Pierwszy piątek czerwca

Roman Brodowski

Cicho! – uspokajał mnie Mietek, dotykając palcem ust – oni jeszcze tam są, czekają na kogoś – dodał, puszczając delikatnie gałąź rozłożystego świerku, tajemnicę naszego schronienia.
Milicjanci stali spokojnie obok muru okalającego naszą starą kopalnię, rozmawiając o jakiejś przygotowywanej akcji. Szkoda, że nie słychać z tej odległości, o czym oni rozmawiają, pomyślałem. Kogo lub czego ma ta ich akcja dotyczyć. Można by było przestrzec tego, na kogo się szykują, przed niebezpieczeństwem.
Wiatr coraz bardziej dawał się we znaki, a późnowieczorny mróz przenikając niezbyt grube kurtki, bezlitośnie ziębił ciało.
– Kiedy w końcu te psy się stąd zabiorą? – pytałem szeptałem przestworza, zły na cały świat. Skostniałe od zimna dłonie z trudnością trzymały zwinięty w rulon nowy wiersz, napisany wczorajszego popołudnia, a przeznaczony do przyklejenia.
Mietek trząsł się jak osika. W oczach jego coraz bardziej malował się strach, a na czole widoczne były pojedyncze krople potu. – Czy to warto tak się narażać na nieprzyjemności czy więzienie za tą twoją konspiracyjną pisaninę, którą i tak w firmie przeczytają tylko nieliczni?
Spojrzałem, zaskoczony, bo przecież kto jak kto, ale on, mój wieloletni przyjaciel, z którym przez wszystkie lata nauki dzieliłem pokój w internacie, dla którego byłem i jestem niemalże jak brat, i kogo jak brata traktuję, właśnie on wątpi w sens naszych działań, mających przecież na celu ukazanie naszej niezgody na to, co się dzieje, na stan wojenny.
Tak, to prawda, przyjacielu. Ryzykujemy i możemy ponieść koszty tego ryzyka. Ale czy nie warto? Naprawdę nie widzisz w tym sensu? – odpowiedziałem. – Nawet jeżeli te wiersze, ta jak mówisz pisanina, którą wieszamy nielegalnie i pod osłoną nocy tam, gdzie rano łatwo będą je mogli przeczytać przechodzący na szychtę górnicy, nawet jeśli przeczyta je zaledwie kilka osób, a może nawet jedna, i będzie to dla nich pokrzepieniem w tym narodowym nieszczęściu, to bądź przekonany że czynimy dobro większe, niż możemy sobie wyobrazić. To przecież ty – kontynuowałem moją myśl – cierpliwie namawiasz mnie do uczestnictwa w niedzielnych nabożeństwach kościelnych, to ty starasz się wpajać we mnie wszelkie pozytywne wartości zawarte w biblii, którą tak dokładnie czytasz.  Więc przypomnij sobie, czego te twoje mądre księgi uczą. „Choćbyście pomogli tylko jednemu z moich maluczkich, to tak jakbyście pomogli mi samemu”. To słowa Jezusa.  A więc, jeżeli wierzysz w to wszystko, o czym ze mną tak często rozmawiasz, to masz dzisiaj okazję sprawdzić siłę twoich przekonań w praktyce, a nie tylko w teorii.
Mietek milczał, a ja dopiero wówczas, gdy opadły emocje, zrozumiałem w jak perfidny sposób użyłem jego poglądów religijnych, naruszając najważniejszą sferę intymności, jego wiarę i poczułem się z tego powodu bardzo podle.
Nagle usłyszeliśmy odgłos twardo stąpających po ubitym śniegu stóp, zbliżających się powoli w naszym kierunku.
To już po nas! – powiedziałem.  Uciekajmy! może nas nie dogonią – dodałem, podnosząc się energicznie z ziemi.
Leż spokojnie!  – odparł Mietek, chwyciwszy mnie za ramię.
Milicjant zbliżył sie do miejsca naszego azylu na około dziesięć kroków, po czym rozpiąwszy spodnie, wysikał się, ciężko przy tym wzdychając. Następnie, wyraźnie zadowolony, popatrzył w kierunku kolegów i zaczął przeklinać głośno swą ciężką i źle płatną służbę.
Leżeliśmy tak przez kilka minut, wtuleni w lepki śnieg, czekając na najgorsze.
Mietek blady ze strachu modlił się, całując co jakiś czas srebrny medalik, ja gryzłem palce, by nie daj Boże przypadkiem nie wydać jakiegoś mogącego nas zdekonspirować dźwięku.
Nagle do stojących funkcjonariuszy podjechał radiowóz czyli suka, z którego wysiadł porucznik w towarzystwie swojego rotweilera czyli ormowca.
– Plutonowy do wozu! – zawołał donośnym głosem w naszym kierunku.
Policjant dopiąwszy szczelnie mundur biegiem udał się do wozu i odjechał wraz z innymi, a my podnieśliśmy się z ziemi i, patrząc na siebie z niedowierzaniem, długo staliśmy w milczeniu.
Upewniwszy się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykonać nasze dzieło, przykleiliśmy butaprenem na murze trzy niepozorne kartki, zawierające mój gniew   przeciwko tym – między innymi – którzy jeszcze przed paroma minutami tu stali, przeciwko polsko-niepolskiej władzy.
Następnie oddaliliśmy się spokojnie, wiedząc, że nie był to nasz ostatni raz.
Po powrocie do „Domu Górnika“, gdzie mieszkaliśmy, Mietek poprosił mnie o wspólną modlitwę dziękczynną na intencję tego, że Pan Bóg otoczył nas opieką i pozwolił szczęśliwie powrócić z akcji. Zgodziłem się oczywiście, mimo wewnętrznego sporu.
Bo przecież…, może jednak istnieje.

