Łużyce czyli Lusatia

Tomasz Fetzki
… alias Vita 1
reportaż poetyzujący

Niektórzy to mają dobrze: na warsztat biorą sobie Camino de Santiago. A tam? Aż gęsto od znaczeń i kontekstów. Roją się egzotyczne persony, krajobrazy zmieniają jak w kalejdoskopie. Pielgrzymka jako metafora, życie jako wędrówka… po kres, po Cabo Finisterra… Czego więcej może chcieć literat?

Viatora wysyłają tymczasem na pustkowia oraz bezdroża. I każą pisać. O Łużycach. Zaś Łużyce, wiadomo, to kresy kultury, pobocze historii i dzikie pogranicze. Piachy albo, do wyboru, błota. Trudne zadanie dostał wędrowiec, lecz nie bez przyczyny. Ci, którzy go pchnęli w tę podróż wiedzą, że Łużyce to jego kraina rodzinna, którą kocha i wciąż od nowa odkrywa. A tym, co odkrywa, mógłby się podzielić – zasugerowali ci tajemniczy Oni.

Właściwie dlaczego nie? Ale jak sprostać temu wyzwaniu? Zaryzykujmy, niebezpiecznie zbliżając się do grafomanii, taką oto przenośnię: peregrynacja po szarych i przaśnych Łużycach jako droga do własnego wnętrza – pozornie znanego i nieefektownego, a przecież pełnego niespodzianek i zadziwień. Ba, czasem nawet człowiek się natknie na perłę, którą gdzieś tam w głębi, nie wiedząc o tym nawet, piastuje! Może być? Metafora zużyta co prawda, ale widocznie nośna, skoro tak intensywnie używana…

Niech przeto nie spodziewa się Czytelnik systematycznego wykładu geografii, historii czy kultury Łużyc – od tego ma Wielką Sieć i coraz bogatszy wybór książek. Niech nie oczekuje bedekera, kompetentnie i wyczerpująco opisującego atrakcje turystyczne rozsiane między Kwisą i Łabą, a przy tym zachęcającego namolnie do ich odwiedzenia. Tego Czytelnik tu nie uświadczy. Cóż więc „uświadczy”?

Viator zaprasza na wspólną wyprawę do miejsc, które są dla niego, z różnych skądinąd powodów, bliskie i ważne. Ich wybór jest, jak mówią, autorski, może więc zaskoczyć obecnością tego, a brakiem tamtego. Trudno – wszak sama Ewa Maria orzekła niedawno: no risk, no fun!

A teraz szczypta patosu: kto gotów, niech rusza z Viatorem, aby przez kilka najbliższych wtorków, po obu stronach granicy, penetrować tajemnice Łużyc: ojczyzny kilku ludów i języków, krainy rzekomo bliskiej, a przecież osobliwej, niby prozaicznie przewidywalnej, a wciąż zaskakującej – jak dusza każdego z nas! Ufff, wystarczy… na wysokim diapazonie łatwo sobie zedrzeć gardziołko, a tyle jest do opowiedzenia.

**********************************

Na początek Żary. Tu rozpoczął Viator swą ziemską wędrówkę i tutaj jest jego miejsce pod słońcem. A ma to miejsce tradycję długą, bo ponad tysiącletnią! Tak przynajmniej świadczy notatka, jaką umieścił w swej kronice Thietmar.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATablica na żarskim ratuszu, głosząca, iż roku pańskiego tysięcznego i siódmego Bolesław Chrobry na nowo zajął (…) kraj Żarowian.

 Nie wspomina co prawda biskup Meresburga o mieście Żary, lecz o terytorium serbołużyckiego plemienia Zara, jednak, o czym zgodnie świadczą znawcy tematu, plemię takie musiało mieć siedzibę obronną, gród będący protoplastą współczesnego city. Zresztą miasto, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, też ma bogatą, siedemset pięćdziesięcioletnią historię. Żary lokowano na prawie magdeburskim zaledwie trzy lata później niż Kraków.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOd kilkuset lat nad miastem czuwają średniowieczne wieże. Niemcy zwali je Die Drei Getreuen. Jak to przetłumaczyć: Trzech Strażników? Trzech Opiekunów? A może – Trzy Piastunki?

 Ale w ciągu tego millenium dziejów miasto nigdy, aż do roku 1945, nie było językowo (bo politycznie różnie się plotło: Bolizavus denuo occupat…) polskie. Początkowo mieszkali tu Serbowie Łużyccy (specjaliści żachną się, dowodząc, iż teren plemienia Zara to obszar przejściowy, pograniczny, dolnołużycko-lechicki; niech i tak będzie, lecz język ewidentnie polski zakrólował tu dopiero po ostatniej wojnie), ale z czasem, dość szybko, samo miasto stało się niemieckie; jednak w okolicznych wioskach jeszcze długo brzmiała mowa słowiańska.

Inna sprawa, że Polacy docierali i tutaj: choćby kilkadziesiąt rodzin z Pszczyny, których w XVIII wieku do Żar sprowadził hrabia Erdmann II von Promnitz – właściciel obu tych miast. Zostały po nich ślady w nazewnictwie obiektów miejskich. Najsłynniejszy z nich to Kornaczewskihaus – najstarsza zachowana kamienica mieszczańska i jedna z pierwszych, wzniesionych extra muros z trwałych materiałów, nie z drewna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARenesansowa Kamienica Kornaczewskich. Ród przybyły ze Śląska zamieszkiwał ją aż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. A w tle: dwie Piastunki.

