Droga do Santiago de Compostela. Tricastela

Ewa Maria Slaska

drugizeszytTo mój drugi zeszyt z Drogi. Nie jest taki ładny jak ten pierwszy, starannie wybierany w Berlinie. Kupiłam go na trasie i był jaki był – musiał być w kratkę i musiał mieć twardą okładkę. Znalazłam go w sklepiku na szczycie góry O´Cebreiro.

Sobota, jak mi się wydaje, 30 września 2007 roku.

Po śniadaniu oddaję plecak panom ze schroniska. Zawiozą mi go, ale nie do odległej o 30 kilometrów Tricasteli, gdzie zamierzam dzisiaj nocować, lecz do Fonfrii, co jest okropną nazwą i leży o 8 kilometrów bliżej. No i dobrze. Przede mną wielka góra, ostatnia taka góra na trasie, i chcę zobaczyć, jak to jest, gdy się idzie bez obciążenia. Nie widzę specjalnej korzyści z wydania 5 euro na transport, bo organizm już przywykł do siedmiu kilogramów na grzbiecie i wcale nie odczuwa ich braku jako ułatwienia. Przeciwnie – zataczam się jak pijak. Po czterech kilometrach zaczyna się góra – na szczęście krok się normuje i jakoś da się iść. Spotkani po drodze znajomi z trasy – czterech Niemców z Akwizgranu – naśmiewają się trochę z laleczkowatego wygodnictwa, o które, jak twierdzą, wcale mnie nie podejrzewali. Mówią, że oddając plecak, powinnam była wypakować ciężary do plastikowej torby, a plecak wypchać balonem i go nadmuchać. Patrzę na nich zdumiona. Balonem? A skąd na trasie wziąć balon? I po co? Czy to ułatwia chodzenie? Okazuje się, że nie, nie ułatwia, ale pozwala zachować twarz, bo prawdziwy pielgrzym chodzi przecież z plecakiem. Obznajomieni z regułami pseudopielgrzymki pseudopielgrzymi zaopatrują się w balony już  w rodzinnym mieście. Podbnie jak istnieje niepisana umowa między taksówkarzami wożącymi pielgrzymów a pielgrzymami, że rano taksówki czekają w ukryciu, za rogiem, w zaułku i tak też odbywa się po południu „dostawa” na miejsce. Samochody nie podjeżdżają pod schronisko, tym niemniej w każdej wiosce co najmniej kilka osób żyje z tego, że wożą pielgrzymów lub ich bagaże.

Jestem w drodze już prawie trzy tygodnie i dopiero teraz się dowiaduję, jak to funkcjonuje. Mało tego, po południu, już na miejscu, w Tricasteli, dowiem się jeszcze, że pielgrzymka to jedno wielkie bezpłatne tokowisko głuszców, gdzie każdy liczy albo na spotkanie romantycznej miłości życia, albo na tani, wesoły seks. Dużo taniego wesołego seksu. Niby powinnam to była wiedzieć, pisała o tym ta nawiedzona Shirley MacLaine, a też i w śmiesznym francuskim filmie Saint Jaques, który obejrzałam na ostatnią chwilę przed wyjazdem do Hiszpanii, też było mnóstwo seksu. Jednak ani filmu, ani wynurzeń egzaltowanej aktorki z Hollywood, nie potraktowałam poważnie i jak głuchy głuszec i ślepy ślepowron przeszłam prawie 500 kilometrów niczego nie zauważając i niczego nie słysząc.

Idę pod górę, i pod górę, i pod górę, aż docieram do wesołego schroniska La Faba. Właściwie wcale nie chcę się tu zatrzymywać, ale lekko napity i mocno upalony hippie z dredami zaprasza na kawę. To już drugie hippisowskie schronisko na Camino, jakie napotkałam po drodze. Przed domem posąg Ganesza, hinduskiego boga wszelkiej pomyślności.

W schronisku wegetariański bufet, tak samo jak wczoraj w Villafranca. Nawet marmolada taka sama. I ludzie tacy sami, a niektórzy nawet ci sami. Widocznie idą według jakiejś dla nich wytyczonej trasy, a nie tak jak ja – na chybił trafił. W kącie taki sam jak wczoraj karton małych niewydarzonych jabłek do wzięcia, wielka cukinia, taka chyba na 30 osób, i gruszki. Nie biorę, bo jabłka i moje zęby z trudem się zgadzają, a nie będę targać jabłek, choćby i za darmo, przez 25 kilometrów, żeby je sobie wieczorem obrać i pokroić.

Kawa jak to kawa w Hiszpanii, jak dobra to bardzo dobra, ale jak niedobra to neska, tu, jak niemal wszędzie w drodze, neska. Powoli się przyzwyczajam i do neski, i do herbaty gotowanej w mikrofalówce, ale lubić nie lubię, trudno. Wrzucam hippisom 1 euro do skrzynki za plastikowy kubeczek neski, bo przecież po to zaprosili na tę kawę, i idę. Jeszcze prawie pięć kilometrów pod górę. Droga ładna, ale następna wioska, Laguna, po prostu straszna, ciasna, pełna śmieci, krowich kup i targanych przez wiatr plastikowych płacht, takich do zawijania balotów słomy. Płachty są z jednej strony czarne, z drugiej białe, wioska wygląda więc, jakby jej mieszkańcy brutalnie się tu rozprawili z oddziałem dominikanów. Weszłam do prowincji Galicja i jeszcze tego nie wiem, ale odtąd większość wiosek po drodze będzie tak wyglądała, ciasne osiedla, bez roślin, ale za to pełne krowich kup i płynącej rynsztokami gnojówki. Kamienne wiejskie domy, stodoły i obory byłyby nawet imponujące i na swój dziki sposób piękne, ale ten brud i smród sprawiają, że nie można się nimi zachwycać.

