Karteluszek

karteluszekEwa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Noc smutna zapada już
śpij synku mój, oczy zmruż
knut wznosząc, bat i kij
śpij długo, synku mój, śpij
Kiedy śmiertelny wrzał bój
śpij cicho, śpij, synku mój.
Leć wzwyż i rychło wróć
Wtedy się synku zbudź

Znalazłam ten karteluszek w książce o odszkodowaniach wypłacanych robotnikom przymusowym za niewolniczą pracę w czasie II wojny światowej. Wypożyczyłam tę książkę z biblioteki i miałam w domu raptem dwa tygodnie, nie tak długo zatem, by nie pamiętać, co robiłam. Nie przypominam sobie, bym wkładała do niej jakiekolwiek notatki, świstki czy karteluszki. A już na pewno nie te z notatkami Mamy. To książka potrzebna do napisania referatu naukowego, a nie do rozmyślań o Mamie. A jednak ten karteluszek tam był. Nigdy go przedtem nie widziałam. Nie wiem, co to za tekst, nie wiem, skąd się wziął, od dawna już wprawdzie szukałam takiego dość podobnego karteluszka z pewnym fragmentem z Burzy Szekspira, tym o ojcu spoczywającym na dnie morza, ale nawet nie wiedziałam, że jest jeszcze jakiś inny. Gdzie był, jak się wyłonił z zaświatów, dlaczego znalazł się w tej książce? Ten z piosenką Ariela był w skrzynce z biżuterią, a może w skrzynce z szyciem – byłam pewna, że będzie tam na zawsze, ale zniknął.

szekspir-dulacBurza była ukochaną książką Mamy. Posiadała dokładnie taki, stary piękny, nader nadgryziony zębem czasu egzemplarz po angielsku z ilustracjami Edmunda Dulaca, wydany przez wydawnictwo Hodder & Stoughton w Londynie. Książka nie ma daty wydania, ale w Internecie znajduję wiadomość, że jest to wydanie z 1908 roku. W jego skład wchodziło też 500 egzemplarzy numerowanych i sygnowanych przez artystę. Jeżeli nie są zniszczone, osiągają cenę od 1700 do ponad 2500 dolarów. Mam tę książkę na półce. Nie sygnowaną, oczywiście. Kosztowałaby około 170 funtów angielskich. Ale nie sprzedałabym jej nawet za dziesięciokrotną sumę. Jest to ostatnia rzecz, którą dostałam od Mamy tzw. ciepłą ręką czyli za życia. Był maj 1995 roku. Przyjechałam do Gdańska i było to moje ostatnie prawdziwe spotkanie z Mamą, gdy przyjechałam następnym razem, w sierpniu tego roku, leżała w komie i już nigdy się z niej nie wybudziła. Wtedy, w maju zdarzyły się dwie znamienne rzeczy, które powinny nam były powiedzieć, że Mama wie, że wkrótce odejdzie. Umarła wskutek urazów odniesionych w wypadku samochodowym, było to więc przeczucie, a nie świadomość chorego człowieka. Mama zawołała Kasię i mnie do swojej pracowni i powiedziała, że chciałaby nam coś dać i że mamy sobie wybrać. To ja jestem ta pyskata w rodzinie, otworzyłam więc pysk, żeby napyskować, że nie chcemy i sobie nie życzymy, po czym się zamknęłam… Uświadomiłam sobie bowiem, że jeżeli Mama tak chce, to jest to jej prawo i nie mnie decydować, że powinno być inaczej. Nie pamiętam, co wybrała Kasia, może obraz z Madonną, ja bez zastanowienia poprosiłam o Burzę.

Miranda-FerdynandBurza jest oczywiście też księgą o morzu, wodzie
i duchach, tak jak Odyseja i Mała Syrenka. Pisałam już o morskich grafikach Mamy, o jej umiłowaniu rusałek, ondyn, morskich bogiń, syren i trytonów,
a także wszystkich dziewcząt, przechadzających się brzegiem morza. To zauroczenie Burzą przeszło zresztą na nas obie, bo niby dlaczego debiutancka powieść mojej siostry nazywa się W ogrodzie Mirandy (Wydawnictwo Literackie 2008)? Bohaterka, prozaiczna Mirka, wybiera sobie taki pseudonim. Taki właśnie pseudonim. Przecież nie przez przypadek.