Tyle, że te polskie akcenty to epizody, dodatki, aneksy. A trafiały się też żydowskie, francuskie, zdarzył się nawet szkocki. Lecz „rdzeń” pozostawał teutoński, był trwały i wydawało się, że nic tego nie zmieni. Ale czyż masz coś trwałego na tym łez padole? Przyszedł pamiętny dzień 17 lutego 1945 roku i dzieje Sorau dobiegły kresu. Jednak zanim w Żarach (krótko po wojnie, o czym mało kto wie, na pewien czas – w Żórawiu) na dobre zagościła polszczyzna, najpierw miasto zostało zdominowane przez innych przybyszów, także posługujących się słowiańskim językiem. Oni także zostawili po sobie ślad.

Każdy Żaranin wie, gdzie się znajduje cmentarz żołnierzy radzieckich. I prawie każdy jest przekonany, iż pochowano na nim tych, którzy polegli podczas zdobywania miasta. Viator też tak myślał jeszcze do niedawna. Tymczasem prawda jest znacznie bardziej złożona. I zaskakująca. Przyjrzyjcie się czterem płytom nagrobnym: zostały dobrane jako zestaw typowy i reprezentatywny. A jednak pewien szczegół, niewyrażony wprost, winien zwrócić naszą uwagę. Ktoś już wie?

SAMSUNG DIGITAL CAMERA SAMSUNG DIGITAL CAMERAIleż to razy odwiedził wędrowiec tę nekropolię, zanim zauważył, że coś tu się nie zgadza: walki o Żary zakończyły się, jak wspomniano, 17 lutego, zaś większość dat śmierci to kwiecień i maj, a trafiają się nawet te z końca czerwca. W Sorau Sowieci założyli potężny szpital polowy i zwozili tu rannych z innych pól bitewnych. Kto wie, może nawet z walk o Berlin? I tutaj, jeszcze długo po klęsce III Rzeszy, żołnierze umierali z ran.

Ale to nie wszystkie tajemnice radzieckiego cmentarza. Jeśli spojrzymy jeszcze dokładniej, dotrze do nas, iż są tu pochowani tylko oficerowie (plus kilku sierżantów, nic poniżej). Taka oto demokracja panowała w robotniczo-chłopskiej Armii Czerwonej! Szeregowcy spoczywają gdzie indziej, w masowych grobach. Nazwijmy rzecz po imieniu – w dołach. Kiedyś to miejsce uhonorowano kilkoma obeliskami, ale już od wielu lat nikt się o te pomniki nie troszczy. Toteż wyglądają tak, jak wyglądają.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA kiedyś były stosowne napisy i gwiazda czerwona na szczycie. Kiedy?

 To jest drugi żarski cmentarz radziecki. Spytajcie jednak kogokolwiek spośród mieszkańców miasta, gdzież on się mianowicie znajduje! Możecie być pewni, że popadnie w głębokie zdumienie. Jaki drugi cmentarz. Jest taki? Viator dowiedział się o jego istnieniu po czterdziestu paru latach życia w Żarach. I powiedzcie teraz, że nie warto wciąż od nowa…

Miejsce wiecznego spoczynku nieszczęsnych sowieckich szeregowców utonęło w niepamięci. Za to, zwłaszcza przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, Żaranie intensywnie odkrywają na nowo niemiecką, a nawet serbołużycką przeszłość miasta. Bo też innej nie ma.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATak zwana Kaczarka, czyli po prostu Serbołużyczanka w zrekonstruowanym (różne mądrale twierdzą, iż nieprecyzyjnie) stroju łużyckim regionu żarskiego.

Dlatego figura Kaczarki, choć świeżej daty, wrosła już na stałe w krajobraz Żar. Czasem zimą jakaś litościwa dłoń założy jej szalik, niekiedy wiosenną porą ktoś w jej dłonie włoży bukiecik kwiatów… Taki żarski Manneken Pis: ktoś swojski, bliski, tutejszy i bardzo lubiany.

Na razie jednak żegnamy Cię, miła Kaczarko! A za kilka tygodni, gdy wrócimy z podróży, będziemy rozumieć znacznie lepiej, kim naprawdę jesteś. I pogawędzimy o NASZYCH Łużycach.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Łużyce czyli Lusatia

  1. pharlap pisze:

    Dla mnie Żary to przede wszystkim miejsce kontaktu Georga Philipa Telemanna z muzyką polską – patrz tutaj ==> http://pl.wikipedia.org/wiki/Georg_Philipp_Telemann#Telemann_i_Polska . A z zuoełnie z innej beczki… poznałem w Australii na nartach 3 osoby niemieckiego pochodzenia, z tego dwie pochodza z Sorau.

    • Tomasz Fetzki pisze:

      Pełna zgoda! Żarski epizod Telemanna, choć krótki, jest bardzo ciekawy. No, ale na tym właśnie polega problem autorskiego wyboru, zaprawionego dodatkowo wymogami technicznymi: o wszystkim pisać nie sposób. Na temat samych Żar możnaby stworzyć cały cykl, lecz kto by wytrzymał podobny egocentryzm!
      A co do starych Sorauerów – odchodzą, niestety. Niedawno zmarł przewodniczący żarskiego ziomkostwa. Wiadomo, jak takie określenie kojarzy się zazwyczaj u nas, ale ten człowiek był wielkim przyjacielem Polaków i przekazał do Żar wielkie ilości dokumentów oraz ikonografii, które zgromadził po wojnie w Niemczech. Szkoda!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s