Z archiwum Exodusu 2

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

nakrycie
Zbigniew Milewicz

Nakrycie dla wędrowca

Staszek przekręca klucz w stacyjce i spogląda na zegarek, dochodzi druga po południu. W nocy, jak dobrze pójdzie, powinni dotrzeć na miejsce. Oni, to znaczy: kierowca, jego żona, córka, syn i wiktuały z Aldiego, które wiozą dla niedojadającej rodziny w Polsce. Siedzący w samochodzie są dobrze odżywionymi Niemcami, którzy myślą po polsku, czy też Polakami z niemieckim obywatelstwem, co fordowi zresztą spływa po błotnikach. Zapłacili w firmie za jego wypożyczenie, więc niech sobie będą, kim chcą i jadą dokąd chcą.

W przededniu Wigilii ruch na ulicach Monachium jest wyraźnie ograniczony. Ci, którzy zaplanowali sobie świąteczne wczasy gdzieś W Alpach, Paryżu, czy na Karaibach, wyjechali wcześniej. Inni już po trochu ucztują w swoich domach, choć Dzieciątko jeszcze się nie urodziło, ale jest Wochenende. Na 20 kilometrów przed niemiecko-czechosłowacką granicą Staszek myli drogę. Stuka więc do drzwi jakiegoś przydrożnego, zamkniętego na cztery spusty zajazdu. Stara kobieta uchyla okno, taksuje badawczo przybysza, po czym przywołuje wnuka i mówi mu po bawarsku, że jakiś Prusak zabłądził. Dla Bawarczyka każdy obcy, czyli nie bawarczyk, to Prusak i Staszek, aczkolwiek niechętnie, musi się z tym pogodzić. Konformizm przychodzi z wiekiem. Przed dwudziestu paru laty w Krakowie, gdzie studiował prawo, dał w zęby pewnemu Krakusowi za to, że tamten nazwał go Hanysem. Jestem Ślązakiem, mawiał z przekonaniem, ale nie Niemcem.

Ojciec Staszka pochodził z Wilna, mama z Chorzowa, dawniej Królewskiej Huty. Pasją ojca było zakładanie rodziny, więc w rok po ożenku doprowadził do rozwodu, wyjechał na Pomorze i po pewnym czasie powtórnie się ożenił. Staszek wychował się przy boku mamy i jej rodziców, w typowej rodzinie z pogranicza, gdzie mówiło się trzema językami – po polsku, po Śląsku i po niemiecku. Niemieckiego używano wówczas, kiedy w grę wchodziły Ważne Sprawy dorosłych, o których Staś nie powinien wiedzieć. Gwarą porozumiewali się z niektórymi krewniakami i znajomymi, ale językiem głównym był polski. Obowiązywał z urzędu i serca.

Pradziad Staszka po kądzieli był prostym górnikiem, człowiekiem poczciwej natury i czuł się Niemcem. O prababce wiadomo niewiele, zaledwie tyle, że pacierze wolała odmawiać po polsku oraz że zmarła wkrótce po urodzeniu dwunastego, albo trzynastego dziecka. W związku z tym smutnym wydarzeniem, częścią dzieci zaopiekowali się krewni. Erwin, dziadek Staszka trafił mając 16 lat do domu kuzyna ś.p. mamy, w którym hołubiono polską kulturę i tradycje. Podobnie, jak jego ojciec i większość braci, Erwin poszedł pracować do kopalni. Dla chleba, bo jego pasją był cyrk, zwłaszcza popisy zręczności, i śpiew. Nowy dom pomógł mu te młodzieńcze upodobania częściowo spełnić. Stryjeczni bracia wciągnęli Erwina do sekcji gimnastycznej „Sokoła”, polskiej organizacji, która działała na Śląsku i poza ćwiczeniem tężyzny fizycznej i celnego oka u młodzieży na wypadek konieczności militarnej samoobrony, zajmowała się jej edukacją patriotyczną. Później wstąpił do „Lutni”, polskiego towarzystwa śpiewaczego, gdzie poznał Annę, swoją wielką miłość i przyszłą żonę. Tym sposobem dołączył do ludu, który kiedy nadszedł czas powstań śląskich, nie rzucił ziemi, skąd jego ród. Podobnymi, choć przecież nie takimi samymi, oryginalnymi w swych liniach osobistych wyborów, a może i przeznaczeń, drogami poszli jeszcze dwaj bracia Erwina. Reszta, albo wyznawała swą przynależność do rasy germańskiej, albo też uważała, że Ślązak to ani Niemiec, ani Polak, tylko Ślązak i basta. Charakterystyczne jednak, że na tle tych podziałów nie dochodziło do żadnych istotnych konfliktów w rodzinie, nie naruszały one wzajemnej życzliwości i przywiązania.

