Ach jak przyjemnie…

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała…

Krystyna Koziewicz

Z obserwatorium zwykłej baby: Ach jak przyjemnie…

Styczniowego popołudnia bieżącego roku, a więc całkiem niedawno, znajoma zaprosiła mnie na noworoczne przyjęcie niemieckiego Towarzystwa Turystycznego. W zaproszeniu znalazła się informacja, że  podczas spotkania organizatorzy zaoferują bezpłatny poczęstunek, dokładniej rzecz biorąc – kolację – oraz upominek. Dla każdego uczestnika. Propozycję przyjęłam, choć powątpiewałam w obiecanki cuda wianki. Znając życie uznałam deklaracje za chciwy chwyt organizatorów, bo kto dzisiaj rozdaje prezenty bezinteresownie?
Nie wiedzieć czemu, od początku byłam sceptycznie nastawiona  do  kuriozalnych imprez, o których wcześniej słyszałam od mojej sąsiadki, ale zgodziłam się towarzyszyć znajomej ze względu na nasze dobre relacje. Pani była, jak mi się wydaje, nadzwyczaj łatwowierna i już często widywałam u niej różne przedmioty, na których zakup dawała się naiwnie namówić, a to magnetyczny materac za dwa tysiące euro, a to zdrowotna poduszka za 200 euro, czy witaminy po 550 euro jedna seria, ale żeby poskutkowało – potrzebne były dwie. Kupowała, bo wierzyła, że będzie zdrowa od tych przedmiotów o magicznej  mocy.
Prasa niemiecka donosi czasem o nabieraniu ludzi w starszym wieku i nabijaniu ich w przysłowiową butelką. Moja sąsiadka jest tego przykładem, niestety nie dało się jej wytłumaczyć, że ma być ostrożna. Tym razem znajoma zapewniała, że chodzi o turystyczne prezentacje, a ponieważ zamierza wybrać się w  świat, to akurat coś dla niej. No dobrze – pomyślałam.
Spotkanie miało miejsce w restauracji w centrum Berlina, która ma nawet dość dobre wpisy (zajrzałam na stronę internetową, to wiem). Poszłam pod wskazany adres, gdzie  znajoma już wypatrywała mnie w oknie, oznajmiając przy powitaniu, że chyba mi się nie spodoba. No i miała rację, bo już na pierwszy rzut oka było widać, że będzie paskudnie. Bo oto weszłam do cuchnącej od papierosów sali o ponurym wystroju, stoły poustawiane jak na partyjnym zebraniu i żadnych oznak, że to – niby – jubileuszowe, noworoczne przyjęcie.
Spoglądając na uczestników przeżyłam drugi szok. Trzon zebranych stanowili staruszkowie, na moje oko – w wieku 80-90 lat. Później okazało się, że byli jeszcze starsi, jak np. kobieta licząca 105 lat!  Ciekawskim wzrokiem wodziłam po sali, zobaczyłam „prezydialny” stół, na którym leżały rozmaite produkty: biżuteria, wypolerowane garnki, odkurzacz, jakieś dziwne lampy, patelnia i komórka dla seniorów. Czyli wiadomo, w co mnie znajoma wpakowała. Chciałam zrobić  w tył zwrot, ale sąsiadka przekonała mnie, bym  jeszcze chwilę odczekała. Organizatorzy szybko dostrzegli moją skwaszoną minę, usłyszałam uszczypliwe uwagi. „Co ci szkodzi?” – mówiła znajoma – „najwyżej pośmiejemy się”. Do śmiechu nie było jednak ani razu, ani tyci, tyci…!
Kiedy już wszyscy uczestnicy na własny koszt pozamawiali napoje, zaczęła się pierwsza prezentacja. Na pierwszy rzut poszła nadzwyczajna w świecie  poduszka – „ taka prostokątna,  super wygodna do przytulania, na której zmieści się cała głowa – wynikało z objaśnienia – po bokach ma dużo wolnego miejsca do przytulania, bo każdy powinien mieć własną”. I  tak przez 20 minut wymieniano przyjemności z puchatą poduszką. To cudo poszło w obieg, można było dotykać, przytulić, więc ludzie wyrażali zachwyt, kiwali potakująco głowami, przyznając racje prowadzącemu. Wtedy pojawiła się informacja, że kto natychmiast za jedne 99 euro kupi tę poduszkę, otrzyma dodatkowo ”piękne” prezenty. Zgłosiły się cztery osoby, wyciągając  pieniądze z kopert pełnych banknotów. Szczęśliwcy otrzymują prezenciki – bezcenne badziewie z pchlich targów, jak uchwyt do zbierania śmieci, żeby się nie schylać, rękawice i skarpetę do podgrzewania w mikrofalówce. Pozostali, którzy nie zdecydowali  się od razu, spoglądali z zazdrością, że przegapili okazję, bo od tej pory poduszka dla niezdecydowanych podrożała, dając tym samym wyraźny sygnał, co oznacza szybka decyzja.
Zaraz potem w ruch poszły trzy garnki antybakteryjne, mega energooszczędne za jedne 1200 euro, komórka seniora z budzikiem za 199 euro, patelnia za 299 euro, mini odkurzacz za 299 euro oraz lampy rozgrzewające: mała za 1600 euro, duża za 3200 euro. Wymieniając ceny prowadzący bezustannie powoływał się na uszczęśliwioną żonę – posiadaczkę tychże produktów. Ludzie zaczynają nabierać ochoty bycia  szczęśliwym, postanowili zostać posiadaczami porcelanowej patelni, lekkiego odkurzacza i uzdrawiającej lampy. Przy okazji rewelacja – prezentowane eksponaty są wyprodukowane w Chinach i Korei, które  aktualnie na świecie są liderami w eksporcie, a jakość jest najwyższa (to już nie niemiecka????).  Zauważam, że ludzie wierzą w każde słowo prezentera i potakują mu.
A mnie ciśnienie skacze niebotycznie – nie można przecież bezkarnie wysłuchiwać takich bzdetów! I te dające się zewsząd słyszeć głosy starszych ludzi, użalających się na obolałe ręce, nogi, kręgosłup. Uzdrawiająca lampa to dla nich zbawienie! Kupują lepszą wersję, tę za 3200 euro i dodatkowo otrzymują wszystko, co jest wystawione na stole, łącznie ze świecącą biżuterią.
foto forumowe 025 Uczestnicząc w tej dziwacznej tragikomedii nie wytrzymałam i ostentacyjnie wyszłam, co też  pewnie przyniosło ulgę prowadzącemu, bo po co mu taka, co nie wykazuje zainteresowania kupnem i jeszcze kpiny sobie urządza!
Okazało się, że przegapiłam wiele okazji do śmiechu, kiedy ludzie po trzech godzinach totalnego wyczerpania kupowali drobiazgi za niby symboliczne jedno euro, a gdy przychodziło do płacenia to kwota wynosiła 20 euro (no  bo przecież tak się tylko mówi – wyjaśniał prowadzący zdziwionym). Był też trik z darmową kolacją, do której trzeba sobie było zakupić napoje. Zapytałam znajomą, co o tym sądzi, ale nie potrafiła mi niczego logicznie wytłumaczyć. Był to klasyczny pokaz wciskania starszym ludziom produktów, które na co dzień za znacznie mniejsze pieniądze można dostać w każdym domu towarowym albo w internecie. Być może osoby, które nie mają siły iść do sklepu korzystają z tego typu prezentacji. Im jesteśmy starsi, tym bardziej przecież potrzebujemy przedmiotów, które zlikwidują bóle i ułatwią życie. Niełatwo jest być wydanym na pastwę starczej niedołężności.
Wiedzą to organizatorzy i rozmaitej maści pośrednicy, sprzedawcy, prezenterzy, wiedzą też, że emeryci mają oszczędności, po które lekką ręką sięgną. I wiedzą, że ci ongiś pełni energii życiowej ludzie tęsknią za sytuacjami towarzyskimi. Kiedyś życie toczyło się wśród ludzi, teraz człowiek zostaje sam z bólem i lękiem. Jak przyjemnie pójść na imprezę noworoczną czy na spotkanie jubileuszowe, jak przyjemnie dostać upominki, lampkę wina, ciasteczko, a czasem nawet obfitą kolację. Ach jak przyjemnie…

