Z archiwum Exodusu 4 – (przed)ostatni tekst

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

kolornadzieiZbigniew Milewicz

Kolor nadziei

Do Monachium najlepiej przyjechać na wiosnę, kiedy zielenią się drzewa w jego licznych parkach i dzięki pracowitości gastarbeiterów, reprezentacyjne punkty miasta, przygotowane na przyjęcie turystów z całego świata, przypominają różnokolorowy strojny bukiet. Poza tym o tej porze roku ludzie wydają się być dla siebie wzajemnie życzliwsi, bo częściej niż na przykład deszczową jesienią uśmiechają się do siebie i prześcigają w różnych gestach, które wyglądają efektownie, a niewiele kosztują.

Na przybyszach ze Wschodu nieodmiennie robi to duże wrażenie. Żurnalista, który dwa lata temu przyjechał tutaj z rodziną na „pochodzenie” i czasami zapisuje w zeszycie różne swoje spostrzeżenia i refleksje, odnotował na początku m.in.: „Centrum miasta, dokładnie zapchane samochodami, ale powietrze, jak na wsi. Chodniki są tak wysprzątane, że można byłoby z nich jeść.” Przy fontannie na Wasserburgeplatzu siedzą na ławeczce dwie niemłode już kobiety. Z wyglądu zadbane, beztroskie, rozprawiają o czymś z wielkim ożywieniem. Co jakiś czas wybuchają śmiechem, żywiołowym, jak u nastolatek. To jest tak zwana złota jesień życia. Czym się w końcu mają martwić, rentą ze starego portfela, która zapewnia im przeżycie tylko połowy miesiąca? Staniem w kolejkach, albo tym, że wnuczka chodzi w dziurawych butach do szkoły, bo innych nie ma, a na szewca zięć będzie mógł sobie pozwolić dopiero przy następnej wypłacie? To nie są ich problemy.”

Kiedy obserwował tamte dwie panie, które mogły mieć grubo po 70, przyszła na myśl jego zmarła przed czterema laty mama. Kobieta, która dzielnie radziła sobie w swoim trudnym życiu i dla innych ludzi miała zawsze pogodną twarz, zawsze gotowa spieszyć im z dobrą radą i pomocą. Zdaniem Żurnalisty za mało dbała o siebie i dlatego tak wcześnie, w wieku 63 lat, odeszła. Mogła jeszcze pożyć, pomyślał wtedy, po raz nie wiadomo który.

Po raz pierwszy ,,naciął” się na tej osławionej, zachodniej kulturze bycia, parę tygodni po przyjeździe, w „Aldim”. Nietypowo, jak na przeciętnych klientów tej firmy, bo nadęcie elegancko ubrany facet, bez ceregieli wypchnął go tuż przed kasą z kolejki. Kiedy Żurnalista kulawą niemczyzną zaczął domagać się wyjaśnień, zobaczył w odpowiedzi ironiczny wzrok Pana, który nie ma zwyczaju dyskutować z istotą niższego rzędu. Nie mniej usłyszał kilka słów pod swoim adresem, wypowiedzianych z uprzejmą pogardą, z których zrozumiał tylko jedno: ,,Ausländer”. Bardzo wiele kosztowało go, aby nie dać przyjemniaczkowi w ten jego środkowoeuropejski uśmiech.

Później otrzymał lekcję pokory od referenta w „socjalu”, w urzędzie do spraw pracy i od drobnego, polskiego przedsiębiorcy, który zatrudniał go dorywczo „na czarno”, przy robotach drogowych na przedmieściach Monachium. Urzędnicy dziwili się, że człowiek niby biegły w robocie papierkowej nie może połapać się w formularzach i potrzebnych załącznikach, więc wiele razy musiał je korygować i uzupełniać, zanim łaskawie przyjęto jego sprawę do rozpatrzenia. Natomiast rodak, za trzy dni ciężkiej pracy, rzucił mu 100 marek, a z reklamacjami doradził pójść na policję.

