Miłość

Drogi cztelniku witryny Ewy Marii Slaskiej. Tradycyjnie już, w każdy pierwszy piątek miesiąca masz możliwość poznania twórczości Romana Zygmunta Brodowskiego, czyli mojej.
Od tego miesiąca zapraszam cię na spotkania z moją liryką, zawartą zarówno w prozie jak i poezji. Cykl ten rozpoczynam wierszami napisanymi w dalekiej przeszłości , a więc w okresie mojego prymitywnego, młodzieńczego jeszcze pojmowania świata, zwłaszcza jego najpiękniejszej emocji, jaką jest – Miłość.
„Zapach wiosennej miłości” – jest pierwszym opowiadaniem lirycznym, napisanym ponad trzydzieści lat temu, które do dzisiaj leżało w przysłowiowej szufladzie. Oddaję ci je w odcinkach, mając nadzieję, że i ty także znajdziesz w nim cząstkę siebie.

Roman Zygmunt Brodowski

Zapach wiosennej miłości

Przyciśnięty do okna, opuszczającego prawie pusty, pogrążony w dziwnej melancholii peron, pociągu, patrzyłem na oddalającą się postać mojej małej przyjaciółki. Stała milcząca, z wyciągniętymi w moim kierunku rękoma, jakby chciała się jeszcze raz do mnie przytulić, jeszcze raz ukryć w mych ramionach. Obok niej stali moi rodzice oraz najwierniejsi koledzy z mojego dzieciństwa, odprowadzający mnie w moją pierwszą samodzielną i bardzo, bardzo długą podróż.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie ten obraz tamtego wydarzenia zapamiętałem. Obraz ten śmiało można byłoby zatytułować „Pożegnanie z dzieciństwem” czy też „Wylot z gniazda”.
Tak, to prawda. Właśnie tamtego, letniego popołudnia opuściłem mój rodzinny dom, by rozpocząć samodzielne, z dala od najbliższych mi osób, życie. Wyjechałem do oddalonego o ponad sześćset kilometrów Bytomia, by rozpocząć naukę w szkole górniczej.
Z zamiarem tym nosiłem się od dawna. Kuszony ciekawą, dobrze płatną i, co najważniejsze, dla tak zwanych twardzieli, pracą, właśnie ze Śląskiem wiązałem moją przyszłość, moją nadzieję na szczęśliwe i dostatnie życie. To tam pragnąłem zbudować nowe, wolne od niedostatków bytowych, gniazdo, do którego (jak w znanej piosence o „Pueblo”) chciałem zaprosić tę jedyną, najpiękniejszą i od najmłodszych już lat najdroższą dla mnie osobę.

Przyjechałem do Bytomia i udałem się pod wskazany mi adres. W internacie ulokowano już kilunastu nowych uczniów, którzy, podobnie jak ja, widzieli swoją przyszłość, swoje „być, albo nie być” w czeluściach naszej bogatej w węgiel ziemi.
Po wypełnieniu niezbędnych formularzy, otrzymałem przydział oraz klucz do znajdującego się na trzecim piętrze, jeszcze niezamieszkanego, dwuosobowego pokoju.
W niewielkim pomieszczeniu znajdowały się dwa stare, ale w bardzo dobrym stanie łóżka, przy których stały małe, nocne szafki. Przy oknie stał niewielki prostokątny stół, pokryty obrusem z ceraty, oraz trzy krzesła, a po przeciwnej stronie masywna czterodrzwiowa szafa.
Postawiłem bagaże przy stole i, zmęczony całonocną jazdą, usiadłem na łóżku, gładząc zapakowany w foliowy worek, nowy puszysty koc. Pogrążyłem się w myślach nad tym, jakie będzie to moje nowe, na nowej ziemi, życie.

