W górę rzeki (5)

Zbigniew Milewicz

Kawałek pieczeni

Miedzianowłosa Jadzia Hamplówna czuła się na scenie, jak ryba w wodzie. Była urodziwa i pewna siebie, miała wdzięk, ładny sopran i widocznie to „coś“ w sobie, co spowodowało, że po jednym z występów „Lutni“ dostała propozycję angażu w zawodowym teatrze w Berlinie. Jak na skrzydłach pofrunęła z tą wiadomością do domu. Ojciec Tomasz z uwagą wysłuchał córki, w milczeniu nabił tytoniem porcelanową fajkę, zapalił i z troską w głosie powiedział mniej więcej tak:

– Co tam w świecie bydziesz robić? A jak cie zepsujom… na to nie moga pozwolić.

Koniec i kropka, na odpowiedź nawet nie czekał. Był wzorem dobroci i łagodności, ale jednocześnie – jak to wówczas w tradycyjnych, śląskich rodzinach – miał wielki autorytet w domu i panna z wielkim żalem musiała sfrunąć na ziemię. Znajdowała się w wieku odpowiednim do zamążpójścia i na brak odpowiednich kandydatów do ręki nie narzekała. O jej względy starał się między innymi pewien bogaty kupiec z Częstochowy o nazwisku Szczęsny, dzięki któremu mogła automatycznie awansować w społecznej hierarchii, ale wybrała Erwina. Był w niej zakochany po uszy, ona chyba mniej w nim, ale myślę, że dobrze rokował, jako przyszły mąż. Babcia miała dominującą naturę, dziadek zaś zgodną, gotów dla niej góry przenosić. Wiedziała, że jest mądry, pracowity, poza tym nie przesiadywał w szynku. W łaski przyszłego teścia wkupił się zaś jednym dobrym uczynkiem. Któregoś dnia przyszedł na zolyty na Bytomską o dosyć nietypowej godzinie, bo wcześnie rano. Ubrany był w paradny żakiet, z muszką, pod wąsikiem, który dodawał mu powagi. Był to strój zdecydowanie wieczorowy. Skąd się wziął u Hamplów o tej porze, tak ubrany, o tym historia rodzinna milczy.

Erwin, pojedź za mnie na kopalnia po wągiel – poprosił na dzień dobry pradziadek Tomasz.

Młody człowiek, wiele się nie zastanawiając, wskoczył na furę, wziął lejce i pojechał pod wskazany adres. Prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim życiu prowadził podobny pojazd, ponadto nie znał furmańskich zwyczajów, więc wyminął długą kolejkę wozaków, czekających na wydanie węgla i podjechał pod samą bramę, która była jeszcze zamknięta. Konie prowadzone niewprawną ręką staranowały rygle, za Erwinem posypał się grad soczystych przekleństw, a sztygar na wadze o mało co nie wygrzmocił go swoją laską. Zbity z tropu dobrymi manierami i wyglądem karlusa, który spokojnie stał przed nim i przepraszał za bramę, jednak go obsłużył. Poza kolejnością.

dziadekbabciaŚlub odbył się 13 października 1920 roku. Młodszą siostrę babci, Marysię, wziął sobie za żonę Jorg (Jurek), brat dziadka, jednak młodszy od niego o trzy lata. Przepraszam, że dodałem mu wieku w poprzednim odcinku, ale niedawno znalazłem w szpargałach dokument, który skorygował moją wiedzę na ten temat. Erwin był więc najstarszy z rodzeństwa Paluchów, podobnie, jak moja babcia wśród dzieci Hamplów, to też udało mi się już ustalić na bank. Myślę, że z praktycznych względów te dwie pary miały jedno weselisko, ale póki co nie znajduję na to żadnego potwierdzenia w dokumentach, ani w rodzinnych relacjach.

Pierwszą inwestycją małżeńską babci było znalezienie dla dziadka lepszej pracy. Uważała, że w Azotach zdrowotnie marnieje i marnuje się jako pracownik laboratorium, ponadto słabo go wynagradzają. Zdecydowanie bardziej podobał jej się Skarboferm, polsko-francuska, akcyjna spółka węglowa, powstała w lutym 1922 r., w ramach „rewanżu“ dla Francji za kredyty udzielone Polsce w wojnie z bolszewikami oraz za polityczne wsparcie przyłączenia Górnego Śląska do macierzy.

Na zdjęciu: tu mieścił się Skarboferm.

Na podstawie zawartej umowy francuscy udziałowcy mieli prawo do dzierżawy złóż węglowych w kopalniach Bielszowice, Król, Knurów i Wyzwolenie, 50 procent udziałów w kapitale zakładowym miał polski Skarb Państwa. Była to dochodowa i największa w międzywojennej Polsce spółka węglowa; w jej Radzie Nadzorczej zasiadali m.in. Henri Le Rond, przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej i Wojciech Korfanty, dyktator III Powstania Śląskiego. Kawałek tej pieczeni dostał się również powstańczemu kombatantowi o psudonimie „Erwin“ i intuicja mi mówi, że stała za tym babcia. On umiał się poświęcać dla innych, ale był zbyt skromny i jednocześnie za dumny, żeby ubiegać się o swoje. Urzędniczą karierę w chorzowskiej ekspozyturze spółki przy ul. Katowickiej zrobił jednak samodzielnie. Rozpoczął ją jako szeregowy pracownik, później dzięki rzetelności, pasji samouka i bystrości umysłu stopniowo awansował na stanowisko kierownika jednego z działów. W parze z tym szły apanaże, pod koniec lat trzydziestych sięgały miesięcznie 500-700 złotych, kiedy n.p. para dobrych butów kosztowała 5 zł., a jajko 2 grosze.

