W oparach zielonej miłości

Wszyscy byliśmy kiedyś tacy naiwni i sentymentalni, ale nie wszyscy chcemy sobie o tym przypominać. Roman Brodowski już kilka tygodni temu zaczął tu opowieść o zielonej miłości. Dziś ciąg dalszy.

… Za oknem, w oddali majaczyły kontury kopalnianych szybów i szaroczarne, podobne do pagórków nagie hałdy, a tuż za betonowym ogrodzeniem internatu znajdował się nieduży, ale bardzo zadbany stadion klubu sportowego „Czarni”, po którym biegała gromadka rozwrzeszczonych dzieciaków, uganiających się za czymś, co przypominało piłkę.

Zmęczony wyczerpującą podróżą, spędziłem resztę dnia na kontemplacji pustego jak mnisia pustelnia pokoju, a wreszcie usnąłem.

Obudziłem się bardzo wczesnym porankiem. Pierwsza przespana na nowym miejscu noc minęła spokojnie. Usiadłem na miękkim, wygodnym łóżku. Obok mnie, na nocnej szafce, przy otwartej książce leżała uśmiechająca się do mnie z fotografii, Maria.
– Witaj kochanie – powiedziałem, przykładając fotkę do ust. – Jaka szkoda, że nie ma Ciebie przy mnie – dodałem, kładąc ją niby sacrum, delikatnie na pustym stole.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła piąta.
– Kto tam? – zapytałem zdziwiony tym, że o tak wczesnej jeszcze porze ktoś „buszuje” po internacie.
Do pokoju wszedł wysoki chłopak, o wiernych, nieco psich rysach twarzy.
– Dzień dobry, jestem Mietek – rzekł nieśmiało, melodyjnym, zabarwionym wschodnim akcentem, głosem. – Przyjechałem z Białegostoku, a właściwie z jego okolic by rozpocząć naukę w tej szkole. W sekretariacie powiedziano mi, że mam mieszkać z kolegą w tym pokoju.
– To znaczy, że przyjdzie jeszcze kolega? – zażartowałem – rozbawiony jego przypominającym Kargulowy, dialektem. – A tutaj jak widzisz są tylko dwa miejsca do spania – dodałem.
– Niiie! Źle mnie zrozumiałeś – zaczął tłumaczyć, wierząc w powagę moich słów, wyraźnie zmieszany – rozmówca. Kolega to ty. To z tobą, ma się rozumieć, mam dzielić pokój.
– Jak tak to zapraszam. Nazywam się Roman i przyjechałem z Gdańska, a właściwie z jego okolic i tak jak ty zamierzam zacumować w tym porcie na kilka lat – powiedziałem podając mu na powitanie rękę.
Mietek usiadł na krześle, przy stole i trzymając kurczowo w dłoniach wypchaną po brzegi wielką podróżną torbę, rozglądał się dookoła.
– Czuj się jak u siebie – zaproponowałem. – To łóżko i ta szafka przy nim, są wolne – wskazałem na meble stojące po prawej stronie okna. W szafie na ubrania, cała lewa strona należy do Ciebie. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia – dodałem i usiadłem obok niego, po drugiej stronie stołu.
– To twoja dziewczyna? – zapytał Mietek, wskazując na leżące nadal na stole zdjęcie. – Bardzo ładna. Ja też pozostawiłem moją Iwonkę na Fermie – dodał z nieukrywanym żalem, podając wyjętą z portfela, nieco pogniecioną fotografię przyjaciółki. – Ferma to moja mała wioska, z której pochodzę, a ściślej mówiąc sioło, w którym moi rodzice gospodarzą.
– Tak, to jest moja dziewczyna, mój poranny kwiatuszek, moje słoneczko – odpowiedziałem, podobnie jak on nieco przygaszony faktem rozłąki.
Potem długo jeszcze opowiadaliśmy sobie o nas, o naszych rodzinach, przyjaciołach, marzeniach… I im bardziej zwierzaliśmy się sobie, tym bardziej rodziła się między nami cieniutka nić przyjaźni, zaufania i zrozumienia.

