Tydzień na lotnisku

Ewa Maria Slaska o książce Alaina de Bottona, Airport

In the summer of 2009 Alain de Botton was given unprecedented, unrestricted access to wander around Heathrow, one of the world’s biggest airports as a Writer-in-Residence. He spoke with everyone from airline staff and senior executives to travellers passing through, and based on these conversations he produced extraordinary account of life at an airport and what it says about modern existence.

Working with the celebrated documentary photographer Richard Baker, he explores the magical and the mundane, and the stories that inhabit this strange ‘non-place’ that we are usually eager to leave. Taking the reader through the departures lounge, ‘airside’ and the arrivals hall, de Botton shows with his usual combination of wit and wisdom that spending time in an airport can be more useful and more revealing than we might think.

Wszystko jasne, prawda? Pisarz (a właściwie – eseista) Alain de Botton (rocznik 1969, to czasem lubi się wiedzieć) i fotograf Richard Baker spędzili w roku 2009 tydzień na londyńskim lotnisku Heathrow, a dokładnie w najnowocześniejszym wówczas terminalu 5. Był to pobyt opłacony przez samo lotnisko i, podobno, zleceniodawca życzył sobie wręcz, by to, co napisze pisarz i sfotografuje fotograf było, jeśli zajdzie taka potrzeba, krytyczne. Możliwe. W książce nic specjalnie krytycznego nie znalazłam, a jeśli, to były to zdania innych (że jest, na przykład, za dużo sklepów). Tekst zresztą jest, jak to zawsze u de Bottona, inteligentny, a jego czytanie to dla ludzi lubiących niezobowiązujące i łatwo przyswajalne obserwacje i rozważania o życiu – sama przyjemność. Ale nic dziwnego, w końcu de Botton zapisał się nam we wdzięcznej pamięci czytelniczej jako autor znakomicie przyjętych również w Polsce książek Sztuka podróżowania i Architektura szczęścia.

Ale mniej więcej w połowie lektury samo obcowanie z tą książką (czytałam ją w wydaniu niemieckim, ale to chyba bez znaczenia) stało się dla mnie nieznośne i początkowo nie umiałam dociec, dlaczego. Książka o niczym, rozważania i obserwacje inteligentnego człowieka, ukazujące, że nie ważne o czym pisarz pisze, o mrówkach, Prouście czy lotnisku, w gruncie rzeczy i tak pisze o wszystkim, o świecie, Bogu, życiu i sprawach ostatecznych. Tomasz Fetzki od wielu tygodni udowadnia to w swoich wpisach, niby to o Łużycach. Ale w końcu wie, że to pretekst i nie na darmo nazwał swój cykl postów Lusatia alias Vita.

Takie książki są moją ulubioną lekturą i doprawdy zaniepokoił mnie fakt, że nie mam już ochoty czytać Lotniska.  Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to nie książka mnie drażni, lecz zamieszczone w niej zdjęcia. Są to zdjęcia marginaliów i tak jest OK. Zdjęcia pokazowe zalewają nas ze wszystkich stron i nie byłoby dobre a nawet wskazane, by w inteligentnych rozmyślaniach pisarza o życiu pojawiły się foty jak z folderów reklamowych.

Ale…

ludziebezwlasciwosciNie wiem, kto zadecydował o takim a nie innym doborze zdjęć, sam fotograf, pisarz, ich wydawca czy zleceniodawca, ale podejrzewam, że zadecydował przede wszystkim Duch Czasu, który wręcz histerycznie każe fotografowanym obiektom chronić własną prywatność i zmusza fotografa albo do wiecznego pytania każdego o zgodę, albo do fotografowania tak, żeby nikt się nie mógł przyczepić.

Jest to niezwykłe, bo doszliśmy do tego stanu w tej samej chwili, w której fotografowanie stało się tanią, demokratyczną rozrywką, dostępną doprawdy każdemu. I dokładnie wtedy, gdy każdy z nas może fotografować, i nic go to nie kosztuje, objawił się atawistyczny strach przed fotografią. Oczywiście można zrozumieć ostrożność w publikowaniu zdjęć dzieci, można zrozumieć, że jeśli pijemy na umór lub jak Jolka Jolka zdradzamy męża z autobusem Arabów, to nie chcemy, żeby nas fotografowano.  Ale ochrona własnej prywatności poszła tak daleko, że bez zgody właściciela pokoju nie można opublikować zdjęcia tego pokoju i fotograf musi mnie zapytać, czy wolno mu upublicznić zdjęcie mojej prywatnej kuchni.

Myślę, że nam odbiło i że nie umiemy już odróżniać rzeczy ważnych od nieważnych, a książka Bottona jest dobitnym przykładem tego, co się nam porobiło w głowach w sprawie zdjęć i fotografowania, a może szerzej – w ochronie tego, co uważamy za własną prywatność. Fotograf pokazuje nieistotne detale materialne, a jeśli odważa się pokazać człowieka, to są to albo upozowani funkcjonariusze zleceniodawcy i to upozowani tak, żeby nie było widać, że upozowani, albo absurdalne ujęcia, udające, że fotograf uchwycił życie w jego ulotnym wyrazie. W miarę normalne są zdjęcia ukazujące człowieka stojącego przy oknie lub śpiącego na ławce. To jeszcze wiem, że są to sytuacje, iż widzimy kogoś od tyłu. Ale są też zdjęcia ukazujące człowieka od strony łysiny, od strony tyłka albo z głową schowaną w walizce. Pojawią się nawet takie absurdy, że zdjęcie pocałunku, czynności zdałoby się intymnej i godnej ochrony przed wścibskim okiem aparatu fotograficznego, łatwiej doczeka się zgody na publikację, bo całujący się ludzie są na zdjęciu niewyraźni.

Niekiedy widzimy tylko nogi.

Niekiedy palec w tyłku…

palecwtylkuBrrr… Ludzie bez właściwości, okropne zdjęcia. Rozmyślam o tym ewenemencie i wciąż przypomina mi się fragment minipowieści tegorocznego laureata nagrody Nobla, Patricka Modiano – Ulica ciemnych sklepików. Pojawia się tam człowiek plaż, gość, którego nikt nie zna, a jednak znaleźć go można na dziesiątkach zdjęć z wakacji. Widzimy go i nic o nim nie wiemy. Tajemnicza postać, która jednak bardziej do mnie przemawia niż znany z imienia i nazwiska pucybut na lotnisku, którego widzimy tylko od strony łysiny.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Tydzień na lotnisku

  1. Julita pisze:

    Oglądam fotografie. Henri Cartier-Bresson mówi o fotografowaniu jak o wstrzymaniu oddechu. By uruchomić wszystkie zdolności w obliczu ulotnej rzeczywistości. Ułamek sekundy dla oddania tego, co już się nie powtórzy. Jak w tym mgnieniu dbać o ochronę prywatności, omijać, kadrować, grać, a raczej pogrywać obrazem. Świetny wpis, Ewo Mario.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s