Nowe miejsce

Łucja Fice

Po śniadaniu dostaję pierwsze dyrektywy.
– Zejdziemy do ogrodu. Do obrobienia poletko truskawek.
No nie! Jednak prawda. Dostajesz to, czego się boisz. Już pracowałam w ogrodzie i niezbyt miło się to skończyło. Nie chcę oponować, wszak to mój pierwszy dzień. Muszę się zorientować, o co tu chodzi, bo nic nie rozumiem, przecież nie jestem ogrodniczką, tylko do opieki. Milczę, przytakując głową.
– Czy dostanę wodę do picia? – pytam zuchwale i dodaję – będzie upał. Nie chcę umrzeć z pragnienia.
– U nas w kranie bardzo dobra woda.
– Taka kranówa?
– Zagotuj – usłyszałam.
Z wyrobioną na emigracji pokorą i cierpliwością wychodzę z babcią na ogród.
Jeszcze miałam nadzieję, że coś źle zrozumiałam. Ta dziewięćdziesięciolatka stojąc rozkraczona przy rolatorze uczy mnie obkopywania motyczką grządki, instruuje i poucza. Patrzę na nią ze zdziwieniem i współczuciem, i tylko to drugie uczucie nakazuje mi pomóc. Zabieram się do pracy. Babcia odchodzi na moją prośbę. Zostaję sama na polu truskawek, z narzędziem, z którym nie wiem, co robić. Postać babki znika. Jest godzina dziesiąta, a ja po kilkunastu minutach czuję, jakby ktoś polewał mnie konewką, z której tryskają gorące promienie. Rozbieram się do stanika. Wokół mnie pustka. Ogród i ja. Z dala spoglądają na mnie rabaty róż i nie rozkwitłe jeszcze kalie. Pracuję do dwunastej. Tak byłyśmy umówione. Umieram z pragnienia i zmęczenia. Odwaliłam kawał roboty. Czeka mnie teraz przygotowanie obiadu. Dziś makaron, jajka i sos pomidorowy.
– Ile jajek ugotować? – pytam z grzecznością usłużnej Polki.
– Dwa – słyszę. Ponawiam pytanie, bo może się przesłyszałam.
– Dwa – krzyczy babsko.
– Ale nas jest troje.
– Ty jedno, a ja z mężem po połowie. Jemy bardzo mało, tylko ciebie musimy wykarmić. – Czy wiesz, ile płacimy za opiekę? I tu pada suma. Wcale mnie to nie obchodzi. Nie chcę wiedzieć, ile zarabia agencja. Mnie interesuje moja zapłata i to mi wystarcza.
I tak przy garstce makaronu i jednym jaju zaspokajam wilczy apetyt.
– Najadłaś się?- pyta staruszka, a dziadek w tym czasie mlaska, ślini się i zanieczyszcza powietrze, co chwilę podnosząc tyłek bez najmniejszego skrępowania.
– Po obiedzie jak posprzątasz, umyjesz podłogę, możesz odpocząć – Elwira uśmiecha się nawet życzliwym rodzajem uśmiechu.
Boże! – jaka łaska na mnie spadła, co za szczęście spotkało opiekunkę. Mogę odpocząć przez godzinę. Nie odpoczywam. Wybieram się na spacer. Chcę poznać okolice, wiedzieć, gdzie przyjechałam. Wychodzę z domu. Dziadek na fotelu, babcia na kanapie. Choć wolę duże skupiska miejskie, gwar, ruch i to całe brzęczenie życia, to w tej chwili nie pragnę niczego więcej, jak radować się przyrodą. Idę na chybił trafił ulicą, gdzie czyste domki i żadnej żywej duszy. Co chwilę przejedzie jakiś samochód, dając do zrozumienia, że nie jestem sama na tej planecie. Słońce parzy. Godzina czternasta, a ja marszowym krokiem idę przed siebie. Kończą się domki, zaczynają pola kukurydzy. Jeszcze zielonej, dojrzewającej w tych ostrych promieniach. Przysiadam na ławce. Z dala rozciągają się góry porośnięte drzewami, a nad nimi czysty błękit nieba. Wszystko to, jakby zawieszone w kryształowo czystym, pozbawionym ram malowidle. Żywy obraz, którego malarzem pani Natura. Cisza. Nie chcę się nawet poruszyć, by tej ciszy nie rozdeptać na miazgę. Widzę to, co chcę widzieć – świat przykryty całunem. Nagle poczułam wietrzyk, co z kocią lekkością przebiegł nad moimi nagimi plecami i karkiem. Usłyszałam też szelest łodyg kukurydzy, który ożywił mój umysł błyskiem, obrazem umierającego człowieka. W takiej chwili zawsze oddaję się kontemplacji i marzeniom. Tylko ja i rozciągające się pod góry zielone pola kukurydzy. Zaczyna używać mnie umysł. Ten wewnętrzny świat, co tak często rozpada się na drobne cząstki i robi się zgiełk. Nie lubię tego świata i tej we mnie zawartości, która jest jak potwór, co się we mnie zagnieździł i nie chce mnie opuścić. Boję się tego potwora, wyrzucam go z głowy, a nadal go tam czuję. Znowu zaczynam się bać. Tych dni, co przede mną, pracy w ogrodzie i samotnych wieczorów bez telewizora i radia.