Z tamtego początkowego okresu najgorzej wspomina jednak spotkanie z kierowniczką pewnego działu w urzędzie mieszkaniowym, którą przyszedł prosić o przyznanie jego rodzinie bardziej ludzkich warunków lokalowych. Od miesięcy gnieździli się bowiem w cztery osoby w jednej ciasnej klitce domu dla azylantów i przesiedleńców, pozbawionym łazienek i ze wspólną kuchnią.
– Jesteście już uznani za Niemców? – padło pierwsze pytanie.
– Jeszcze nie – odparli Żurnalista i jego żona.
– W takim razie przykro mi, ale nie możemy wam nic innego zaoferować.
Szpakowata, krótko ostrzyżona kobieta, ubrana w zielonkawą, zapiętą pod szyję bluzkę i spodnie męskiego kroju, wstała zza biurka, na znak, że wizyta skończona. Petenci próbowali jednak postawić na swoim. Ich młodszy syn przeszedł wkrótce po urodzeniu skomplikowaną chorobę i z tego powodu potrzebował większego komfortu, a starszy nie miał gdzie odrabiać lekcji. Urzędniczka ledwo raczyła rzucić okiem na oficjalne zaświadczenie lekarskie i pismo ze szkoły. Nie jej wina, że wszyscy chcą mieszkać w Monachium, a z dzieckiem, które w wymaga szczególnej opieki, najlepiej wyjechać na prowincję, tam są lepsze warunki mieszkaniowe.
– I do widzenia – dodała widząc, że Żurnalista chce jeszcze coś powiedzieć. – Możemy porozmawiać, kiedy otrzymacie obywatelstwo.

W międzyczasie otrzymali już owe niemieckie papiery i stali się kandydatami do mieszkania socjalnego, podlegają innej urzędniczce w urzędzie mieszkaniowym, która jest bardzo miła w obejściu. Kiedy tylko odwiedzają ją, aby zapytać, czy nie ma dobrych nowin w ich sprawie, niezmiennie łagodnie odpowiada, że jeszcze komputer nie wybrał ich numeru, ale nie powinni tracić nadziei i, tu zawsze lekko wzdycha, cierpliwości.

W pokojach i poczekalniach niemieckich urzędów stoi zawsze dużo rozmaitych roślin doniczkowych. Czasami ich zieleń jest przywiędła i zakurzona, ale mimo to nie przestaje być ona kolorem nadziei. Nadziei na uregulowanie prawnego statusu, na otrzymanie własnego dachu nad głową, na znalezienie dobrej pracy. Może dobrze, że praca niemieckiego aparatu urzędniczego jest tak powolna, że czasami nie widać, aby tryby machiny w ogóle się poruszały. Dzięki temu ludzie korzystający z jej usług, mają ważny cel w życiu – pokonać inercję bezwładnej materii. Ci nieliczni, którym się owa sztuka, zanim umrą, udaje, stają przed niezwykle skomplikowanym problemem: co dalej?

Tego momentu Żurnalista bardzo się obawia. Udokumentowanym Niemcem już jest, własne mieszkanie może uda mu się otrzymać do 2000 roku i jeżeli do tego czasu opanuje niemiecki, to przyjmie stanowisko naczelnego redaktora ,,Süddeutsche Zeitung”, po pomniejsze funkcje w branży go nie zainteresują. Obawia się jednak, że wówczas dojdzie do wniosku, że to wszystko o co zabiegał i co wreszcie osiągnął, nie było warte zachodu, że w pogoni za swoim życiowym sukcesem zagubił coś ważniejszego, mianowicie wartości ludzkie, które wpajano mu w rodzinnym domu – otwarcie na potrzeby innych, zamknięcie na nienawiść i na kompromis ze złem oraz cnotę skromności.