Inauguracja roku szkolnego miała się rozpocząć o godzinie ósmej rano. Ciekawi tego, jak wygląda nasze przyszłe miejsce edukacji, wyszliśmy z Mietkiem nieco wcześniej, by spokojnie obejrzeć sobie szkołę.
Przed drzwiami witała nas prawdziwa górnicza orkiestra dęta. Wszyscy członkowie zespołu ubrani byli w czarne galowe mundury. Na głowach mieli czapy z czarnymi piórami, takie same, jakie widziałem czasami w telewizji. Wyglądali imponująco.
Przyjechać w takim mundurze do domu, to by była nie lada atrakcja – pomyślałem. Wyobrażam sobie moich sąsiadów, wybiegających na ulicę, by mnie zobaczyć. Wszystkie dziewczyny z pewnością zazdrościłyby Marysi takiego faceta.
Szkoła była imponująca dla kogoś takiego jak ja, młodego przybysza z małej miejscowości.
W czteropiętrowym budynku znajdowało się mnóstwo sal lekcyjnych z pełnym wyposażeniem w sprzęt dydaktyczny do nauki zawodu górnika.
Po oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego wszyscy uczniowie pierwszych roczników pozostali w auli. Starsi udali się do swoich klas na pierwsze w nowym roku zajęcia.
Do pierwszej klasy zgłosiło sie nas ponad dwieście osób i trzeba było przydzielić wszystkich do poszczególnych grup kierunkowych.
Mnie zakwalifikowano do klasy o profilu mechanicznym, Mietka do klasy elektrycznej.
Dopiero po interwencji przydzielono nas do jednej i tej samej klasy. Zostaliśmy adeptami sztuki, której absolwent nazywać się będzie „mechanik maszyn górniczych”.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Czas płynął nieubłagalnie wolno. Rzucony na głęboką wodę oceanu mojej nowej rzeczywistości pracowałem ciężko nad sobą, by, gdy już znajdę port, w pełni gotowy do samodzielności zbudować dom marzeń, dom, w którym wraz z moją Marią moglibyśmy wspólnie spędzić szczęśliwe i dostatnie życie.

Listy od Marii otrzymywałem regularnie, zawsze w środę lub w czwartek. Były to najpiękniejsze dni podczas mojego pobytu poza domem. Pisała o wszystkim. Informowała o tym, co porabia, co nowego wydarzyło się w naszej rodzinnej miejscowości, o pogodzie, ale przede wszystkim o tym, że czeka na mnie, że o mnie myśli i liczy dni do naszego ponownego spotkania.
Nie byłem jej w tej korespondencji dłużny. Też pisałem o wszystkim, co mi na myśl przyszło, opisywałem szarą prozę życia, ale nie skąpiłem też ważnych pełnych ciepła wyznań. Oczywiście, za każdym razem tworzyłem dla niej nowy, czasami bardzo naiwny, wiersz. Wiedziałem, że to, czego nie potrafiłem powiedzieć słowami, zwłaszcza to wszystko, co dotyczyło sfery uczuć i intymności, przekazane w formie wiersza zostanie zrozumiane. Gdyby nie te listy, nie wiem jak poradziłbym sobie z problemem rozłąki, tęsknoty, brakiem kontaktu z tymi wszystkimi, którzy byli przy mnie w niedalekiej jeszcze przeszłości.

Jesień odeszła w zapomnienie, zima rozłożyła się poszarzałym śniegiem (jaki można zobaczyć tylko na terytorium dymiącego Śląska), a w oddali, na horyzoncie widać już było zbliżający się czas zimowych ferii, świąt Bożego Narodzenia, które miałem wszak spędzić z najbliższymi, no i oczywiście z Marią.

gornikNie wiem jak to się stało, ale zarówno Mietek jak i ja w pierwszym semestrze roku szkolnego otrzymaliśmy średnią ocen cztery i osiem dziesiątych, co dało nam miejsca w pierwszej dziesiątce najlepiej uczących się uczniów w całej szkole.
Nie bez powodu o tym wspominam i nie dlatego, aby się tym faktem chwalić, ale dlatego, że pierwszych dziesięciu uczniów otrzymywało zgodnie z tradycją (oczywiście nie na zawsze) galowy mundur górniczy, który mieli prawo nosić przez najbliższe trzy miesiące, czyli do kolejnego semestru. Oczywiście nie codziennie, ale jednak zawsze, gdy tylko sytuacja tego wymagała.
Dla wyjaśnienia powiem, że galowy mundur górniczy otrzymywali w nagrodę (na zawsze) najlepsi absolwenci zasadniczych szkół zawodowych. Dodatkiem do takiego munduru było czako, czyli czapka górnicza z czarnymi piórami. Natomiast prymusi techników otrzymywali w nagrodę szpadę górniczą i czako z białymi piórami. Innymi słowami noszenie takiego munduru było przywilejem i wyróżnieniem dla najlepszych adeptów sztuki górniczej.

