcze kupić na śląskich bazarach, ale za cenę dużo wyższą. Oczywiście dumny byłem z tego powodu niesłychanie. Oto ten materiał sprzed lat, z niewielkimi skrótami i uzupełnieniami:

Śliczna mówi, że jest jedną z dwudziestu paru dziewczyn wciągniętych w obyczajówce do kartoteki zatytułowanej „Silesia – nocny bar”. Ma tam zdjęcie en face, dwa z profilu i dane osobowe, takie jak: kiedy zaczęła chodzić na bizness, z jakiego powodu, ile ma lat, jaki zawód wyuczony, gdzie mieszka, itp. Śliczna mówi, że podobnie jak inne jej koleżanki często i regularnie odwiedza lekarza, licencję ma więc zawsze w porządku. Różne lawstorantki i cichodajki, które też schodzą do barku, oczywiście nie figurują w kartotece i Śliczna uważa, że to jest złe, bo jeżeli taka zaleje się, narozrabia, okradnie klienta, to afera zwykle idzie na konto środowiska notowanych i jest smród, a tamta dziewczyna dalej sobie hula.

Kiedy Śliczna siedzi na stołku przy barze, ma już leciutkiego rausza i akurat nic specjalnego do roboty to myśli. Lepsze to – uważa – niż rozglądanie się za klientami, co nigdy nie było w jej stylu. Myśli na przykład o tym, czy do twarzy byłoby jej z pięciorgiem dzieci, mężem górnikiem i wałkiem do ciasta w ręce. Albo zastanawia się, co by było, gdyby w Polsce zdecydowano się otworzyć domy publiczne i jak jej, Ślicznej, powodziłoby się w takim domu. Pewnie dużo gorzej, niż teraz. W ogóle o różnych sprawach sobie wtedy myśli, jeżeli oczywiście z kimś nie rozmawia. Z barmanką albo Anitą, z którą się przyjaźni.

Nad łóżkiem Anity, zwanej również Siódemką, ze względu na rozmiar biustu, wisi duża, kolorowa reprodukcja studolarowego banknotu. Aby nie było żadnych wątpliwości. Anita składa na własnościowe mieszkanie, które właściwie mogłaby mieć od dawna, gdyby nie szastała zarobkiem na prawo i lewo. Skończyła z tym jednak, zmądrzała i teraz nawet na kochanej Kuleczce oszczędza. Już nie karmi jej szynką z Pewexu, tylko zwykłą kiełbasą, której psina początkowo tknąć nawet nie chciała, ale kiedy pani zrobiła jej wykład na temat wyższego modelu konsumpcji, to przestała grymasić.

Mądra ta Kuleczka i pocieszna szalenie, jak to kundlica zresztą. Różne sztuki zna. Potrafi chodzić na przednich łapach i fikać w powietrzu koziołki, a jak który dżentelmen ma nieświeże gatki albo skarpetki, to cichcem wynosi je do składziku na węgiel, bo nie lubi brudasów. Tak jak jej pani. Dla Anity najlepszymi klientami są Japończycy. Czyści są aż do przesady, kulturalni, no i bardzo szybcy. A poza tym dobrze płacą. Anita nie pamięta takiego przypadku, żeby poszła z Japończykiem za najniższą stawkę, czyli za pięćdziesiąt dolarów. Dają po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt, sto, a jak mają ochotę na repetę, to i więcej.

