Bigos i ciemne okulary

Krystyna Koziewicz

O stereotypach polskich i niemieckich

Każde społeczeństwo ma wspólny kod kulturowy. Zarówno Polaków jak i Niemców łączy język, tradycja, historia i zwykła ludzka mentalność.

W zasadzie można powiedzieć, że o Niemcach wiemy bardzo wiele, choć moim zdaniem wciąż za mało ich znamy. Podobnie jest z nami. Zresztą oni patrzą na nas, na nasz kraj innymi oczyma.

Od 22 lat mieszkam w Berlinie, aktywnie działam w środowisku polonijnym, uczestniczę w spotkaniach kulturalnych, politycznych, biznesowych, turystycznych. Ale mieszkam też wśród Niemców, zaprzyjaźniona jestem z Niemcem, pracowałam w niemieckiej firmie.

Początki życia w obcym mi otoczeniu nie spowodowały zmian w moim zachowaniu. Byłam sobą, zachowywałam się normalnie, bez cienia kompleksu: mówiłam po polsku, nosiłam dżinsowe ciuchy – szczyt elegancji na owe czasy. Dziwiła mnie tylko reakcja Niemców na polską mowę, w ich oczach widziałam naboje gotowe do strzelania. Któregoś razu usłyszałam w metrze od „gotującego się ze złości” starszego pana, że „hier spricht man Deutsch”. Podobna sytuacja spotkała mnie, kiedy z wnuczkami w autobusie gawędziliśmy po polsku, co doprowadziło starsze małżeństwo do furii. Obserwując ich złość mieliśmy świetny ubaw. Jeśli kiedykolwiek spotkałam się z demonstracją wrogości wobec Polaków, to przeważnie byli to ludzie starszej generacji. W pracy senackiej, gdzie miałam do czynienia z politykami i urzędnikami państwowymi, nikt nigdy nie dał mi odczuć, że jestem kimś gorszym,  nawet w sytuacji, kiedy kaleczyłam niemiecki.  Tylko jeden Niemiec nabijał się ze mnie, szydził i głośno ironizował, ale udawało mu się do momentu, kiedy oznajmiłam wszem i wobec, iż od następnego dnia musi sobie przynosić kanapki i kawę w termosie, bo ja go już więcej nie będę obsługiwać. „Mądralińskiego” czekała z mojej strony jeszcze jedna niespodzianka, a mianowicie wobec jego kolegów – poinformowałam ich bowiem, że złożę na policji skargę na mobbing i wrogość do obcokrajowców. Ów urzędnik był do tego stopnia zaskoczony, że nagle stracił głos, a oczy zaszły mu chyba bielmem. Widać było najwyraźniej, że strzał był celny! Zresztą to w moim stylu, nie wybucham od razu, lecz czekam na właściwy moment. Także w tym przypadku nie było inaczej, on – Niemiec szydził, a ja – Polka czułam się z tym fatalnie. Co się później okazało, nie byłam w ogóle świadoma, że moja groźba mogła zakończyć jego karierę jako urzędnika państwowego. Facet oprzytomniał, na drugi dzień przyszedł z przeprosinami i od tej pory mnie ostentacyjnie faworyzował, aż mnie to wkurzało. Zresztą, nigdy tego typa nie polubiłam. To jedyna sytuacja, kiedy doznałam od Niemca przykrości. Więcej nie było!

