Poza osadą Tczew

Kolejny tekst Romana Brodowskiego o zielonej miłości, a ode mnie – Redaktorki – postmodernistyczna zagadka – z nagrodą! Kogo i gdzie tu parafrazuję? Ja, nie Autor!
Rozwiązanie zagadki w komentarzach pod wpisem.

Roman Brodowski

Kiedy zimową nocą podróżny…

Nareszcie rozpoczęły się ferie. Długo oczekiwane, zimowe ferie. Spakowane walizki, od kilku dni stoją pod stołem, w oczekiwaniu na komendę wymarszu, na dzień naszego wyjazdu do rodzinnych domów, do naszych najbliższych, przyjaciół. Ja niecierpliwie liczę godziny dzielące mnie od spotkania z moją Marią, układając coraz to inny scenariusz tego wydarzenia.
Przed chwilą wrócił Mietek z dworca kolejowego z zakupionymi na wieczorne pociągi, biletami. Tak się złożyło, że obydwa wyjżdżają, prawie równocześnie.
Pociąg do Gdańska o osiemnastej, a ten w kierunku na wschód, do Białegostoku dziesięć minut później. Jeszcze tylko wspólny, ostatni w tym roku obiad w stołówce, krótki odpoczynek przed podróżą, wkładamy mundury i… można powoli kierować kroki do dworca.

Pożegnaliśmy się kierownictwem internatu i z kolegami z klasy i wreszcie wyruszyliśmy. Na ulicach o tej porze mimo chłodnej, a ściślej mówiąc mroźnej pogody było jeszcze tłoczno i, wbrew naszym oczekiwaniom, nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi. Obładowani bagażami, zmarznięci i zmęczeni, dotarliśmy na dworzec pół godziny przed odjazdem pociągu.
Usiedliśmy w barze mlecznym i, popijając ciepłą herbatę z plasterkami świeżej cytryny, z uwagą wsłuchiwaliśmy się w skrzeczące zapowiedzi, wydobywające się z głośników. Tak usłyszeliśmy, że „pociąg osobowy z Krakowa do Gdyni, z powodu złych warunków atmosferycznych, jest opóźniony około czterdziestu minut”. Spojrzałem rozżalony na Mietka, który właśnie starał się wyłowić ze szklanki żółty, bogaty w witaminę C kawałek owocu.
– Cholera! – powiedziałem prawie krzykiem, przerywając panującą w poczekalni ciszę.
– Nie ekscytuj się, bo to ci tak czy tak, w niczym nie pomoże. Twoja Marylka czekała na Ciebie tyle czasu, że jedna godzina niczego nie zmieni – starał się mnie uspokoić Mietek.

Poczekalnia która jeszcze przed kilkunastoma minutami świeciła pustkami, teraz wypełniła się podróżnymi aż po brzegi, a my w obawie przed brakiem miejsc siedzących w pociągu i perspektywą wielogodzinnej jazdy na stojąco, obmyślaliśmy strategię działania takiej. Postanowiliśmy, że w momencie zatrzymania się pociągu, ja błyskawicznie wskoczę do wagonu, zarezerwuję miejsce i otworzę okno, a Mietek poda mi nasze bagaże, po czym zamienimy się miejscami. Mietek z natury jest spokojny i nieco ślamazarny, więc nic w tym dziwnego, że martwiłem się o komfort jego podróży.
Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy. Natychmiast po zapowiedzi pociągu, pośpiesznie udaliśmy się na peron, na którym stała już kilkusetosobowa grupa podróżnych.
Mietek pilnując naszych tobołków stał nieco z boku peronu, ja natomiast w chwili, kiedy pociąg zatrzymał się, przecisnąłem się przez najpierający tłum, otworzyłem drzwi wagonu i pod naporem „ludzkiej masy” wciśnięty zostałem do środka. Nie obyło się oczywiście bez inwektyw ciskanych w moim kierunku, ale czego się nie robi dla prawdziwych przyjaciół. Najważniejsze, że udało mi się zapewnić mu miejsce i to przy oknie, i w kierunku jazdy. Dalej poszło jak z przysłowiowego płatka. Mietek podał mi bagaże, wszedł do pociągu, usadowił się wygodnie na wskazanym przeze mnie miejscu. Ja natomiast, pożegnawszy się z nim serdecznie, opuściłem wypełniony już wagon, by stojąc na opustoszałym peronie, pomachać mu na pożegnanie.

