Z archiwum Exodusu 3

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

amerykanZbigniew Milewicz

Amerykan i inni

Skończyła się emigracja polityczna do Stanów Zjednoczonych, Australia nie przyjmuje, pozostaje Kanada albo RPA. W kraju klonowego liścia trzeba jednak mieć bardzo dużo zdrowia, żeby do czegoś dojść, natomiast w Południowej Afryce jest jak na wulkanie, biali uciekają przed czarnymi, rewolucja wisi w powietrzu, strach tam jechać. Eksperci z emigracyjnej giełdy niezmiennie więc typują, że w Bundes jest najlepiej. Każdy sposób na pozostanie tutaj, w tym raju ludzi zawsze ładnie pachnących i uśmiechniętych oraz marek leżących na ulicy, po które wystarczy się tylko schylić, jest dobry. Jeżeli nie da się udokumentować, że dziadek służył w Wehrmachcie, albo przynajmniej jedno z rodziców było niemieckiej narodowości, to najnowsze przepisy w sprawach przesiedleńców z Polski praktycznie wykluczają szansę na uzyskanie tzw. pochodzenia i wtedy trzeba radzić sobie inaczej.

Jeszcze rok, a nawet pół roku temu można było bez zbytniego trudu zdobyć tak zwaną ,,azylancką szmatę”. Wystarczyło pogadać z Januszem, on wiedział jak się smaruje takie specjalne życiorysy, żeby urzędnicy kupili temat. w podaniu o azyl bez skrępowania odcinało się więc kupony od autentycznych rewolucyjnych życiorysów ludzi, którzy przecież przeważnie zostali w kraju, mimo biedy i prześladowań. Pisało się obowiązkowo, że człowiek działał w „Solidarności” albo w KPN, brał udział w różnych antykomunistycznych demonstracjach i sabotażach, roznosił bibułę i był za to szykanowany przez reżim. Więziony, katowany, agenci bezpieki strzelali do niego, kiedy uciekał z obławy, a w domu bez przerwy miał rewizje. Taki mniej więcej tekst złożył w urzędzie azylowym Paweł Wymoczek, l8 lat, z Radomia. Latem 1988 r. Paweł został zakwaterowany w słynnej „stajni” na Gommelsdorferstrasse. Miał za sobą jakieś pijackie burdy w innym monachijskim obozie i, zdaje się, dwa lata poprawczaka w Polsce, za kradzieże i rozbój, ale o tym nie wspomniał w podaniu. Drobny, nieważny szczegół z przeszłości. Natomiast kiedy na Marienplatzu odbyła się demonstracja „Solidarności” w sprawie ujawnienia zbrodni katyńskiej, wystąpił w jej pierwszym szeregu i dał się sfotografować ze wszystkich stron na tle odpowiednich transparentów, haseł i osób. Zdjęcia z imprezy dołączył do wniosku o azyl.

Podobnie zresztą postąpiło wielu innych uczestników demonstracji i choć trudno tego typu ruchy rozpatrywać w kategoriach czystego, bezinteresownego patriotyzmu, to przecież nie można także odebrać ludziom prawa do lepszego życia. Nawet wtedy, jeżeli nie są u siebie i dążą do celu przy pomocy różnych tricków. Byleby tylko nie zostawiali za sobą spalonej ziemi i smrodu, bo ciągnie się on później za całym narodem, zwłaszcza tutaj, na emigracji.

Przykład Wymoczka – niestety nie jedyny. Parę tygodni po występach na Marienplatzu, użył noża w pijackiej bójce z kolegą z sali (nawiasem mówiąc, poszkodowany był słabszy fizycznie) i Pawłem zajęło się Kripo. Później na kradzieży skór wpadł Wojtek, krzykacz, który też ubiegał się o azyl i Stary, specjalista od sprzętu fotograficznego. Starego nie złapano na gorącym uczynku. Ktoś go sypnął, że trzyma w obozie kradziony towar, przyjechała policja, znalazła sprzęt, delikwent nie miał na to żadnego pokrycia w rachunkach, więc musiał pofatygować się do komisariatu, w celu złożenia odpowiednich zeznań. Niedługo po tej aferze, pod formalnym pretekstem upływu ważności wizy, otrzymał nakaz wyjazdu z RFN z trzydniowym terminem przekroczenia granicy. Wojtek spędził dwa miesiące w areszcie i p wyjściu na wolność pojechał w ślady Starego. Nie pomogło mu odwołanie do sądu, ani też wykombinowane zaświadczenie lekarskie, że jest chory na serce i wymaga dłuższego leczenia w jednej z klinik monachijskich. Urzędowy lekarz tej opinii nie potwierdził. Natomiast Wymoczkowi udało się pozostać w Monachium, bo znalazł dobrego adwokata, a tamten, za odpowiednią opłatą, okoliczności łagodzące w jego sprawie.