Nagle poczułem dziwny, nieznany mi dotąd niepokój. Zacząłem tęsknić za tym, co pozostało tam, na Pomorzu, za moim miasteczkiem, za ulicą, gdzie znałem każdy zakamarek i za przychylnymi, zawsze gotowymi pomóc w razie potrzeby sąsiadami. Ale najbardziej brakowało mi jej, mojej kochanej, najpiękniejszej na świecie Marysi. To dziwne, nie obawiałem się tego, że nie będzie przy mnie mojej dobrotliwej, drogiej mateńki, budzącej mnie każdego poranka do szkoły, zawsze uśmiechniętej i czułej. Ojca, którego darzyłem wyjątkowym szacunkiem, respektem, za to że potrafił być wymagającym, ale i pobłażliwym, surowym, a jednocześnie o gołębim sercu przyjacielem, czy też mojego wspaniałego rodzeństwa, brata i sióstr.
– Boże!, jak ja dam sobie radę bez niej, bez jej szczebiotu, uśmiechów, przekory. Bez codziennych pozdrowień, wspólnego odrabiania lekcji, wspólnych spacerów – rzuciłem półgłosem w przestrzeń pytanie. Wyjąłem z walizki leżący na wierzchu tomik wierszy Mickiewicza. Otworzyłem książkę, w której, z obawy przed uszkodzeniem ukryłem skarb, jakim była fotografia, podarowana mi przez Marię w dniu naszego pożegnania. Patrzyłem na nią długo, jak na obraz modlitewny, wiszący nad łóżkiem moich rodziców, do którego składaliśmy przed snem wraz z mamą podziękowania za przeżyty dzień.
Maria stała w niedokończonej jeszcze werandzie rodzinnego domu, odziana w białą modną bluzeczkę oraz spodnie marki „Wrangler”, kupione za dolary (prezent od jej brata) w Pewaksie. Rozwiane, delikatnie spływające po ramionach kasztanowe włosy, nieco przekorny uśmiech i piwne oczy, wywołały we mnie prawdziwą burzę emocji. Na odwrocie widniała napisana wiecznym piórem dedykacja, „Pamiętaj o mnie”, data i podpis.
Spojrzałem na puste, szarozielone ściany. W niczym nie przypominały ciepłych, w kolorze pustynnego piasku, na którym wisiała reprodukcja „Słoneczników” Van Gogha, ścian małego pokoiku, w którym spędziłem wraz z rodzeństwem całe moje dzieciństwo.

c.d.n.

Rozłąka

Tak – wyjechałem
Za chlebem
I za wolnością
Młodzieńczą,
Lecz nie od Ciebie
Kochana ty moja.
Ty jesteś ze mną
Ty jesteś we mnie
Jesteś nadzieją,
Ostoją.

Wiem, że to boli
Dzień w dzień
To czuję
Tęsknota, żal
Pustka wkoło
Bez ciepła serca
I karmy duszy
Nie jest, Kochanie,
Wesoło.

Proszę Cię
Wytrwaj,
Wówczas ja
Wytrwam
Cierpliwym czas
Dobrem płaci,
Wkrótce….
Zbuduję dom
Dla nas – miła,
Dom który sobą
Wzbogacisz.

Bytom, 12.09.1975

Tylko Ty

Położyłem serce przed Tobą
Takie małe, bijące wyznanie
I oddałem moje żywe słowo
Zamiast róży, Dla Ciebie
– KOCHANIE –

Uchyliłem duszy mojej wrota
Uwolniając z niej myśli zielone
I śpiewałem Ci pieśni radosne
Widząc w Tobie moją przyszłą
– ŻONĘ –

Rozpocząłem pieszczotami dłoni
Przy pomocy nadziei mi danej
Dom budować, w granitowej skale
Gniazdo marzeń…, dla mojej
– WYBRANEJ –

Na ołtarzu z pokorą złożyłem
Jako wotum,ufność oraz wiarę
Moje życie, moje przeznaczenie
W przeświadczeniu, żeś od Boga
– DAREM –

Bytom, 13.11. 1976

Do M. – list ostatni

Wysłałem do Ciebie
List liryczny
Pisany wiatrem
Gwiezdnym pyłem
Z myślą, że w Tobie
Pozostanie
Że wciąż cię kocham
Że jestem, byłem.

Piszę do Ciebie
Ptasim śpiewem
Melodią lasu
I strumieni
Piszę najmilsza
Z tą nadzieją
Że los w nas wkrótce
Coś odmieni.

Piszę do Ciebie
Kroplami deszczu
Łzami aniołów
Poranków rosą
Piszę kochanie
Resztką marzeń
Dręczących myśli
Zwłaszcza nocą.

Więc nie wyrzucaj
Tego listu
Którego treścią
Ad finitum
I nie zapomnij
Że istniałem.
Byłem słoneczkiem
Twego świtu.

Bytom, 17.11.1977

Kochaj mnie

Na polu słoneczniki
Dojrzewają
Słońce się płowi
W ich żółcieniach
A we mnie nadal,
Jak przed laty,
Miłość gorąca
Szuka cienia.

Kochaj mnie proszę
W czas wiosenny,
W czas nasz majowy
I zielony.
Bo potem może
Być za późno,
Młodość? – to czas
By szukać męża,
Szukać żony

Bytom, 15.05.1977

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s