Wizja wyjazdu do domu w takim mundurze sprawiła i mi, i Mietkowi ogromną przyjemność.
Tym bardziej dzisiaj, bo właśnie dzisiaj dostarczono nam do internatu przygotowaną na nasze rozmiary odzież, która na co dzień znajduje się w magazynach kopalni Dymitrow, w której odbywamy praktyki zawodowe.
– Co powiedzą moi sąsiedzi, widząc mnie w tym mundurze? Przecież oni nigdy nie widzieli prawdziwego górnika, co powiedzą rodzice, Maria, znajomi? – zadawałem sobie w myślach pytanie, dotykając wiszącego na wieszaku, okrytego foliowym workiem czarnego jak węgiel stroju ze złotymi kneflami*. Mundur był wyczyszczony i odprasowany, i wyglądał, jakby dopiero co wyszedł spod igły krawca.
Wyobrażałem sobie, jak wielką niespodziankę sprawię im wszystkim, jak wielką będę dla nich atrakcją. Te ich spojrzenia, gdy będę z moją dziewczyną przechodził pod ich oknami, ta zazdrość moich dawnych kolegów, i ten podziw wszystkich, którzy mnie zobaczą. Im bardziej o tym myślałem, tym bardziej byłem z siebie dumny. Bo przecież to ja, prosty, niczym nie wyróżniający się chłopak z małego pomorskiego miasteczka, będę paradował w takim szykownym (jak mawiają Ślązacy) mundurze.

Do wyjazdu pozostały już tylko trzy dni, nic więc dziwnego, że ogarnął nas obu szał
zakupów. A to Mietek chciał kupić rękawiczki na prezent dla Iwonki, a to ja dla mamy pantofle pod choinkę, on przypominał sobie, że jeszcze nie kupił dla ojca krawatu, ja, że nie mam podarunku dla mojego taty. Im bardziej myśleliśmy o naszych bliskich, tym nasze walizki stawały się grubsze i cięższe, a my zmęczeni biegaliśmy po sklepach, w tę i z powrotem, dokupując coraz to coś nowego.
Jak na prawdziwych, połączonych wspólnym pokojem, tą samą klasą i podobnymi zainteresowaniami przyjaciół przystało, wszystkie świąteczne sprawunki robiliśmy razem. Przecież nikt inny jak tylko przyjaciel może doradzić, co dla kogo wypada kupić, w jakim sklepie i za ile. Nawiasem mówiąc, to Mietek pomógł mi przy wyborze broszki, którą kupiłem w podarunku dla Marysi. Broszka w kształcie otwartej róży z górskim kryształem w środku. Mam nadzieję, że tym prezentem sprawię przyjemność mojej ślicznej panience.

cdn.

* Knefle – w śląskiej gwarze, ozdobne guziki.

Do M… – list IV

Jesień do okien już zagląda,
W treści wiersza się kryje,
A ja, wciąż myślę o Tobie
Wciąż tobą, najdroższa, żyję.

Niby na strunach skrzypiec
Wiatr gra piosenkę jesienną.
A ja w nim słyszę Ciebie
Twoją melodię codzienną.

Podnoszę liście kasztanu
W porannej rosie skąpane
A na nich czerwień i brokat
Jak twoje usta kochane.

Każda kropelka deszczu
Płynąca na ziemię z nieba
Mówi o tym, Kwiatuszku,
Jak bardzo mi Ciebie trzeba.

Gdy głowę ku chmurom kieruję
Szukając w nich przyszłości
Widzę w nich twoje odbicie,
Odbicie prawdziwej miłości.

Tak bardzo tęsknota mnie boli,
Tak bardzo cierpi me serce
Ja wiem, Kochanie ty moje…,
Oboje jesteśmy w rozterce.

Bytom 13.11. 1976

Wciąż do ciebie

Pociąg już czeka na peronie,
Para gorąca spod kół bucha.
I ja, siedzący tuż przy oknie
Na dworze tańczy zawierucha.

Przede mną tylko ciemna nocka.
I podróż, długa, nieprzespana
A po niej czas na powitanie
A po niej…, tylko ty, Kochana.

Będziemy znowu miła z sobą.
Będę dotykał twoich włosów.
Będę powtarzał, że cię kocham
Szczerze, normalnie, bez patosu.

Mamy dla siebie dwa tygodnie
Wiem, że to bardzo mało, Myszko.
Tak bardzo pragnę Ci poświęcić
To, co posiadam, czyli wszystko.

Moją młodzieńczą, dziką miłość,
Moje marzenia, moje dłonie,
I serce, które od lat wiele
Tylko dla Ciebie, Mario, płonie.

Pociąg powoli ruszył w drogę
Koła stukają szybciej, głośniej
A tam Ty tam czekasz, moja miła,
I coraz bliżej nam ku wiośnie.

Bytom 19.12.1975

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s