Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

28 listopada 2013 roku. Jadę do Archiwum Państwowego w Gdańsku, oddział w Gdyni. Ta Gdynia okaże się nadzwyczaj ważna, bo o ile budynek w Gdańsku znajduje się w samym centrum miasta, na ulicy Wałowej, o tyle oddział w Gdyni, o, to już zadanie i wyzwanie. Telefonuję na Wałową i otrzymuję adres w Gdyni. Handlowa 11. Patrzę na mapę. Nie ma. Sprawdzam w spisie ulic – nie ma. Dzwonię. Miły pan tłumaczy mi, że muszę pojechać do Cisowej i że archiwum znajduje się na granicy z Rumią. W Rumi byłam raz w życiu, sto lat temu – szliśmy stąd na grzyby do pobliskiej Puszczy Darżlubskiej. Poza tym Rumię zna każdy, kto się interesuje polityką i stosunkami polsko-niemieckimi, bo było to miejsce urodzenia Eryki Steinbach. W Cisowej nie byłam nigdy. Mówię to panu po drugiej stronie linii telefonicznej. Proszę przyjechać do Gdyni i koło Dworca wsiąść na ulicy Wójta Radtkego koło Hali w autobus R. Trzeba dojechać do Coca Coli. Jadę, szukam, wszędzie gdzie można pójść źle, zgodnie z prawem Murphy’ego idę źle. Ale jest. Jest przystanek, jest autobus, jest pani w autobusie, która tłumaczy mi, gdzie mam wysiąść, bo kierowca nie wie. Jadę. Jadę. Jadę. Tereny przemysłowe, hale, terminale, fabryki, estakady. Ostatnio widziałam takie krajobrazy w filmie „Dziewczyna z lilią” według Borisa Viana. Wysiadam. Słońce, błękitne niebo, wielki nadmorski wicher. Budynek Archiwum w remoncie. Jest jeszcze bardziej filmowo niż przedtem. W głębokich wykopach stoi głęboka woda. Chyba nigdy nie widziałam tak głębokich wykopów i takiej ilości błota i błotnistej wody.

archiwum-blotoWchodzę przez drzwi bez tabliczki, że to tu i bez stopni do wejścia. W środku hol bez światła. Szukam na oślep. Jest sala, jest miła pani. Wypełniam dziesiątki papierów, w tym rewersy z czasów przed cyfryzacją. W tym archiwum jest miło, ale wydaje się, że wszystko tu sięga czasów przed cyfryzacją. Także przepisy. Nie wolno fotografować, nie wolno kserować, nie wolno korzystać z artykułów młodszych niż 30 lat. O wszystko trzeba złożyć pisemny wniosek i dostać zezwolenie. Wreszcie o godzinie 12:28 wjeżdża do pracowni wózek z teczkami. Fotografuję, oczywiście bez zezwolenia, teczki na biurku. Otwieram bez wyboru, skąd mogę wiedzieć, która będzie ciekawa. W pierwszej poprawki do wstępu do Albertiego, w tym tekst Mamy o jej drodze jako tłumacza.

