Sterylna czystość i zwały śmieci

Joanna Trümner

Podróż do Chin

Shanghai

Jazda transrapidem z szybkością 400 km/godzinę i widziane z okna wieżowce niczym nie przypominały mojej wizji Chin, obrazów widzianych w filmie Ostatni cesarz Bertolucciego i scen z książki Pearl S. Buck Łaskawa ziemia. Szanghaj jest bardzo nowoczesnym miastem z panoramą drapaczy chmur, których w tej ilości nie znajdzie się w żadnej z metropolii Europy. Przy budowie tych wieżowców zatrudniono ekspertów Feng Shui lub wróżbitów, by zadecydowali o tym, w jakim miejscu budynki mają stanąć i kiedy najkorzystniej będzie rozpocząć ich budowę. Na dachach wielu z nich znajdują się okrągłe dziury, przez które zgodnie z zasadami Feng Shui przelecieć mają złe duchy, krążące wokół domów. Przerażająca ilość ludzi i sterylna czystość ulic i parków, o którą nieustannie dbają armie kobiet, krążących tam ze szczotką i zmiotką, usuwające każdy niedopałek i liść spadający z drzewa.

chinyshanghaiZ okna naszego hotelu widać slumsy – rozpadające się domy bez kanalizacji i światła. W tej świątyni modernizmu i techniki nikt nie potrzebuje rzeczy starych. Niedługo zapewne zostaną zburzone, by zrobić miejsce dla kolejnego Starbucksa lub McDonalda. Może to miał na myśli Mao, mówiąc, że „trzeba zniszczyć wszystko co stare, aby móc zacząć budowę nowego systemu”.

chinytargpionW programie wycieczki jest zwiedzanie rynku i wspólne gotowanie obiadu z chińską rodziną. Po zwiedzaniu rynku apetyt niestety wszystkim przechodzi – opuszczamy rynek w stanie szoku, mając przed oczami te worki żywych żab skaczących po ladzie, niezidentyfikowane gatunki mięsa (psów i kotów na ulicach niewiele!) i ryb, mózgi, podroby, nigdy jeszcze nie widziane owoce i warzywa. „Rodzina” to, jak się okazuje, mieszkańcy wzorowej komuny zbudowanej w końcu lat 70 dla pracowników napływowych z prowincji. Przed obiadem oprowadzają nas po muzeum, pokazującym z dumą, jak wielką szansę życiową otrzymali oni od państwa chińskiego. Wśród eksponatów: racjonowane słodycze marki „White Rabbit” i stojące w każdym mieszkaniu maszyny do szycia, na których z przydziałowego materiału rodziny szyły sobie obowiązujące w całych Chinach mundurki w trzech kolorach: czarnym, szarym i niebieskim. Patrząc na zdjęcia tych szczęśliwych ludzi myślę o rolniku Wang Lung z książki Pearl S. Buck Łaskawa ziemia, który w sto lat przed stworzeniem przez Mao tego „raju dla klasy chłopskiej i robotniczej”, w czasie nieurodzaju jadł dla zabicia głodu ziemię. Czy czułby się w tej komunie szczęśliwy? Pod koniec zwiedzania pada żenujące pytanie: „Czy chcecie zobaczyć film propagandowy z tamtych lat?” Sytuację ratuje Erich – nauczyciel z Szlezwika-Holsztynu zapewniając oprowadzających nas przewodników, że właśnie po to przyjechaliśmy do Chin, żeby poznać historię tego wspaniałego kraju, ale niestety nieznajomość języka uniemożliwi nam zrozumienie filmu. Jedzenie przygotowane przez rodzinę (widzieliśmy tylko panią domu – 52-letnią emerytkę – w Chinach kobiety pracujące fizycznie przechodzą na emeryturę w wieku 50 lat, mężczyźni w wieku 55 lat) było fantastyczne. Mieszkania nam nie pokazano, otrzymaliśmy tylko informację, że w trzech pokojach mieszka małżeństwo z synem i teściową.

Hangzhou

Z Szanghaju jedziemy pociągiem do Hangzhou, siedem godzin podróży mija na miłych rozmowach i oglądaniu niewielkich wiosek i pól. Razi nas brak zwierząt i niewielka ilość pól uprawnych: kto to wielkie państwo karmi? Spędzamy cały dzień nad przepięknym jeziorem West Lake, odwiedzając sterylnie czyste parki. Mijają nas tysiące chińskich turystów – dla nich jesteśmy gwiazdami filmowymi – co chwila ktoś prosi nas o zrobienie z nim zdjęcia, często jesteśmy filmowani bez pytania. Świadomość, że jakaś mała Chinka lub Chińczyk na drugim końcu świata zaczyna dzień patrząc na moje zdjęcie lub że pocieszam ją/jego, gdy ma stresujący dzień w pracy czy też złamane serce napawa mnie radością – każdy ma przecież prawo do odrobiny próżności.

