Australia – odcinek 3

Lech Milewski

Wyprawa

Skoro National Geographic został sponsorem wyprawy, trzeba było ustalić z grubsza przebieg trasy, punkty spotkań i punkt docelowy. Ostatnie nasuwało się samo – Ocean Indyjski. Jeśli chodzi o przebieg trasy, to National Geographic miało tylko jedno stanowcze wymaganie – sesja zdjęciowa w okolicach Ayers Rock. Uzgodniona trasa poniżej – w prawym dolnym rogu zarys trasy na konturze Australii.

Mapa

Długość trasy – około 2,700 km.

Był początek marca, doskonały czas na start, żeby zakończyć wędrówkę w połowie grudnia, przed nadejściem najgorszych upałów.
Wielbłądy zostały przetransportowane z Utopii do Alice Springs, gdzie Robyn kompletowała w pośpiechu potrzebny jej sprzęt.
Przyjechal tam również Rick Smolan pełen entuzjazmu i najlepszych chęci. Przywiózł wiele niepotrzebnych sprzętów – radio krótkofalowe, ogromny mechanizm do ładowania baterii, gumową łódkę.
Widział już siebie w wielkiej romantycznej przygodzie. Nie zdawał sobie sprawy, że on sam jest częścią problemu.

Sallay Mahomet zaoferował się podwieźć wielbłądy do miejsca, gdzie kończyła się szosa, a zaczynała pustynia. Osobiście załadował na nie cały ekwipunek…

Robyn i Sallay

Zdjęcie z filmu Tracks – Mia Wasikowska i Hoyhn Flaus jako Robyn i Sallay

Pożegnanie z ojcem i siostrą, i w drogę…

Po kilku krokach rozwiał się nerwowy ucisk w żołądku. Wokół było światło, siła, przestrzeń i słońce. Chciała krzyczeć: kocham was, kocham was niebo, ptaki, wiatr, urwiska, słońce, pustynię, pustynię, pustynię! PSTRYK – sponsor czuwa
Hej, jak Ci idzie, przywiozłem kilka zdjęć, które zrobiłem, jak wyruszałaś na trasę – Rick siedzial uśmiechnięty w samochodzie, kołysząc się w rytm muzyki z radia.

Twardy powrót do rzeczywistości. Ładunek na grzbiecie Dookie był niebezpiecznie przechylony, Zeleika ciągnęła linę do tyłu, chcąc zobaczyć, co się dzieje z jej synkiem, Goliath wyrywał się do matki, szarpiąc siodło na grzbiecie Buba. I do tego ten intruz z wszechobecnym aparatem fotograficznym. Na szczęście następne spotkanie dopiero pod Ayers Rock.

Pierwszy samodzielny ranek. Załadowanie wielbładów zajęło dwie i pół godziny. Prawie 400 kg – 8 pojemników na wodę (łącznie 100 litrów), narzędzia, żywność, medykamenty, sprzęt kempingowy. Teraz można usiąść na grzbiecie Buba i dać się nieść. Ciszę pustyni przerywa tylko dźwięczenie dzwonków na szyjach wielbłądów.

Marzec – pustynia pulsuje życiem. Wiele rodzajów ptaków i bogactwo rośłin.
Robyn poznala trochę tajników aborygeńskiej kuchni. Na australijskiej pustyni można znaleźć odpowiedniki ziemniaka, papryki, pomidora, bakłażana. Kłopot w tym, że bardzo trudno je odróżnić od mocno toksycznych odmian. Z upływem czasu Robyn korzystała coraz częściej z darów natury, uzupełniając je okazjonalną puszką sardynek i dużą ilością słodkiej herbaty.
Nocleg na pustyni – cisza, ciemność, miliony gwiazd nad głową. Robyn miała już na tyle doświadczenia, żeby po przebudzeniu nie nastąpić na skorpiona lub nie wpaść w uściski grzejącego się przy niej jadowitego węża. Najgorszą zmorą było ciągłe nasłuchiwanie wielbłądzich dzwonków. Dzwonią – może wielbłady oddalają się? Nie dzwonią – może uciekły? Jeśli cisza trwała zbyt długo, Robyn wołała wielbłady. Jeśli cisza trwała nadal trzeba było wstać i zobaczyc gdzie poszły. Na ogół nie dalej niż 100 metrów od obozu. I tak dwa, trzy razy każdej nocy.