archiwum-teczki-drzwiDruga od góry teczka opisana moim pismem „Pieśni i romanse Andaluzji” Garcia Lorca – bez Federica! Książka ukazała się zresztą nie pod tym tytułem tylko jako „Poezje”. Pod spodem naklejka: 1978-1983 Archiwum Państwowe w Gdańsku Zespół 2417 numer 1807. W teczce tabelka – zapis, ile zarobiła Mama na tej książce.  W roku 1978 za tłumaczenia 28 tysięcy, w roku 1980 – 64450, w roku 1981 – 15925, 1983 –  143 850. Dodatkowo w roku 1981 za prace graficzne – 24350. Razem ponad ćwierć miliona. Ale co to jest? Dużo? Mało? Próbuję zrekonstruować miniony świat. Jednak jest to chyba dużo, w końcu byłam wtedy jeszcze w Polsce, gdzieś chyba mogę nawet sprawdzić, ile zarabiałam rocznie. Kilka lat wcześniej, gdy pracowałam na uniwersytecie, miałam pensję 1200 złotych miesięcznie. Honoraria są więc zupełnie niezłe. Kiedyś, za jakiś większy jednorazowy zarobek Mama przy pomocy mojego męża kupiła Ojcu malucha. Ale to było wcześniej, a też, jeśli dobrze pamiętam, były to pieniądze za sprzedaż dużej partii grafik. Jednak w roku 1980 jest to dużo pieniędzy. Ale może wcale niedużo, w końcu w tym czasie mama pracowała już nad tłumaczeniami od 20 lat i chyba nigdy nic na nich nie zarobiła. Ale jednak jednorazowo – dużo. Upieram się przy tej myśli, bo próbuję sobie przypomnieć, czy miałam poczucie, że rodzicom się właśnie lepiej wiedzie. Wydaje mi się, że nie. Ich świat zawsze, w moim odczuciu dziecka czy młodej kobiety, był światem bez pieniędzy, a jego hasłem było – „nie wolno dać się opanować masie towarowej”. Był to świat, w którym starczało na książki, muzykę i kino, jak się dało, to na podróże zagraniczne – po Polsce nikt nie jeździł, co najwyżej do Warszawy, ale to nie były podróże. Z trudem starczało na jedzenie, na luksusy – na pewno nie. W tym świecie Ojciec kiedyś mi powiedział, że nie ma rękawiczek, bo nie ma pieniędzy. W tym świecie pozbierałam kiedyś butelki w piwnicy, umyłam je, odniosłam do skupu, a pieniądze oddałam Mamie. Potem jednak było lepiej. Można było kupić tego malucha i telewizor. Reszta to była jakaś zbieranina mebli po ludziach i wykonanych przez Tatę z innych mebli i płyty paździerzowej. Kiedyś pojawił się dywan, ale nie wiem, czy też był od kogoś. Co się stało z tymi pieniędzmi, które Mama zarobiła za Lorkę? Rodzice nie umieli oszczędzać i nigdy nie oszczędzali, albo więc przejedli te honoraria, albo coś za nie kupili.

Ale co? Przechodzę w myślach z pokoju do pokoju – dziecinny czyli nasz, kiedyś Kasi i mój, teraz mieszkamy tam z Markiem i Jackiem, ale w tym czasie właśnie się przeprowadzamy. Czyli wszyscy mieszkamy już gdzie indziej, teraz to pracownia Mamy do pracy nad tłumaczeniami. Nasze stare szafy, stary tapczan, stare biurko. Obok pracownia Ojca, te same od zawsze regały, ładny stary stół zamiast biurka, stara wersalka. Centralny, pokój oddzielający resztę świata od pracowni Mamy. Wersalka, regały, fotele. Porządne, ale nic nadzwyczajnego. Telewizor. Stary? Nowy? Od kiedy tu jest? Nie pamiętam. Pokój Mamy, tak zwana czarna pracownia, czarna, bo tu się wykonywało odbitki graficzne, wykonywało, a i jeszcze raz czy drugi wykona się w czasie teraźniejszym lat 80. Kuchnia – wykrojona z korytarza i starej wielkiej łazienki – meble z lat 60, stare, prze-strasznie stare, poniszczone. Łazienka i ubikacja – lepiej nie mówić. Żadnych naczyń, żadnych serwisów, sreber, kompletów garnków, ręczników, pościeli. Mnóstwo książek, dużo dobrej grafiki, jasne, nie tylko Mamy, ale i kolegów czy koleżanek, trochę obrazów, ale niewiele i nieważnych, trochę egzotyki przywiezionej z rejsów i wyjazdów. Piękna stara mapa. Kilka pięknych muszli – trofeum Ojca z pobytu na wyspach tropikalnych. Mieszkanie nie remontowane od lat. Remont w mieszkaniu pełnym książek to katastrofa. Mama mawiała, „remont nad nami wisi, a czasami spada”.