Do odjazdu mojego pociągu pozostało jeszcze trzydzieści minut, które spędziłem w towarzystwie nieco starszej, dopiero co zapoznanej dziewczyny, która jak się okazało, tak jak ja, jechała na święta, tym samym pociągiem, w tym samym kierunku, tylko nieco dalej, bo do Gdańska. Zosia była studentką pierwszego roku pedagogiki i uczyła się na uniwersytecie śląskim.
Aby i nam udało się spędzić w godnych warunkach podróż, zastosowaliśmy ten sam fortel, co z Mietkiem. I tym razem wszyskto poszło zgodnie z planem. Zajęliśmy wygodne miejsca w przedziale, obok okna, na przeciwko siebie.
Zosia opowiadała mi o studenckim życiu, o planach na przyszłość, a ja w milczeniu patrzyłem na nią szukając w niej podobieństw do mojej Marii, i im bardziej ją obserwowałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie ma nikogo, kto mógłby chociaż w najmniejszym stopniu jej dorównać.
Maria jest jak Nefretete, jak Mona Liza, tajemnicza, piękna, emanująca niebywałym i niewytłumaczalnym ciepłem. Jest jedynym egzemplarzem, jaki stworzył Pan Bóg i żadna, choćby nie wiem jak piękna kopia nie jest w stanie jej zastąpić – myślałem z dumą. Zosia mówiła, mówiła, mówiła, a ja oparty o rozkładany stolik, słuchałem jej cierpliwie, od czasu do czasu wtrącając jakieś słowo, aż w końcu, nie wiedząc kiedy, usnąłem.

Nagle poczułem delikatne szturchnięcie, oraz dobiegający z oddali głos.
– Obudź się! Zbliżamy się do Tczewa.
– Do jakiego Tczewa? – zapytałem zdziwiony – W Tczewie mamy być o czwartej rano, a my dopiero co wyjechaliśmy z Bytomia. Zosia roześmiała się dobrodusznie, podstawiając mi pod nos zegarek.
– O piątej rano? Dochodzi już piąta. Pociąg z powodu śnieżycy jest opóźniony o ponad pół godziny – powiedziała. – Całą noc spałeś, chrapiąc tak głośno, że zagłuszałeś ciągnącą nas lokomotywę – dodała, śmiejąc się jeszcze bardziej, a wraz z nią pozostali pasażerowie.
Czułem się bardzo głupio, i to nie z powodu chrapania, ale dlatego, że zasnąłem wówczas, gdy Zosia opowiadała mi o sobie. Bałem się, że mogła poczuć się z tego powodu urażona…, do czego miała pełne i słuszne prawo. Oczywiście, zacząłem przepraszać, prosić o wybaczenie, tłumaczyć się, a ona słuchając tego wszystkiego była wyraźnie zdziwiona i zażenowana moim szarmanckim zachowaniem. Pożegnaliśmy się ciepło, życząc sobie wzajemnie pięknych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia.

Na zaśnieżonym peronie, pośród wielu ludzi udających się do pracy, stała niewysoka, w szczelnie zapiętym, grubym płaszczu, czekająca na mnie, dobrze znana mi postać – moja dobra, kochana mateńka.