Po trzech dniach dotarła do osiedla Ayeronga, zamieszkałego przez aborygeńskie plemię Pitjantjara. Już kilometr przed osadą została przywitana przez tłumek dzieci. Skąd wiedziały o jej przybyciu? Bush telegraph?
Aborygeńskie dzieci, najbardziej radosne i przyjazne dzieci na świecie. Po minucie obsiadły plecy Robyn i grzbiety wielbładów. Robyn wypróbowywała swoją znajomość języka Pitjantjara, co było kwitowane wybuchami śmiechu. Jedyne co sama mogła zrozumieć to kunga rama-rama – szalona kobieta.

Następne dwa tygodnie to wędrówka do Ayers Rock. Im bliżej, tym częściej spotyka turystów – przedobrzone samochody terenowe, krótkofalówki, kapelusze z korkami na sznurkach (ochrona przed muchami), nieodłączna butelka piwa w dłoni i aparat fotograficzny. Traktowała ich bardzo gburowato, ale to niewiele pomagało.
Te dwa tygodnie były niemiłe – stały niepokój o wielbłądy, zmęczenie, zniechęcenie – po co ja właściwie to robię?

Wreszcie Uluru – wielka skała, która wtedy nosiła jeszcze nazwę Ayers Rock. Widok tego monolitu złagodził wszelkie niepokoje…

Zdjęcie autora

Niestety zaraz, za kilka godzin pojawił się Rick i zaczęły się niekończące się sesje zdjęciowe. Robyn z wielbłądami pod skałą, przy skale, na tle skały.
Hej Rick, gdzie się podziało uczciwe dziennikarstwo? – wołała Robyn, stroiła fochy, robiła ponure miny lub patrzyła gdzieś w bok.
Bardzo denerwowal ją fakt, że Rick w ogóle nie czuł pustyni, nie czuł się jej cząstką. Gdy nie robił zdjęć, słuchał muzyki i czytał. Sprawę pogarszało to, że Robyn zdawała sobie sprawę, że jest o bardzo inteligentny i wrażliwy człowiek, że wkłada wiele entuzjazmu, w to co robi, że chciałby jej pomóc. Czuła wyrzuty sumienia, że traktuje go tak źle, ale inaczej nie mogła.
Po dwóch dniach miała dosyć – albo się dzisiaj dogadamy albo wynosisz się stąd, a ja zwrócę National Geographic otrzymane od nich pieniądze. Trwało to wiele godzin, ale osiągnęłi jakieś porozumienie.

Pogoda pogorszyła się, zaczęły się deszcze, na domiar złego Dookie doznał kontuzji nogi. Postój trwał sześć tygodni. Robyn obozowała na skraju aborygeńskiego osiedla i miała częste kontakty z miejscowymi kobietami. Były bardzo życzliwe i pomocne, zaprosiły ją nawet na niektóre, wyłącznie kobiece, ceremonie, ale nie było mowy o pełnym zrozumieniu i bliższym kontakcie.
Następne 160 km trasy przebiegało przez tereny, na których znajdowało się wiele aborygeńskich świętych miejsc. Do niektórych z nich kobieta mogła zbliżyć się tylko w towarzystwie mężczyzny. Robyn poprosiła kobiety o wybadanie, czy znalazłby się ktoś chętny, żeby jej towarzyszyć. Brak odpowiedzi oznaczał odmowę.
Stan nogi Dookie polepszył się. Ruszyła w dalszą drogę w nadal w złym nastroju.

Po kilku dniach doszło do spotkania z dzikimi wielbłądami, samcami. Pomna wskazówek Sallaya sięgnęła po karabin. Myślała, że wystarczy odstraszający strzał w nogę. Niestety trzeba było oddać kilka strzałów i wreszce zabić. Jednego, drugiego, trzeciego.