Gejsza najlepiej orientuje się w tym temacie, bawienie gości z Kraju Kwitnącej Wiśni to jej specjalność. Ciemnowłosa, jasnej karnacji i delikatnej postury jest bardzo w ich typie. Przyjeżdżają do Katowic w różnych służbowych sprawach, niektórzy już z jej adresem w kieszeni, przekazanym „w spadku” przez kolegów. Z jednym utrzymuje kontakty już chyba ze dwa lata. Pan reprezentuje w Warszawie interesy poważnego, tokijskiego koncernu i gości w Katowicach przynajmniej raz w miesiącu. Czasami przyjeżdża z własną połowicą, ale nawet wtedy daje Gejszy zarobić. Zresztą zawarła znajomość z panią Japończykową na jednym z oficjalnych bankietów w hotelu „Silesia”, wydanym na cześć jej klienta, na którym Gejsza pełniła niby rolę sekretarki jednego z polskich dyrektorów. Dama okazała się przemiła, zaś bankiet jak to bankiet, żadna nowość. Dzięki stałemu klientowi często bywa na takich imprezach, w sumie opłacalnych ze względu na kontakty.
Jest, mówi o sobie, dziewczyną biznesu i mężczyźni jako tacy nie interesują jej w ogóle, istotna jest dla niej jedynie zawartość ich portfeli. Część zarobionych pieniędzy przeznacza na bieżące utrzymanie i reprezentację, kosmetyki, ciuchy, zaopatrzenie domowego barku, taksówki, fryzjera i tym podobne rzeczy. Resztę odkłada, aby w odpowiednim momencie zainwestować w jakiś dobry interes. Może zdecyduje się na warsztat złotniczy, stację obsługi samochodów albo na jakąś kafejkę… W każdym razie, kiedy uzbiera już tyle pieniędzy, ile chciałaby, to wycofa się z zawodu. Zostawi siostrze tę kanciapę na poddaszu starej, brzydkiej kamienicy na peryferiach miasta, w której mieszkają razem i wyjedzie gdzieś, gdzie jej nikt nie zna i tam urządzi się po pańsku.

Pulchna, mocno umalowana Żaneta też nie zamierza w nieskończoność pracować. Ma już trochę pieniędzy na koncie, własny samochód i ładny domek, w którym mieszka wygodnie razem z mamą i dziesięcioletnim synem. Gdyby trafiła się jej dobra karta ślubna, to mogłaby spalić za sobą wszystkie mosty. Musiałby to być jednak odpowiedni mężczyzna, z prezencją, kulturalny, wyrozumiały i najważniejsze – nieobojętny uczuciowo. Ona, Żaneta jest bowiem przede wszystkim kobietą, nawet wtedy, kiedy idzie z mężczyzną za pieniądze. Żaneta nie potrafi znaleźć odpowiedniego określenia na to, kim nie jest i mówi, że zawsze zachowuje w pracy klasę. Tak jak inne jej koleżanki, te bardziej szanujące się, sama dobiera sobie partnerów, bo kasa to nie wszystko. Mężczyzna musi najpierw spodobać się Żanecie, zanim pójdzie z nim do łóżka.

Z Japończykiem na przykład nigdy by nie poszła. Nie jest rasistką, ale nie odpowiadają jej Azjaci. Z Polakiem? Owszem, czasami zabawi się z rodakiem. Jeżeli chłopak przypada jej do gustu, a ona akurat ma humor i fantazję, to wówczas zaprasza go do siebie na drinka. I oczywiście wtedy nie ma mowy o zapłacie, robi to dla przyjemności. Polacy jako źródło zarobku raczej odpadają, no może z wyjątkiem prywatnej inicjatywy, którą stać na urzędowanie z dziewczynami. Jest na przykład taki jeden, starszy prywaciarz, który za samo towarzyszenie przy stoliku daje Żanecie dziesięć, piętnaście tysięcy złotych. Bywa i tak, nie wszyscy mają ochotę na seks. Niektórzy potrzebują wyłącznie dam do towarzystwa. Wystarczy, że spędzą z nimi wieczór w barze, porozmawiają, zatańczą i za to płacą.

W ten sposób poznała swojego Belga, który jest teraz jej bliskim przyjacielem. Ilekroć przyjeżdża służbowo do Polski, zawsze poświęca Żanecie sporo czasu i często gości u niej w domu. Mama i syn bardzo go lubią, ponieważ jest dla nich miły i przywozi prezenty. Od przyjaciela nie chce brać pieniędzy i jeżeli w dowód sympatii dostaje np. jakiś drobiazg ze złota, ładny kamień albo coś w tym guście, to również jest zadowolona. W kabale wyszło Żanecie, że oświadczy się jej starszy, zagraniczny blondyn. Pasowałoby jak ulał do jej Belga. Naturalnie ona traktuje karty jak najbardziej zabawowo, ale myśli, że gdyby przypadkiem ta wróżba się spełniła, to przyjęłaby oświadczyny i raz na zawsze skończyła z chodzeniem na biznes.