Berlin  14.03.2013

Biały kruk

Ukryty pośród zakurzonych ksiąg.
Czekający swojej pory biały kruk
Śpi niemym pożądaniem objawienia.
Ideą ukrytą w iluzorycznych słowach.

Na czarnej oprawie znak cierpienia.
Błogosławione narzędzie słabości,
Symbol braterstwa zła i dobra,
Szepcący psalmy, oliwny krzyż.

Zapisane strony Bożego Testamentu
Wypełnia ginąca bezpowrotnie prawda
Karmiąc ostatek nadzieją odkupienia,
Ofiarą złożoną z trzydziestu srebrników.

Ta wielka tajemnica prostej wiary
Ten proroczy obraz rzeczywistości
Umiera w cierniowej koronie dogmatów,
Ubierając w światłość boga tego świata.

A ja błądząc po stronicach objawienia
Szukam mojej drogi do ziemi obiecanej
I odnajduję: odium, chorobę, śmierć.
Sąd, ostatni akt stwórczego dzieła.

Lecz ufny nadal trzymam płonącą lampę.

Przedsionek raju

Słońce bezlitośnie wypala
Resztki wysłużonej nadziei,
Pustynie modlą się o deszcz

Jednak nikt tego nie słyszy.

Dziewicze niegdyś puszcze
Pozbawione dostojeństwa
Wznoszą kikuty ku niebu

Jednak nikt tego nie widzi.

W umarłych korytach rzek
Woda przenosi bezpłodność,
Pachnąc ludzkim władaniem

Jednak nikt tego nie czuje.

Tworzymy własny Armagedon
W powietrzu unoszą sie fekalia,
A zmierzch kończy tragifarsę

Jednak nikt tego nie rozumie.

I nikt już nie czeka wybawienia.
I nikt nie prosi o ziemie obiecaną,
Pokora odeszła w pohańbieniu.

A my stoimy w kolejce do raju.

Żory, 14. 03. 1987

Obok Prawdy

Na odwiecznym wernisażu
Dziwnie sakralnej wyobraźni,
Jak gołąb, prosto ku niebu
Wyleciały z mej pamięci
Słowa wszystkich modlitw.

Dawidowe psalmy dziękczynne,
Sto pięćdziesiąt pieśni
Otuliła nieznośna cisza.
Zamilkły sterylnie zamknięte
W ukrytych nieszporach.

W kanonach kompozycji
Ujrzałem doskonałość formy.
Idealne proporcje postaci
Patrzące na mnie ze ścian
Jak na intruza
W galerii Bożego przybytku.

Wyszedłem zniewolony
W asymbiozie myśli.
Stojący przy drodze Krzyż
Objął mnie starym ramieniem,
A łzy poczęły płynąć po twarzy
I poszedłem przed siebie
Ad limina apostolorum
W poszukiwaniu prawdy.

Berlin 30.03. 1992

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s