Z archiwum Exodusu 1

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

urodziny
Zbigniew Milewicz

Urodziny

Gospodarzem imprezy jest „Indyk”. Ma wśród mieszkańców obozu taki pseudonim, bo po pierwsze lubi się chwalić. Po drugie, kiedy wypije, robi się czerwony, jak indor i kiedy

„Inżynier” przestrzega go, że szlag trafia tylko raz, zwykle śmieje się i odpowiada, że zna lepsze szlagiery. Na przykład ,,w gorącym słońcu Casablanki…” Jedno mamy miejsce, tu jest twój ciasny, ale własny kąt… Ą zawodzi ochrypłym barytonem i zaraz dodaje, że to jego miejsce jest i będzie w Bundes, bo jego dziadek wprawdzie służył w legionach Piłsudskiego i dochrapał się tam stanowiska starszego rotmistrza, ale pochodził z Mysłowic, więc był poddanym pruskim. Toteż on „Indyk” śmiało może startować na pochodzenie i ma gdzieś wątpliwości ,,Inżyniera”. Na miejscu kumpla zastanowiłby się raczej nad tym, czy jego matka, z którą „Inżynier”nie widział się od chwili wyjazdu z kraju, a więc od ośmiu lat, jeszcze żyje. Wtedy miała 68 lat i od tamtej chwili nie wysłał jej nawet pocztówki. Pewnie starsza pani zamartwiła się na amen brakiem wiadomości od synusia. „Inżynier” obrusza się: bzdura, raz wysłał, zaraz na samym początku, ale później dali mu kopa z pensjonu, w którym mieszkał i musiał sobie szukać innego kąta. Na pewno więc mama odpisała mu na stary adres, a obecnego nie zna, bo skąd. Fakt, że wypadałoby odezwać się, ale jak wytłumaczy jej tyle lat milczenia? Co napisze o sobie? Ona ma intuicję, nie uwierzy w jakiś jego wyimaginowany sukces. Kiedy zaś przyzna się, że praktycznie niczego dobrego – poza sławą dobrego pijaka i złodzieja w ciągu tych ośmiu lat życia na Zachodzie nie osiągnął, to ją załamie. Starsza pani ma chore serce i beznadziejnie wierzy w uczciwość swoich dzieci. Kiedy jeszcze mieszkał w Poznaniu, mało się nie przejechała na numerze, który wykręcił jego młodszy brat. Jednego dnia do domu wpadła milicja i bez słowa zgarnęli synusia. Jak się później okazało, za włamania do Pewexów. Starszy syn miał matce zrekompensować ten cios. Ukończył Politechnikę i jako dobrze zapowiadający się absolwent wydziału budownictwa lądowego znalazł się w biurze, gdzie za trzy i pół tysiąca złotych miesięcznie kazali mu segregować jakieś bezsensowne papierki. Marzył mu się raczej zagraniczny kontrakt gdzieś w Iraku albo w Egipcie i twardowalutowe apanaże, za które mógłby sobie zafundować upragnione BMW i dalsze podróże po świecie. Na łapówkę kontraktową niestety nie miał środków, matka z nauczycielskiej renty też nie mogła dołożyć, ale słyszał, że na Zachodzie Polacy na własną rękę i to w szybkim tempie dorabiają się fortuny, postanowił więc sam spróbować dorobić jeszcze jedną, własną. Do Niemiec było najbliżej, poza tym miał w Bremie stryja, który czasami przysyłał listy – pisał, że tęskni za rodziną. W Niemczech też mieli najlepiej płacić za prace budowlane… Wizę dostał na miesiąc. Przez ten czas spodziewał się „odkuć”, przynajmniej na używane, jakieś pięcioletnie BMW. Stryj owszem, ugościł bratanka, ale po trzech dniach grzecznie wyprosił go z mieszkania pod pretekstem wyjazdu z rodziną na wczasy do Hiszpanii. Nie poczytał mu tego za złe, po trzech dniach i tak brakowało im tematów do rozmowy, a stryj roboty żadnej też nie potrafił załatwić. Za to dał stówkę na drobne wydatki, a od stryjenki wałówkę na drogę.

„Indyk” rozlewa’ następną kolejkę i każe kumplowi po raz nie wiadomo który relacjonować, jak dziewczyny we Frankfurcie obrobiły go z forsy. „Inżynier” nie ma ochoty odgrzewać tego wspomnienia, ale ponieważ jestem nowy w towarzystwie, to mi powie. Dwie Niemki zdjęły go ze stopu na rogatkach Bremy i zawiozły autem do Frankfurtu. I tak nie wiedział, dokąd ma jechać. Na miejscu okazało się, że panienki pracują w wesołym interesie i w jakimś barze, do którego go zaciągnęły i gdzie urwał mu się film. Musieli mu w tym barze czegoś dodać do sekta, bo przecież miał wtedy jeszcze mocny łeb. Świadomość odzyskał dopiero nocą, na jakimś skwerze, torba turystyczna leżała obok, ale z czterystu marek, które stanowiły jego cały majątek, nie znalazł ani feniga. Policjantom z patrolu, którzy chwilę później zainteresowali się jego osobą, próbował łamaną angielszczyzną wytłumaczyć, co się stało, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwy baru, ani miejsca, gdzie się znajdował.