nierzadnica-atlasowaSonia sceptycznie odnosi się do takich gadek. Z własnego doświadczenia i paru innych życiorysów wie, że kiedy dziewczyna przywyknie do sypiania z facetami za pieniądze, to zupełnie tak, jakby przyzwyczaiła się do zażywania narkotyków. Diablo trudno skończyć z tym później, znacznie łatwiej zacząć. Przyznaje, że przekroczyła ten próg bez większych zahamowań psychicznych. Pochodzi z małej miejscowości w województwie bielskim, ma średnie wykształcenie i dwa lata studiów na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Na III roku poznała chłopaka, nie uważali, zaszła w ciążę. Chciała zataić ten fakt przed swoimi rodzicami, chłopak namówił ją na skrobankę, ale były kłopoty z pieniędzmi. Do szpitala pójść nie chciała, a stypendium i forsa z domu ledwo wystarczały jej na życie i opłacenie stancji. Wtedy przyszła jej z pomocą koleżanka z roku, dziewczyna zawsze super ubrana i z gotówką. Pewnego popołudnia zaprosiła Sonię do „Silesii”, raz dwa namotały jakichś Niemców, wypiły z nimi drinka, a później Sonia z jednym z nich poszła do numeru. Kiedy opuszczała hotel, była bogatsza o pięćdziesiąt marek. Dzisiaj za taką sumę nawet nie spojrzałaby na takiego ausländera, ale wtedy była to dla niej szokująco zawrotna suma. Zaraz następnego dnia poszła do ginekologa, zbadał ją, ustalił czwarty miesiąc, na zabieg było już za późno.

Chłopak się momentalnie zmył. Przerwała studia, wróciła do rodzinnego miasteczka, oczywiście nie obeszło się bez piekła w domu i złośliwych docinków ze strony miejscowej publiki. Tam urodziła córkę, podchowała ją trochę, po czym wróciła do Katowic, a mała została pod opieką rodziców. Powiedziała im, że jedzie za pracą i rzeczywiście tak było. Do dziś nie wiedzą, z czego faktycznie się utrzymuje, nie ich sprawa. Oczywiście dba o nich i o dziecko, regularnie co miesiąc zawozi im pieniądze i różne prezenty, małą ubiera jak laleczkę, wycałuje, wypieści, przy żniwach pomoże, nie mogą narzekać.

Ciepłe, słoneczne południe. Siedzę w garsonierze Soni, w centrum nowoczesnej dzielnicy Katowic, popijam dobrze przyrządzone martini i słucham tego, co mówi mi ta przeciętnie ładna, bezpretensjonalna dziewczyna w dżinsach, podobna do tysięcy innych dziewczyn w dżinsowych ciuchach. Mówi, że dziś, po sześciu latach pracy w zawodzie, rozporządza już wystarczająco sporym i dobrze ulokowanym kapitałem, aby móc zamknąć sklepik. Próbowała, ale nie wyszło. Góra po trzech, czterech tygodniach przerwy wracała do „Silesii”. Brakowało jej różnojęzycznego gwaru, miło nadskakujących bojków z wypchanymi portfelami, koleżanek, „służbowego” stołka barowego, świateł, dźwięków, parkietu, widoku zręcznie miksowanych koktajli, nastroju zabawy na pełnym luzie, całej tej specyficznej atmosfery.

