Droga do Santiago de Compostela. Rozmyślania

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze piątek, 14 września / sobota 15 września

Wieczorem spotykam przed kościołem dwie Polki. Z daleka zwracają uwagę, bo jedna z nich ciągnie za sobą walizkę na kółkach. Zadają mi pytanie o duchowe przeżycia w drodze. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że nie mam żadnych, że idę i jestem zmęczona, ale że może jest to stan „jeszcze nie” – jeszcze nie mam duchowych przeżyć. Wtedy jedna z nich mówi, że one też się na to skarżą (a czy ja się skarżyłam!?), ale zapewne wynika to z faktu, że źle się przygotowały, bo powinny były więcej czasu poświęcić czytaniu Pisma Świętego i zabrać ze sobą Biblię, a nie tylko kserokopię. Patrzę na nie z otwartą buzią i nic nie rozumiem. Bo dlaczego kserokopia jest gorsza od Pisma Świętego? Dlaczego trzeba było więcej czytać przed drogą? Czy wtedy by się więcej rozmyślało o sprawach Ducha? Nasze rozważania rozmijają się całkowicie. Mnie chodzi o własną myśl, im o lepsze rozumienie Biblii. Moje rozmyślania sprowadzają się do drogi i do tego, jak łatwa stała się pielgrzymka, myślę o pielgrzymkach autobusowych i o tych ludziach, którzy stracili życie gdzieś pod Grenoble. Dziś to już zamierzchła przeszłość, ale wtedy prasa mnóstwo o tym  pisała, bo to był wstrząsający wypadek. Dziennikarz jednej z gazet napisał wówczas, że w pielgrzymce obowiązuje już to samo, co w całym życiu – więcej, szybciej, taniej. Tymczasem w książce o najniezwyklejszych metodach uzdrawiania, w tym poprzez pielgrzymkę, przeczytałam, że jeżeli pielgrzymka w ogóle może w czymś pomóc – uleczyć, rozwiązać problem, udzielić porady – to tylko wtedy, kiedy jest trudna, i że przede wszystkim liczy się wysiłek.

Po mszy ksiądz udziela błogosławieństwa pielgrzymom. Mówi o trzech wielkich celach pielgrzymkowych Europy – Jerozolima, Rzym, Santiago. Byłam wszędzie, ale tylko Santiago to pielgrzymka, Rzym i Jerozolima to były zaledwie wycieczki. Za łatwe, za szybkie, choć w przypadku Jerozolimy na pewno nie za tanie. Ale też niczego od tych miejsc nie chciałam, chciałam je po prostu zobaczyć. Teraz, po raz pierwszy w życiu, podjęłam wysiłek i jeszcze za niego płacę. Nie w drodze, bo w drodze jest tanio, śpimy za grosze, jemy byle co, pijemy głównie wodę, ale przedtem, gdy trzeba kupić wyposażenie, książki, bilety.

Oczywiście niosę ze sobą problem, który wymaga rozwiązania i kamień za grzechy. Kamień nie jest wielki, ale też mój grzech chyba nie jest taki strasznie wielki. W średniowieczu mój problem wymagałby może ogromnego głazu, ale dziś… Cosi fan tutte.

Montes_de_Oca_HeidekrautŹle spałam, ale wychodzę na czas i przez pierwsze półtorej godziny idę jak maszyna do chodzenia. W Villafranca w połowie drogi zakupy, bo w Belorado kierownik hostelu uprzedzał, że w Ortega nie ma nic, a potem jest niedziela i nigdzie nie ma nic. Pewnie nie warto się było tym przejmować, bo w Ortega rzeczywiście nie ma sklepu, ale jednak jest knajpa, mogłam więc nie dźwigać bułek pod górę. A zaraz za Villafranca zaczyna sią góra i jest dość ciężka, co oznacza, że jest ciężko, ale można wytrzymać. Podejście jest jednak dość łagodne, a widoki i tzw. okoliczności przyrody cudowne. Przechodzimy przez pasmo wysokich kopulastych gór, porośniętych dębowymi lasami. U stóp dębów gęsty las paproci, a na obrzeżach drogi niekończące się wstęgi ciemnofioletowego wrzosu.

