Lusatia alias Vita 3

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczając brühlowskie Brody kierujemy się na zachód. Znowu bór, aż do samej Nysy Łużyckiej. Kilkanaście kilometrów lasów i ani jednej wioski. Ale nawet gdybyśmy natknęli się na jakąś osadę, na pewno nie spotkalibyśmy w niej żadnego Serbołużyczanina. Czasem można spotkać się z opinią, że na prawym brzegu Nysy, przynajmniej w jej dolnym, północnym biegu, już od końca XIX wieku nie było Wendów – zasięg słowiańskich języków łużyckich na przestrzeni wieków powoli, ale nieubłagalnie się kurczył. To prawda, lecz nie do końca. Jeszcze w roku 1937 młody student (późniejszy słynny górnołużycki historyk oraz etnograf) Frido Mětšk, w relacji z wyprawy rowerowej stwierdził, że na obszarze pomiędzy miastami Muskau, po łużycku Mužakow oraz Triebel, czyli łużyckim Trjebula (współcześnie Trzebiel), około 20 km na południe od miejsca, gdzie się znajdujemy w naszej podróży, wciąż żyli ludzie mówiący po serbołużycku. Niestety, po roku 1945 kochana Władza Ludowa, z delikatnością słonia w składzie porcelany wszystkich Serbów, jako obywateli III Rzeszy, hurtem wysiedliła za Nysę. Podobnym wyrafinowaniem zabłysnęli zresztą nowi włodarze także wobec Warmiaków, Mazurów czy Słowińców. Efekty znamy.

A mogło być inaczej! Mało kto słyszał o fascynującym epizodzie z dziejów polskich Łużyc, czasem nazywanym Akcją „Mužakow”. Z inicjatywy wysiedleńców, reprezentowanych przez organizację Domowina, przy wsparciu polskich środowisk sorabistycznych, w latach 1946-47 prowadzono intensywne działania mające doprowadzić do powrotu niesłusznie wysiedlonych i utworzenia w Polsce serbołużyckiej gminy ze stolicą w Mużakowie, czyli współczesnej Łęknicy. Sprawę rozpatrywano już na szczeblu ministerialnym i to w kilku ministerstwach na raz. Pomysł był całkowicie realny. Zabrakło… czego? Determinacji? Zrozumienia decydentów? Przysłowiowego łutu szczęścia? Nie wyszło. Szkoda…

Tak sobie dumamy, aby zająć myśli podczas długiej podróży przez las. Gdybyśmy skierowali się kilka kilometrów w lewo, dotarlibyśmy do ukrytego wśród drzew tajemniczego miasteczka ruin. System kilkudziesięciu budynków, połączonych siecią utwardzonych dróg. To pozostałości potężnego zakładu chemicznego, Deutsche Sprengchemie GmbH, produkującego przede wszystkim na potrzeby wojskowe, wojenne właściwie. Mimo tego że zbudowano go na uboczu, wśród lasu, jego lokalizacja nie była dla aliantów żadną tajemnicą. W pewnym momencie także zasięg anglosaskich bombowców przestał być problemem. A jednak ta fabryka śmiercionośnych materiałów wybuchowych nigdy nie stała się celem nalotów! Przyczyny tego nie są ani strategiczne, ani taktyczne, ani romantyczne nawet, a jedynie do bólu prozaiczne: w przedsiębiorstwo był zaangażowany amerykański kapitał. Armia bała się ewentualnych roszczeń odszkodowawczych. Nieprawdopodobne? Ależ skąd. Taki Henry Ford na przykład (postać może i zasłużona dla racjonalizacji procesu produkcyjnego, ale w sumie persona szemrana i ponura) uzyskał od rządu USA wielomilionową rekompensatę za swą fabrykę zniszczoną podczas wojny w Niemczech. A że tam ginęli amerykańscy chłopcy? Sorry Winnetou, biznes jest biznes. Ale ta Ameryka… powiedzcie sami: fantastic country!

