Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Tomasz Fetzki

Ponieważ to mój literacki debiut, najpierw skreślić muszę kilka słów niezbędnego wprowadzenia. Kocham literaturę, ale na co dzień zajmuję się tekstami naukowymi. I raz po raz stwierdzam, że ten szpagat pomiędzy nauką a sztuką to moje przekleństwo: dobrym naukowcem nie będę, bo mnie co rusz ponosi skłonność do zabawy słowem, prawie do pajacowania i w efekcie, zamiast prowadzić naukowy dyskurs, zaczynam opowiadać bajki; zaś dobrym literatem też nie będę, bo mi skrzydła fantazji pęta skłonność do systematyzowania oraz zakorzeniania wszystkiego w faktach potwierdzonych źródłowo. No trudno, artystą nie, ale może przynajmniej dobrym rzemieślnikiem mam szansę zostać – tacy też są potrzebni: ostatecznie nie codziennie je się muffinki i bezy, czasem można, a nawet należy, przegryźć uczciwego, ciemnego razowca (coś wspominałem o pajacowaniu…).
I w myśl powyższych refleksji już wiem, że mój tekst na blog to nie będzie ani rozprawka naukowa, ani misterna miniaturka prozy poetyckiej (jak mi się marzyło), a po prostu… reportaż. Chciałoby się rzec – reportaż poetycki, ale na miano autora takowego trzeba zapracować – więc zgódźmy się na „reportaż poetyzujący”. Dodam (ta skłonność do pajacowania jest silniejsza ode mnie), że jeśli tekst się spodoba czytelnikom, nie dopuszczę, aby został jedynakiem.

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Niektórzy, trudno powiedzieć czemu, nie wchodzą w smugę cienia około czterdziestki, ale tkwią w niej właściwie od zawsze. A jeszcze jak się zdarzy, że ktoś taki dorastał w jednym z miast na Ziemach Odzyskanych, to mamy nieuchronny efekt w postaci wrażliwości na wszystkie ślady dawnych katastrof dziejowych. I wyczulenia na to, co uzmysławia presję przemijania: stare niemieckie napisy (odkrywane choćby i na płytach otworów kanalizacyjnych), zatarte tablice epitafijne, pocztówki z dawno minionymi krajobrazami. I mamy skłonność do kosztowania smaczków smuteczku.

Kiedyś zdarzyło się, że ktoś taki, smugą cienia okryty, wyruszył „młodzieńcem będący” w podróż na ówczesne krańce świata, na drugi koniec Polski, w dzicz. Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych strasznego wieku dwudziestego, Bieszczady to jeszcze naprawdę była dzicz. Owszem: do Soliny czy Polańczyka dotarła jakaś cywilizacja: hotele, przystanie, ale dalej? Ale na południe od Otrytu? Pustka, bezkres połonin, dziurawe drogi i lasy, lasy, lasy… Całe zbocza pokryte szarą olszą, która, jak wiadomo, porosła dawne pola uprawne. Pola, których nie było już komu uprawiać. Bo Zmierzch Bogów, akcja „Wisła”, łuny pożarów. Zostały nazwy, brzmiące cokolwiek egzotycznie: Berehy, Rosochate, Tworylne. Tylko nazwy. Wioski umarły.

Nooo, dla tkwiącego w smudze cienia takie miejsca to gratka nie lada! Dalejże myszkować po zaroślach i szukać resztek fundamentów spalonych domostw. Odczytywać z trudem i zdziwieniem zatarte napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Rozkoszować się nostalgią. A wieczorem wzruszać niemal do łez, gdy przy ognisku ktoś z wielkim przejęciem (co do kunsztu, to różnie bywało…) zaczynał śpiewać:
W rozstrzelonej chacie rozpaliłem ogień…
I dalej tęsknie zawodził:
Święty Mikołaju, opowiedz, jak tu było
Jakie pieśni śpiewano, gdzie się pasły konie
A potem zgrzytały te słowa dziwnie nieprzyjemne:
A on nie chce ze mną gadać po polsku
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną
Starcze, nauczę twoje dziecię po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.

