Udręki pisania książki

Ewa Maria Slaska

Zdjęcia w cegielni

Julicie

albumCiociAlbum zdjęć rodzinnych – główny bohater dzisiejszego wpisu

Jak można pisać biografię? Jak w ogóle można pisać coś, co jest prawdą? Jeśli wymyślamy bohatera naszej opowieści, możemy wyposażyć go tylko w taką ilość informacji, jaka jest nam potrzebna, by ów „Fikcyk” mógł sprawnie funkcjonować w obrębie wymyślonego przez nas świata i ustalonej fabuły. Ale prawdziwa historia jest obarczona taką masą informacji, które wcale nie są potrzebne, żeby pchnąć narrację do przodu, ale przecież już są. Nie można się ich pozbyć. Gdzie jest miejsce na te szczegóły? W przypisach, w nawiasach, w zdaniach wtrąconych? Czy też tworzą one nowe zdania, akapity, rozdziały? Nową książkę?

Im szerzej zakrojona historia, tym więcej detali domaga się uwzględnienia. Z drugiej strony całej masy spraw nie wiemy, nawet się nie domyślamy, że ich nam brakuje. Jak to zrobiła na przykład Olczak-Ronikierowa, zajmująca się sześcioma czy siedmioma pokoleniami rodziny, gdzie w niektórych pokoleniach było nawet ośmioro dzieci? Wszystkiego wiemy za dużo, a i tak trzeba wymyślać.

U Ronikerowej na pewno jest taka wymyślona historia o babce autorki jako młodej dziewczynie. Jej brat i jego koledzy dyskutują o polityce, nie zwracając uwagi na młodą żądną poklasku pannę. Dziewczyna idzie do swojego pokoju i przebiera się w najbardziej oryginalny strój – czerwoną zamaszystą pelerynę. Wraca do salonu, a młodzi panowie nadal nie zwracają na nią uwagi. Wreszcie nie wytrzymuje i prosi brata o jakąś reakcję.
– Jak wyglądam? – pyta.
– Jak papuga – odpowiada brat.
Co za świetny dialog! Ronikerowa jakoś sobie radzi, choć po prawdzie ostatnie rozdziały Ogrodu pamięci, o dzieciach, wnukach i prawnukach rozsianej po świecie rodziny bardziej są już po prostu wyliczanką i daleko im do żywych i mięsistych części książki, w których pisze o prababce, babce, jej siostrach i braciach.

Ten brat „od papugi” ożenił się zresztą z siostrzenicą Prababci. Mojej Prababci. Naszej Prababci. Jaki ten świat jest mały, coraz mniejszy. Próbuję nawiązać kontakt z autorką, myślę, że mogłybyśmy wymienić plotki rodzinne, niestety nie udaje mi się zachęcić jej do spotkania. Mogłabym dalej budować dygresje, pan doktor Fetzki, ograniczany zewsząd powinnościami naukowca, ciągle mnie podpuszcza, czekając na scenki, a to wspólnej herbaty, jaką wypijają na ganku Sylwany pan minister Zagleniczny i Prababcia, wspólnie zgłębiający problemy niesienia pomocy ubogim i potrzebującym w okolicy. W końcu pan Senator miał zacięcie prawdziwego społecznika, nie darmo był podczas I wojny członkiem zarządu Rady Głównej Opiekuńczej. A to z kolei rozmów prawno-gospodarczych, jakie toczyli Pradziadek i ksiądz Zaremba, w końcu przez dobrych kilka lat byli wspólnikami.

Drogi Czytelniku, przeczytałeś już jedną stronę tekstu i nadal nie wiesz, o czym właściwie jest ten wpis i o co chodzi z tytułowymi zdjęciami z cegielni. Przepraszam. Zasadniczo do dzisiejszego wpisu potrzebne mi były dwa zdania. Zdjęcia rodzinne pochodzą z albumu będącego własnością Cioci. Album ten, podobnie jak wybrane książki, a w książkach tych ukryte zapiski i… fałszywe kennkarty Dziadków, został wyniesiony z mieszkania Dziadków w Zielonce w nocy po ich aresztowaniu i ukryty w starej cegielni, gdzie przeleżał od marca 1944 roku do maja 1945 roku. Nikt go nigdy nie znalazł. Dla potrzeb wpisu to wystarczy. No ale przecież wiem więcej.

