O motylach i innych robalach

Aleksandra Puciłowska

O motylach i innych robalach

Wiesz, bo to nawet nie o to chodzi, że się czujesz jakoś specjalnie prześladowany, czy że boisz się, że cię będą chcieli spalić na stosie… To byłoby nawet i chyba znośne – człowiek, by się poczuł przynajmniej bohaterem i podreparował trochę swoje ego. Tu idzie jednak o coś zupełnie innego, co może i na co dzień ci nawet nie doskwiera, tylko czasem wyłazi spod szafy, jak jakiś cholerny karaluch, który niebezpiecznie zmierza w twoim kierunku, by zapaskudzić ci życie.

Bo jak człowiek tak żyje swoim zwykłym trybem i zamiast zajmować się pierdołami, skoncentruje uwagę na codziennych obowiązkach, czy nawet i jakiejś pierwszej lepszej książce z regału, to się czuje – w istocie rzeczy – całkiem normalnie. Jada się śniadania, jeśli się nie zaśpi. Chodzi się na uniwerek. Odwiedza znajomych. Czasem pójdzie już nawet i na ten sport, który się opłaciło z góry, bo miało to niby motywować do regularnych odwiedzin hali sportowej. Takie tam – zwykłe życie mieszczucha, który niespecjalnie lubi wyróżniać się z tłumu. I tak sobie żyjesz tym życiem całkiem zwyczajnym – dopóty dopóki nie przyjdzie ten cholerny karaluch, co siedział do tej pory pod szafą czy jakąś komodą, udając że ciebie nie ma. Ten stan wzajemnej ignorancji utrzymuje się jednak zawsze tylko przez jakiś czas. Człowiek pod szafę nie zagląda, bo i po co? A karaluch co jakiś czas lubi jednak wyleźć spod niej. Nie zadziera głowy do góry, bo mu matka natura tejże perspektywy poskąpiła, pełza więc tak tylko po tej podłodze i szuka. Szuka, aż znajdzie. Obiektem poszukiwań jesteś ty, ale może stać się też ktoś inny. Sęk w tym, by odróżniać się od z góry założonej miary karaluchowatości. Ja wpisuję się, jako odmieniec-motyl, że niby tęczowy.

Rodzajów i maści tychże karaluchów jest całe mnóstwo. Jedne są mniej inne bardziej natarczywe. Każdy ma jednak jedną cechę wspólną – on bardzo chciałby, byś i ty wlazł do niego pod tą szafę. A to, że człowiek się pod nią nie mieści, nie pozostaje dla niego żadnym argumentem – przecież głowę można ściachać, a nóżki podkurczyć – i już będzie się wzorowym obywatelem pierwszej kategorii karaluchowatości. Człowiek zazwyczaj stara się w spory i kłótnie nie wchodzić, tyle że kiedy karaluch zaczyna się panoszyć w twojej sypialni, to przechodzi ochota na chowanie głowy w piasek. Bo sypialnia to w końcu sypialnia. Człowiek różne rzeczy w niej robi i niekoniecznie lubi się tłumaczyć z tychże czynności przed karaluchem, czy innym robalem. Niechby i mnie rozliczali z tego, czy przechodzę na zielonym albo czy uiszczam stosowne opłaty na różnego rodzaju konta bankowe. Ba, mogę też udowodnić, że potrafię dzieciaka odebrać z przeszkola, a i nawet zmiana pieluch nie pozostaje dla mnie tajemnicą. Tyle, że oni swoje. Że skoro w sypialni nie jest po karaluchowatemu, to oznacza, że dziecku czapki na uszy naciągnąć nie potrafię, a choćbym i dzieło na miarę Szekspira napisała, to to i tak będzie zamach na tradycyjne wartości i kulturę Karaluchowatej Polski. Bo jak pisać epopeje, to tylko, jako karaluch. Albo choćby w pelerynie karaluchowej. A nie, żeby jakieś gombrowicze, czy inne konopnickie kolorowymi skrzydłami małe karaluchy bałamuciły. Epopeja to epopeja, a nie żadna tęcza po deszczu.

