Zimy naszego dzieciństwa (1)

Roman Brodowski

Nasza górka

Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych . W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.

chelminskaTo nie jest zdjęcie Romana, i nie są to Pszczółki, ale jest to zima w latach 60 – zdjęcie z Unisławia znalezione w sieci

– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg !
– Śnieg, jaki śnieg? – zapytała, otwierając oczy Jola.
– Nie pytaj tylko wstawaj z łóżka. Marysia na nas czeka – powiedziałem. Jola z niedowierzaniem zbliżyła się do okna. – Nareszcie – wyszeptała machając na powitanie wciąż stojącej za oknem Marysi – tak długo czekałam.
Po chwili, umyci, w ciepłej odzieży, kierowaliśmy swoje kroki do wyjścia.
– A wy dokąd, maluchy – zapytał opiekujący się nami podczas nieobecności rodziców, starszy brat, tarasując przejście.
– My na sanki! – odpowiedziałem. – W nocy napadało śniegu!
– Wiem braciszku, wiem. Ale wiem też, że śnieg nie jest z czekolady i nikt go wam nie zje. Natomiast wy musicie najpierw zjeść śniadanie, a dopiero potem możecie wyjść na dwór – odpowiedział z powagą Zbyszek.
– Ale na nas czeka… – nie dokończyłem, bo ktoś zapukał do drzwi, a następnie bez zaproszenia wszedł do sieni. Była to oczywiście nieco zmarznięta i zmęczona czekaniem Marysia.
– Czy mogę się troszeczkę ogrzać? – zapytała.
– Oczywiście, zdejm buty, załóż kapcie i chodź do kuchni – zaprosiła naszą koleżankę Krysia, ostatnia z naszego rodzeństwa, która właśnie przygotowywała nam śniadanie. Zanim wyjdziemy, napijmy się wszyscy ciepłej herbaty z miodem i zjedzmy ciepłe rogaliki z dżemem.
– Jak to wyjdziemy? To ty też idziesz z nami? – skierowałem wzrok na siostrę.
– Co to znaczy, ty idziesz? Idziemy wszyscy. Obiecałem rodzicom, że po śniadanu zabiorę was spacer – zaśmiał się Zbyszek.
Po sytym posiłku, ciepło odziani, wyruszyliśmy w drogę. Tuż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w  przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego.

zimadziecinstwoLata 60, zima w mieście, też zdjęcie z sieci

Z biegiem czasu na górce pojawiało się coraz więcej amatorów zimowej rozrywki.
Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam „na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.

Berlin 21.12. 2014
(na podstawie opowiadania pod takim samym tytułem z 1986 roku)

Zima

Otulony śnieżnym puchem
Bezkres pól chlebowych
Śpi jak niewiasta brzemienna
Przed kolejnym czasem rodzenia.

W zwisających kryształkach lodu
Pośród nagich gałęzi drzew
Przegląda się słońce zimowe,
Układając mozaikę tysiąca barw.

Ptaki cierpliwie siedzą na opłotkach
W oczekiwaniu na dar ludzkich serc,
Na odrobinę pszenicznego ziarna,
Na skórkę pachnącej słoniny.

A wiatr tańczący wokół domu
Pieści mrozem stare okiennice
Maluje misterny świat na szybach
I gra z dymem z komina w berka

Zaś w kuchni, z pieca bucha żar.
Ciepło rozchodzi się po ścianach,
Gorąca herbata paruje z czajnika
I matczyna dobroć, gotująca strawę

Otulone, gotowe do wyjścia, dzieci
Dźwigają stare, drewniane sanki
Złożone letnią porą pod strzechą.
Dziecięcy uśmiech zimowego chłodu.

Grodno 19.12. 2014

Zimowa kołysanka

Białe śnieżynki
Niby gwiezdny puch
Cicho spadają na ziemie
A ziemia pod kołderką z nich
Spokojnym snem już drzemie

Polarny wiatr
Jak młody ptak
Szybuje ponad światem
Niosąc na grzbiecie nieba dar,
Mroźną, srebrzystą szatę.

Półnagie drzewa
W wiekowej puszczy
I bobry w swych żeremiach.
Czekają na słoneczne dni
Na porę przebudzenia.

I tylko ludzie
W chłodny czas
Ukryci w wiejskich hatach
Bojąc się zimy, proszą o…
Powrót do pory lata.

Żory, 17.02. 1985

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s