Zielona miłość

Roman Brodowski

Święta – muszę przyznać – były dla mnie wyjątkowo udane. Niestety minęły (jak wszystko, co dobre) bardzo szybko, i pozostały po nich tylko wspomnienia.
Natomiast okres między świętami a Sylwestrem nie był ani udany, ani przyjemny, a wprost przeciwnie, był to czas smutnej szarości.
Maria niespodziewanie oznajmiła mi, że została zaproszona przez swoich szkolnych przyjaciół na wyjazd w góry, by tam wspólnie przygotowywać się do zapowiedzianych na styczeń sprawdzianów z matematyki, chemii i czegoś tam jeszcze, a co za tym idzie, nie będzie jej przez kilka dni w domu. Oczywiście przyjąłem to ze zrozumieniem, co wcale nie oznacza, że nie było mi przykro, bo przecież tak naprawdę, to właśnie z Marysią wiązałem nadzieje na wspólne i pełne niespodzianek spędzenie czasu wolnego od szkolnych obowiązków. Byłem przekonany, że bycie razem pozwoli nam zbliżyć się do siebie. Najgorsze było jednak to, że nie mogłem zrealizować tego, co miało być niejako kulminacją naszego „sam na sam”, i jednocześnie niespodzianką dla Marysi, czyli wyjazd we dwoje do Malborka. To właśnie tam, pośród murów starego zamczyska, w romantycznej scenerii, z dala od ludzi postanowiłem (po raz pierwszy) wyznać jej niesamowite uczucia, jakimi ją darzę, moją bezgraniczną i wierną miłość. Właśnie tam pragąłem porozmawiać o moich, a związanych z nią, planach, marzeniach, nadziejach. Od wielu tygodni przygotowywałem się na tę przecież trudną dla mnie rozmowę.
Zamiast tego całymi dniami siedziałem w pustym mieszkaniu, spoglądając co jakiś czas przez okno na zaśnieżoną drogę, prowadzącą od dworca kolejowego, w oczekiwaniu na jej powrót.

Do domu powróciła dopiero w ostatnim dniu roku, wczesnym porankiem. Cieszyłem się, jak małe dziecko. Życie znów nabrało ciepłych, wiosennych kolorów. W momencie, kiedy ją zobaczyłem, natychmiast zapomniałem o tym, że mnie zostawiła, że czułem się zawiedziony, opuszczony i że było mi z tym bardzo źle. Najważniejsze było to, że znów jest, że mogłem ją słyszeć, jej dotykać, że mogłem się do niej przytulić, a poza tym to ostatni dzień, noc sylwestrowa, w którą, tak jak wcześniej zaplanowaliśmy, będziemy się bawili w gronie naszych przyjaciół.

Sylwester był naprawdę wspaniały. Po raz pierwszy skosztowałem prawdziwego szampana. Nie jakieś sowieckie „Krymskoje”, ale prawdziwego francuskiego szampana, którego przyniosła ze sobą Jola. Mój nieco euforyczny nastrój, czas i miejsce, w jakim się znajdowaliśmy dodł mi na tyle śmiałości, że w każdej dogodnej chwili, starałem się być jak najbliżej mojej dziewczyny. W tańcu, podczas biesiady, podczas konkursów robiłem wszystko, by przekazać jej to, czego nie udało mi się zrealizować wcześniej, tam w Malborku, a mianowicie wyznać moje gorące uczucie.
Tak Sylwester pozostawił we mnie wiele pięknych wspomnień. Bawiliśmy się wspaniale do samego rana, i gdyby nie to, że byliśmy ostatnimi gośćmi lokalu, który należało punktualnie o szóstej opuścić, bawilibyśmy się o wiele dłużej.
Do internatu przyjechałem w porze obiadowej, dzień przed rozpoczęciem zajęć w szkole. W pokoju czekał już Mietek. Przyjechał tego samego dnia, tyle że wczesnym rankiem. Na stole stało kilka słoików z kiszonymi ogórkami, smalcem i marynowanym mięsem, a na nich wisiały pęta aromatycznej kiełbasy. Obok zaś leżała powiązana sznurkiem, pachnąca jałowcem, szynka.
– Nareszcie w domu – zażartowałem, witając się serdecznie po kilkunastu dniach rozłąki, z moim przyjacielem, a stare dobre przysłowie mówi, „zgłodniałego nakarmić”, dodałem, wskazując na skarby polskiej wsi, kuszące swoim widokiem.