Przedtem był wstęp, owe dwa zdania to rozwinięcie, zdjęcia z albumu to punkt kulminacyjny, a teraz następuje powolne zwijanie tematów, które się tu splątały. Ale żeby je zwinąć, trzeba je wyjaśnić

Babcia i karusia Babcia Hala i Karusia w mundurze harcerskim (miała stopień harcmistrzyni), kotka Gryzelda, rośliny pokojowe, którymi opiekowała się Karusia

Rodzina Cioci wyprowadziła się do Zielonki już przed wojną, bo Ciocia była słabego zdrowia i nie służyło jej mieszkanie w mieście. Ciocia twierdzi, że odziedziczyła po Prababci urodę, zawód i chorobę. Mieszkali więc w Zielonce, a nie w rodzinnym (rodowym) mieszkaniu warszawskim na ulicy Zgoda 9. Jakoś wyraźnie chłopaki z rodziny nie chciały mieszkać u Mamy i Taty. I Stefan, i Wiktor wyprowadzili się na swoje, a z Pradziadkami zostały na Zgoda obie córki, najmłodsza, niezamężna Karusia i starsza – Aniela czyli moja piękna melancholijna Babcia.

aniela-babciaPo lewej Babcia Aniela, po prawej Babcia Hala

Babcia studiowała chemię w Lozannie, wróciła do domu podobno z uwagi na postępującą chorobę oczu, ale tak naprawdę przez zawód miłosny. Mama twierdziła, że Aniela zakochała się z wzajemnością w koledze studencie z arystokratycznej czy szlacheckiej rodziny, któremu jednak rodzina nie pozwoliła na ślub z nieherbową panną. Aniela wróciła do Warszawy i zdaniem Mamy pielęgnowała melancholię, co Ciocia potwierdza, wie jednak również, że Aniela udzielała lekcji francuskiego. Melancholia jednak zwyciężyła i zjadłaby Babcię nim by zdążyła zostać moją Babcią, gdyby nie Pradziadek, który przymusił córkę do ślubu z kolegą lekarzem, Michałem.

nawakacjachMichała na zdjęciu nie ma, są Pradziadkowie, Wiktor, Halszka, Aniela i dwie dziewczynki czyli Mama i Ciocia.

Nota bene, jak to się w obu rodzinach, Taty i Mamy, podobnie ułożyło. Babcia Mita też wyszła za mąż za Dziadka Jana Feliksa po zawodzie miłosnym.

Tak to pojawił się w rodzinie kolejny lekarz, tym razem – pediatra, co się bardzo przydało, bo, jako się rzekło, Ciocia była słabego zdrowia i wujek Michał przybiegał lub, gdy rodzina Wiktora przeniosła się już do Zielonki, przyjeżdżał na każde wezwanie do chorej bratanicy. W marcu 1944 roku, Ciocia skończyła właśnie 14 lat, aresztowano całą rodzinę. Wiktor został z Pawiaka odtransportowany do obozu w Stutthofie, gdzie przebywał do końca wojny. Opuścił obóz zimą 1945 roku, pędzony w marszu śmierci gdzieś na Zachód, w stronę Niemiec i zapamiętał niezwykłą opiekę, jakiej udzielili więźniom mieszkańcy Żukowa. Napisze o tym po latach w książce Warszawiacy w Stutthofie, którą obecnie wznowiło Muzeum w Sztuthofie, niestety już bez tej niezwykłej okładki, której tajemnicę znała moja Mama, a której nie znały ani Ciocia ani jej córki, co się okazało jesienią tego roku we Florencji, podczas rodzinnego wesela. Mama zaraz po wydaniu książki pokazała mi, jak ta okładka została skomponowana. Przez całą jej szerokość, a więc przód i tył, biegł nabazgrany na szarym murze biały napis Pawiak. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Sztuthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka, ale czy na sugestię ze strony dziadka? I czy dyrektor wydawnictwa, niezapomniany Edward Mazurkiewicz, wiedział o tym? Tego się już zapewne nigdy nie dowiem. W każdym razie „numer” przeszedł. Niezauważony przez cenzurę czy za jej przyzwoleniem? Był rok 1971. Tego też się już pewnie nie dowiem.

