Droga do Santiago, miejsce bez nazwy

Ewa Maria Slaska osiem lat temu na drodze do Santiago de Compostella

Wtorek, 18 września

Chcę dojść do Castrojeriz. To znane miejsce, wszędzie w relacjach o Camino znaleźć można to zdjęcie, droga, w oddali samotna niewysoka góra jak biust, zwieńczona zamkiem.

Jeśli nie będzie gorzej niż dziś, to powinnam dać radę. Zajrzałam wczoraj do ewangelii św. Łukasza, którą Mietek miał ze sobą w maleńkim wydaniu. Otworzyła się na rozdziale wjazd do Jerozolimy: I stanął u stóp góry zwanej Oliwną.

Czy to mi coś mówi? Czy w całym tym zgiełku w ogóle coś jeszcze człowiekowi coś mówi? Coraz mniej mi się śni, och, wiem, oczywiście, że mi się śni, ale coraz mniej pamiętam. Gdyby to dotyczyło tylko pielgrzymki, to bym powiedziała, za dużo ludzi naokoło, ale w życiu tak nie jest, a śni się mało, coraz mniej. Chciałabym, żeby coś mnie prowadziło, ale co właściwie? I dokąd? Tam, gdzie nie będzie już nędznej pracy, nędznej płacy i udawania, że jestem cool.

Wychodzę o 7.30 i o 10 mam za sobą 11 kilometrów. Cool. Droga cudowna, słońce, wiatr, wyżyny. Wielkie hiszpańskie wyżyny, ci poeci Mamy musieli o tym właśnie pisać. Wyżyna to coś wspaniałego. Nigdy przedtem nie przeżyłam tej formy geograficznej tak namacalnie i świadomie. Wielkie pofalowane przestrzenie żyznej czarnej ziemi, wielkie niebo, wiatr, słońce i chmury, wioski w kotlinach.

sant3O 12 jestem w Castrojeriz. Małe miasto, ruiny zamku na górze i pięć kościołów. Ładnie tu, ale pogoda piękna, mam ochotę iść dalej. Wchodzę do albergo po pieczątkę i gorącą wodę na herbatę. Pytam, czy mogą się przespać godzinkę na trawie? Mogę. Wodę dostaję za darmo. Pyszna herbata.

Po drodze potężne ruiny klasztoru świętego Antoniego z XIV wieku.

Droga przez wielką górę, której znowu nie ma na mojej karteczce. Najwyraźniej, tego co przygotował ten karteluszek, obchodzą tylko możliwe miejsca postoju, natomiast droga z A do B w ogóle go nie interesuje. Zgubiłam po drodze butelkę z wodą, ale na górze dostanę nową od pielgrzyma, Włocha. Zgubiłam też japonki, to spora strata, ale mam nadzieję, że w najbliższym schronisku jakieś znajdę. Idzie się lekko, dobrze, po szerokiej drodze z mostem przez wielką rzekę. Znowu góra, znowu rzeka, ale zanim tam dojdę spotka mnie… Cud!

ewamostW starym małym kościółku, z na wpół zrujnowanym dachem schronisko na 12 osób. Completo. Oczywiście komplet-omlet-klops, dlaczego akurat ja miałabym dostać nocleg w takim schronisku, o jakim przez całą drogę marzy każdy porządny pielgrzym? A jednak dostaję. Schronisko prowadzą dwaj mnisi z Ferrary. Proponują, żebym weszła i odpoczęła, zanim pójdę dalej. Mogę zjeść z nimi kolację. Pytają kim jestem, odpowiadam, że Polką. „O, to tu jest twój rodak, z Oświęcimia.” Siadam przy stole, przedstawiam się, Waldek dzieli się ze mną zapasami – chleb i ser dostał od mnichów, wielkiego pomidora zerwał w jakimś ogrodzie przy drodze.  „To nie kolacja”, mówi, „kolacja będzie potem. Na kolację przyjdą wszyscy pielgrzymi, a potem będzie…, sama zobaczysz” „Nic nie zobaczę”, mówię, „muszę iść dalej”. Ale nie, nie muszę. Waldek szepcze przez chwilę z mnichami i prowadzi mnie do jednej z 12 prycz. „Tu bądziesz spała”, mówi i zabiera swój plecak. „A ty?” „A ja? Na strychu.”

Jemy, pijemy wodę (ja) i wino (Waldek), rozmawiamy. Waldek był już dziesięć razy w Santiago. Właśnie wraca i liczy na pracę przy winobraniu w prowincji Rioja. Czasem pracuje też przy bambusach. Ciekawe, nie wiem, jak się pracuje przy bambusach? „Normalnie, żniwa”, mówi Waldek.

Na kolację zupa jarzynowa, chleb i wino, a potem wspólna modlitwa i… o tak, umywanie nóg. Siedzimy w kręgu, a nasi dwaj gospodarze myją nam stopy. Jestem tak zażenowana, że w ogóle nie wiem, jak się zachować.

Po kolacji zbieramy z Waldkiem naczynia i idziemy do baraczku w podwórku, pozmywać.

Spać. „Tu”, pokazuje Waldek, „tu jest grób”. Nie rusza mnie to, wielkie rzeczy, w kościołach zawsze są groby. „Ale to grób pielgrzyma, który umarł na drodze dwa lata temu.” To oczywiście zmienia postać rzeczy. Stajemy przy grobie, modlimy się przez chwilę. „Dobrze ma”, myślę, „dobrze tak umrzeć i tak być pochowanym.”

Kładę się do łóżka. Przez dziurę w dachu widać gwiazdy i księżyc w pierwszej kwadrze.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s