Wtedy nie wiedziałem, ani nie rozumiałem: co za żale ma do nas Swjatyj Mykoła, że taki nieprzejednany. Potem dowiedziałem się. Ale dalej nie rozumiem. W ogóle mam wrażenie, iż człowiek z wiekiem tylko po to więcej wie, żeby więcej mieć do nierozumienia.

W każdym razie z pewnością wiem więcej. Na przykład to, że nie trzeba jechać na drugi koniec kraju, na ukraj, żeby móc się pławić w wytrawnej nostalgii smugi cienia. Bo Zmierzch Bogów miał iście kosmiczny wymiar i pozostawił ślady w wielu miejscach. Umarłe wioski można znaleźć nie tylko w Bieszczadach. Są i na zachodzie. Na Ziemiach Odzyskanych. Na Łużycach.

Między Żarami a Żaganiem też tylko lasy, lasy, lasy… Głównie bór żywicą pachnący. Ale nie pozwól, by ta woń pogrążyła twą czujność w drzemce. Nagle, nie wiadomo kiedy, wśród swojskich sosen pojawia się… no owszem, iglak, ale trochę nie z tej bajki. Ba, nie z tego kontynentu. Cyprysiki na niżu środkowoeuropejskim nie rosną. Chyba, że ktoś je posadzi. Na przykład w przydomowym ogródku. Bo tu kiedyś był przydomowy ogródek! Dom zniknął, ogródka nie ma, ale cyprysik wybujał nad podziw, w potężne drzewo.

1Cyprysik pośród sosnowego boru.

2Jaki to dokładnie gatunek? Stawiam na cyprysik Lawsona – przybysza z Kalifornii. Ale może ktoś mnie poprawi?

Teraz wystarczy rozejrzeć się dokładnie wokół. Więcej tu takich gości (ujmując fachowo – gatunków introdukowanych), choćby przybysz z Turcji, czyli poczciwy kasztanowiec. U nas już zadomowiony i pospolity, ale – dalibóg – nie w środku lasu! Wszystkie te drzewa zostały posadzone: przy drodze, w ogródku, jak to na wiosce. Bo tu była wioska! I to od dawna. Dokumenty wymieniły ją pierwszy raz w roku 1381, ale oczywiście istniała dużo wcześniej. Początkowo, jak wszędzie wokół, mieszkali w niej Serbołużyczanie, a jej nazwa w języku tych zachodnich Słowian brzmiała Ježkojce. Potem, też jak wszędzie wokół, skład etniczny ježkojczan stopniowo się zmieniał. W dziewiętnastym wieku w śródleśnej osadzie Jeschkendorf mieszkali już tylko Niemcy. Jeschkendorf zwischen Sorau und Sagan. Jeschkendorf – wioska graniczna: Żary to jeszcze Dolne Łużyce (dziś uznawane wręcz za stolicę polskich Łużyc), ale Żagań to przecież już Śląsk.

3Był Jeschkendorf – stare mapy nie kłamią.

Piękna to musiała być wioska: wszędzie wokół lasy i niewielka, choć urocza rzeczka Sochre (Żarka, częściej zwana Złotą Strugą), meandrująca w głębokich jarach. Rzekł Klasyk, iż byt określa świadomość, więc aktywność mieszkańców została zdeterminowana lokalizacją. Wydaje się, iż stosunkowo wcześnie Jeschkendorf stał się, bo stać się musiał, raczej wilegiaturą, niż wioską rolniczą. Pałacyk, jakieś wille, no i kilka młynów, poruszanych nurtem Złotej Strugi.

4Stare fotografie – pewnie nie kłamią, choć nieco koloryzują: aż tak sielsko, anielsko chyba nie było.