800px-San_Lorenzo_desde_El_hombreDochodzę na szczyt góry, przebieram się, bo rano było zimno, a teraz już pali słońce. Ruszam w dół, przede mną 9 kilometrów do celu, bez żadnej góry pod drodze. Wydawałoby się – luzik. Ale nic nie jest takie, jak się nam wydaje. Te 9 kilometrów to dotąd najgorszy odcinek całej wędrówki. 9 kilometrów przez rozpalony las sosnowy, niski, a więc taki, który nie daje cienia, piaszczysto-kamienną drogą. 9 kilometrów, wciąż tak samo, piach, upał, droga, las sosnowy, piach, upał, las sosnowy. Tracę poczucie rzeczywistości, ta droga trwa, i trwa, i trwa, i nawet nie mam kryzysu zmęczeniowego, ale po prostu nie daje się wytrzymać tej monotonii.
Trudną sobie wybrałam drogę do oświecenia, ale po kilku dniach wiem wreszcie, czego właściwie chcę. Niezależności od uczuć innych. Chcę przejść od życia z innymi do życia ze sobą. Nie chcę być eremitką, to nie, ale chcę być niezależna.

monotoniaNa drodze ktoś ułożył pomnik z butów. Jeden zieje paszczą oderwanej podeszwy.

Wreszcie wychodzimy z tego upiornego lasu. W oddali kościół w St. Juan de Ortega. Wszyscy przyspieszamy i niemal biegniemy przed siebie. Jest jeszcze gorącej niż w lesie, ale jest coś i to coś dodaje skrzydeł.

juanortegaWioska składa się z kilku domów, kościoła i klasztoru i ogromnego placu. W przybudówce kościelnej schronisko, jakieś prywatne pomieszczenia i bar, najwyraźniej nowy, bo nie ma go na mojej mądrej kartce, no i hospitalero w Belorado nic o nim nie wiedział. Bar jest pełen, ale są to jacyś dziwni ludzie. Na pewno nie mieszkańcy i na pewno nie było ich w drodze, i tacy są głośni. Dobrze, że kupiłam te bułki w Villafranca.

Rozpakowałam się, umyłam, zapłaciłam za nocleg w schronisku, siedzę na ławce i myślę. Najpierw rzeczy najprostsze, OK, hostel prymitywny, nie ma kuchni, brzydkie betonowe łazienki z rurami strzelającymi na odległość lodowatą wodą, nie ma gdzie prać, ale nie to jest w tym miejscu najgorsze.  Jest tu coś obcego, odstręczającego.

Idę do kościoła. Zimno, pusto. Grób świętego Jana, mnicha, opiekuna pielgrzymów, tak jak Dominik. Wykuta w skale krypta, ciemna, zimna, ponura. Uświadamiam sobie, po raz pierwszy, że jestem w Hiszpanii, że to tu narodziła się inkwizycja i że obowiązki inkwizytorów wypełniali Dominikanie. Wiem, jestem niesprawiedliwa,  św. Dominik z Calzady i św. Jan Ortega nie byli inkwizytorami, ale myśl raz puszczona w ruch, nie może się zatrzymać. Ciemny pachnący wilgocią loch już mi się z niczym innym nie może skojarzyć, bo moja podświadomość już mu na swoją modłę zbudowała synapsy. Trzęsę się z zimna i strachu.

Na placu pojawia się wędrowiec w szacie pielgrzyma, nawiedzony jak hinduski sadhu. Towarzyszy mu śliczna chuda dziewczyna w rajstopach. Przechodzą koło mnie i chyba wcale mnie nie widzą. Idą dalej. I nagle czuję, że nie chcę tu nocować, tylko że też chcę iść dalej.

Pakuję plecak i idę.

***
Poczytaj też TU, ale uprzedzam, tekst po części się powtarza. Jednak tylko po części.

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Droga do Santiago de Compostela. Rozmyślania

  1. pharlap pisze:

    Piękna ta pielgrzymka. Taka jak powinna być. W Australii spotkałem się z powiedzieniem – journey is the thing – co tam cel, ważne żeby być w drodze. Nie myślałem dotąd o pielgrzymowaniu, ale Twoje rozważania mnie zachęciły.
    W Australii kilka lat temu zapoczątkowano Camino Australia – 217 km z Portland do Penola. To miejscowości ważne w zyciu jedynaj australijskiej świetej – Mary MacKillop. Trasa nie taka długa, ale ciężka. Po pierwsze trzeba zrobić ja w 7 dni ( czyli ponad 30 km dziennie) , albo nieść ze sobą namiot, bo po drodze jeat tylko 6 miejsc z mozliwością zorganizowania noclegu.. Po drugie wiekszość trasy prowadzi po plaży czyli w głebokim piachu, lub ścieżkach, czasem stromych. Zdarzają się przypadki zmylenia drogi. Urozmaiceniem są bardzo jadowite węże. Opis wrażeń tutaj – http://scecclesia.com/other-stuff/my-aussie-camino-the-inaugural-mackillop-woods-way-pilgrimage-april-2014 .
    Na razie u nas zima, może do wiosny wykrystalizuje mi się jakiś pomysł. Dziekuję za inspirację.

  2. ewamaria2013 pisze:

    Drogi Pharlapie, to był 800 komentarz do wpisów. I do tego taki piękny. Dziękuję!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s