Zacierki, mleko i ziemniaki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zacierki i mleko

Nie mam pojęcia dlaczego i skąd, może nauczyła się tego od Babci Hali, ale Mama wspaniale potrafiła robić zacierki. Moja siostra twierdzi, że mąka w dzisiejszych czasach już nie jest tą samą mąką, którą sprzedawano w sklepach w latach 50 i 60, bo od lat 70 przetwarza się genetycznie pszenicę, która przez to ma coraz więcej glutenu i… Okropieństwa, nawet nie chce mi się o tym pisać, ale rzecz w tym, że rzeczywiście nie da się już zrobić zacierek takich, jak je robiła Mama. Małe, zwarte i ścisłe, ale wcale przez to nie twarde kulki. Mama ugniatała sporą kulę z mąki i wody. Wkładało się ją do miski i palcami odrywało z niej małe kawałki, które szybko trzeba było obrócić między palcami – każdą grudkę osobno – tak by stały się zaokrąglone. Gotowe niewielkie porcje trzeba było albo od razu ugotować w osolonej wodzie i wyjąć łyżką cedzakową na półmisek, albo rozłożyć na ściereczce, żeby się nie posklejały i lekko przeschły, a potem ugotować wszystkie razem. Zacierki można było jeść z rosołem, co uwielbiałam lub z zupą mleczną, czego nie cierpiałam, ale ja w ogóle nie lubiłam zup mlecznych, bo mleko często się przypalało, a zawsze były w nim kożuchy. Odrazę do kożuchów miałam po Mamie i po jej wujku, Dziadku Wiktorze.

O Dziadku przechowała się opowieść z czasów jego uwięzienia w obozie w Stutthofie. Dziadek był elektrykiem i funkcyjni obozowi często go wzywali, żeby im coś naprawił. Dostawało się za to na pewno dodatkową porcję zwykłego jedzenia, a często wręcz jakiś smakołyk. Zdarzyło się, że kucharz, Polak, więzień zresztą, dał Dziadkowi w nagrodę kubek gorącego mleka z grubą (pożywną!) warstwą kożucha. Dziadek odmówił wypicia tego świństwa, czym się bardzo i autentycznie naraził.

Klasyczny przepis na zacierki jest TU, ale wydaje mi się, że Mama nie dodawała jajka.

mamababciahalaMama z Babcią Halą, żoną Dziadka Wiktora.
Dla wyjaśnienia: Halina i Wiktor Ostrowscy byli rodzicami Janiny Kowalskiej, mojej ciotki, i dziadkami Małgosi i Marii, moich kuzynek. Byli jednak również naszymi Dziadkami, bo rodzice Mamy zginęli podczas wojny, a Ojca umarli wkrótce po wojnie. Natomiast Babcia Hala i Dziadek Wiktor wspaniale spełniali w stosunku do nas obowiązki rodzonych dziadków.

Ziemniaki

Mama nie lubiła gotować ziemniaków, zapewne dlatego że nie lubiła ich obierać, bo jak mogła dopaść którąś z nas (niestety, byłam to głównie ja), to natychmiast zasadzała ją do obierania ziemniaków. Siedziało się nawet nieźle, bo można sobie było z Mamą pogawędzić, ale samo obieranie nie było przyjemne.

Po pierwsze zaczynało się od tego, że trzeba było iść do piwnicy i przynieść ziemniaki w misce lub wiaderku. Mama tego nigdy nie robiła. Nie wiem, czy przez całe swoje życie na Grunwaldzkiej choć raz była w piwnicy. Mogę ją zrozumieć. Trzeba było wyjść na dwór, obejść schody na około i tam z boku było wejście do piwnicy. Często było tam ciemno, bo żarówki nie było, przepaliła się albo ktoś ją ukradł, co dziwne, bo obok piwnic była też kotłownia, w której zimą codziennie o świcie palił pan Sarnecki, i było też mieszkanie. Czyli palacz i lokatorzy musieli tamtędy chodzić, trudno więc zrozumieć, dlaczego było ciemno. Ale było. Piwnica była zatęchła, a jak był przednówek i góra kartofli zmieniała się w brudne klepisko, z którego trzeba było wybierać pojedyncze okazy, na bocznej ścianie piwnicy pokazywały się drzwi. Były na stałe zamknięte i łączyły się prawdopodobnie po prostu z sąsiednią piwnicą, ale we mnie budziły jasną zgrozę. W ogóle piwnica kojarzyła się w sposób straszliwy z wojną i trzeba było siły woli, żeby tam wejść, wrzucić nie patrząc porcję kartofli do pojemnika i jak najszybciej uciec.