Kiedy dziadek Staszka szedł na trzecie powstanie, spotkał w sieni rodzinnego domu starszego brata Jerzego, który mieszkał wspólnie z ojcem. Jerzy ubrany w mundur Grenzschutzu, wracał właśnie ze służby.
– Kaj to idziesz, Erwin? – zapytał.
– Na powstanie, pysk wom utrzeć – lekko odparł młodszy brat.
– A mosz jako giewera? – zainteresował się tamten.
Erwin przytaknął i pokazał Jorgowi jakiś mały pistolet, bodaj czy nie Browning.
– Tym psinco zrobisz – mruknął starszy, po czym sięgnął do kabury i dał bratu sporych rozmiarów służbowego gnata wraz z zapasową amunicją.
– Z Panem Bogiem – pożegnał się Erwin.
– Wracaj szczęśliwie do domu – odrzekł po niemiecku Jorg.
Uścisnęli się i rozeszli, każdy w swoją stronę.

Kobiety w rodzinie reagowały bardziej nerwowo w różnych dramatycznych momentach. Rankiem 1 września 1939 roku Hela, starsza córka Erwina, spotkała na ulicy swoją kuzynkę Gretę. Nawiasem mówiąc nie przepadały za sobą wzajemnie.
– Heil Hitler – przywitała Greta Helę.
– Dzień dobry – odparła Hela i wymierzyła kuzynce mocny policzek.
W południe w oknach niemal wszystkich domów przy ulicy, przy której mieszkali dziadkowie i przyszła mama Staszka wraz ze swoją młodszą siostrą, wisiały już hitlerowskie flagi. Wyjątek stanowiły okna mieszkania Erwina, który w domu miał tylko flagę biało-czerwoną. Pięknie odprasowana przez Annę, leżała w szufladzie komody, jak zwykle przygotowana już na święto 3 Maja. Kiedy do drzwi zastukał sąsiad, pełniący jakąś ważną funkcję w NSDAP i już zza zamkniętych drzwi, z pretensją w głosie wytknął domownikom karygodny brak, w progu stanęła 18-letnia panienka w polskim stroju harcerskim. W ręku trzymała kuchenny nóż, a dla przybysza miała następującą propozycję: albo zostawi ich rodzinę w spokoju, albo będzie miał do czynienia z tym oto narzędziem, bo dobrowolnie żadne z nich takiej szmaty w oknie nie wywiesi. Ważniaka z wrażenia zamurowało. Na szczęście w tym samym momencie przyszli z miasta rodzice wraz z młodszą córką i sumitując się za zachowanie starszej latorośli, za które mogły im wszystkim grozić poważne kłopoty, obiecali niezwłocznie wywiesić właściwe barwy.
– Hela ostatnio trochę choruje na nerwy – załgali się przed sąsiadem. Oczywiście musieli skądś lub z czegoś tę flagę wytrzasnąć. Anna uszyła ją naprędce z jakichś starych wsyp na pierzyny.

Konformizm przychodzi z wiekiem i w strachu.

Staszek przerywa rozmyślania, bo zbliża się kontrola paszportowa. Na granicy z Czechosłowacją, jak wymiótł, przed nami stoi tylko jakaś „Skoda” z przyczepą, załadowana używanymi oponami. Wszystko w porządku, można jechać dalej. Czeski celnik, na dźwięk polskiej mowy, wychodzi z roli uroczego bywalca europejskich salonów, który tylko mocą jakiegoś dziwnego zbiegu okoliczności przebrany został w mundur granicznego kontrolera. Z zawodową rutyną sprawdza, co za towary Staszek wiezie, ale zbytnio nie chce mu się pracować, więc po chwili wraca do postawy wytwornego światowca i życzy podróżnym szczęśliwej drogi.

Smutną szarość czeskich miast w nocy barwią plakaty: ,,Havel na Hradl”, porozklejane szczodrze w wyborczej kampanii na murach kamienic i w sklepowych witrynach. Z więzienia, z pozycji opozycyjnej zakały, na prezydencki fotel. Nieźle. Miło patrzeć, jak wszędzie kruszeją betony systemu, który tak, jak nazizm, pogardzał człowiekiem i jego prawami.

W 45 roku, kiedy wojska marszałka Koniewa wkroczyły do Chorzowa, Erwina postawiono pod murem. Nie miał czasu, a także komu wytłumaczyć się, że walczył w powstaniu przeciw Niemcom, a czas wojennego poboru do Wehrmachtu przesiedział w piwnicy, za kopcem kartofli. Ten, kto tak jak on posiadał Volkslistę z numerem 3, uznawany był przez Wyzwolicieli za faszystę, a więc podlegał wysiedleniu w głąb Rosji lub likwidacji.Erwina niemal w ostatniej chwili uratował polski oficer. Zaręczył, zgodnie z prawdą, że znają się od lat i to z jednej strony barykady.

Wojna przetrzebiła zarówno rodzinę Anny, jak i Erwina. Jeden z jej braci, wcielony do Wehrmachtu, poległ zaraz na początku, w 39 roku; drugi uznany został za zaginionego na froncie. Dwaj bracia Erwina – Maks i Paulek zginęli pod Stalingradem, także w mundurach żołnierzy Wehrmachtu. Jorg przeżył, wzięty do niewoli amerykańskiej, osiedlił się po wojnie w Niemczech. Hanek, młodszy brat Erwina, działający w czasie okupacji w szeregach Armii Krajowej zmarł na początku lat 50, na krótko po wyjściu z aresztu katowickiego UB, w którym przebywał pół roku w związku z podejrzaniem o wrogą działalność na szkodę państwa.