Za to tak zwane okoliczności przyrody poza wioskami nadzwyczajne. Ogromne góry pokryte ogromnymi zielonymi łąkami, a między nimi głębokie zielone doliny. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam taki ogromnych zielonych górskich stoków, chociaż pewnie łżę, bo oczywiście były takie stoki w Himalajach. Niewielkie stada łagodnych brązowych krów. To bogactwo Galicji, ongiś bodaj czy nie najbiedniejszej prowincji Hiszpanii, którą odgórnym dekretem postanowiono przed laty zamienić w krainę mleka, mięsa i masła. Udało się, ale Galicja wciąż jeszcze nie znalazła swojej estetycznej i symbolicznej tożsamości. Dla świata Galicja to tylko ośmiornice, krowy i Santiago de Compostela. Dochodzę na szczyt góry O´Cebreiro, gdzie mieści się wioska złożona z kościoła i restauracji. Wydaje mi się, że nie jest to w ogóle prawdziwa wieś, lecz ponura, szara sztuczna osada na potrzeby pielgrzymów. W każdym ponurym szarym domu mieści się restauracja, gdzie należy zjeść Polbo a feira albo Pulpo gajego, ośmiornicę po galicyjsku. Należy zjeść, koniecznie trzeba zjeść, każdy zjada. A ja nie. Monthy Pyton się kłania.

Pada, jest szaro i ponuro. Nawet ścieżka przez las, pełna połamanych drzew, jest szara i ponura. Mijam nieprzeliczone zwały kamieni, sugerujące, że albo są to lawiny, które obsunęły się z góry na nasz pielgrzymi szlak, albo materiały, z których my, pątnicy, wyprodukujemy lawiny i zwalimy je na głowy tych na dole.
Schodzę na dół. Teraz już tak będzie, w górę i na dół. Na dół i na zachód, do wąskiej doliny między wielkimi górami. Za wioską Liñares słupek z czerwoną muszlą. 150 kilometrów do Santiago de Compostela. I odtąd co pół kilometra: 149,5, 149, 148,5… Sprawa staje się poważna. Pielgrzymie zapomnij o hippisowskiej zasadzie, że droga sama w sobie jest celem. Celem jest Santiago de Compostela! Jesteśmy w Galicji i idziemy do konkretnego celu.

Po drodze wzgórze z figurą świętego Rocha jako pielgrzyma. Jest patronem pątników, sam pielgrzymował do Rzymu, opiekował się w drodze chorymi na dżumę, chroni więc też przed zarazą. Wszędzie na trasie pełno jego wizerunków, niekiedy nie wiadomo, czy to Roch czy sam święty Jakub, taki brodaty facet z kosturem, patron Olsztyna.

Gdy stoję koło Rocha, zaczyna padać deszcz i wtedy na szosie pojawia się, jak na jakiejś chińskiej akwareli, sznur ludzi pod kolorowymi parasolami. Skąd oni się tu tak nagle wzięli? Rozglądam się, ale nigdzie nie widać żadnego autobusu, nie przwieziono ich więc, sami przyszli. Nie wiem, skąd się wzięli, ale wiem, kto to. To tak zwani weekendowi pielgrzymi, tacy sami, jak ci, których tydzień temu spotkałam w Sahagun. Kolorowi. To słowo wymyślono w Zakopanem, określa tych w drogich ciuchach i z drogim sprzętem. Bo to wszystko, co sobie kupują, jest kolorowe jak domek Barbie. Tu na trasie weekendowicze też się odróżniają kolorystyką od reszty świata. Kobiety w żakiecikach i pantofelkach, dziewczyny z neseserkami. Podchodzę bliżej, przysłuchuję się – Hiszpanie. Wykrzykują zachwyceni, bo na łące wśród brązowych krów pasie się osiołek, a oni nie mają jeszcze zdjęcia z osiołkiem! Drażnią na maksa, ale są tak ogromną grupą, że idąc zwykłym tempem nie daję rady ich wyminąć. Przyspieszam i zaczynam brutalną przepychankę. Kończę niemal biegiem, przedzieram się przez tłum kolorowych, mijam jakieś trzy pielgrzymki z plecakami i, o rany!, jednego rowerzystę, co znaczy, że mam przyspieszenie jak Super Kwęk. Droga nagle zaczyna ostro podchodzić pod górę, tu wysiądą wszyscy, jak amen w pacierzu, ale co mnie to obchodzi, i tak ich wszystkich wyminęłam, pędzę, pędzę… Tak to ja, ta sama, która trzy tygodnie temu w drugiej połowie dnia wlokła się noga za nogą. Pędzę, przede mną Fonfria, knajpa, w której mam sobie odebrać plecak, wpadam i… hamuję jak Bugs Bunny. Plecaków jeszcze nie ma!

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s