Tak się zaczęła jego zachodnia przygoda, która trwa do dziś. O melinach z bezdomnymi, w których mieszkał i o zwyczajach panujących w lagrach dla azylantów i przesiedleńców i tych co jadą dalej na emigrację, zarówno tych we Frankfurcie, jak i monachijskich, mógłby „Inżynier” napisać książkę. Ale kto by ją czytał? Takim starym emigrantom, jak on niepotrzebna, bo to wszystko przeżyli na własnej skórze, a w kraju i tak większość ludzi patrzy na Zachód, jak na raj. Dlatego tym nowym, co przyjeżdżają nikt nie wytłumaczy, że mają na nosie różowe okulary.
– Pożyjesz tutaj „Indyk” trochę, to je zdejmiesz – mówi ,,Inżynier”.
Ma za sobą dwa wyroki za kradzieże. Zaczął od wynoszenia wódki z Aldiego, póżniej wyspecjalizował się w skórach z eleganckich domów handlowych. Za pół ceny bez problemu znajdowały zbyt w obozach. Wpadł na głupim tytoniu na skręty, a następnym razem – na flaszce whisky, ale przecież i tak prawie wszystko z tego, co miał z kradzieży, to przepuszczał na alkohol. Po odwykówce, na którą namówiła go ostatnia narzeczona, Czeszka, nie pił prawie rok. Kiedy dziewczyna wyjechała do Kanady, znowu zaczął, ale już nie tak, jak kiedyś.
– Pracowałeś? – pytam.
– Jasne. Najpierw na „czarno”, na różnych budowach, za siedem, albo osiem marek na godzinę. Później na „biało”, za dwanaście, trzynaście. Za każdym razem były to podrzędne funkcje pomocnika budowlanego, po których wysiadły „Inżynierowi” dyski i musiał pójść do zmywania naczyń w knajpach. Innej pracy jako auslender, nie potrafił sobie załatwić i to mimo iż nie miał żadnych trudności językowych. Już po dwóch latach nieźle mówił po niemiecku. Mógł jeszcze załapać się na dworcowego sprzątacza, ale te cholerne dyski mu nie pozwalały. Kiedy więc stwierdził, że żadnej kariery zawodowej tutaj nie zrobi, wrócił pod pretekstem złego stanu zdrowia na socjal – trzysta parę marek miesięcznie to też w końcu pieniądz – a na kielicha zaczął… naciągać „Hertiego” albo ,,Kaufhof”. Ale teraz i z tym przystopował. Nie uśmiecha mu się przymusowy wyjazd do Polski. Powiedzieli mu na policji: jeszcze jedna kradzież i musi opuścić Bundes. I tak są nad podziw tolerancyjni. Dostał dwie odsiadki po pół roku i do zapłacenia w sumie kilkaset marek grzywny, w ratach, ale mógł pozostać w Niemczech, dalej na tym samym pobycie tolerowanym.

Czy chciał kiedyś sam wrócić do kraju? Owszem, zaraz na początku, ale wprowadzono stan wojenny i został. Jakoś tych osiem lat zleciało, a teraz…? Wróciłby, ale z czym, jak dziad z czarno-białym telewizorem z wystawki i ciuchami z Caritasu?

,,Indyk” jest przeciwieństwem ,,Inżyniera”. Postawnej postury i niezłomnej wiary, że podbije Niemcy, jako wykwalifikowany stroiciel organów i fortepianów. O jego zatrudnienie ubiegała się już telewizja bawarska oraz filharmonia, ale nie mógł przyjąć żadnej oferty, bo jeszcze nie ma niemieckich papierów. Siedzący przy stole wybuchają spontanicznym zdrowym śmiechem. Skrzydła boksu, w którym mieszka „Indyk”, wykonane tak jak wszystkie – z prześcieradeł, uchylają się. Wzrok Wernera, który dzisiaj ma nocny dyżur w biurze, omiata zastawiony flaszkami stół i dwa łóżka, na których siedzi towarzystwo.
– Mąż ma dzisiaj urodziny – wyjaśnia żona „Indyka”, też zaczerwieniona na twarzy, ale z tego powodu, że kłamie.
– Ach tak, to wszystkiego najlepszego – uśmiecha się sztucznie Werner. – Ale o dziesiątej proszę zgasić światło, inni chcą spać.
W obozie, zwyczajowo można tylko wtedy się napić, kiedy ktoś ma urodziny. Szczęśliwie na sali mieszka około 70 osób – Polaków, Jugosłowian, Węgrów i innych, więc prawie co dzień można zrobić imprezę. Pojutrze zdaje się moja kolej.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Z archiwum Exodusu 1

  1. Steen Miller pisze:

    Czesc druhu, wez poczytaj sobie o naszych rodakach (a moze i o nas samych) sprzed cwierc wieku. Pozdrawiam serdecznie, Zbyszek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s