Jednak my fabryki nie odwiedzimy, choć pokusa jest silna. Miejsce to bowiem niebezpieczne i pochłonęło już wielu poszukiwaczy oraz badaczy różnej maści. Kilkanaście lat temu głośno było o dwóch studentach geografii, którzy w zdradliwych ruinach znaleźli śmierć. Lepiej nie ryzykować, tym bardziej, że naszym oczom ukazują się jakieś zabudowania.

Miastem leżącym najbliżej fabryki jest Forst, czyli serbołużycki Baršć. Od wieków rozciąga się na lewym brzegu Nysy, ale w roku 1921 zbudowano od podstaw dzielnicę prawobrzeżną, czyli Berge. Urbaniści odpowiedzialni za to zadanie wykazali się dobrym gustem: zaraz za mostem zaprojektowali plac (nie ich wina, że po kilkunastu latach nadano mu nazwę Horst Wessel Platz) z którego, na kształt gwiazdy, rozchodziło się kilka ulic.

cottbus (1)Forst – Berge, Horst Wessel Platz. Nie tylko układ przestrzenny, ale i architektura są tu przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.

Odwiedzimy to urocze miejsce? Désolé! Jeszcze raz mamy możność delektowania się dokonaniami Władzy Ludowej. Całe Berge, do fundamentów, zostało rozebrane w pierwszej dekadzie powojennej: wszak Stolica dźwigająca się z gruzów potrzebowała cegły! A znajdująca się tu dziś wioska Zasieki to kilka domów oraz stacje benzynowe i mały bazar, nastawiony na gości zza rzeki. Tą samą drogą, którą oni tutaj przybywają, my udamy się tam: przejeżdżamy zbudowany kilkanaście lat temu most, a następnie mijamy pozostałości przejścia granicznego – świadectwo słusznie minionej w dziejach Europy epoki.

Forst, miasto nazwane w XIX wieku Małym Manchesterem, równie dobrze mogłoby nosić miano Małej Łodzi: intensywny rozwój przemysłu włókienniczego przyniósł okolicznej ludności dobrobyt, ale też pozostawił, łatwo dostrzegalny miejscami i dzisiaj, typowy krajobraz industrialny.

cottbus (2)Czy można było niektóre sceny Ziemi Obiecanej nakręcić tutaj? Czemu nie!

Mówią, że pieniądze to nie wszystko. Coś w tym stwierdzeniu musi być. Mieszkańcy Forstu mieli pracę, a więc i zapewniony byt. Ale, jako się rzekło, nie samym chlebem człowiek żyje! Gdy nie ma lęku o chleb i dach nad głową, człowiek zaczyna tęsknić za pięknem. Bo tak do głębi i naprawdę (przyczyny bezpośrednie były trochę inne, ale bez drobiazgowości!) tylko w ten sposób można wytłumaczyć fakt, że szare i surowe miasto przemysłowe stało się siedzibą czarodziejskiego ogrodu, czyli sławnego Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego.

cottbus (3)Ostdeutsche Rosengarten Forst (Lausitz): 16 hektarów zieleni, ponad 800 gatunków róż, pergole, fontanny i rzeźby, niektóre naprawdę wysokiej klasy artystycznej (Viator osobiście proponuje odwiedzić posąg Żurawi). Oaza pośród przemysłowej pustyni.

Gdy uda nam się już wyplątać z pułapki, jaką do wzroku i powonienia jest różany ogród (bo w ogrodzie rośnie pnącze, w krzewach róży świat się plącze…), kierujemy się znowu na zachód. Przed nami dumny Chóśebuz. Stolica i centrum Dolnej Łužycy. Gdzie, jeśli nie tutaj, szukać Serbołużyczan!

cottbus (4)-5Oto najszybciej rzucające się w oczy świadectwo tego, że znajdujemy się na Łużycach: tablice z nazwami miast oraz ulic są dwujęzyczne.