– Przecież masz komórkę – suchy ton kobiety, który słyszę w mojej głowie przeraża mnie.
Towarzyszy mi ławka. Też jest mieszkańcem Czasu. Też złożyła tu przelotną wizytę i będzie stała aż do swojej śmierci. Próbuję nie wierzyć w obecną rzeczywistość i stwarzam całkiem nową. Może gdzieś odbije się na krańcach Wszechświata i wróci do mnie inna. Ławka słucha moich myśli, bo też jest samotna. Kocham tę ciszę, co roztacza się wokół mnie. Taka zagubiona, nie wiem jeszcze, co tak naprawdę czeka mnie w tym domu. Wiem, że muszę zarobić, a więc przystosować się i broń Boże buntować. Zaakceptować tę starość i babcine wydziwianie, pogodzić się z nieskazitelną niemiecką czystością, wcale nie pasującą do higieny osobistej mojej staruszki.
Towarzyszy mi też słońce. Obok rośnie duże drzewo, co daje mi cień.
– Dzięki ci za ten cień. Czuję, że opiekujesz się mną i towarzyszysz moim myślom. Wiem! Rozumiesz mnie. Posłuchaj.
Pochodzę z nowej dynastii pod panowaniem wspólnej Europy. Teraz rządzą politycy urobieni przez społeczeństwo. To im zawdzięczam pracę i pieniądze, ale też upokorzenia. Wiem! Będę musiała kłaniać się w pas, dziękować, przepraszać. Wiem! Nie dostanę wody w butelce (bo droga), jogurtu, czy rybki w pomidorach. Muszę to kupić sama, chociaż wyżywienie mam zagwarantowane. Czy dostanę ciasto? Będę dokręcać kurek z wodą (choć nie kapiel). Masła tylko troszeczkę. Czuję już tę chytrość szóstym zmysłem. Ta cała przystosowalność do kultury, obyczajów – nie jest mi obca. Przecież to nie pierwszy kontrakt. Rozumiem, że nie jestem u siebie. Muszę nauczyć się dialektu, bo wcale mi się nie ułatwia zrozumienia. Czekają mnie dwa miesiące w napięciu.
Godzina przerwy. Czuję te smycz. Co będzie mnie czekać, gdy wrócę?? Nie znam jeszcze obyczajów. Czekanie na rozkazy to mój obowiązek. Moje drzewo milczy. Dobrze, że milczy. Jest dobrze zakorzenione tu i teraz. Ja zakorzeniona w Gorzowie, wyrwałam się sama z korzeniami i przesadziłam tysiąc pięćset kilometrów od mojej ziemi. Za dwa miesiące przesadzę się sama. I już nie pozwolę wyrwać siebie z korzeniami. Ostatni raz.
Nie będę czuła się więcej jak w żłobku, gdzie uczą mnie ponownie zachowania nowej kultury. Mam 60 lat i też jestem stara, choć z pozoru wciąż mam dość siły. Czuję się jak krzepka i rześka zima, albo jak wytrawne wino. Mogę jeszcze dobrze smakować. Wiem! czeka mnie ciężki okres, ale pragnę czerpać całymi garściami, to wspaniałe jedyne życie. Pożyczyłam trochę Extra Czasu od Boga i spełniać będę moje małe marzenia. Pod tym samotnym drzewem czuję już, jak moja świadomość przeskakuje jakiś zapadkowy mechanizm. Wybieram teraz inną rzeczywistość. Odczuwam, jak moja świadomość istnieje pomiędzy światem klasycznym a duchowym, kwantowym. Może istnieje jakiś uniwersalny umysł, do którego mam dostęp i który na mnie w tej chwili wpływa. Odrzucam z siebie to wszystko, co złe. Moje myśli zamieniają się w krajobraz, który w zasięgu wzroku. Wyobrażam też sobie babcię, która w czasie przygotowywania obiadu głaszcze mnie po plecach i nabieram do niej zaufania. Pożyczam więc nieco energii od mojego drzewa, które niemym słuchaczem moich myśli. Przyglądam się mu i okazuje się, że znam je z dzieciństwa.
Co tu robisz? – pyta mnie drzewo.
– Siedzę sobie na ławce i dumam. Mam tu zadanie do wykonania, załatwiam pilne sprawy.
– To moja ławka – mówi drzewo. Przeszkadzasz mi.
– Jestem tu w pewnym celu – odpowiadam ciepło.
– Nie obchodzą mnie twoje cele.
– A kim ty jesteś, żeby mi cokolwiek zabraniać? Ty też mi rozkazujesz?
– Jestem wszystkim – mówi mi drzewo.