Ciocia i jej Mama zostały wykupione przez AK i po trzech miesiącach, latem 1944 roku, wyszły z Pawiaka. Nie wróciły jednak do mieszkania, gdzie mieszkały do momentu aresztowania, lecz do rodziny, skąd zresztą też po jakimś czasie musiały się wynieść. W międzyczasie w Warszawie wybuchło powstanie. W pierwszych dniach września Babcia i Ciocia z rodziną cudem nadzwyczajnym wyjechały do Żyrardowa.

Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego Ciocia i Babcia nie mogły wrócić do swojego mieszkania w Zielonce. To pytanie jak ohydny refren pojawia się wszędzie tam, gdzie są ludzie, których można wydać w ręce władzy lub z tych rąk za pieniądze wyrwać. Kto raz zapłacił lub za kogo raz zapłacono, musi natychmiast uciekać, bo ci, co wzięli pieniądze, wrócą, żeby dostać więcej. I jeszcze więcej. Tak działali szmalcownicy, tak działało Gestapo, które za pieniądze wypuszczało więźniów na wolność, tak w ubiegłym roku na lwowskim majdanie działali kolaboranci Janukowicza. Groźba była jasna: opłać się albo wylądujesz (znowu) w pudle i tam zgnijesz. Okup ratował doraźnie, ale jeśli się opłaciłeś, musiałeś natychmiast zniknąć.

Tak asymilowani Żydzi, opuszczali swoje mieszkania i decydowali się, jak matka i babka Olczak-Ronikerowej, na całkowite ukrywanie się, takie bez podchodzenia do okna i poruszania się w ciągu dnia. Takie, jakie znamy z Pamiętników Anny Frank. Tak Ciocia i jej Mama wyjechały za litr spirytusu do Żyradowa. Tak znajoma Karstena Haina, Viktoria, uciekła w zeszłym roku z Lwowa do Warszawy. Na ostatnią chwilę. Paląc za sobą mosty. Licząc tylko na to, że wojna, okupacja i prześladowania przeminą.

I to są właśnie udręki pisania tej książki. Wszystko, o czym tu piszę, nie ma dla książki najmniejszego znaczenia. Wszystko w ostatecznej redakcji wyleci. 

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Udręki pisania książki

  1. Viator pisze:

    Alternatywa nieco fałszywa. W książce można będzie zawrzeć, co się chce – wszystko zależy od przyjętej konwencji. A jeśli już naprawdę się nie da, to cóż stoi na przeszkodzie, aby oprócz kanonicznej i dostojnej „Sagi Rodu Lublinerów” powstał apokryficzno – uroczo – nieodpowiedzialny „Pamiętnik znaleziony w cegielni”? Ja tam osobiście chętnie przeczytam oba (obie?), a myślę, że nie tylko ja.
    No i skoro zostałem wezwany imiennie, to muszę się ustosunkować: tak, podtrzymuję! Uważam, że te fikcyjne spotkania i rozmowy warte są pióra Pisarki. „Kolacja na cztery ręce”, czy choćby „Anders i Begin” (choć to już nie ta klasa, co u Barza) dowodzą, iż gra jest warta świeczki. Nieważne, czy się spotkali, ważne kto z kim.
    I już. Udręka nie będzie taka dotkliwa, he he he…

  2. ewamaria2013 pisze:

    Drogi Viatorze, to nie jest alternatywa i nie jest fałszywa – to moje własne i osobiste spojrzenie na materiał, który próbuję ogarnąć. I nie piszę apoteozy rodziny Lublinerów! Piszę i się męczę, bo wciąż mi brak różnych informacji, a z drugiej strony mam ich dużo, a każda z nich wyprowadza tekst na manowce.

  3. Julita pisze:

    Zachowuję wpis.
    Dla „Fikcyka”, czerwonej zamaszystej peleryny, prostych, na pozór, nic nie znaczących zdań, jak „Babcia studiowała chemię w Lozannie”. Materiał na dwie książki, cztery. Wyobraźnia pracuje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s