Byłoby o czym opowiadać. W mieście znajduje się łużyckie centrum kulturalne z bogatą biblioteką (Viator nie raz miał okazję korzystać z jej zasobów), Muzeum Wendyjskie oraz gimnazjum serbołużyckie. Ale jaki w tym sens: każda z wymienionych instytucji prowadzi stronę internetową, gdzie Czytelnicy tego reportażu poetyzującego uzyskają informacje o wiele bardziej profesjonalne, niż te, których może im dostarczyć Viator – li i jedynie amator.

Z tego samego względu nie opowie wędrowiec o zabytkach wielowiekowej historii: niewiele się ich zachowało po alianckich nalotach – w Cottbus amerykański kapitał najwyraźniej nie inwestował – ale są i warto je odwiedzić. Wspomni jedynie Viator o pięknym, nowoczesnym gmachu biblioteki Uniwersytetu Technicznego (niech Czytelnik powędruje TU – warto!). Ale dwóch refleksji sobie nie podaruje!

Na wschodnim krańcu Starego Miasta, na niewielkim wzgórzu, wznosi się kompleks budynków sądowych. Nie zawsze jednak tak było. To przecież Góra Zamkowa, niegdyś wznosił się tu najpotężniejszy serbołużycki zamek. Gdy Bolizavus Luzici denuo occupat, obsadził fortecę na kilkanaście lat polską załogą. Co więcej, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, tutaj właśnie wstąpił Chrobry w związek małżeński z margrabianką Odą Miśnieńską.

cottbus (6)Wzgórze Zamkowe. Kto wie, gdyby historia Łużyc potoczyła się inaczej, może stałby tutaj zamek królów polskich? Pomarzyć zawsze można…

Drugą refleksję snuje Viator przede wszystkim z myślą o tych Czytelnikach, którzy wytrwale, z podziwu godnym samozaparciem, śledzą regularnie jego teksty. Jakiś czas temu, gdy opowiadał historię księcia Hermanna von Pückler oraz Dzieweczki z Abisynii, nieszczęsnej Machbuby (TU i TU), pozwolił sobie na taką uwagę: aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być”. I oto nadszedł czas by zmięknąć i pofolgować rozświerzbionemu jęzorowi! Na peryferiach Stolicy Dolnych Łużyc, w dzielnicy Branitz (czyli Rogeńc po serbołużycku), znajduje się, kolejne po Parku Mużakowskim, dzieło Zielonego Księcia: Branitzer Park. Tam osiadł Książę po mużakowskim bankructwie, tam, niepoprawny marzyciel, stworzył kolejny park krajobrazowy i tam, dokonawszy żywota, został pochowany wraz z żoną – nieżoną Lucie von Pappenheim. I to gdzie!

Piramida – wyspa na stawie w Parku Branitz. Tu spoczywa Zielony Książę. Najefektowniej miejsce to prezentuje się jesienią. Jako, że Viator nie dysponuje taką fotografią, pozwolił sobie skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci.

 Pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Jednak, by nie zanudzać Czytelników, opowie o niej Viator za tydzień. Zaprosi też wytrwałych w miejsce całkowicie wyjątkowe, można powiedzieć: łużyckie Crème de la Crème!

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Lusatia alias Vita 3

  1. dorotek pisze:

    POGOTOWIE RACHUNKOWE
    Bedzie o czyms innym, nie w odpowiedzi na tekst, sorry. Ale wazne. Dzis moja rozkojarzona glowa przeczytala RAZEM wynotowane na kartce dwie rozdzielne rzeczy: przypomnienie, ze EWA MA URODZINY oraz literowke w tlumaczonym tekscie POGOTOWIE RACHUNKOWE. To zestawienie jest odkryciem – a odkryciami mozna sie z Czytelnikami podzielic. EWA jest dla pewnie wielu z nas pogotowiem przyjacielskim – towarzyskim – gastronomicznym – duszpasterskim – literackim – …. a dla mnie w dodatku rachunkowym. Nie, nie chodzi o zwykle pozyczki przed pierwszym dla nawyklych do rozrzutnosci. Pogotowie rachunkowe to wielka, zlozona i pewnie wrodzona kompetencja retoryczno-psychologiczna potrzebna do komunikacji z Urzedem Skarbowym – sprawiajaca, ze Ewa ma w zanadrzu (w pogotowiu!) palete argumentow i wykretow, jakiej sie nie spodziewa najbardziej nieczuly na scieme urzad. Po co to do Was pisze na urodziny Ewy? Zeby moze kazdy wejrzal po cichu w swoje miedzyludzkie bilanse i przywolal sobie w pamieci, jakim rodzajem pogotowia jest dla niego Ewa. Jesli chodzi o mnie, to ja tego zliczyc i tak nie potrafie (od liczenia mam pogotowie rachunkowe) – wiec ryczaltowo Ewo dziekuje Ci za wszystko – i prosze o wiecej. Zycze Ci zatem cierpliwosci, milosci blizniego i filozoficznej melancholii. Bo jak wiesz, ja sie nie zmienie. Ale czyz moge Ci zyczyc innego Dorotka?