Ale również ziemniaki kupione w sklepie były paskudne. Dziś już pewnie tego nikt nie pamięta, ale ziemniaki za czasów komuny były zawsze oblepione błotem. Jeśli błoto było zaschnięte, to trzeba je było z trudem odłupywać, a jeśli było mokre, oznaczało to zazwyczaj, że pod spodem znajduje się gnijący ziemniak i śmierdzi.

Mama, jeśli już w ogóle musiała obierać ziemniaki, robiła to w gumowych rękawiczkach, jeśli oczywiście akurat je posiadała, ja jednak nie znosiłam pracy w rękawiczkach (zostało mi do dzisiaj). Tu jednak muszę dodać, że jestem wprawdzie archeolożką, ale nie znoszę mieć brudnych rąk. Jeśli połączyć to z awersją do rękawic domowych, kuchennych czy ogrodniczych, uzyskamy obraz kompletnej niemożności, do której się jednak będąc dzieckiem czy młodą dziewczyną nie miało prawa.

No więc obieram ziemniaki. Nie wychodzi mi to zgrabnie, ziemniaki są prawie kwadratowe w przekroju, obierki grube i nieforemne. Oczywiście po pewnym czasie uczę się, jak to zrobić, żeby obrany ziemniak przypominał raczej kulę lub jajo niż kostkę. W wieku 11 lat potrafiłam już ugotować wszystko, umiałam też porządnie obierać ziemniaki. Gdy miałam lat 12 i Mama wyjechała do sanatorium, a Karusia była w szpitalu, to ja prowadziłam dom. No tak, to o czym to ja… ach, ziemniaki. Obieranie ziemniaków trwało w nieskończoność, a one same, już po obraniu, zawsze były brudne.

Po jakimś czasie z nadzieją w głosie pytałam Mamę, czy starczy, a Mama, nieodmiennie, nie patrząc w ogóle do garnka, żeby ocenić mój urobek, odpowiadała: jeszcze ze trzy…

Ostatnim problemem komunistycznych ziemniaków było to, że nie dawało się ich ugotować tak, żeby na końcu otrzymać suche, gorące ziemniaki. Dziś robimy to odparowując resztki wody i potrząsając garnkiem z pokrywką, ale albo Mama nie znała tego sposobu, albo, co też możliwe, garnek z ziemniakami był za ciężki i Mama nie była w stanie go odparować i nim potrząsnąć. Ja jako dziecko też nie. Zresztą byłam po prostu za mała. Były to czasy, kiedy się jadało znacznie więcej niż dziś i na pięć osób plus nieodłączni goście trzeba było ugotować duży sagan kartofli.

PS

Moi kochani Czytelnicy, wydawałoby się, że nie ma najmniejszego powodu, żebym tu pisała o zacierkach i ziemniakach. Ale otóż powód jest. Jak już zapewne wiecie, po kilku latach pisania o Mamie dorywczo na różnych blogach, próbuję w tej chwili stworzyć o niej książkę. Materiału mam dużo i musiałam go jakoś ogarnąć. Wprowadziłam więc dość surowe ograniczenia:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co pamiętam i o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam (a i to nie wszystko), a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo prowadziłam ich w sumie pięć. I wszędzie pojawiała się również Mama.

Te zasady już tu gdzieś opublikowałam, ale muszę je przypomnieć z uwagi na zacierki. Bo podczas pisania książki zebrałam, głównie zresztą z ukochanego blogu Jak udusić kurę…, sporo opowieści o tym, jak Mama funkcjonowała w kuchni. Pojawił się ryż, była herbata, zielona galaretka, omlet. Myślałam, że to starczy, ale zacierki i ziemniaki przypomniały mi się któregoś dnia tak dobitnie, że musiałam o nich napisać. A skoro tak, to żeby się samej dopasować do własnych zasad, musiałam te dwa rozdzialiki umieścić również na blogu.

Smacznego.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Zacierki, mleko i ziemniaki

  1. Julita pisze:

    Wracał do mnie dziś Twój wpis o Mamie, Ewo Mario.
    Układałam znaczenie słów o zgodzie i tajemnicach. O pojawieniu się w książce „tego co mam, a nie tego, co wiem”. Zaciekawienie formą, chronologią, wyobrażałam sobie Twoją książkę. Jak ułożysz splot wydarzeń i opowiedzianą niebanalną historię. Pierwszy raz tak czekam na książkę, czynnie. Bo, jeśli się ukażą, sięgnę też po opowiadania Tove Jansson, ale to już inne czekanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s