Płynąc statkiem po jeziorze popełniam jedną z wielu gaf pytając naszego przewodnika: „Dlaczego nie ma tu plaż?” Liu patrzy na mnie z dezaprobatą, zaskoczony takim brakiem wyobraźni i naiwnością: „Wyobraża sobie Pani, co zostanie z jeziora, jak 18 milionów ludzi przyjdzie się tu wykąpać?”

chinyjangcybrudnawodaJangcy

Cztery kolejne dni spędzamy na statku płynącym po Jangcy – trzeciej co do wielkości rzece świata. Rzeka jest rzeczywiście olbrzymia – krajobrazy widziane z okna naszej kabiny byłyby jednymi z najpiękniejszych widoków jakie widziałam w życiu, gdyby nie sterty śmieci płynące wzdłuż rzeki. A wśród tych plastikowych butów, butelek, płyt, resztek mebli, jedzenia małe łódki – całe rodziny grzebią w śmieciach szukając rzeczy, które można byłoby sprzedać na skupie. I pierwsi pływający Chińczycy – młodzi chłopcy nieświadomi tego, jak czyste są rzeki w innych częściach świata. Pełną rekompensatą jest kiczowate wręcz, pełne gwiazd niebo, które oglądamy wieczorem popijając na pokładzie piwko i rozmawiając do północy o tym dziwnym kraju, który wszyscy w naszej grupie zwiedzają po raz pierwszy. Podczas jednej z proponowanych przez biuro wycieczek widzimy największą na świecie elektrownię wodną na Jangcy. Przy tworzeniu tego projektu, zwanego przez rząd „projektem tysiąclecia”, przesiedlono 1,5 miliona ludzi i zalano wiele wiosek.

chinyjangcysmieciXian

Następnym etapem naszej wycieczki jest Xian – była stolica Chin – 10 milionowe miasto znane z armii żołnierzy z terakoty. Samo miasto jest również warte obejrzenia, ze starym murem miejskim o długości prawie 15 km – jeździmy po nim rowerami i oglądamy z góry tętniącą życiem starówkę. Załujemy, że program wycieczki przewidział tylko jeden nocleg w tym mieście. 7500 żołnierzy z terakoty sprawia niesamowite wrażenie, naukowcy stwierdzili, że do tej pory odnaleziono tylko 1% armii, stworzonej na zlecenie pierwszego chińskiego cesarza Qin Shi (zmarł w 210 roku przed naszą erą). Terakotowa Armia miała strzec grobowca cesarza i pomóc mu odzyskać władzę w życiu pozagrobowym. Zasiadł on na tronie Chin w wieku 13 lat i rządy rozpoczął od zlecenia prac nad armią z terakoty. Prace trwały 38 lat. Bohaterem narodowym jest jeden z trzech chłopów, którzy znaleźli części armii podczas budowania studni. Był to początek tego niesamowitego odkrycia, które znajduje się dzisiaj na liście światowego dziedzictwa Unesco. Yang Xinman szybko zrozumiał zasady gospodarki wolnorynkowej i codziennie siedzi w muzeum, sprzedając za 200 youanów (mniej więcej 25 Euro) swoje zdjęcie z podpisem. Nie widzieliśmy jego twarzy, bo zasłaniał ją parasolką uniemożliwiając wykonanie nieautoryzowanych zdjęć.

chinyarmiaPekin

Zwiedzanie rozpoczynamy od placu Tianamen – znanego na Zachodzie z masakry, którą rząd chiński przeprowadził na swoich protestujących obywatelach 3 i 4 czerwca 1989 r. Aby wejść na Plac musimy przejść przez dwa punkty kontrolne – te kontrole są zresztą wszechobecne – nawet do kolejki miejskiej nie można wejść bez przepuszczenia plecaka przez rentgena. Dlatego zapewne tak niewiele się słyszy o zamachach terorystycznych i protestach. My zresztą też musimy protestować, bo Liu koniecznie chce nas zaprowadzić do mauzoleum Mao na placu Tianamen. Mao i bez mauzoleum jest wszechobecny – patrzy na nas z każdego banknotu, a jego wielki, pięknie wyretuszowany portret wisi również przed wejściem do Zakazanego Miasta, upokarzając w ten sposób pokolenia cesarzy z dynastii Ming i Xing, którzy tu mieszkali. Zakazane Miasto jest olbrzymie – w religii taoistycznej niebo składa się z 10 tysięcy pokoi – a pałac cesarski ma ich 9999 i pół.

chinymurNastępnego dnia pojechaliśmy autobusem za miasto, żeby zobaczyć Mur Chiński. Po przejściu 1337 stopni udało nam się stanąć na Murze. Jest to budowa niesamowita i czoła należy chylić przed architektami. Niestety – duża część ponad 6000 km muru musi zostać w miarę szybko naprawiona. Jego zygzakowaty przebieg na pewno też ma coś wspólnego z Feng Shui – nie buduje się prostych dróg i mostów, aby utrudnić złym duchom pokonanie drogi.

Jednym z ciekawszych przeżyć w Pekinie była wizyta w centrum medycyny chińskiej. Mówiący doskonale po niemiecku profesor wyjaśnił nam w krótkim wykładzie zasady stawiania diagnozy w medycynie chińskiej, np. mierzenie pulsu w pięciu punktach ręki, bo każdy punkt odpowiedzialny jest za inny organ. Każdemu z nas postawiono diagnozę, zaskakująco pokrywającą się zresztą z diagnozami lekarzy w Niemczech. Jedynym szczęśliwcem był nasz senior – 74-letni Hilar, który usłyszał, że będzie jeszcze żył 25 lat. Oprócz Hilara wszyscy opuściliśmy centrum zdruzgotami świadomością licznych chorób, zaopatrzeni w torby pełne lekarstw z rosnących w Tybecie ziół. Na koniec zaaplikowano nam bezpłatny masaż nóg, błogosławieństwo dla turystów zmaltretowanych poprzedniego dnia chodzeniem po Chińskim Murze.

Rzekomo każda podróż nas zmienia – ja wracam do Berlina z radością patrząc na niebo bez smogu, małą ilość ludzi i zrozumiałe napisy i z pewnym niedosytem, myśląc o tym jak niewiele zobaczyłam i dowiedziałam się o tej prastarej kulturze

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s