Są karaluchy-misjonarze. Mają boga zwanego Karaluchem Wszechmogącym, który im przekazał, że jedynie karaluchy czystej maści mogą dostąpić zaszczytu życia w robalowatym niebie. I one tak bardzo chcą tam zaciągnąć i siebie i ciebie, że pozostają głuche na to, że tobie dobrze i bez nieba, i bez boga. I że wolisz nie ciachać sobie głowy, by zmieścić się pod szafą, że tobie dobrze, że dziękujesz za troskę, ale naprawdę – tobie nie trzeba…

Są też karaluchy-wychowawcy. Boją się głównie o swoje małe karaluchy. Że skoro ty paradujesz po motylowemu, a nie karaluchowatemu, to te małe też wyjdą spod szafy i będą chciały latać, jak owe zaobserwowane motyle. Tyle że żaden motyl sam się pod szafę nie pcha. Był tam w końcu – jeszcze jako poczwarka z rodziny robalowatych. Jakoś nigdy nie czuł się dobrze, a kiedy wyrosły mu skrzydła, miał dwa wyjścia – podkulić je i pozwolić by zarosły kurzem, albo je rozwinąć i wylecieć spod szafy na wolność i powietrze. Żadnemu małemu karaluchowi skrzydła do latania zdatne w końcu nie wyrosną, więc i dlaczego miałby się wzbijać w powietrze, skoro na ziemi mu dobrze i bezpiecznie..?

Bywają karaluchy-bojówkarze. To rodzina karaluchowatych, którą najmniej rozumiem. Nie lubią kolorów czy skrzydeł – trudno powiedzieć. Próbują w każdym razie, wyrwać motylom skrzydła, a kolory zapaskudzić brunatną farbą.

Są i karaluchy-moralizatorzy. Opowiadają głównie o tym, że jak ich podszafowy świat karaluchowaty długi i szeroki, nie ma tam motyli. A jeśli są to podkulają skrzydła i grzecznie znoszą swą odmienność, próbując przybrać barwy ochronne. A skoro tak było tak za dziada i pradziada, to i teraz tak musi być. I już. Dyskusję z nimi prowadzić niezwykle trudno, niestety.

Wszystkie te robale spod szafy wywołać jest niezwykle łatwo. Wystarczy zbyt głośno odstawić szklankę, mocniej tupnąć nogą, albo spróbować wywietrzyć mieszkanie. Bo jak otwierasz okno, to im wieje pod szafą. A one lubią w kurzu i bez hałasu. Kompromisów szukać też nie jest łatwo, bo zawsze ktoś pozostaje niezadowolony. Pozostaje jakoś z tym żyć, czasem wietrzyć – pomimo wszystko – nie zważając na protesty karaluchowatych i mieć nadzieję, że i oni zaczerpną trochę tego świeżego i zdrowego powietrza. Dzielimy w końcu razem to mieszkanie, a każdy z nas – koniec końców – urodził się robalem. Jakoś przyjdzie się nam w końcu dogadać. Takową żywię nadzieję – ja – przedstawicielka motylowatych.

Poprzedni tekst Oli o motylach: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/03/zwiazki-partnerskie/

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Aleksandra Puciłowska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O motylach i innych robalach

  1. Julita pisze:

    Dawno się tyle nie nauśmiechałam. Tym najlepszym z uśmiechów, ledwie dostrzegalnym. Znakomity tekst, a temat bardzo mi bliski.
    „/…/ Każdy ma jedną cechę wspólną – on bardzo chciałby, byś i ty wlazł do niego pod tę szafę”.
    Karaluchy-wyciągacze sekretów. Zaproszą do coffeeheaven, troskliwie posadzą przy stoliku / wiem, wiem: plecami do ściany, jak to nazywalaś? – starą sycylijską zasadą/ i z czujnym spojrzeniem zaczną przesłuchanie. A ponieważ sami nic nie wnoszą do rozmowy, może nie chcą, może nic im się nie przytrafia ciekawego, tak jakoś wyjdzie, że powiemy za dużo. Zwierzymy się, żałując, zanim upiliśmy pierwszy łyk / no pij tę kawę, póki gorąca/. Potem, jeśli spotkanie będzie się przeciągać, z nudów zrobimy z siebie pajaca, wodzireja kameralnego balu bawiącego towarzystwo. No i mają nas, złapanych, zniewolonych. Wściekłych.
    Zdarzają się też karaluchy patetyczne: nie idą, nie jedzą, nie mówią. Oni kroczą, spożywają, twierdzą. I nie śmieją się, w ogóle się nie śmieją.
    Są tacy, co podobno potrafią ich unikać

    • Aleksandra Pucilowska pisze:

      Myślę, że owych karaluchów patetycznych mamy, ostatnimi czasy, prawdziwy urodzaj w naszej drogiej Polsce. Unikać ich trudno, bo mnożą się nam w oczach. I jakoś tak dziwnie zlepiają się w jeden tłum z kolejnym rodzajem robalowatych: karaluchami-pokrzykiwaczami.

      Żadne z powyższych się nie uśmiecha, to smutna sprawa. Życie bez usmiechu musi być okropnie ciężkie.

      Uśmiechnijmy się za nich i dla nich, więc 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s