W ,,stajni” na Gamelu, zanim oddzielono łóżka od siebie gipsowymi przegrodami, mieszkało za moich czasów około 70 ludzi, głównie mężczyzn, przeróżnych narodowości, kultur, tudzież temperamentów i jest to temat na oddzielną opowieść, a może nawet – scenariusz filmowy. Chcę tylko powiedzieć, że właśnie w stajni poznałem Janusza, zwanego Amerykanem. Nie Amerykaninem, tylko Amerykanem i w trosce o autentyzm relacji tak będę go tutaj tytułował.

Było to dwa lata temu. Janusz miał wtedy 36 lat, był słusznej postury, mocno szczerbaty i prawie zawsze ubierał się na czarno, w czarne sztruksy, czarny sweter, czarną koszulę, do tego – czarny wąs i czarne włosy, od razu czuło się więc, że człowiek piastuje w sobie ważne tajemnice. Palił tylko Camele, jego ulubionym trunkiem była whisky i cały obóz wiedział, że chłopcy z amerykańskiej bazy wojskowej w Monachium to jego najlepsi kumple.

W Polsce, opowiadał każdemu, kto tylko chciał go słuchać, przez szereg lat działał w antykomunistycznej opozycji i współpracował z CIA, za co skazano go na 4,5 roku pozbawienia wolności, ale na mocy amnestii wyszedł z więzienia wcześniej. Bał się, żeby ludzie z bezpieki po kryjomu nie wsadzili mu kulki w plecy, dlatego na początku 1988 roku wyjechał turystycznie do RFN i zapisał się na emigrację polityczną do Stanów Zjednoczonych. W Chicago mieszka jego babcia i mnóstwo innych krewniaków, wszyscy są bogaci i mogliby Amerykana prywatnie sponsorować, ale on tyle zrobił dla rządu USA, że powinien tam wyjechać na jego koszt i otrzymać odpowiednią rentę w dolarach.

Whisky, którą między innymi i mnie hojnie częstował, dostawał przeważnie w prezencie od Amerykanów. Oni także opiekowali się Januszem w dzień i w nocy, żeby mu włos z głowy nie spadł. Jako ich zasłużony współpracownik mógł być śledzony, tu w Monachium, przez wschodni wywiad, dlatego stale miał obstawę. Zawsze ktoś szedł za nim, albo jechał autem, ale była to tak dyskretna robota, że nigdy żadnego agenta nie udało mi się wypatrzyć. Zdaniem obozowych sceptyków, Amerykan whisky kradł, a w więzieniu, gdzie stracił zęby, siedział nie za politykę, tylko za łobuzerię i tam naczytał się kiepskich powieści szpiegowskich, ale czego to ludzie z zazdrości nie plotą.