Zresztą taka Księżniczka, wyszła za mąż za Austriaka, byt miała niby zapewniony, a dalej balowała w „Silesii”. Mówił, że nie chodzi już tam dla zarobku, tylko dla przyjemności, ale kto wie, jak było naprawdę. Mówić można różnie, Księżniczka opowiadała dziewczynom w barze, jak to będzie, kiedy już wyjedzie na stałe do Wiednia i wygodnie urządzi się u swojego mężusia, prezesa dużej firmy reklamowej, który nawet palcem nie pozwoli jej kiwnąć i da wszystko, czego tylko szanowna małżonka zapragnie. Trudno zaprzeczyć, urządziła się. Zaraz, jak przyjechała do Wiednia, to wysłał ją na biznes do jednej tancbudy, bo okazało się, że nie jest żadnym prezesem, tylko zwyczajnym alfonsem. Tu była panią dla siebie, tam musi tyrać dla niego. Śle teraz smutne listy do dziewczyn i pisze, że ma już zachodniego życia po dziurki w nosie i chyba wróci do kraju, co Sonia uznałaby za najrozsądniejsze. Na Zachodzie życie jest drogie, a tutaj nawet jeśli zarobi codziennie tylko te 50 dolarów, może sobie żyć jak pani, a za granicę wyjeżdżać turystycznie. Sonia podaje mi plik kolorowych zdjęć ze światowych wojaży: Neapol, Paryż, Lazurowe Wybrzeże, Pireus, Amsterdam, Sztokholm, zwiedziła prawie całą zachodnią Europę.

Dopijam drinka, Sonia idzie do łazienki, zrobić się na roboczo i po chwili wraca, gotowa do wyjścia. Gładko uczesana, bez żadnego makijażu i w prostej, sportowo skrojonej sukience, wypisz, wymaluj – skromna gimnazjalistka. Na odchodnym zerkam na półkę z książkami: tomik fraszek Sztaudyngera, seria Srebrnego Kluczyka, powieści Chmielewskiej, Kuchnia Polska, Nierządnicy żywot atłasowy, pióra Ziółkowskiego. Książki stanowią jej własność, tę ostatnią kupiła ze względu na tytuł, z ciekawości, jak żyło się jej koleżankom po fachu w dawnych wiekach. Lektura była niezła, ale sama napisałaby coś lepszego. Taką prawdziwą opowieść z życia współczesnych dziewczyn biznesu, gdyby oczywiście umiała pisać. Zresztą, kto wie, może spróbuje, miałaby już nawet tytuł: „Krowa”. Dlaczego akurat „Krowa”? W odpowiedzi uśmiecha się tajemniczo i mówi, że to dłuższa historia.

Przed blokiem łapiemy wolną taryfę. Sonia wysiada przed „Silesią”, gdzie umówiona jest na obiad z pewnym Holendrem, a mnie kierowca zawozi przed gmach Sądu Wojewódzkiego. Chcę jeszcze raz rzucić okiem na akta sprawy Henryka M. i innych, w których jest mowa między innymi, że: Śliczna, Anita, Gejsza, Żaneta, Księżniczka, Sonia i inne dziewczyny, trudniące się uprawianiem nierządu, płaciły haracz pracownikom hotelu „Orbis Silesia” w Katowicach za możliwość uczęszczania do tamtejszego baru nocnego, gdzie zawierały znajomości z szukającymi rozrywek obcokrajowcami. Haracz ten uiszczały gotówką lub drinkami – Marianowi W., noszącemu pseudonim Węgier i Henrykowi M., zwanemu Cukiernikiem, którzy na zmianę pełnili w barze funkcje kierowników sali. Pieniężna taryfa za jednorazowe wejście do lokalu wynosiła średnio 500 złotych. Z trunków, sprzedawanych w barze z około 400 procentową marżą, panowie pijali najchętniej gin i whisky. Proceder trwał od września 1973 r. do stycznia 1977 r., ale najwięcej zgarnęli od stycznia do marca 1975, kiedy to obowiązywał w „Silesii” zakaz wpuszczania prostytutek, całkowicie pozbawiony mocy prawnej. Wydał go – w oparciu o własne w tej kwestii widzimisię – dyrektor hotelu, Marian P., towarzystwu temu niechętny. Na sali sądowej, gdzie wystąpił w roli świadka, umotywował swoją decyzję często niewłaściwym zachowaniem panienek, kiedy były pod wpływem alkoholu i podejrzeniami o okradanie gości. Identycznie zdecydował w stosunku do cinkciarzy oraz taksówkarzy, którzy zajmowali się stręczycielstwem oraz pośredniczyli w nielegalnym handlu obcą walutą. Powodowała nim zaś tylko troska o dobrą markę hotelu. Absolutnie nie wiedział o tym, że jego personel na owej trosce nielegalnie się bogaci, dopiero w śledztwie poznał ich machlojki. Cóż, lepiej późno, niż wcale.