Mijały tygodnie, życie wróciło do normy, a ja wciąż wspominałem moje ostatnie zimowe ferie i niecierpliwie wyczekiwałem listów od mojego kochania. Niestety, nie wiedzieć czemu, zawsze przychodziły z opóźnieniem i nieco rzadziej
aniżeli przed feriami. Fakt ten tłumaczyłem sobie brakiem czasu, spowodowanym nawałem nauki przed egzaminami. Wszakże liceum to nie szkoła zawodowa.
To dziwne, ale wydawało mi się, że od czasu naszego ostatniego spotkania listy, jakie do mnie pisała, zawierały jakby nieco inną treść. Wprawdzie Marysia tak jak dawniej informowała mnie o tym, co porabia, jak się czuje, co słychać w dalekim i bliskim świecie, ale brak w nich było tego czegoś, co daje poczucie ciepła, bliskości, emanacji uczuć…

Nareszcie zbliża się marzec, rozpocznę osiemnasty rok życia. Z tej okazji odbędzie się moja urodzinowa „feta”. Szykuje się dobra impreza. Przed kilkoma dniami wysłałem zaproszenia do mych przyjaciół, no i oczywiście do Marii. Nie wyobrażałem sobie tego wydarzenia bez niej. To ona jest przecież najważniejszym i najbardziej wyczekiwanym gościem, najpiękniejszym podarkiem, o jakim marzę i jaki pragnę tego dnia otrzymać. Uroczystość, za zgodą kierownika internatu, który również będzie w niej uczestniczył, miała się odbyć w pokoju gościnnym. Spodziewałem się około dwudziestu pięciu gości.

Mietek już od wczoraj, niby dobra gosposia, biegał po sklepach, by kupić niezbędne artykuły. Właśnie przynieśli z Adamem dwie skrzynki coca–coli i słone paluszki. To się nazywa prawdziwy przyjaciel. Zaangażował się w przygotowanie mojego dnia, jakby to on sam był solenizantem. Zadbał o wszystko, począwszy od menu, poprzez napoje, wystrój pokoju, a na programie artystycznym skończywszy. Zresztą i inni zaprzyjaźnieni ze mną mieszkańcy internatu włączyli się do pomocy w organizację mojej osiemnastki…

– Doczekałem się, przyszedł, jest – krzyczałem od progu drzwi naszego pokoju, do czytającego jakąś książkę Mietka, wymachując długo oczekiwanym listem.
– I co ciekawego pisze? – zapytał przyjaciel – nie odrywając oczu od lektury.
– Nie wiem, jeszcze nie czytałem – odpowiedziałem, otwierając delikatnie list, by nie uszkodzić pachnącej, białej koperty.
Usiadłem wygodnie i zacząłem czytać.
„W pierwszych słowach mojego listu pragnę…”
Im bardziej poznawałem jego treść, tym szybciej biło mi serce, a na twarzy zaczęły pojawiać się srebrzyste krople potu.
– To niemożliwe, to nieprawda – mówiłem do siebie rozżalonym półgłosem. – Dlaczego, dlaczego? – powtarzałem jak mantrę, jedno i to samo pytanie.
Mietek zaniepokojony moim stanem, podszedł do mnie, objął po przyjacielsku i zapytał o powód mojego załamania. Nie potrafiłem wypowiedzieć słowa, ani jednego słowa. Łzy uwięzły w gardle, piekąc okrutnie, a potem… spowiła mnie ciemność…

Obudził mnie coraz głośniejszy, nieznajomy dźwięk. Tak jakby ktoś mnie wołał po imieniu. Otworzyłem oczy. Leżałem w łóżku, przy którym stał wystraszony Mietek, obok niego lekarz i kierownik internatu. Patrzyli na mnie jak na jakiś kosmiczny obiekt.
– Co się stało? – zapytałem zdezorientowany.
– Nie denerwuj się – uspokajał mnie lekarz – to tylko nerwowe załamanie. Stres.
Poleżysz kilka dni w szpitalu, odpoczniesz, a my w tym czasie sprawdzimy kondycję twojego serca.
– Jak to poleżysz? A moje urodziny. Przecież jutro… – nie dokończyłem.
Przypomniałem sobie treść listu. Zaczynałem rozumieć, co się stało. W liście Maria prosiła mnie o wybaczenie, bo nie przyjedzie, bo chciałaby, żebym o niej zapomniał, bo pokochała kogoś innego i jest z nim szczęśliwa, bo nie potrafi…
Jakże straszny prezent otrzymałem na moje osiemnaste urodziny – pomyślałem – i to od najdroższej dla mnie osoby. Jak z tym żyć? I po co? Przecież sensem mojego życia jest właśnie ONA. Dlaczego, dlaczego?!
Tysiące myśli tańczyło po mojej głowie, zadając coraz to większy ból. Powoli zamknąłem zmęczone powieki i, prosząc w modlitwie Boga o wieczny sen, zasnąłem

Bytom, 1979

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s