Pogoda zmieniła się na słoneczną. Pustynna sawanna zmieniła się w piaszczyste wydmy. Wędrówka stała się powolna i uciążliwa. Dlaczego te wielbłady wypijają tyle wody? Po kilku dniach sytuacja stała się krytyczna. W nocy gnębiły ją halucynacje i makabryczne sny. Wreszcie na horyzoncie jakaś zieleń, za parę chwil świergot ptaków – źródło.

W nocy obudził ją warkot samochodu. Turyści – pomyślała z niechęcią – natrętne pytania, fotografie. W głowie czuła zupełną pustkę, żadnych myśli, nie chce rozmawiać, nie może znaleźć żadnych słów.
Okazalo się, że to Aborygeni powracający z plemiennego spotkania. Przyjacielscy, weseli, zmęczeni. Nie ma obaw, przy nich nie trzeba niczego udawać, wystarczy siedzieć przy ogniu, popijać herbatę ze wspólnego garnka, nie trzeba niczego mówić.
Następnego ranka Aborygeni zakomunikowali jej, że jeden z nich będzie jej towarzyszył przez następne dwa dni, aż dojdzie do pobliskiej osady.
Z grupy wystąpił starszy mężczyzna, na jednej stopie miał zbyt dużego adidasa, na drugiej damski trzewik. Wskazał na siebie palcem i przedstawił się – Mr Eddie.
Przedstawiła się również Robyn i zdała sobie sprawę, że jej imię zostało zrozumiane jako królik. Oboje wybuchnęli śmiechem

Bush tucker

Robyn i Mr Eddie – zdjęcie z filmu Tracks

W towarzystwie Mr Eddie wiele problemów przestało istnieć. Niepotrzebna była mapa i kompas, Mr Eddie był wszędzie i zawsze u siebie. Przy nim zrozumiała lepiej stosunek Aborygenów do Ziemi.

Ziemia w obecnym jej kształcie została stworzona w okresie Dreamtime przez przodków o nadludzkiej mocy i energii. Podczas ich wędrówek powstała obecna topografia, a ich energia pozostała na trasach, zaklęta w formacjach skalnych, w miejscach wyjątkowych wydarzeń. Obecni ludzie mogą czerpać tę energię poprzez związek duchowy i wypełnianie religijnych obowiązków wobec świętych miejsc. W aborygeńskim świecie żadna rzecz ani istota nie istnieje sama w sobie. Wszystko jest częścią nieskończenie skomplikowanej sieci powiązań.
W tym świetle prawo własności ziemi jest absurdem. Człowiek nie może posiadać ziemi, to Ziemia posiada człowieka.
Oczywiście we współczesnym świecie Aborygeni muszą działać zgodnie z obowiązującymi zasadami prawa, a zatem sprawa prawa do ziemi przodków jest bardzo istotna. Więcej na ten temat pisałem tutaj – KLIK.

Po dwóch dniach dotarli do osiedla Aborygenów. Po krótkich pertraktacjach Mr Eddie zgodził się towarzyszyć Robyn przez dalsze 300 km.
Na początek Robyn pozbyła się dużej części bagaży, które okazały się niepotrzebne.
Następnie przyszedł czas na zawarcie ugody z czasem. Robyn zdała sobie sprawę, że budzik wyznaczający termin wykonania przeróżnych czynności jest tylko obciążeniem psychicznym. Na pustyni czas niesie ze sobą właściwą porę na wszystko, trzeba się tylko w to wsłuchać i włączać się w przyjazny nurt. Po kilku dniach nakręciła dobrze swój budzik i zostawiła go na pustyni.
Poznała też aborygeńskie określenia dystansu – mały kawałek, kawałek, trochę długi kawałek, długi-długi kawałek, za daleko. Oczywiście cel jej wyprawy zaliczał się do tej ostatniej kategorii.