– Jak jesteś wszystkim, to pozwól mi wyzwolić się z ograniczeń, izolacji i odcięcia od świata. Zamień ten kontrakt na wspaniałą bajkę.
– To zmieszaj się ze mną i zapuść korzenie.
– Nie zapuszczę korzeni, bo jestem człowiekiem. Nie stanę się drzewem. Moje korzenie są w Gorzowie. Tam muszę wrócić. Zostałam przesadzona tylko na dwa miesiące.
– Możesz być, kim chcesz!! – drzewo zaszumiało.
– Nie rozumiem.
– Jesteś tylko przejawem kosmicznej świadomości, duchową plamką przenikającą ten ludzki wymiar, jesteś skrzynką umysłu, w której wiadomości są jak listy. To ty decydujesz, które listy wyrzucić, a które zachować.
– To może udowodnisz mi istnienie tej kosmicznej świadomości, podasz jakiś gotowy wzór, a ja go opublikuję i może zarobię niezłe pieniądze? Nie mam nawet pojęcia czy ktoś z naukowców tą materią poważnie się zajmuje. Skąd wiedziałeś, że chciałabym odgadnąć zagadkę własnej świadomości. Skąd wiedziałeś, że niepokoi mnie fakt, iż jestem według nauki niczym więcej jak rezultatem przypadkowego iskrzenia części jakiejś maszyny na przykład komputera, który noszę we własnej czaszce, że jestem tylko przejściowym etapem na drodze do super- maszyny.
– Ja wiem wszystko!! Jestem drzewem. Jestem świadomością przenikającą również twój umysł. Jestem też tobą. Niematerialną plamką w twoich neuronach. Kiedy ze mną rozmawiasz, ja włączam neurony twojej kory mózgowej, ale nie odpowiem ci kim jesteś, bo…
– Bo, bo…..
– Twój kłopot wciąż polega na złym myśleniu. Dopóki nie staniesz się samą świadomością, dopóty nie odpowiesz sobie na to pytanie.
– To co?? Mam wyłączyć mózg autopilotem?! Jesteś tylko drzewem a nie świadomością. Twoje słowa w mojej głowie.
– Ale ja mam koronę!!
– Chyba ciernistą?!
– Nie jestem zachłannym człowiekiem.
– Ja jestem kobietą, matką, żoną, próbującą utrzymać rodzinę.
– Za dużo od siebie wymagasz.
– Może postaram się o koronę??
– Jeśli będzie to korona z liści, to będziesz blisko. Nie mam ochoty już z Toba rozmawiać. Zakończmy ten dialog. Radzę ci nacisnąć przycisk przyjemności, a ja dodam trochę pikantnych przypraw twoich emocji.

drzewolucjiTak byłam zamyślona i zajęta rozmową z drzewem, że nie zauważyłam kobiety na rowerze, która się przy mnie zatrzymała i zapytała po niemiecku.
– Czy mogę usiąść i zapalić papierosa.?
Ocknęłam się.
– Ależ! Oczywiście! Proszę siadać. Będzie mi miło – odpowiadam też po niemiecku, siląc się nawet na akcent.
– Pani nie jest Niemką? – pyta kobieta.
– Nie! Jestem Polką..
– No! to witaj. Jak masz na imię? i skąd pochodzisz??- pyta po polsku i tak przyjaźnie ciepło się uśmiecha.
– Ale niespodzianka. Cieszę się niezmiernie.
– Dzięki ci – szepczę odwrócona do drzewa.
– Co ty! z drzewem rozmawiasz?
– Tak! a nie mogę, jeśli chcę?
– Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś mówił do drzewa.
– Przed chwilą prosiłam o brak wyizolowania i stało się. Wszystko, co się dzieje jest produkcją naszych myśli.
Kobieta, której jeszcze imienia nie znałam, na oko pięćdziesięciolatka, wybuchła salwą śmiechu. Zabolał mnie.
– Wierzę, że istnieje jakiś świadomy umysł, do którego mam dostęp i mogę wewnętrznie się zmieniać i programować. Jestem tu od wczoraj na opiece i chyba fatalnie trafiłam. Dlatego przyszłam tu odpocząć po pracy w ogrodzie i wszystko przemyśleć. Czułam się samotna, więc rozmawiałam sobie z drzewem. – Czy to takie dziwne??
– Nie wiem! Nigdy nie rozmawiałam z drzewem – jej twarz wykrzywiła się grymasem, który miał oznaczać uśmiech..
– To zacznij.
Zauważyłam zamyślenie na twarzy kobiety, które pojawiło się jak samorodek i nie było w tym zamyśleniu kpiny, tylko głębokie emocje.
Nie wiem, co wówczas myślała kobieta. Nigdy później jej o to nie pytałam.
– Skąd jesteś? – ośmieliłam się w końcu zapytać.
– Z Katowic. Jestem tu już kilka miesięcy. Za miesiąc wyjeżdżam od tej starej.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Lucja (Łucja) Fice i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s