Uczę się Ciebie

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Codziennie czytam twoje wyznania
I jest mi jakoś dziwnie przyjemnie
I coraz bardziej pragnę, kochania

Budze się ze snu wczesnym rankiem
Zły, że już muszę wstawać do szkoły.
We śnie byłem twoim kochankiem
To był czas dla nas bardzo wesoły

Gdy w siedzę w szkolnej, pustej ławce
Myślami pływam w marzeń świecie…,
Tam widzę Ciebie na huśtawce
I tam Cię obsypuję kwieciem.

Ty jesteś w moim sercu, we mnie
I będziesz po czas niezmierzony
Walczyć z tym faktem jest daremnie.
Kiedyś zagrają dla nas dzwony.

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Noszę przy sobie fotografię.
I wiem, że pragnę Cię niezmiennie
Lecz tego wyznać nie potrafię

Bytom, 10.03.1977

A niech sobie mówi!

Ktoś powiedział, że jesień jest szara
Komuś smutno widocznie na świecie.
Dla mnie jesień jest porą poezji,
Którą tworzę kochanej kobiecie.

Ktoś powiedział, że nie lubi zimy,
Bo jest mroźna, bez koloru, biała,
Dla mnie zima to pora nadziei.
A nadzieja zawsze jest wspaniała.

Ktoś powiedział, że nie lubi lata
W lecie dużo słonecznych udarów
Dla mnie lato to pora szczególna
Czas miłości i miłosnych czarów.

Ktoś powiedział…, a niech sobie mówi,
Ja szczęśliwy jestem każdą, miła, porą
Zakochani przecież widzą tylko siebie,
Życie bardziej romantycznie biorą

Więc nie słuchaj moje Ty kochanie
Tych, co ciągle tylko narzekają
Widać, brak im tej mojej radości.
Oni Ciebie po prostu nie znają

Bytom, 23.11.1976

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Poza osadą Tczew

  1. Kasia Krenz pisze:

    Federico Garcia Lorca, Romanca lunatyczna

    Zielonej pragnę zieleni.
    Pnie zielone. Wiatr zielony.
    Koń na stromym zboczu gór
    i okręt na morskiej toni.
    Ona, cieniem przepasana,
    śni wsparta o balustradę.
    Zieleń ciała, włosów zieleń,
    w oczach srebro lodowate.
    Zielonej pragnę zieleni.
    Cygański księżyc świeci;
    rzeczy ją widzą, lecz ona
    nie może ujrzeć tych rzeczy…..

    …………..

    tłum. I. Kuran-Bogucka

  2. Kasia Krenz pisze:

    Bo chyba nie chodziło o parafrazę tytułu: Jeśli zimową nocą podróżny (wł. Se una notte d’inverno un viaggiatore), tytuł powieści Italo Calvino, z 1979 r. ?

  3. Kasia Krenz pisze:

    Ani o cykl pieśni Schuberta, pt. Podróż zimowa? Ani o sztukę Jelinek, która Schubertem się inspirowała. Ani… o miasteczko Zdrój….?

  4. ewamaria2013 pisze:

    Piękne skojarzenia, ale oczywiście chodziło mi przede wszystkim o powieść Calvino, nie tylko dlatego, że tam „zimową nocą podróżny”, ale i dlatego, że pierwszy rozdział, będący niby to początkiem niby to polskiej powieści, nazywa się „Poza osadą Malbork”, a to przecież tuż obok Tczewa.
    Czy wypada za tak piękne skojarzenia i odpowiedzi zaproponować w nagrodę polską ćwikłę z chrzanem?

  5. Kasia Krenz pisze:

    Wypada, powiedzcie, ze wypada! Uwielbiam ćwikłę. Z góry dziękuję. Zjem na miejscu, żeby nie robić kłopotu z wysyłaniem słoiczka pocztą.

    • Roman Brodowski pisze:

      Niech w końcu ja, autor, słowo rzeknę swoje.
      Ćwikłę jeść wypada…, lecz tylko we dwoje.
      Więc , choć się narażę mojej miłej żonie.
      Zjeść tę cwikłę z Panią , wcale się nie bronię .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s