Relacja z pewnego wyjazdu

Ewa Maria Slaska

Był mroczny dzień. Wiał wiatr i było zimno. Gdy dojechałyśmy na miejsce, nad kościołem i parkiem latały stada wron. Oczywiście krakały przeraźliwie, jak to wrony. Trawniki usiane były czarnymi wronimi piórami. Kościół był otwarty ale całkowicie bez życia. Gdyby nie wikipedia nie wiedziałabym, że barokowy kościół ma za patrona świętego Jakuba. Przed kościołem nie było tablicy informacyjnej, historii, nazwy, godzin odprawiania mszy. Nic oprócz kilku dziwacznych haseł wyciętych z brystolu oraz kolorowego plakatu ostrzegającego przed gender i pedofilią. W kościele nie było nikogo, nie było też ani jednego obrazu przedstawiającego Jakuba Apostoła ani emblematów związanych z pielgrzymkami do jego grobu – muszli, kosturów, kapeluszy. W połowie czerwca kościół był udekorowany sztucznymi białymi kwiatami. Była sobota przed południem, a w mieście widać było, pojedynczo lub grupkami, zaniedbanych mężczyzn, wygladających jak bezdomni lub pijacy, a może jak bezdomni pijacy. Nie było ludzi, a więc nie było kogo zapytać o drogę. Pierwszy człowiek, z którym próbowałam porozmawiać, nie usłyszał mnie, bo szczekały psy. Drugi – bo piłą elektryczną przecinał dachówki. Wreszcie przestał, otrzepał się z pyłu, pokazał ręką kierunek. Po lewej miał być cmentarz, po prawej miejsce pamięci. W pustkowiu płaskich pól, otoczony wielkimi kwaderami piaskowca stał cmentarz, na którym poza zbitą gęstwą roślin i kamieniem pamiątkowo-informacyjnym nie było żadnego grobu. Cmentarz był jadalny tak jak latem jadalna jest łąka, a jesienią las. Rosły tam łany poziomek, kwitła róża, której płatki można by przerobić na konfitury, i biały bez do racuchów i na syrop.  Na kamieniu pamięci naprzeciwko modlitwa za umarłych i fragemt spalonych drzwi. Wszędzie kamienie. Z tyłu rząd domów, być może przedwojennych. Napisy. Tak to tu. Dokładnie w tym miejscu. Ludzie wyciągnęli sąsiadów z ich domów, zapędzili ich tu właśnie do stodoły, a stodołę spalili.

Kim jestem w tym scenariuszu? Przychodzą po mnie? Wchodzi Wojciech, z którym ojciec orał pole i jego syn Józek, z którym chodziłam do jednej klasy. Stary Franciszek i dwóch innych. Marcin? Staszek? I co? Jak to się odbywa. Wczoraj rozmawiałam z Józkiem przez płot, jedliśmy wiśnie, oganialiśmy się od much, jego krowa muczała za plecami, a dziś przyszli i co? Są uzbrojeni. Przeciw komu? Przeciw mamie, tacie i mnie? No nie! Więc nie są uzbrojeni. Po prostu każą nam wyjść. I iść pod las koło cmentarza do stodoły. A tam już są inni.

Tego nie można sobie wyobrazić. To  nie anonimowi oprawcy i anonimowe ofiary. To Józek, Franek, Staś i my, Ryfka, Szlomo, Salcia. Jeszcze wczoraj Józek zebrał dla mnie poziomki i włożył je do koszyczka zmyślnie uplecionego z liści dębu.

No ale jakby było na odwrót. Jakbym to ja miała iść po Icka, z którym się wczoraj przekomarzałam za stodołą. Ja, Hanka, bo kobiety też miały pójść. Mężczyźni wzięli widły i łopaty, my – grabie. Bo łatwiej było, gdy się to zrobiło razem. Sam nikt by nie poszedł. Ale też sam nikt nie chciał zostać.

Edda twierdzi, że uczucia, jakie nimi rządziły to strach, chciwość i nienawiść. A ja czuję tylko zdziwienie, bo jak to, przecież jeszcze wczoraj…

Wczoraj tam byłyśmy. Zrobiłam zdjęcia, ale nie są tu potrzebne. Wczoraj pojechałyśmy. Wczoraj wyjechałyśmy.

Wczoraj.

rimg0019PS. Gdy wyjeżdżałyśmy, w uliczce obok rynku zaczął się palić dom. Widziałyśmy kłęby dymu, czułyśmy zapach palonych szmat, a nikt nawet głowy nie odrócił.

Myślę, że nawet jak na moje potrzeby, było w tym pobycie za dużo znaków, symboli i metafor.

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Relacja z pewnego wyjazdu

  1. ewamaria2013 pisze:

    10 lipca w Jedwabnem był ksiądz Lemański, przyjechali też parafanie z jego byłej parafii – Jasienicy. Nie pojawili się mieszkańcy Jedwabnego, ani proboszcz pobliskiej parafii, nie było przedstawicieli lokalnych władz. Ksiądz Lemański widzi jednak pozytywne zmiany. W rozmowie z dziennikarką Gazety Wyborczej mówi, że w miejscowym kościele spotkało go pozytywne doświadczenie.

    – Był otwarty. Autokar zatrzymał się przy kościele. Weszliśmy do świątyni i modliliśmy się. Może za rok będzie na nas czekał gospodarz kościoła, a może w kolejnych latach będzie z nami uczestniczył w uroczystościach – mówił szczęśliwy kapłan.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s