O pewnym wyjeździe do Goslar

Posypaliście głowy popiołem?

Ewa Maria Slaska

Napomknęłam o tym wyjeździe we wprowadzeniu do wpisu Krysi Koziewicz, co wywołało komentarze Lecha Milewskiego, które zaowocowały najpierw jego wpisem, a teraz moim. Kto by pomyślał, że tyle można napisać o Goslar, maleńkim miasteczku w Niemczech. Zastanawiam się, że może jest ono, na podobieństwo Wrzeszcza, dzielnicy Gdańska, jak u Grassa, symbolicznym światem całym, a może nawet Wszechświatem. Było sobie kiedyś miasto, które obok przedmieść Orunia, Siedlce, Oliwa, Emaus, Pruszcz, Święty Wojciech, Młyńska i Nowy Port miało przedmieście o nazwie Wrzeszcz. Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się lub mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu.

Wydarzyło się więc w Goslar, że:

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Był rok 1986.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała Krysia Koziewicz.

Pojechaliśmy, bo na ulotce reklamowej była mowa o obiedzie za darmo i prezentach, ale było też piękne zdjęcie domków zbudowanych, jak to w Polsce mawiamy – z pruskiego muru. Mur nie jest pruski, a oficjalnie budownictwo takie nazywa się w Polsce „ryglówka”, ale bogdajże!, każdy wie, że to pruski mur. W Gdańsku za komuny mieliśmy jeden taki domek.

Radunia_25

Winiarnia Vinifera w Gdańsku, na drugim planie kościół św. Katarzyny.

W Goslar są ich całe masy. Myślałam wtedy, że to coś nadzwyczaj specjalnego, jakieś takie niemieckie Carcassone, tyle że z ryglówką i dopiero wiele lat potem dowiedziałam się, że takich miasteczek w Niemczech są setki… Ale o tym potem, na razie po raz pierwszy wyjeżdżamy z Berlina i jedziemy do Goslar.

quer_tourismus2

Przyjechaliśmy do Berlina przed rokiem, ale przez ten rok widzieliśmy tylko Berlin. Czekaliśmy na azyl i nie mieliśmy prawa opuścić miejsca zamieszkania. Ci którzy mieszkali w Niemczech też podlegali takim restrykcjom, ale w końcu nikt nie musiał się dowiedzieć, że wyjechali na dwa dni z Bamberga do Bayreuth. Natomiast azylant z Berlina nie mógł pojechać do Bamberga (podobnie zresztą jak do Bromberga), bo po drodze było NRD i kontrola dokumentów przeprowadzana przez oba państwa niemieckie. A to, co posiadał azylant, nie przeszłoby ani przez kontrolę zachodnią, ani wschodnią.

Gdy więc ruszyliśmy o świcie na miejsce zbiórki, byłam dosłownie w euforii. Zdziwiło mnie wprawdzie, że czekają na nas aż dwa wielkie, piętrowe autobusy i że wszyscy pasażerowie są starzy. Mąż i syn strasznie wydziwiali, ale mnie to nie ruszało. Była ładna pogoda, późna wiosna, wszędzie kwitły maki i rzepaki, na końcu drogi czekało czarodziejskie miasto Goslar, jechaliśmy!

Dojechaliśmy i wepchnięto nas natychmiast do jakiejś wielkiej mrocznej jadłodajni. Nie dałabym głowy, czy długie stoły ustawione w trzy wielkie litery U, nie były przykryte papierem pakowym, ale może był to i biały obrus. Zaserwowano nam obiad, a kelnerka zebrała zamówienie na picie. Wokół nas wszyscy pili piwo, też szok kulturowy, bo dla Polaka z dobrego domu, Polki zresztą też, piwo to napój plebejski, a już na pewno nie pije się go w południe. Zamówiliśmy soczek, herbatę i kawę i to okazało się naszą klęską. Piwo też byłoby klęską, bo naprawdę nie wolno było zamówić nic i to pod karą obowiązkowego uczestnictwa w imprezie, która trwała w sumie pięć godzin. Zjedliśmy, a tymczasem na scenie dorodna seksowna blondyna koło pięćdziesiątki, taka pani bywająca w solariach i siłowniach, ubrana w obcisłe spodnie „w lamparta” oraz dwaj młodzi panowie krzątali się zaaferowani po scenie. Przynosili, odnosili, ustawiali, przesuwali. Było jasne, że będzie jakiś program. Nie mieliśmy ochoty na żaden program, wstaliśmy więc od stołu, żeby pójść pozwiedzać Goslar.

I… O nie! Nie wolno było wyjść bez zapłacenia za napoje, bo tylko obiad był za darmo. Tak zresztą było napisane na ulotce, ale skąd mogliśmy wiedzieć, że darmowy obiad oznacza jadło bez napoju. Za napoje nie wolno było zapłacić przed końcem imprezy! Nie wolno było wyjść! Zwiedzania Goslar w programie nie było.