Ulubioną potrawą Mr Eddie był pieczony kangur. Robyn zastrzeliła kangura i wyjęła nóż aby go oprawić. My Eddie gwałtownie zaprotestował – tego nie wolno robić. Należy opalić sierść kangura nad ogniem i zetrzeć zwęglone włosie a następnie zakopać tuszę w piasku pomieszanym z rozżarzonym węglami. Po godzinie mięso jest niezwykle soczyste i smaczne. Oczywiście było tego zbyt wiele jak na dwie osoby i psa i taką ucztę wyprawili sobie chyba tylko raz.

Spotkanie z turystami uprzytomniło jej, że osiągnęli swój cel – osiedle aborygeńskie Warburton. Radosne okrzyki, aparaty fotograficzne, pogardliwe traktowanie Mr Eddie. Robyn po raz pierwszy zrozumiała, jak Aborygen czuje się w takiej sytuacji. Ogarnął ja wstyd, poczucie winy i wściekłość. Ale co można zrobić? Mr Eddie był na to lepiej przygotowany – zaczął biegać w kółko wymachując rękami i wrzeszcząc – money, money. Przestraszeni turyści odbiegli uprzednio opróżniając swe portmonetki z drobnych. Gdy turyści zniknęli oboje dostali histerycznego ataku śmiechu.

W Warburton oczekiwał ich Rick Smolan z aparatem i karabinem – prezentem dla Mr Eddie.
Odpoczynek w Warburton trwał tydzień i dopiero wtedy Robyn zorientowała się, jak bardzo się zmieniła podczas ostatnich tygodni. Zapomniała o trasie i o czasie, w jej pamięci pozostała magia cudownych wizji i wspomnień. Tak, taką właśnie wyprawę chciała przeżyć, ale aż do tej chwili o tym nie wiedziała.

Przed Robyn był najdłuższy odcinek wędrówki – Gibson Desert – 650 km pustkowia, zarośniętego ostrą, niejadalną trawą spinifex. Minimum miesiąc bez szansy spotkania człowieka.
Robyn ruszyła w pogodnym nastroju, pełna wiary we własne siły. Jej obuwiem były luźne sandały, nie chroniły przed żwirem, kamieniami, ostrą trawą, ale podeszwy stóp Robyn były trwarde jak skała. Osiągnęła niewyobrażalny poziom zdrowia, sprawności i odporności na upał, zimno i ból. Niekończące się szeregi piaszczystych wydm nie przerażały jej. Wszystko mialo sens. Choćby ślady małego żuka. Kiedyś byłby to tylko abstrakcyjny wzór na piasku. Teraz była to cała historia – skąd przyszedł, dokąd idzie, czego szuka, kto na niego poluje.

Wielbłądy dostroiły sie do niej. Szły jak demony w głębokim osypującym się piachu Ranne pakowanie bagażu trwało tylko pół godziny. Wkrótce zorientowała sie, że wcale nie trzeba jej tyle płynów, ile zalecają doświadczeni pustynni wędrownicy.
Samotność zabijała długimi rozmowami z psem i pisaniem listów do dalekich przyjaciół. Prawdopodobnie spotka się z nimi wcześniej niż dotrą do nich te listy, ale stały się one regularną wieczorną ceremonią.

Punkt docelowy – stacja hodowlana Carnegie – okazał się wielkim rozczarowaniem. Walące się płoty, wysuszone szkielety zwierząt, ani żywej duszy, ani źdźbła trawy. Stacja padła ofiarą suszy i rabunkowej gospodarki (nadmiar inwentarza) hodowców bydła.
Musiała zmienić kurs, skierowała się w stronę starych terenów hodowlanych, w nadziei, że znajdą trochę trawy i funkcjonujące studnie.
Wielbłądy trzymały się dobrze na niewielkiej ilości paszy. Problemem była Zeleika a właściwie jej rozpuszczony synek, Goliath, który wysysał z matki wszelkie soki. Rozdzielenie ich było bardzo trudne.

