Droga do Santiago. Najera

Ewa Maria Slaska

Środa, 12 września

Wstaję o 6 rano. W kuchni śniadanie przygotowane dla pielgrzymów przez wolontariuszy obsługujących schronisko. Kawa, pieczywo, margaryna, nutella, dżemy. Proszę o pieczątkę w paszporcie pielgrzyma, ale stempel trzeba było wziąć wieczorem od miłej Holenderki, która mnie wpuściła. Dziś nie ma ani Holenderki, ani pieczątki. To ma być mój pierwszy stempel, nie chcę rezygnować. Wychodzę na spacer, oglądam kościół św. Jakuba. Z zaułków wychodzą pielgrzymi i idą na zachód. OK, a zatem wiem, w którą stronę mam iść. Robię rundkę w małym labiryncie na placu Santiago i idę do schroniska, do którego się wczoraj nie dostałam. Dziś wychodzą stąd mnogie rzesze. Intuicja mnie nie zawodzi. Dostaję stempel, wracam po plecak i ruszam.
W mieście trasa świetnie oznaczona niebieskimi szyldami, ale za miastem gubię się natychmiast. Ktoś zawraca mnie z drogi i pokazuje żółte strzałki. Żółte strzałki, łamago, każdy pielgrzym wie, że to po strzałkach dojdzie aż do katedry św. Jakuba w Santiago. Każdy, ale nie ja, bo ja dopiero ruszyłam, a przedtem się w ogóle nie przygotowałam. Nie chciałam czy nie pomyślałam? Nie wiem. W każdym razie nie mam mapy, przewodnika, opisów, mam tylko paszport pielgrzyma, karteczkę, którą znalazłam przed chwilą na podłodze w schronisku, a która pokazuje codzienne odcinki trasy, i nieograniczone pokłady ufności, że dotrę do celu. Chłopak, który za Logrono pokazuje mi strzałki i prawidłowy kierunek, jest na pewno wysłannikiem Opatrzności, która ma nade mną czuwać i czuwa.
Trasa wiedzie pięknym parkiem nad jeziorem. Wzdłuż drogi mnóstwo jeżyn. Po raz pierwszy widzę spontaniczną twórczość pielgrzymów, a może to zresztą magia a nie sztuka – wplecione w płot małe krzyżyki z gałązek. Wplatam i swój w intencji młodej kobiety z rodziny, która czeka na wyniki badań onkologicznych. Na końcu parku sklecona z desek buda – Officio Marcelinho. W budzie mnich w brązowym habicie przybija pieczątki, rozdaje jabłka, herbatniki, kamyki z żółtą strzałką i kostury.

kamienodmarcelinha                                                       Kamień od Marcelinha

Po trzech godzinach pierwszy postój, w ruinach szpitala z XII wieku. To szpital dla pielgrzymów ufundowany przez donę Marię Ramirez.

Navaretta, śliczne kamienne miasteczko, placyk z ujęciem wody, kawiarnia, targ, kościół, jakich potem w drodze będzie jeszcze bardzo dużo – kamienna surowa budowla a w środku barokowy ołtarz skąpany w złocie. Przy ołtarzu bocznym rusztowanie, a na nim cztery kobiety gwarzą i czyszczą to złote bogactwo. Kościół tonie w ciemnościach, widać tylko te cztery kobiety i złotą figurę Matki Boskiej. Potem ktoś zapala światło, tajemniczy połyskujący mrok znika i zostaje tylko złoty barokowy jarmark.

Idę dalej, nie zatrzymując się na kawę w kawiarni. Jestem nowa w drodze, jeszcze nie wiem, jak ważna jest na trasie kawiarnia.

Po drodze gałązki i badyle dosłownie oblepione przez ślimaki.

Ventosa. Do Najery jeszcze 10 kilometrów. Droga paskudna, ubita glina wzdłuż autostrady. Szlak pielgrzymi szedł przedtem tam, gdzie teraz pędzą auta. Wszędzie po drodze będzie widać, że Camino to wprawdzie dziedzictwo kulturowe Europy, i w Hiszpanii się o nie dba, ale nie aż tak, żeby można było obronić pielgrzymie drogi i dróżki. Przez stulecia ludzie wybierali optymalną drogę, a potem wylano ją asfaltem i oddano pojazdom. Nie ma cienia, nie ma wody. Siedzę na betonowym mostku ponad suchym rowem na poboczu. Po szosie pędzą ciężarówki, gdy widzą pielgrzyma – trąbią i porykują.

Przed wyjazdem obejrzałam w Berlinie francuską komedię „San Jaques”. Zabawna, miła. Jeden z bohaterów wyrusza w drogę bez niczego i całą drogę nic nie ma. Ale po prawdzie na Camino jest inaczej, jak nic nie masz, to w każdym schronisku jest coś, co zostawili inni – plecaki, swetry, latarki, kosmetyki. Możesz się zaopatrzyć, ale możesz też zostawić to, czego nie potrzebujesz. Nie musisz, jak dwoje innych bohaterów, ukradkiem wyrzucać na pobocze zbędnych rzeczy – zostawiasz je dla innych.

Na wzgórzu stoi ul z kamienia, czyli coś w rodzaju włoskiego trullo. To pomnik ku czci Rolanda, który pokonał tu jakiegoś syryjskiego olbrzyma, namiestnika Najery. Przeciwnik Rolanda miał ponad trzy metry wzrostu i ważył ponad 200 kilo. Walka trwała cały dzień, noc i dzień następny aż do wieczora.

O 14.30 docieram do Najery. Ostatnie 2-3 kilometry drogi, już na obrzeżach miasta, to jakiś jawny koszmar. Cementownie, żwirownie, upał, kurz i końca nie widać. Muchy. Na przydrożnym murze wiersz o pielgrzymie. Podobno jest też po niemiecku, ale ja widziałam tylko ten.

poemW schronisku przechodzę chrzest bojowy pielgrzymki. Jest kolejka, a jak wreszcie dochodzę do celu, dowiaduję się, że schronisko składa się z jednej tylko sali, ale za to na sto osób. Pierwszy prawdziwy pielgrzymi nocleg. Ale jak to mi potem powie jeden ze spotkanych na trasie Polaków, to pielgrzymka, a nie spacer dla przyjemności po ukwieconych łąkach. Nie wiem, czy zasnę w sali ze stu innymi osobami, ale 28 kilometrów w nogach, upał, pranie białych dżinsów w kamiennym korycie z zimną wodą i zwiedzanie miasta robią swoje. Zasypiam jak zabita.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Droga do Santiago. Najera

  1. Julita pisze:

    Mam muszlę, dbam o nią. Jest w pudełku z laki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s