Wróciliśmy jak niepyszni do stolika i zaczęło się panopticum sprzedaży elektrycznych kocy i poduszek oraz brodzików z elektrycznie napędzanym masowaniem stóp.  Pani i dwaj panowie, jak się okazało, synowie, uwijali się po scenie, opowiadali, kręcili się jak frygi, dorzucali tu jasiek, a tu ręcznik, budowali jakieś piramidy z pudełek, dodawali coś, ujmowali… Gdy zakończyła się część ogólna, sceniczna, kobieta i synowie jak psy gończe ruszyli na indywidualny połów. Dosiadali się do ludzi i namawiali, grzecznie, ale, rzekłabym, nadzwyczaj agresywnie.

O nie, powiedział mąż, wychodzimy! Zły Slaski jest jak głodny niedźwiedź polarny, nie należy mu wchodzić w drogę. Duży zły Slaski zabrał małego złego Slaskiego i wyszli nie bacząc na protesty obsługi i cerberów, zostawiając mnie jako zakładniczkę, która pod koniec imprezy zapłaci za soczek, herbatę i kawę. Po dwóch godzinach duży zmiłował się nade mną, i wymienił siebie jako żywą tarczę za mnie. Wyszłam do syna, który czekał przed wejściem i powiedział radośnie, że jest tu bardzo miło, jest rynsztok, a w każdym razie strumień wody płynący wzdłuż ulicy, zrobili z tatą łódki z kory i urządzili regaty. Dwadzieścia siedem razy. Z tego tata wygrał dwadzieścia razy. Ale ze mną będzie znacznie łatwiej, jestem w końcu Bogucka a nie Slaska, i rzeczywiście też urządziliśmy regaty dwadzieścia siedem razy, ale tym razem syn wygrał dwadzieścia razy.

Było już ciemno, jak nas wreszcie wszystkich skasowali i wypuścili do autobusów. Pani, panowie i kelnerki pchali naładowane po brzegi wózki, pełne kocy, brodzików i nocników, które przez godzinę upychali w czeluściach bagażników, a w międzyczasie każdy z nas dostał prezent – po sześć kieliszków do białego wina z lanego pseudokryształu, wartość, jak sądzę, 2 marki za komplet.

Poza rynsztokiem i jadłodajnią w pięknym mieście Goslar nie obejrzeliśmy nic. Ale i tak, dzięki duchowi bojowemu Slaskich, byliśmy lepsi niż reszta uczestników wycieczki, bo oni, biedacy, nawet rynsztoku nie obejrzeli.

W kilka lat później, gdy pisaliśmy z Martinem Ryzinskim książkę Jak podróżować po Niemczech, ponownie dotarłam do Goslar. To rzeczywiście piękne stare miasto, o pięknej i chlubnej historii, owianej mitem cesarstwa i srebra. Bardzo mi się podobało, ale nie aż tak, jak wtedy spodobało mi się czarodziejskie zdjęcie czarodziejskiego miasta Goslar na zaczarowanej ulotce. Martin był miłośnikiem małych niemieckich miasteczek i w międzyczasie widziałam ich już kilkaset. Wszystkie są takie same, odmalowane, kolorowe, ozdobione jak bombonierki, niektóre rzymskie, inne cesarskie, książęce i królewskie, inne biskupie, jeszcze inne uniwersyteckie, miasteczka dobrych niemieckich produktów, wspaniałych niemieckich piw i znakomitych średniowiecznych rzeźbiarzy. W Niemczech są 2062 miasta, z tego kilkanaście jest dużych i wielkich, a reszta to małe miasteczka. Proszę, lista jest TU. 320px-LohmuehleTU natomiast przeczytać można obszerny wpis z polskojęzycznej Wikipedii na temat Goslar. Tak obszerny, że nie warto nic dodawać. Wikipedia wymienia wszystkie warte obejrzenia obiekty w miasteczku, nawet jeden z miejskich rynsztoków – tzw. Lohmühle – choć akurat nie ten, nad którym mój syn spędził swój pierwszy dzień w Niemczech Zachodnich.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „O pewnym wyjeździe do Goslar

  1. pharlap pisze:

    Bardzo dziękuję za wspomnienia z Goslar z nieco zaskakującej perspektywy. W Australii też jest sporo podobnych akcji, ale chyba nikt nie wozi klientów na dalekie wycieczki.

  2. Anne Schmidt pisze:

    Dort sind wir auch mal gewesen; sehr idyllisch!! (auch ohne Gabriel) Anne

  3. Klaudia pisze:

    Mieszkam w Goslar od kilku tygodni.
    Mogę powiedzieć, że jest to bardzo ładne i zadbane miasto. Przechodząc się po mieście można cieszyć oczy ładnymi widokami, te bloki tworzą bardzo interesujący klimat. Jeszcze nie byłam wszędzie bo aktualnie pogoda nie pozwala, ale zachęcam wszystkich do odwiedzenia tego miejsca.
    http://strongwomeen.blogspot.de/2016/04/zdrada.html – zapraszam😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s