Podczas tego pobytu zdarzyła się też druga dziwna sprawa. Byliśmy wszyscy na kolacji u Kasi. Po jedzeniu Mama usiadła na kanapie, poklepała ręką miejsce obok siebie i dała mi do zrozumienia, że mam koło niej usiąć. Usiadłam, a Mama wzięła mnie za rękę i powiedziała – „przecież mnie kochasz”. To „przecież” jest tu bardzo ważne, bo oczywiście ją kochałam, ale też, oczywiście, miałam z nią dużo na pieńku. Wielokrotnie próbowałam z nią o tym rozmawiać, nie po to, żeby coś zmienić lub poprawić, wiedziałam, że to niemożliwie, nawet nie po to, by przyznała mi rację, tylko po to, żeby zrozumiała, z czym się borykam i dlaczego mi tak ciężko. Ale Mama uporczywie odmawiała jakiegokolwiek udziału w moich zmaganiach. Gdy więc teraz, gdy siedziałyśmy obie na kanapie, stwierdziła, że ją kocham, zderzyły się ze sobą jej uparta wola i moja, wydawałoby się, równie uparta. To ja ustąpiłam. Już już miałam powiedzieć – „tak, ale…” – i zrezygnowałam z tego „ale”. Pozostało tylko „tak”.

Następnego dnia wyjechałam do Berlina. Po kilku miesiącach Mama nie żyła.

***
PS. Ogólnie jest więc tak, że w sumie powinny być dwa karteluszki. Jeden, który tu pokazałam, ale nie wiem, co na nim zostało zapisane, i drugi, ten którego nadal  szukam, piosenka Ariela w tłumaczeniu Mamy.

Ojca morskie tulą fale;
Z kości jego są korale,
Perła lśni, gdzie oko było;
Każda cząstka jego ciała
W drogi klejnot się przebrała
Oceanu dziwną siłą.
Nimf pogrzebny słyszysz dzwon?

Tłumaczenie Leon Ulrich

***

Bardzo proszę o pomoc. Jeśli ktoś rozpozna tekst na karteluszku, a jest to na pewno tłumaczenie, i przyśle rozwiązanie dręczącej mnie zagadki, dostanie nagrodę.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Karteluszek

  1. Anonim pisze:

    Jeśli to tłumaczenie (a nie jakaś polska kołysanka, która wypłynęła Mamie z zaprzeszłej pamięci, dlatego ją zanotowała), to pasuje mi tylko albo poezja niemiecka, albo… Kipling. Bo Mama kiedyś próbowała się spróbować z Kiplingiem, ale w końcu zaniechała, nawet nie wiem, czy pozostały gdzieś jakiekolwiek notatki.

    • Anonim pisze:

      Oczywiście ja to nie Anonim, tyle że z irlandzkiego komputera. To moglaby być jakaś skandynawska pieśń, ale ciekawe, że Mama poszła tu nadzwyczaj daleko w słownictwo staropolskie gdzieś z rubieży Rzeczpospolitej.

      • ewamaria2013 pisze:

        Siostro miła, każdy Czytelnik chyba się domyślił, że ten Anonim, który o mojej Mamie też pisze Mama, może być tylko i wyłącznie moją siostrą. A te rubieże Rzeczpospolitej, tak, oczywiście, tekst na karteluszku pachnie pradawną Słowiańszczyzną, jakimś Anhellim czy Lillą Wenedą, ale po co Mama miałaby sobie mozolnie odtwarzać Słowackiego, skoro 20 tomów, niemal kompletne wydanie przedwojenne, które teraz jest u mnie, stało na półce i wystarczyło sięgnąć?

  2. ewamaria2013 pisze:

    Ja bym jednak upierała się przy Skandynawach albo Nibelungach, najpierw myślałam, że to Pieśń Solweigi, ale oczywiście nie. Naszukałam się jak durna i stwierdziłam, że na nic tu szukanie, po prostu trzeba tę karteczkę puścić świat, może trafi do kogoś, kto rozpozna jej treść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s