Natomiast faktem jest, że miło się słucha o zaletach Polaków. Ja osobiście uważam, że mamy więcej zalet od wad, ale Niemcy widzą nas inaczej i kiedy słyszę o pijakach, brudasach, cwaniakach, złodziejach, nie ukrywam, że mina mi dziwnie rzednie. Ja wiem, że na pewno zasługujemy na lepszą ocenę, a według Niemców zalet mamy tyle co palców u rąk, a może jeszcze mniej. Za to lista wad ciągnie się w nieskończoność. Przejdźmy najpierw do pozytywnego wizerunku Polaka. Polki wg Niemców uznawane za najpiękniejsze kobiety świata, które imponują elegancją, pracowitością i gospodarnością. W czasach kryzysu Niemcy z podziwem patrzyli, jak radzimy sobie z życiem w obliczu pustych półek. I w tym miejscu zrodziła się w głowie myśl-dygresja, że naprawdę należy się nam pomnik Matki Polki Peerelowskiej, a nie tylko ten z dowcipu o kobiecie ze sznurkiem w ręku, która zastanawia się jak związać koniec z końcem. Pomnik, a jakże. Jesteśmy bowiem mistrzyniami świata w pokonywaniu trudności zaopatrzeniowych. Niemcy wysoko cenią inną naszą cechę – dbałość o gniazdko rodzinne, choć mniej mają wyrozumiałości dla Polek, które traktują mężów jak dzieci: podają jedzonko, dolewają zupkę, zaopatrują  w kanapeczki. Niemiec sam sobie parzy kawę, jada śniadanie w kantynie, a na obiad żona czy partnerka serwuje mu zupę z puszki. W przeszłości zdarzyło mi się w pracy w niemieckiej firmie głośno pomyśleć, „co mam ugotować na obiad?” Reakcja była dość typowa; „Chcesz powiedzieć, że codziennie gotujesz obiady? Zwariowałaś, przecież pracujesz, od czego są bary i inne kioski z fast-foodem?” Niemcom nie trzeba więc codziennie gotować czy pucować mieszkania. Znajomy Niemiec ożeniony z Polką obsypuje żonę co jakiś czas kosztownymi prezentami, wychwalając pod niebiosa prowadzenie domu i chyląc czoła nad jej ciężką pracą. Zainteresowana, jaki to zawód wykonuje owa idealna żona, usłyszałam, że prowadzi dom, gotuje, prasuje, robi zakupy, myje okna, sprząta, pieli ogródek. Faktycznie, u mnie na klatce schodowej, a może i w całym sześciopiętrowym domu zapachy z kuchni dochodzą tylko od zamieszkałych tu Polek, reszta jada z puszki lub chłodziarki, a w weekendy chodzi się całymi rodzinami do restauracji.

Najwyżej ceniona jest nasza polska gościnność. Nie dziwota. Pamiętam historię o tym, kiedy Niemka wspólnie z mężem pojechała do Polski na złote gody teściów. Po powrocie ciekawość kolegów z pracy paliła, padały pytania, jak było? To, co opowiedziała, przyprawiło słuchaczy o zawrót głowy: „osiem godzin siedzieliśmy przy stole i bez przerwy podawano jedzenie”. Nie dowierzano, a kiedy dodała, że ludzie cały czas jedli, to już było trudne do wyobrażenia. Na niemieckim przyjęciu poczęstunek wygląda ubogo: na stole paluszki, chipsy, orzeszki, tylko napojów do wyboru do koloru. Przyjęcie zaczyna się od tortu i kawy, a gdzieś tam po pięciu godzinach serwuje się zupę gulaszową, albo chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym.

Z niezrozumieniem, ale i podziwem patrzą Niemcy na naszą fantazję lub brak wyobraźni. Często opowiadam znajomemu Niemcowi o pomysłach, które zamierzamy realizować np. w branży wydawniczej czy kulturalnej. Kiedy oznajmiłam, że otwieramy Dom Polski czy organizujemy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy bez jednego centa, ów pukał się w głowę. Gdy potem widział efekty, prawdziwe „cuda wianki”, to za Chiny nie był w stanie pojąć, jak my to robimy?

Stereotypy o Polakach krążące w społeczeństwie niemieckim, jakby się kto pytał, egzystują po dziś dzień, jednakże zauważa się powolny zwrot w pozytywnym kierunku. Wejście Polski do Unii stanowiło dla nas, Polaków nominację do lepszego kręgu, choć daleko nam do elity. Owszem, Niemcy z niepokojem obserwowali wybory w Polsce, bojąc się zwycięstwa Kaczyńskiego. Tusk ma (a może raczej miał) wysokie notowania, Wałęsa jest i pozostanie legendą, której oddaje się najwyższe honory. Tak samo jest z Mazowieckim czy Bartoszewskim. Prasa coraz częściej donosi o sukcesach polskiej gospodarki, na Targach ITB czy podczas Zielonego Tygodnia koniecznie trzeba zaliczyć polskie hale, bo tam można kosztować i smakować do woli, i jeszcze wyjść z pełną torbą gadżetów. Na imprezach polsko-niemieckich królują pierogi, bigos niestety traktowany jest znacznie gorzej ze względu na zapach, który irytuje wrażliwe niemieckie nosy.

