Słowo na niedzielę (wyborczą)

Ewa Maria Slaska

List do Krzysztofa Ruchniewicza
czyli odpowiedź na wpis na blogu: Walecznych 500

Drogi Panie Krzysztofie,

bardzo Pana lubię, lubiłam Pana już wtedy, gdy poznaliśmy się w podzielonym jeszcze Berlinie, a Pan był młodym magistrem. Z zainteresowaniem śledzę Pana drogę zawodową – i ze wstydem przyznaję, że o ile o szczeblach Pana kariery wiem co nieco, o Pana drodze naukowej – nic. Dzięki FB mam teraz okazję od czasu do czasu przeczytać to, co Pan napisał. I znowu – ta część naukowa mniej mnie interesuje niż to, co Pan sądzi ogólnie o świecie i o nas, Polakach i Niemcach, w nim. Zawsze lubię głosy rozsądku, wyważone opinie, klarowne wywody. To oczywiście francuskie dziedzictwo przekazane nam na trasie między Pascalem a Proustem. Wydawało mi się, że Pan też wyznaje te francuskie ideały myśli oświeceniowej, które tak pięknie reprezentował książę de Guermantes.

A tu nagle taki tekst. Walecznych 500. Tytuł rewelacyjny. Gratuluję. Bo to i oczywiście walecznych tysiąc, ale też 300 pod Termopilami.

Gorzej z treścią. Osobiście bardzo lubię cienkie aluzje i uszczypliwą ironię, której nie braknie w tym tekście, ale…

Tematem, który został przez pana ironicznie i uszczypliwie potraktowany jest ilość polskich organizacji w Niemczech i działających w niej osób. Kąśliwie informuje Pan swoich czytelników, że organizacji jest około stu, a zrzeszone są w pięciu organizacjach parasolowych czy, jak to mówią Niemcy, dachowych. I tych sto organizacji, skupiających około 25 tysięcy członków, porodziło jak góra z wysiłkiem wielkim przysłowiową mysz, czyli 500 działaczy.

Panie Krzysztofie, nie komentuje Pan tego dalej, ale uszczypliwości pozwalają dokładnie zrozumieć, że wnioski z tego wyliczenia są dwa. Dwa A.
A czemuż to Polacy się nie angażują w działalność polonijną?
A co tych 500 ma do powiedzenia na temat prawie dwóch milionów Polaków, którzy mieszkają w Niemczech?

Oba argumenty są przestarzałe i zaczerpnął je Pan (nie Pan jeden, oczywiście) z repertuaru kłótni Polaków z Polakami (a może nawet ludzi z ludźmi). Nic się one od romantyzmu i Wielkiej Emigracji nie zmieniły! Polacy się kłócą. Brak im zgody! Wszystko zaprzepaszczą w tych kłótniach! I jest ich mało i nie mają prawa reprezentować NAS.

Ile razy to już słyszeliśmy. I nawet, jeśli to wszystko jest prawdą, to są to argumenty tak bez sensu i tak nie przystające, ani do czasów, ani do potrzeb. I Pan to przecież wie.

Zacznijmy od sprawy najmniej istotnej. Nie angażujemy się. No! A Pan się angażuje? Działa Pan aktywnie w jakimś stowarzyszeniu (nie mówię o instytucjach i organizacjach naukowych, bo to obowiązek zawodowy)? Założę się, że nie. Nie jest Pan (na pewno) prezesem kolonii Ogródków Działkowych im. Jutrzenki Różanopalcej, ani członkiem zarządu Stowarzyszenia Hodowców Kanarków.

Panie Krzysztofie, przecież MY się nie zrzeszamy i nie działamy, jeżeli jako działanie rozumieć działalność stowarzyszeniową. Nawet jeżeli gdzieś należymy, a nawet, jeśli jak ja, coś sami założymy, jakieś stowarzyszenie czy coś w tym rodzaju, to po to, żeby coś ZDZIAŁAĆ, a nie żeby DZIAŁAĆ! Nie działamy. Koniec. Kropka. To po co nam z tego robić zarzuty? nam i innym.

Dobrze, zakończmy ten punkt. Kolejna sprawa – ilość. Ilu nas jest?
Czy muszę pisać, że od czasu elekcji viritim odeszliśmy już od modelu, że wszyscy mają o czymś decydować, ustaliliśmy, że demokracja jest systemem przedstawicielskim, czyli, że w gruncie rzeczy to mniejszość decyduje o większości, a my ją do tego co cztery lata (jak chociażby dziś) upoważniamy i wierzymy bądź chcemy wierzyć, że robi to w jak najlepszej wierze. Oczywiście wiedząc dobrze, że nie zawsze tak jest.

