Droga do Santiago de Compostela. Ruitelán

Ewa Maria Slaska

29 września 2007 roku

dubistaltPojawił się kilka dni temu. Mały, gruby, stary, śmieszny. Mówi po niemiecku i angielsku, jak na Hiszpana to rzadkie. Od przedwczoraj już nie tylko ze mną rozmawia, ale się ewidentnie zaleca. Jakiś czas udawało mi się trzymać go na odległość, ale wczoraj, jak powiedziałam, że nie pójdę z nim na wino, rozgniewał się. Przyniósł mi butelkę zimnej wody i powiedział, że to jedyne, co można ze mną zrobić – można wypić ze mną zimną wodę. Zezłościł mnie, ale oczywiście potrafię docenić symboliczne myślenie mojego adoratora. Jestem człowiekiem symbolicznym, symboliczne myślenie może mnie uwieść. Tu jednak nawet to nie pomaga. Mówię, że nie będę z nim piła zimnej wody, bo jest mi zimno. Rozzłościł się jeszcze bardziej, powiedział: Du bist kalt! Du bist kalte Frau! Du bist alt! Kalt-alt, zimna-stara, też mu nieźle wyszło, ale oczywiście przede wszystkim osiągnął swój cel – zranił mnie. Wszyscy twierdzą, że na Camino dowiesz się prawdy o sobie.  Dowiedziałam się od starego grubaska. No tak, bo kto powiedział, że demon, którego spotkasz na Camino, będzie piękny? Mój okazał się karłem.

Jest rześki chłodny poranek. Idę szybkim krokiem i nawet nie zauważam, kiedy mam za sobą 18 kilometrów. To pewnie wciąż jeszcze adrenalina od wczoraj. Czuję się jednak znakomicie i nawet, co mi się nigdy nie zdarza, zjadłam po drodze dwa śniadania. Pierwsze w zwariowanym hippisowskim schronisku w Villafranca – super miasto, kościoły, klasztor, zamek – a drugie w Trabadelo, po przejściu dziwacznej drogi wzdłuż szosy i cudownej górskiej rzeki – jest szeroka, bystra, spieniona, spływają do niej małe wodospady i sama jest pełna wodospadów. Po drodze wioska Pereje – maleńkie kamienne domki, niektóre super zadbane, niektóre w kompletnej ruinie – tak pół na pół, te zadbane należą pewnie do jakichś ludzi z miasta. Za Pereje wielki ciemny las, potężne dęby, topole, orzechy włoskie i kasztany jadalne. Mnóstwo ściętych pni. To dla nich w Trabadelo powstał tartak. Krzaki jeżyn wielkie jak domy, dzika róża jak małe drzewo. Dziwni ludzie. Dwie dziewczyny, rude, farbowane, w spódniczkach, chusteczkach i kolorowych rajstopach. Wędrują z plastikowzmi siatkami. Stary mnich w kapeluszu i habicie za kolana. Spod habitu wystają blade owłosione nogi, na bosych stopach rozczłapane sandały.

Wychodzimy na rozległe zielone łąki.

Po drodze wjeżdża na mnie pomarańczowy samochód dostawczy. Zrobił to jakoś zręcznie, bo walnął mnie lusterkiem w prawy łokieć i nic się nie stało, ani jemu, ani mnie, ale może być różnie, przy drodze spotykamy od czasu do czasu miejsca pamięci dla tych, którzy zostali przejechani.

I już Ruitelán. Tu chciałam dojść. 27 kilometrów. Schronisko w kamiennym domku, śpimy na strychu, pod odsłoniętymi krokwiami. Prymitywnie, ale mamy internet, a hospitaleros gotują dla nas kolację. Nawet, na życzenie, jarską! To pierwszy raz w Hiszpanii, że ktoś zrobi gest w kierunku wegetarianki. Rano dostaniemy śniadanie.

Kolacja pyszna – zupa krem z dyni, sałata, spagetti carbonara, a dla mnie – pesto i na deser flan. Do tego wino i woda.

Tym niemniej nic za darmo, stara prawda i tym razem obowiązuje. Główny hospitalero jest nieznośny i wiecznie niezadowolony. Oberwałam od niego kilka razy. Raz za powiedzenie przy wejściu hola, a nie buenos dìas, raz za nieprawidłowo ustawione butu, ale najgorzej chyba za historyjkę o samochodzie, który mnie potrącił. Tu wysłuchałam całej tyrady o tym, że kierowcy na drogach muszą dokonywać cudów, bo wszędzie pętają się pielgrzymi. Oj, nawet nie myślałam, że Hiszpanie dziś jeszcze mogą być tacy surowi, sądziłam, że im przeszło z inkwizycją, kontrreformacją, wojną domową i generałem Franco.

Mamy nocleg na bardzo zimnym strychu, ale śpi mi się świetnie. Jutro wielka góra, ostatnia wielka góra na trasie. Za górą już Galicja i droga jak sierpem rzucił do Santiago de Compostela.

konieczeszytuSkończył się zeszyt, przepisuję tu ostatnią zapisaną w nim myśl. Przez pierwsze tygodnie myślałam, że idę na śmierć, to znaczy, gdy myślałam, że nie myślę, to zawsze tam była śmierć. Ale od wielkiej magicznej góry te myśli całkiem zniknęły i pojawiły się inne. Snują mi się po głowie projekty, jakie można by zorganizować, oparte, rzecz jasna, o pomysł wędrowania, a potem nawet pomysł, jak można by przeczytać zapiski z pielgrzymki, ubrać się w buciory i kurtkę, pokazać zawartość plecaka…

No cóż, nikt nigdy nie zaproponował mi takiego czytania, nie miałam się więc dla kogo ubierać w strój pielgrzymki.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Droga do Santiago de Compostela. Ruitelán

  1. Julita pisze:

    Jak dobrze, że demon się rozzłościł, opuścił Cię i wyszłaś na rozległe szerokie łąki. Odetchnęłam pełną piersią, Ewo Mario.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s