Jako że zaprzyjaźniona jestem od kilkunastu lat z Niemcem, mam rzadką możliwość spojrzeć nieco głębiej w niemiecką duszę i mentalność, i zastanowić się nad różnicami, jakie dzielą oba społeczeństwa, tak w sferze kulturowej, jak i politycznej. Mój znajomy bardzo kibicuje Polsce po tym gdy, jak sam powiada, poznał mnie i moje środowisko. Wniosek nasuwa się jeden, nasze codzienne zachowanie, postawa, aktywność, udział w wydarzeniach kulturalnych powoduje, że Niemcy nareszcie przestają opowiadać żarciki o Polaku-pijaku, brudasie, nierobie, złodzieju i kobietach lekkich obyczajów. Jeszcze przed 20 laty przyjaźń z Polką, czy małżeństwo w niektórych kręgach na pewno nie przynosiło chwały. Dzisiaj nie wytyka się już Niemcowi, że ożenił się z Polką. Dawno, bodaj 13 lat temu zdarzyło mi się zaprosić znajomego Niemca, a właściwie sam się wprosił do mojego domu. Przyniósł ze sobą koszyk z kawą, słodyczami, owocami oraz plastikowe talerzyki, widelce, serwetki, płyn do naczyń. Przeżyłam szok, bo nie zrozumiałam intencji, a on na to: „no wiesz, byłem w Instytucie Polskim na chłopskim przyjęciu i tam jedliśmy palcami, nie było serwetek”…to mi wystarczyło, by poczuć zażenowanie. I pomyśleć – jedna impreza nawiązująca do zmierzchłych czasów może zrodzić mit, że nie umiemy używać widelców i serwetek. Albo ich nie mamy. Niemcy wyjątkowo zdolnie potrafią przejaskrawić rzeczywistość. Taka na przykład wypowiedź (poprzedniego) Ambasadora RP w prasie niemieckiej, że w Niemczech zbyt łatwo można kraść samochody, a Niemcy nie radzą sobie ze złodziejami. Reakcja mediów była natychmiastowa, na wszystkich portalach i w gazetach ataki i bezpardonowa krytyka Ambasadora, bo jak można wytykać Niemcom wady, skoro ich system świetnie funkcjonuje.

O Niemcach mówi się, że są zimni i gburowaci. Nie okazują uczuć. W tym stwierdzeniu jest wiele racji, ale za to, jeśli chodzi o kobiety, Niemcy są też mało wymagający. Na tle emancypowanej feministki niemieckiej wszystko, co w zakresie organizacji domu zaoferuje Polka, będzie graniczyło z cudem i doczeka się pochwały. Choć nie przyjdzie ona szybko, bo Niemcy raczej niechętnie chwalą. A jak już, to bardziej… siebie.

No cóż, niektóre stereotypy faktycznie wynikają ze specyfiki danego narodu, z tradycji. Skądś się wzięły i są powody, że trwają. Jednak zazwyczaj są to cechy przejaskrawione, a szczególny akcent kładzie się na wady. Stereotypy biorą się zazwyczaj z braku wiedzy lub zazdrości. Przekazywane bezmyślnie, często krzywdzą. Nie można włożyć wszystkich do jednej szufladki. Coraz więcej podróżujemy po świecie, dzięki temu mamy okazję przekonać, ile prawdy jest w stereotypach. Nasz polski wizerunek w Niemczech będzie ulegał dalszym zmianom. Na korzyść, oczywiście! Nie mamy zatem powodów, by ich przekonywać, że nie mają racji. Muszą tylko zdjąć ciemne okulary, które, jak mi się czasem wydaje, noszą chyba na stałe, nocą i w tunelu. I wtedy wszystko jest jasne!

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Krystyna Koziewicz i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Bigos i ciemne okulary

  1. pharlap pisze:

    Bardzo ciekawe. No cóz, stereotypy mają długie życie. Mnie ten wpis przypomniał fragmet z książki Szkoła janczarów autorstwa Alojzego Twardeckiego ( http://pl.wikipedia.org/wiki/Alojzy_Twardecki ). Rozważania na temat niemiecko-polskich małżeństw. Według niego układ Niemiec-Polka jest bardzo niekorzystny – ona będzie narzekała na jego chłód, on na jej brak organizacji i porządku. Za to układ odwrotny – idealny. Ale to było pisane 45 lat temu.
    Mam jednak przykład we własnej rodzinie, Mój zięć jest z pochodzenia Niemcem. Jedna rzecz jest pewna – żadnych puszek, czy kantyn – obiad codziennie w domu. Na szczęście nasza córka zawsze lubiła czystośc i porządek w domu, ale jednak po ślubie podniosła poprzeczkę. Z drugiej strony jej mąż jest człowiekiem bardzo wrazliwym, czułym i romantyczny. A obiady u jego rodziców – oboje urodzeni w Królewcu – bardzo wystawne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s