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Krystyna Koziewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Ach jak przyjemnie…

  1. pharlap pisze:

    Smutna to opowieść. W Australii też nie brak imprez tego rodzaju chociaż odnoszę wrażenie, że sprzedawcy nie są tacy bezczelni a klienci tacy naiwni. Swoją drogą to chętniej bym przeczytał wrażenia z wycieczki do Goslar – miejsca akcji szpiegowskiej powieści Grahama Greena – No man’s land.

  2. ewamaria2013 pisze:

    To proponuję wymianę – za opowieść o powieści Grahama Greena, której nie znam, opowiem o Goslar, bo byłam tam kilkakrotnie i mogę powiedzieć, że jakoś je znam.

    • pharlap pisze:

      Świetna propozycja! Zgadzam się, ale nie obiecuje zbyt wiele, bo to nie jest powieść wysokiego lotu. Natomiast w zamian oczekuję bardzo wiele 🙂

  3. lidia gluchowska pisze:

    hm, i tak to sie przypadkiem brutalna proza zycia ze szlachetna proza jednak splesc moze:)

  4. ewamaria2013 pisze:

    Ten pierwotny tekst o wycieczce głupków z Polski do Goslar to ja chyba nawet mogę gdzieś mieć – jak nie, to odtworzę, natomiast cała wiedza o Goslar i jego związkach z historią Niemiec przyszła później. Jak wyjeżdżałam z Polski do Niemiec, to może cokolwiek wiedziałam o muzyce niemieckiej, głównie o Bachu, małe conieco o literaturze – Goethe, Heine, Hesse, Mann czyli klasyka westernu, nieco więcej o filozofii, a reszta mojej wiedzy, zakładam zresztą, że była to przeciętna wiedza przeciętnego Polaka o Niemczech, wypełniona była bez reszty wojną i to raczej rzeczywiście wojną niż zagładą. Raczej zniszczenie miast i ucieczki, niż obóz i krematorium. Wszystko podszyte strachem. Trzeba było lat, żeby usunąć strach, poprzestawiać obrazy, uzupełnić luki, odkryć jakie synapsy łączą małe miasteczko Goslar z historią, bo trzeba było najpierw odkryć historię Niemiec. Trzeba też było zobaczyć, jaka jest rola małego miasteczka w kulturze niemieckiej, a to pozwala sięgać do tematu niemieckiego regionalizmu i prowincjonalizmu, do ubierania się w stroje na pół ludowe i mówienia dialektem. Ech, Goslar, rację mają wyznawcy Zen – niezależnie od tego, gdzie zaczniesz opowieść i tak powinna ona ogarnąć całość.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s