Taki sam zarzut spotkał Staszka w marcu 1968 roku w Krakowie. Na krótko przed obroną pracy magisterskiej wylądował w celi na Montelupich i choć odsiedział w niej tylko miesiąc, ta sprawa długo się za nim wlokła. Na początku groził mu wilczy bilet z uczelni. Dzięki przedsiębiorczości mamy, czyli owej Heli, córki Erwina, no i jej łapówkom, przez które zadłużyła się po uszy, udało się jednak tego uniknąć. Ale potem przez lata odmawiano Staszkowi paszportu, zawsze z tych samych ,,innych względów wagi państwowej”.

W latach 70, w okresie świetlanego panowania Edwarda Gierka, syna ziemi zagłębiowskiej, łatwiej było wielbłądowi przejść przez ucho igielne, aniżeli przeciętnemu Ślązakowi na Śląsku wspiąć się po szczeblach kariery społecznej i zawodowej. Staszek wiódł więc marny żywot radcy prawnego w pewnym przedsiębiorstwie handlowym w Katowicach, choć marzyła mu się przecież lepiej płatna i ciekawsza praca, a przede wszystkim podróże po świecie. Kiedy ożenił się i na świat przyszli w rocznych odstępach córka i syn, znalazł sobie jeszcze trzy radcowskie ćwierćetaty, ale i to ledwie wystarczało im na życie i opłacenie spółdzielczych dwóch pokoi z kuchnią. Z nastaniem ,,Solidarności” włączył się w działalność. Później wypadki potoczyły się szybko: stan wojenny, weryfikacja, bezrobocie. Żeby wraz z rodziną przetrwać trudny czas, wziął się wspólnie z kolegą, którego wywalili z pracy w telewizji, za wyrób huśtawek dla dzieci. Kolega namówił Staszka do wyjazdu na stałe do RFN.

Wybrali się tu we dwie rodziny, natychmiast, kiedy tylko otwarto znowu polskie granice. O dziwo, tym razem Staszek i jego żona bez przeszkód otrzymali paszporty.
W formularzu paszportowym, w rubryce ,,cel wyjazdu”, napisali: „turystyczny”, ale wszyscy tak przecież robili. Na miejscu nie chciał złożyć podania o azyl, wybrał starania o uzyskanie dokumentów stwierdzających niemieckie pochodzenie narodowościowe. Kiedy urzędnik w Ausgleichsamcie zadawał Staszkowi pytania w stylu, jakie książki niemieckie czytali jego dziadkowie i mama i jakich kompozytorów lubili, gładko recytował nazwiska Goethego, Schillera, Nietschego, Wagnera i Schumanna. Nie mógł przecież powiedzieć, że przede wszystkim rozczytywali się w dziełach Sienkiewicza i Kraszewskiego, że znali na pamięć całe strofy z „Pana Tadeusza”, że mama w wolnych chwilach grywała na pianinie Chopina. Brzydził się sobą, za to strojenie się w germańskie piórka, wyobrażał sobie, że w tej chwili jego dziadkowie i mama przewracają się z oburzenia w grobach, ale brnął w uprzejmym dialogu z urzędnikiem.
Słodkie owoce konformizmu.
Teraz, po raz pierwszy po sześciu latach jadą na święta do Polski. Pamięć podsuwa obrazy Wigilii z dzieciństwa i lat młodości. Stół w jadalni nakryty śnieżnobiałym obrusem, krucyfiks, dwie świece w lichtarzach, opłatek, dodatkowe nakrycie dla wędrowca. Zawsze zastanawiał się, czy ktoś kiedyś zasiądzie na tym miejscu i kim ów Wędrowiec mógłby być.
Najczęściej wyobrażał go sobie, jako strudzonego starca z kijem podróżnym w ręku i z węzełkiem na plecach. Innym razem widział jeźdźca na spienionym koniu, w rozwianej burce. Obrazy z literatury romantyczne, którymi zarażono go w domu i w szkole. Teraz sam jest tym wędrowcem.
– Gdzie spędzimy Wigilię? – pyta Staszek żonę.
– Może u mojego brata – zastanawia się Barbara.
Mieszkanie przed wyjazdem wynajęli znajomym; nie chcieliby im przeszkadzać przynajmniej dzisiaj. Najważniejsze, że już widać polską granicę, a za nią dom. Jest w nim jeszcze bardzo biednie i niektóre meble stoją do góry nogami, a ludzie chodzą w nim zmęczeni z kąta w kąt, za bardzo nie wiedząc, co z sobą robić, ale miejsca w nim dla swoich starczy. Jest to dom ciepły, serdeczny i otwarty dla każdego, o progach, które nie są dla nikogo za wysokie. Staszek i jego najbliżsi wierzą, że znajdą w nim miejsce także dla siebie. Na razie tylko na krótką chwilę. Później może na stałe.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s