lagiewnikiTak to było na Śląsku: Tramwaj międzynarodowy, polsko-niemieckie przejście graniczne – Łagiewniki /ulica Chorzowska

Niedoszła artystka berlińskiej sceny, lub o mały figiel pani kupcowa Sczczęsna, inną drogą awansowała zatem do upragnionej klasy średniej. Jej mąż legitymował się tylko świadectwem ukończenia szkoły ludowej, ale w wolnym czasie dużo czytał, poza tematami zawodowymi interesował się m.in. etyką, psychologią, filozofią, sztuką. Mam jego książki w domowej bibliotece. Przede wszystkim jednak wspólnie z kochaną Jadką dbali o materialny, mieszczański dostatek, na który w coraz większym stopniu mogli sobie pozwolić; z pierwszego, skromnego mieszkania przy ul. Katowickiej 15 przeprowadzili się „na kilka pokoi” do kamienicy przy Dąbrowskiego 18. Tam mieli jadalnię z gdańskimi meblami, pianinem i stojącym zegarem, który wybijał godziny na melodię dzwonu z katedry w Westminster, sypialnię i gabinet. Gabinet to był pokój dziadka, wyposażony w bibliotekę, kanapę i stylowe biurko, podkreślające jego urzędniczą pozycję. Mieli kucharkę i dziewczynę do sprzątania, chodzili regularnie do teatru i operetki, bywali na przyjęciach towarzyskich z udziałem ważnych osób i sami je wydawali. Należało to do dobrego tonu w tej sferze.

Czy czuli się w niej dobrze? – rozważałem osiemnaście lat temu, kiedy zaczynałem spisywać historię rodziny. Dziadek, nie przypuszczam. Szybciej babcia, grała panią, czuła się jak na scenie, prawdopodobnie.

Rodzinę utrzymywał dziadek, babcia zajmowała się domem i wychowywaniem córek, tak, jak to wówczas jeszcze było w zwyczaju. Fizycznej pracy już nie musiała wykonywać, od tego miała służbę, ale kto wiedział lepiej od pani Paluchowej, jak powinny błyszczeć sztućce, podłogi, albo okna przed świętami… Albo, jak powinno się kulać ciasto na makaron do niedzielnego rosołu… To mieszkanie na Dąbrowskiego w pewnym momencie stało się jednak za małe, a może dziadkowie zwyczajnie zapragnęli mieć coś oddzielnego dla siebie, bardziej rozwojowego. Córki rosły, jak kiedyś założyłyby swoje rodziny, mogliby zamieszkać wszyscy razem. Tak zaczął się budować dom przy ulicy Wesołej 5, na nowo powstającym osiedlu Ruch. Pierwsze wille już na nim postawiono, Paluchowie mieli oszczędności, więc trwało to szybko, około roku. W 1938 lub na początku 1939 roku wprowadzili się na Wesołą. Dom z cegły nie był otynkowany, na to zabrakło już środków, ale do zamieszkania już się nadawał. Zajęli pierwsze piętro, parter wynajęli państwu Szumskim, którzy pochodzili spoza Śląska, a do sutereny wprowadził się wujek Jurek, ten z Grenzschutz z ciocią Marysią i dziećmi. Na drugim piętrze, znajdował się strych i małe, jednopokojowe mieszkanie, na razie puste.

Zapędziłem się trochę, a jeszcze chciałbym opowiedzieć o jednym wydarzeniu, które wcześniej miało miejsce w rodzinie i wyglądało na złośliwy wybryk losu, a było jedynie wynikiem pazerności III Rzeszy. Kiedy Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, mój pradziadek Franz nie posiadał się ze szczęścia. Powiesił zdjęcie kanclerza na poczesnym miejscu w swoim mieszkaniu na Kościelnej i poszedł do Skarbofermu, żeby podzielić się radosną nowiną ze swoim pierworodnym. Już z ulicy wołał do niego: nareszcie bydzie nom teroz wszystkim dobrze, nosz kochany Adolf zrobi porzondek. Do tyj pory tyś mi Erwinku zawsze stawioł gorzoła, dziś z tego świynta jo ci postawia.

Dla człowieka, który długo obracał złotówkę w dłoni, zanim ją wydał, była to deklaracja wielkiej wagi. Kilka tygodni, albo miesięcy później Erwina odwiedził w mieszkaniu jeden z jego braci. Pora była wczesna, Erwin jeszcze spał.

– Wiesz, żeś jest milionerem?
– Nie, po jakiemu? – zdziwił się, jeszcze zaspany.
– No więc żeś jest i żeś nie jest…

Okazało się, że w Australii zmarł w podeszłym wieku krewny pradziadka Franza, który wiele lat temu wyjechał na Antypody i dorobił się tam sporego majątku. Był kawalerem, nie pozostawił po sobie żadnego potomstwa, ale za to – stocznię, względnie kilka stoczni. Sąd zdecydował więc o licytacji majątku i przekazaniu pieniędzy członkom rodziny zmarłego w Polsce, do podziału. Kiedy te dotarły na granicę niemiecko-polską, na Kościelną przyszło urzędowe zawiadomienie. Do odbioru czeku albo gotówki nigdy jednak nie doszło, ponieważ przesyłka została na mocy jakiegoś uczonego paragrafu zarekwirowana przez niemieckie władze celne. Ten incydent bardzo zasmucił pradziadka Franza. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak porządny człowiek, jak Adolf Hitler zawłaszczył sobie to, co należało się jego rodzinie, jak psu buda. Może, jako bardzo poczciwy z natury człowiek i porządny Niemiec pocieszył się myślą, że jeżeli jego tysiącletnia rzesza naprawdę potrzebowała tych pieniędzy, to w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Dlatego nasz dom na Wesołej został otynkowany dopiero w Polsce Ludowej.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s