– Dlaczego nie wyjeżdżasz do Stanów? – zapytałem go kiedyś.
– Dwa razy już miałem wizę, sam konsul mi ją proponował, ale odmówiłem, bo chcę jeszcze w Europie wydać książkę.
Tę książkę, ściślej swoją autobiografię, miał już rzekomo w głowie. Wystarczyło tylko lekko wszystko uporządkować i napisać. Wtedy, nie pamiętam już z czyjej strony, jego albo mojej, padła propozycja, abym wystąpił w roli pierwszego czytelnika tej autobiografii i jednocześnie krytyka literackiego, bo strona merytoryczna miała pozostać wyłączną sprawą autora. Faktem jest, że zgodziłem się uporządkować mu wstęp do książki, bo ciekawiła mnie jej treść. Poza tym nie wiedziałem, czy mam do czynienia z nawiedzonym mitomanem, oszustem, głupcem w szatach mędrca, czy też rzeczywiście z tragicznym męczennikiem za Sprawę, za którego się podawał, gotowym nawet do współpracy z diabłem, żeby obalić fałszywego boga i sądziłem, że po zakończeniu wspólnego dzieła będę bliższy prawdy.
Książka, według życzenia autora będzie nosić tytuł – będzie, ponieważ niedawno Amerykan powiedział mi, że jeszcze nie jest gotowa – „Syn białego orła”. Profil ma faktycznie trochę orli i potrafi bujać w obłokach. Sam to przyznaje, ale twierdzi, że w książce nie zmyśli niczego, pod słowem honoru. Wszystko będzie od początku do końca oparte na faktach oraz dokumentach, które w większości przekazał urzędnikowi biura emigracyjnego w Monachium, albo chłopakom z bazy i dlatego nie możne mi ich przedstawić. Niektóre zresztą są nie do ujawnienia bez osobistej zgody konsula.
– Jakiego konsula? – pytam, jak skończony naiwniak.
– No, tutejszego konsula Stanów Zjednoczonych, z którym jestem w przyjaznych stosunkach – odpowiada Janusz z prostotą.

Amerykan pochodzi spod Tarnowa, ma średnie wykształcenie, jest byłym pracownikiem administracji państwowej, a ustroju komunistycznego nienawidzi m.in. z pobudek rodzinnych. W czasie okupacji wiele osób z najbliższej rodziny Janusza należało do Armii Krajowej, niektórzy mieli powiązania z Rządem RP w Londynie i za to po wojnie byli w różny sposób szykanowani przez polskie władze. Ojciec Janusza, partyzancki pseudonim „Młode Godło”, był dowódcą grupy AK, działającej na żywiecczyźnie, a zginął w marcu 1968 roku w krakowskim więzieniu Montelupich. Służba Bezpieczeństwa aresztowała go w związku z podejrzeniem o współudział w przygotowywaniu zamachu stanu. W lakonicznym telegramie o śmierci aresztanta, nie podano przyczyn zgonu. Nie wydano także rodzinie ciała zmarłego, pomimo usilnych, kilkakrotnie ponawianych starań.

Tym wydarzeniem chce autor zamknąć wstęp do swojej autobiografii, który stanowić ma uzasadnienie jego późniejszych życiowych decyzji. W tym momencie także przestaje mnie interesować sprawa książki, jej dalszej treści i procentów z honorarium, które Amerykan obiecuje mi po publikacji ,,odpalić”. Kiedy widzę, jak z gorączką w oczach spekuluje, ile dolarów może zgarnąć np. za przytoczenie swoich wzruszających rozmów z ojcem i za szczegóły z akcji wywiadowczych, które przeprowadził dla CIA na terenie Krakowa, doznaję małego olśnienia. Ta książka to jego trick, sposób na zdobycie na Zachodzie fortuny i sławy, choć może, myślę, całkiem wydumany i trochę spóźniony. Żegnając samozwańczego „Syna białego orła”, przypominam sobie pewne zdarzenie z dzieciństwa. Miałem wtedy 11 lub 12 lat i po lekturze książek Julesa Verne’a sporo nadziei na znalezienie jakiegoś podziemnego skarbu, albo lotniska z wyrzutnią rakietową, która mogłaby mi pomóc w locie na Księżyc. Popyt jest motorem podaży. Któregoś dnia jeden z klasowych kolegów powiedział mi w najgłębszej tajemnicy, że ma na podwórku przy swoim domu zejście do podziemnego lotniska, gdzie stoją różne latające maszyny i kiedyś mnie tam zaprowadzi. Oczywiście nie dotrzymał słowa, więc pewnego wieczoru zakradłem się pod jego dom i przy pomocy jakiegoś pręta otworzyłem metalową klapę na podwórku. Z czarnej czeluści wionął na mnie charakterystyczny fetor i przeszła mi ochota na dalszą eksplorację podziemnej tajemnicy. No i nie wróciła mi do dzisiaj.

Następna, ostatnia już, opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s