Przecież ze zwykłą, rolniczą wioską, nie miałby raczej związków Generalmajor, Victor von Aigner (do którego jeszcze wrócimy). Byle gdzie nie rezydowałby również najsłynniejszy chyba mieszkaniec Jeschkendorfu, Oberst Friedrich von Lindeiner-Wildau, komendant Stalagu Luft III. Tak, tak: tego stalagu od Wielkiej Ucieczki, rozsławionej filmem z kreacjami takich gigantów, jak Steve McQuinn, Charles Bronson, Donald Pleasence czy James Coburn.
Daleko do „pracy” pan pułkownik nie miał: odległość Jaszkowic od Żagania to mniej niż pięć kilometrów. Zresztą przysługiwał mu służbowy samochód. Tak naprawdę ten przekąs, ukryty pod cudzysłowem, w jaki wziąłem słowo praca, nie jest do końca sprawiedliwy: akurat Friedrich von Lindeiner-Wildau zasłynął jako jeden z najbardziej ludzkich i honorowych komendantów obozów jenieckich, o czym zgodnie zaświadczali nawet alianci. Tak czy inaczej – jeńcy uciekli (krwawe tego skutki znamy), a von Lindeiner stracił stanowisko i opuścił Jeschkendorf. Ale czym to wszystko było wobec faktu, że już niecały rok później do Żagania, Jaszkowic, Żar i jeszcze dalej na zachód dotarły hordy…, o przepraszam, wymsknęło mi się!, oddziały pokój miłującej Armii Czerwonej?
No i nastąpił ten kosmiczny niemalże Götterdämmerung. A po nim – by pozostać w konwencji – równie apokaliptyczny Völkerwanderung. Większość opuszczonych przez Niemców miast i wsi zostało powtórnie zasiedlonych, ale niektóre, z różnych powodów, porzucono.
Dlaczego taki los spotkał Jeschkendorf? Działania wojenne nie zostawiły tu zniszczeń. Ponadto przecież i położenie wobec okolicznych miast korzystne, i linia kolejowa ze stacyjką, i w tak pięknych okolicznościach przyrody… Czyżby szabrownicy działali zbyt gorliwie? A może za mało osadników przybyło w te strony? Krążą legendy (dla zachowania intelektualnej uczciwości zaznaczam, iż nie znalazłem źródłowego dla nich potwierdzenia), że saperzy Ludowego Wojska Polskiego urządzili tu sobie poligon. Ponoć najbardziej znęcali się nad młynem – bo duży, murowany, aż się prosił, żeby go zaminować i wysadzić – w celach ćwiczebnych, oczywiście! Jak mówią Włosi: jeśli nie jest to prawdą, to dobrze wymyślono.

5 Młyn jaszkowicki – ofiara adeptów rzemiosła saperskiego?

Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. Zostały ruiny młyna, tu i ówdzie zarysy fundamentów, kupki gruzu. Został też mostek, na niektórych mapach określany jako holenderski. Co w nim niderlandzkiego, trudno zgadnąć, ale mostek jest ładny sam w sobie, a jeszcze ładniej położony i romantycznie komponuje się ze Złotą Strugą, żwawo pod nim płynącą.

6Mostek, a Struga pod nim nie tylko Złota, ale i wartka.

Więcej prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz.

Ciąg dalszy za tydzień

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Jaszkowice – reportaż poetyzujący

  1. Ann pisze:

    „I raz po raz stwierdzam, że ten szpagat pomiędzy nauką a sztuką to moje przekleństwo…” Można na to popatrzeć inaczej i jednak pogodzić nauke ze sztuką. Wzorem i przykładem jest St.Lem – bynajmniej nie rzemieślnik 🙂

    • Tomasz Fetzki pisze:

      Wobec tego będę dalej próbował. Choć trzeba przyznać, że autor „Solaris” jako Wzór i Przykład, to poprzeczka zawieszona niebotycznie wysoko!

      • Ann pisze:

        Nie ma się co przejmować poprzeczką. Im wyżej tym i dla nas, i naszych dokonań lepiej 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s