Na co poszły te pieniądze? Na życie? Pewnie tak – na życie.

Za tydzień, w sobotę: Wigilia mojego dzieciństwa

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

  1. Kasia Krenz pisze:

    Pamiętam, oglądane w naszym „centralnym”, wiadomości z Portugalii donoszące o rewolucji goździków (port. Revolução dos Cravos), kiedy to podczas wojskowego zamachu stanu, 25 kwietnia 1974 r., doszło do obalenia dyktatury następcy António Salazara – Marcelo Caetano. A wcześniej, wiadomość o śmieci Víctora Jary, który kiedyś, wraz z zespołem (? dziura w pamięci, ale zaraz wyjeżdżam, spieszę się) odwiedził po koncercie w Hali Stoczni Gdańskiej nasz dom i prześpiewali wspólnie z ludźmi z Bazy do rana. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu, 11 września 1973, kiedy władze w kraju objął gen. Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł więcej grać na gitarze pieśni rewolucyjnych, którymi podburzał lud. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecnie stadion nosi jego imię). Ciało muzyka, podziurawione 40 kulami, wyrzucono na ulicę. A wcześniej… Cofam się jeszcze głębiej w czasie, pamiętam, że musiałam na lekcje polskiego oglądać spektakle Teatru TV, a więc wychodzi mi na to, że telewizor (prod. NRD) pojawił się w roku 1970 lub 71.

  2. ewamaria2013 pisze:

    O Boże, oczywiście zespół taneczno-muzyczny z Chile. Rodzice ich nazywali potem „Chilijczycy”. Myślę, że w papierach znajdzie się kiedyś grafika, którą Mama zrobiła według szkicu wykonanego w Hali Stoczni. Byłam tam wtedy z rodzicami, pamiętam świetnie ich występ, to że poszliśmy za kulisy, ich wizytę u nas, ale nie wiedziałam, ani kto to był, ani co się z nimi potem stało. Jaka przejmująca historia! Dziękuję Kasiu.

  3. ewamaria2013 pisze:

    Samochód też musiał być wcześniej, przed wydaniem Lorki i wypłatami z Wdawnictwa, bo pamiętam, że jechaliśmy nim we trójkę, rodzice i ja, do Warszawy w okresie Solidarności. Odebraliśmy go poprzedniego dnia wieczorem z przeglądu w warsztacie sąsiada, współpracownika ubecji. Następnego dnia na szosie podczas jazdy straciliśmy koło, rzucało nas od krawędzi do krawędzi szosy, po lewym i prawym pasie, na szczęście nic nam się nie stało, bo szosa była absolutnie pusta. Zatrzymaliśmy się, okazało się, że pogubiliśmy tzw. szpilki niechlujnie dokręcone w warsztacie. Trochę to było dziwne, bo w przeglądzie był silnik, a nie koła. Wiem, że nikt z nas tego nigdy nie powiedział na głos, ale i Ojciec i ja zadawaliśmy sobie pytanie, czy to był przypadek czy…?
    W każdym razie jechaliśmy do Warszawy, aby wziąć we trójkę udział w audycji Krzysztofa Baranowskiego jako tzw. „marynistyczna rodzina”. Opowiedziałam podczas tej audycji o maszynopisie mojej powieści. Mówiłam, że to narracją człowieka, który utonął w morzu. Po audycji zadzwonił do mnie redaktor naczelny Wydawnictwa Morskiego i poprosił o maszynopis „Portretu z ametystem”. Książka ukazała się w kilka miesięcy później, 12 grudnia 1981 roku, w przeddzień ogłoszenia stanu wojennego.

  4. Kasia Krenz pisze:

    W samolocie dobrze się myśli: to był zespół założony przez pieśniarkę chilijską, która nazywa się Margot Loyola!

  5. ewamaria2013 pisze:

    Tak, oczywiście, Margot Loyola! Jak w ogóle mogłam zapomnieć? Ona jeszcze żyje, ma prawie 100 lat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s