    • ewamaria2013 pisze:

      Dziękuję, Dorotce za życzenia, jak zawsze wyszukane. Przypomnijmy chociażby ten oto wpis sprzed roku, który to wprawdzie ja umieściłam na blogu z okazji urodzin Doroty, ale cały się składa z życzeń, jakie to ja dostałam od niej rok temu:
      https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/21/urorurodziny/
      A przy okazji przypominam fakt, który się chyba już gdzieś ujawnił w ciągu minionych prawie dwóch lat, że trzy Wasze autorki z bloga – Lidia, Dorota i ja – jesteśmy ze znaku Panny.
      Ktoś jeszcze? Poproszę o zgłoszenia!

  2. ewamaria2013 pisze:

    A jeszcze a propos wpisu tak niecnie pominiętego w komentarzach i zdominowanego przez fakt urodzin. Swego czasu zjeździłam mniej lub bardziej służbowo całe chyba Łużyce po niemieckiej stronie Odry i jakieś nawet ich fragmenty po stronie polskiej. I chciałam się podzielić dwoma uwagami.
    1. Widzimy tylko to, co wiemy. Więc widziałam na przykład w Forst opuszczone przez ludzi wymarłe ulice i straszne nowoczesne blokowiska, też puste – wszyscy pojechali szukać szczęścia ekonomicznego „na Bawarii”, a nie widziałam w ogóle przedmieścia Berge! Wiem wiem, już go nie ma, ale nie wiedziałam nawet, że było.
    I tak w każdym z tych miast i w każdej z tych miejscowości. W Mużakowie nie słyszałam o Machbubie, w Chociebuszu nie widziałam zamku, gdzie Chrobry… A przecież uwielbiam Chrobrego.
    2. Z tamtych wyjazdów na Łużyce zapamiętałam cudowną wręcz przyrodę, a ponieważ jeździłam tam zawsze jesienią, Łużyce kojarzą mi się z mgłami, drzewami, wodą i grzybami.
    Dziękuję Autorowi, że przypomniał mi łużycką jesień. To piękny podarunek na urodziny.

  3. dorotek pisze:

    Szanowny Autorze,
    wrazeniami sie nie podziele, bo nie zjezdzilam tego regionu wzdluz i wszerz. Ale moge sie podzielic jednym malym wzruszeniem – bo oto tlumacze wlasnie jeden tekst uzytkowy (na uzytek pewnego urzedu) i pojawia sie w nim cala lista rzeczy wartych zobaczenia na pograniczu, rowniez wymienione przez Ciebie. Twoj tekst zatem upoetycznil mi wiedze malenka, wyrywkowa i statystyczna. Nie tylko wiec prawda jest to, co pisze Ewa, ze widzimy to, co wiemy, lecz takze i to, ze dzieki temu, iz cos wiemy, mamy szanse dowiedziec sie czegos nowego. Z wiedza jest pewnie tak, ze to materia towarzyska, lubi sie dosiadac do innej wiedzy i ucinac pogawedki. I tak to sie spotkaly Twoja i moja. Rozstaly sie w najlepszej komitywie. Moze spotkaja sie znowu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s