Dalej. Czy mi się wydaje, czy ludzie nigdy nie są jednomyślni? I że już się dawno nauczyliśmy, że nie muszą być jednomyślni, ale muszą wypracować wspólny konsensus.

I wreszcie: przecież oboje dobrze wiemy, że Najważniejsze musi być przez nas wszystkich traktowane jako Najważniejsze. First things first, jak mówią Anglicy.

A najważniejsze dla nas, Polaków w Niemczech, nie jest to, czy mówi się o nas z przekąsem i z pogardą marszcząc nos, tylko czy uzyskamy faktyczne prawa mniejszości narodowej, nawet jeśli z przyczyn historyczno-prawnych nie przysługuje nam tu nazwa „mniejszość”.

I to i tak już jest bardzo pięknie, że po prawie 200 latach emigracji Polaków z Polski do Niemiec powoli możemy się zbliżyć do sytuacji, w której zarówno polityk, jak i urzędnik niemiecki zrozumie, że JESTEŚMY grupą, której przysługiwać powinny prawa takie same, jak te, które PRZYSŁUGUJĄ MNIEJSZOŚCI. Bo wtedy będziemy mogli wreszcie rozwiązać nasze ważne problemy – np. problem nauki polskiego w szkołach dla dzieci z rodzin polskojęzycznych.

Na pewno Pan czytał książkę Anny Poniatowskiej pt. Polacy w Berlinie. Ileż tam czasu i farby drukarskiej poświęcono tematowi, jak i gdzie dzieci mają się uczyć polskiego, najpierw w obliczu zakazów i prześladowań, a potem po prostu w konfrontacji ze zwykłymi codziennymi niemożnościami. Bo to nie tylko polityka może być przeciw nam, często jest to po prostu życie. Kto ma odwieźć dziecko do punktu szkolnego? Jak wygospodarować na to czas? A jak pieniądze? I dokąd je odwieźć? Do kościoła? Do PTS Oświata? Do szkoły przy Ambasadzie? To wszystko miłe działania tej czy innej grupki entuzjastów. Nie obejmą wszystkich, punkty nauczania są za daleko, efekty nauczania nie zawsze zostaną oficjalnie potwierdzone, a to się dziecku w jego przyszłym życiu zawodowym może przydać. Każda szkółka niedzielna czy wieczorna to ważna sprawa, ale żadna z tych form działania nie jest elementem stałym i pewnym systemu edukacyjnego.

Tak naprawdę od dawna wiadomo, że jedynym sposobem jest rozwiązanie systemowe. Język polski, podobnie jak chiński czy wietnamski, powinien się stać częścią systemu edukacyjnego Niemiec. Tego Polska nie może załatwić na terenie innego kraju, choćby chciała (a nie chce). To trzeba wymusić na Państwie Niemieckim. Wszędzie tam, gdzie są dzieci, które muszą / powinny / chcą się uczyć swego ojczystego języka, trzeba im to umożliwić. W każdej placówce edukacyjnej – od przedszkola do matury. Trzeba to umożliwić finansowo i organizacyjnie. To jest jedna z podstawowych spraw, o które toczymy bój. Do tego chyba nawet nie potrzeba 500 Walecznych, być może wystarczy trzech, trzy lub troje, ale muszą oni wiedzieć, że My też tego chcemy, a Wy (ci z Polski) moglibyście ich w tym wesprzeć, a nie nad nimi wydziwiać.

Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Słowo na niedzielę (wyborczą)

  1. pharlap pisze:

    Z przekory przytoczę zupełnie odwrotny punkt widzenia. Ktoś narzekał na brak silnych organizacji polonijnych w Australii i na dowód przytoczył statystyki, które wskazywały, że Polacy, obok Holendrów, najszybciej się tutaj asymilują. Zajrzałem na strony informujące o działalności organizacji etnicznych. Kto tam jest – Turcy, Irakczycy, Afganistańczycy, Libańczycy. Lista jest długa. Są jeszcze Włosi i Grecy, ale to pozostałość z lat 30 ubiegłego wieku kiedy z tamtych krajów emigrowała do Australii biedota. A kogo nie ma – Holendrów, Niemców, Francuzów, Szwedów, Amerykanów z USA, Polaków.
    Czy to nie świadczy o tym, że ci ludzie po prostu czują się w tym kraju jak u siebie w domu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s