Pani Julii, która jest dobrą znajomą Żurnalisty i jego rodziny, wpajano w domu podobne cechy, w związku z powyższym programowo do niczego na Zachodzie nie doszła. W linii żeńskiej jej rodzina wywodzi się z Wileńszczyzny, po mieczu – ze Śląska. Przodkowie pani Julii walczyli w powstaniach Listopadowym i Styczniowym, w legionach i Powstaniu Warszawskim. Zajmowali się nauką, prawem i polityką, część rodziny miała zacięcie pedagogiczne. Dziadek pani Julii po kądzieli był założycielem jednej z warszawskich uczelni technicznych. Babcia, profesorka gimnazjum, zakochana w poezji i literaturze romantycznej, karmiła wnuczki strofami z „Pana Tadeusza”(którego znała na pamięć), balladami i opowieściami o antenatach, którzy stawali zbrojnie w obronie Ojczyzny. Na poczesnym miejscu w rodzinnym domu wisiał obraz Wojciecha Kossaka, przedstawiający bohaterską dziewicę Emilię Plater. Z początkiem lat 60, wskutek nagonki gomułkowskiej na inteligencję, co to ,,karmiła się krwawym dorobkiem klasy robotniczej”, rodzina 16-letniej wówczas Julii wyemigrowała z Warszawy do Monachium. To była dla nich, pamięta, trudna decyzja. Ojciec, były AK-owiec, lekarz, pochodził z Katowic. Chciał zdobyć w Monachium tzw. dokumenty na „pochodzenie”, a później z całą rodziną ruszyć dalej. RFN miało być dla nich tylko stacją przesiadkową i po czasie dopięli swego, ale nie wszyscy. Rodzice wraz z młodszym rodzeństwem Julii osiedlili się we Francji, w Bretanii. Tam ojcu i mamie udało się ponownie otworzyć gabinety lekarskie. Julia po ukończeniu gimnazjum poszła na studia medyczne, ale pewien Bawarczyk tak skutecznie zakręcił się koło niej, że w końcu wybrała małżeństwo i do dziś mieszka w Monachium. Ma trzech synów, najstarszy rozpocznie w tym roku studia na politechnice, dwaj pozostali chodzą jeszcze do szkoły średniej. W domu mówią z mamą po polsku i po niemiecku z ojcem. Najmłodszy odziedziczył po przodkach prawnicze zainteresowania, ciągnie go także w stronę polityki. Niedawno oświadczył na rodzinnym forum, że chciałby w przyszłości studiować w Polsce. Panią Julię zatkało ze wzruszenia. Zawsze marzyła o tym, aby przynajmniej któryś z jej synów pociągnął kiedyś tam, gdzie są korzenie ich drzewa. Wychowując ich robiła wszystko, aby tak się stało. Po mężu, człowieku na szczęście światłym i tolerancyjnym, ma niemieckie obywatelstwo, ale dusza, serce i charakter pozostały, tak przynajmniej przypuszcza – polskie. Większość czasu poświęca na bieganie z rodakami – tymi, którzy dopiero co przyjechali do RFN i nie znają jeszcze języka – po monachijskich urzędach, wypisuje dla nich stosy różnych podań, a kiedy trzeba, występuje w roli tłumacza przed sądem. Oczywiście za ,,dziękuję”, o którym nawet, bywa, niektórzy zapominają. Żurnalista z rodziną mają jej też sporo do zawdzięczenia.

– Tak mnie uczono kiedyś w domu – mówi pani Julia – że człowiek nie żyje dla siebie wyłącznie i że dawanie jest ważniejsze od brania. Co z tego mam? Zadowolenie, jak mi się uda czasami komuś pomóc, a to bardzo dużo znaczy.

Dzisiejszy artykuł miał być ostatnim przedrukiem tekstów Zbyszka z Exodusu, tymczasem dziś Zbyszek znalazł na biurku jeszcze jeden felieton. Zmieniłam więc tytuł dzisiejszy na „(przed)ostatni tekst”, a za tydzień – tekst ostatni, „Wio koniku”

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s