Droga do Santiago. Belorado

Ewa Maria Slaska

Piątek, 14 września, Rosh Hashana

Wstałam dopiero o 6.30, wychodzę więc dobrze po 7. Po drodze miasteczko Grañón, gdzie można wypić kawę. Czarna nazywa się cafe solo i tak trzeba zamawiać, cafe nero nic im nie mówi. A duża to cafe solo grande.

Belorado-StoercheGniazda bocianie na kościołach. Bieluń dziędzierzawa w polu fasoli. Dziurawiec, bardzo dorodny. Czarny bez. Narkotyczna droga, jadalna droga. Pajęczyny jak z obrazka. Czarne pola słoneczników. Owce i psy. Jaszczurki, myszy, skowronki. Pada deszczyk, bardzo drobny, jak z piosenki. Niemal nie moczy, ale jednak na pierwszym postoju owijam plecak peleryną.

Wytrwałość. Nikt na drodze nie jest silny, jesteśmy tylko wytrwali. Idziemy, jakbyśmy obierali worek kartofli. Jak się obiera worek kartofli? Po kolei.

Niebezpieczeństwa, których już nie ma. Kiedyś pielgrzymka do świętego Jakuba była równa śmierci, a w każdym razie mogła być równa śmierci. W miasteczku Azofra, które wczoraj minęłam, znalazłam napis, że było to miejsce zawsze przyjazne pielgrzymom – założono tu dla nich szpital i cmentarz. Dziś Camino de Santiago to droga szybkiego ruchu nr 120. Czasem trzeba iść poboczem, a wielkie ciężarówki podmuchami niemal zwalają cię do rowu. Ale ten podmuch jest też… ożywczy.

castildelgadoWioski. Ta, gdzie siedzę i piszę, to warowny kasztel i tak się też nazywa, co odkrywam, jak już ją opuszczam. Castildelgado. Kasztel Biskupa Franciszka Delgado. Tu się urodził w XVI wieku i był tak ważny (brał udział w Soborze Trydenckim), że na jego cześć zmieniono nazwę miejscowości, która do XIX wieku nazywała się Villaypún.

Najgorsze są ostatnie kilometry. Myślałam, że wyzionę ducha, mimo że było chłodno, lekko mżyło, słońce nie paliło, nie było wichru, ulewy, upału ani góry do pokonania. Tylko zmęczenie wędrówką. Podobno przechodzi po jakimś czasie. Ale w czym się liczy ten czas? W kilometrach? W wysiłku? W dniach, które mamy za sobą? Czy po prostu będzie zawsze i co dzień? Zawsze i co dzień pod koniec wędrówki będę miała poczucie, że wyzionę ducha? Jak dotąd nie poddaję się zmęczeniu, idę dalej, obieram po kolei kilometry kartofli, ale może trzeba inaczej, usiąść, położyć się, odpocząć, przespać? Zwłaszcza, że mam dobre tempo. Dziś trasa wynosiła 22 kilometry i doszłam przed czasem. Usiadłam obok kilku innych osób pod murem kościoła, żeby poczekać do 13, kiedy otworzą schronisko.

beloradoMieszkamy w kościele benedyktynów z XVI a może z XVII wieku. Nie chce mi się wstawać i sprawdzać. Już się wykąpałam, wypiłam herbatę, wypaliłam papierosa. skarpetkiNa dużym palcu u prawej nogi zrobił mi się maleńki bąbel. Pierwszy w trasie i, jak się potem okaże, jedyny. Mam dobre buty i wspaniałe skarpetki trekkingowe, takie, które trzeba kupować osobiście, przychodząc do sklepu z butami. Skarpety są na lewą i prawą stopę. Pod skarpetą nosi się jeszcze cieniutkie skarpetki i te muszą idealnie przylegać do stopy. Wielkich skarpet nie pierze się w ogóle, cienkie pierze się codziennie. I nie należy kupować chińskiego badziewia.calcetin

Po drodze zmierzyłam sobie czas. Gdy idę w równym tempie, w sprzyjających warunkach, robię 6 kilometrów na godzinę. Ale taka szybkość i tak daje średnią na trasie 4 kilometry na godzinę, bo traci się przecież te wszystkie minuty na wypicie wody i zbieranie jeżyn, i te kwadranse na kawę, siusiu i jedzenie, no i są te góry, kiedy się człowiek wlecze wolniej niż żółw. Jaką mam wtedy szybkość? Dwa kilometry na godzinę? Czasem wydaje mi się, że stoję, a góra nigdy się nie skończy. Ale to nieprawda, bo każda góra kiedyś się skończy, wiem, bo widać nad nią niebo. Gdyby się nie kończyła, miałabym przed nosem ścianę i nic więcej. No i oczywiście wlokę się, ale się wlokę, bo jakbym się nie wlokła, to bym nigdzie nie dotarła, mam więc przecież jakąś minimalną prędkość. No i tak mija przedpołudnie. Zużyłam 5 godzin na 22 kilometry i raz miałam kryzys. A co będzie, jak kryzys dopadnie mnie, gdy droga będzie szła pod górę? Będzie szła. Ona tak, a ja nie. Co wtedy zrobię? Jutro 24 kilometry i dwie wielkie góry.

Po południu wchodzę jeszcze na górę, która wznosi się dokładnie nad „naszym” kościołem, gdzie znajdują się ruiny małego zamku. Spotykam tam Tanię, Rosjankę, która od 18 lat mieszka w USA. Liczę na palacach i ostrożnie mówię, że był to rok, kiedy w ZSRR nagle wielu Żydom wydano zezwolenia wyjazdu. Wiem, bo pracowałam wtedy jako opiekunka w schronisku dla takich właśnie uciekinierów w Berlinie. „Mój mąż był Żydem”, mówi Tania. Aha. „Mazel tov, najlepszego. Dziś jest Rosh Hashana, żydowski Nowy Rok. Powinnyśmy jeść jabłka z miodem, i zwierzęce głowy, i świeże figi”. Ale furda jabłka i głowy! Mazel tov!

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Droga do Santiago. Belorado

  1. cichosza pisze:

    ciekawie opowiadasz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s