Po kilku dniach dotarli do stacji Glenyale zamieszkałej przez starsze małżeństwo. hodowców z krwi i kości. Zaoferowali jej gościnę na tydzień, traktowali jak własną córkę.
Jeśli chodzi o ich stację to nie mieli złudzeń. Bydło padało z głodu, praktycznie żadnych dochodów, żadnej pomocy, jeśli jutro nie spadnie deszcz to koniec. I tak trwali do następnego jutra.
Wielbłądy nabrały trochę ciała, czas w drogę. Państwo Ward, poza zaopatrzeniem w żywność, dali Robyn kaganiec dla Diggity. To tereny hodowlane, uważaj na strychninę jaką tu zrzucają z samolotów, żeby wytruć drapieżne psy dingo.

Diggity nie chciał nosić kagańca, jego instynkt zawiódł. Którejś nocy obudził Robyn z pianą na ustach, musiała go zastrzelić.

Dygresja – w pierwszym odcinku napisałem, że Robyn z czwórką wielbładów i psem dotarła do celu. Gdy zobaczyłem opublikowany wpis, zdałem sobie sprawę, że coś nie jest w porządku. Przecież nie pamiętam scen, w których Diggity skacze do oceanu. Mam film na dvd więc zajrzałem – oczywiście wszystko jest, dokładnie jak w książce, to moja pamięć skasowała najbardziej tragiczne wydarzenie.
Przy okazji zauważyłem wiele bardzo drobnych szczegółów, których, bez przeczytania książki, niesposób spostrzec czy zrozumieć. Zdałem też sobie sprawę jak szczera i naturalna jest relacja autorki. Podobnie jak przy spotkaniach z fotografem Robyn w swojej książce unika wszelkiego kreowania nastroju i budowania napięcia. To może zmniejszać atrakcyjność książki i filmu, ale jak napisałem na wstępie pierwszego odcinka – żeby polubić australijską przestrzeń, trzeba ją pokochać.

Robyn kompensowała szok po śmierci psa zwiększonym wysiłkiem – czasem do 40 km dziennie. Po 10 dniach dotarła do stacji hodowlanej Wiluna, gdzie czekało na nią wielu mniej lub bardziej profesjonalnych łowców sensacji.
Po śmierci Diggity uznała, że dalsza wędrówka nie ma sensu. Przecież nigdy nie było jej zamiarem gdziekolwiek dotrzeć, przygoda na pustyni była już kompletna. Teraz uznała, że musi iść dalej, tylko po to, żeby uciec od ludzkiej natarczywości.
Rick okazał się bardzo pomocny. Pomagał jej ukrywać się przed obiektywami aparatów. Od tego miejsca wędrowali już razem. Razem postanowili spłatać mediom wielkiego figla. Oficjalnym celem wyprawy była miejscowość Carnavon i tam mogli oczekiwać dużej ilości reporterów. Robyn udało się znaleźć farmera mieszkającego nad brzegiem oceanu, który zgodził się przyjąć jej wielbłądy na zasłużoną emeryturę. A zatem zakończyli wędrówkę na tej farmie i potem wykąpani, odświeżeni, przyzwoicie ubrani przyjechali do Carnavon.

Dwa lata po zakończeniu wędrówki ukazała się relacja z wędrówki – książka Tracks – która natychmiast zdobyła dużą popularność i po dzień dzisiejszy jest regularnie wznawiana.

Łatwo się domyślić, że Robyn nie spoczęła na laurach i że nie zmieniła trybu życia na osiadły. O jej fascynacji życiem nomadów postaram się napisać w przyszłym roku.

Korzystając z okazji życzę czytelnikom blogu miłej końcówki Świąt i żeby Wasza wędrówka przez kolejny rok była szczęśliwa, ciekawa i satysfakcjonująca.

PS. Ponad 30 lat po wspólnej przygodzie Robyn i Rick Smolan pozostają nadal przyjaciółmi

30 lat później

Żródła:
1. Robyn Davidson – Tracks – wydawnictwo Bloomsbury – 2012.
2. Film TracksKLIK.
3. Robyn Davidson, Rick Smolan – Inside Tracks – album fotograficzny.
4. Wywiad z Robyn w programie Talking Heads – KLIK.
5. Wywiad Robyn dla Phoebe Smolan (córki Ricka) – KLIK.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Lech Milewski i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s