Ośmiu pracowników hotelu uchodzącego za najbardziej ekskluzywny w Katowicach zasiadło na ławie oskarżonych, pod zarzutem wymuszania korzyści materialnych od klientów. Wyroki przed sądem zapadły skazujące i stosowne do stopnia dowiedzionej winy, bardziej brzemienne w konsekwencje finansowe niż więzienne. Śliczna i jej koleżanki, które przedefilowały przed obliczem Temidy w charakterze świadków oskarżenia, powiedziały mi prywatnie, że od czasu całej tej afery nikt im już w „Silesii” nie utrudnia pracy. Jeżeli zaś nadal płacą portierowi za otwarcie drzwi albo czasem zapomną zabrać ze sobą do baru wykupioną kartę wstępu ( i cieć po staremu sprzedaje ją komuś innemu, po raz drugi, a czasami trzeci i czwarty) to robią tak tylko z przyzwyczajenia. W końcu kosmetyczce za zabieg, a taksówkarzowi za kurs do hotelu lub powrotny do domu też płacą podwójną stawkę.

***

Na zakończenie Autor pisze: Z okazji dzisiejszego święta życzę wszystkim pracownicom i pracownikom sektora, o transwestytach nie zapominając, wszystkiego najlepszego, przede wszystkim zdrowia, bo na tym i klientela skorzysta. W postaci laurki, wierszyk, już bardziej współczesny.

Od Redakcji: Wpis jest już i tak długi, wrzucam więc wierszyk do sieci: Pochwala nierzadu

Zagadka: Koronacja odbyła się 60 lat temu, 2 czerwca 1953 roku. Czy ktoś wie – czyja? Dodajmy, że ten ktoś w roku 1946 uzyskał stopień podporucznika i został przeszkolony na kierowcę i mechanika, uzyskując ostatecznie stopień kapitana.
Zagadkę rozwiązała Julita: królowa Elżbieta II.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Międzynarodowy Dzień Prostytucji

  1. ewamaria2013 pisze:

    Komentarze do wpisu pojawiły się na Facebooku:

    Julita Bielak:
    Wszyscy czytaliśmy „Mewy” Stanisława Goszczurnego. Zdarzyło się, że niedawno przemierzałam ulice Nowego Portu. Ku swojemu zaskoczeniu,o ile nie liczyć przystani promowej, byłam tam po raz pierwszy w życiu. Nie miewałam dotąd spraw do załatwienia, Nie miewałam dotąd spraw do załatwienia, znajomych. Dzielnica słynna była zawsze ze swoich lokali, w których mówiono wszystkimi językami świata i przepijano zarobione w pocie czoła na morzu pieniądze. W portowych knajpach, prócz picia i jedzenia, zapewniano również i inne usługi. Słynął z nich lokal „Albatros”, po którym dziś – szukałam – nie pozostał najmniejszy ślad.

    Julita Bielak:
    Mama rozwiązałaby zagadkę, zna wiele szczegółów z życia Królowej i Księcia Małżonka🙂

    Jarek Suchoples:
    Ela II.

    Ewa Maria Slaska:
    Kochani przeniosę Wasze komentarze pod wpis, a na razie dodam, że oczywiście, HM Elżbieta II – i że nie tylko Mama Julity by wiedziała, ale ona sama też wiedziała. Mnie zawsze najbardziej wzrusza, że Elżbieta poszła do wojska na własne życzenie i że ostro musiała walczyć z rodziną o realizację tego zamierzenia.
    Julita dostanie coś w nagrodę, tylko muszę przez chwilę pomyśleć, co.
    I rzeczywiście, Julita ma rację, „Mewy” Goszczurnego – jak wstawiałam ten wpis na bloga, to cały czas myślałam o tym, że oczywiście były dwa dzieła, w których dziewczyny się pokazały, „Zły” Tyrmanda i właśnie „Mewy”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s