Australia (odcinek 4) i gdzie indziej

Lech Milewski

Bez stałego adresu

Potem poznał Adam Ewę, żonę swoją, która poczęła i porodziła Kaina.
I rzekła: otrzymałam męża od Pana. I porodziła zasię brata jego Abla;

i był Abel pasterzem owiec, a Kain był rolnikiem.
I stało się po wielu dni, iż przyniósł Kain z owocu ziemi ofiarę Panu.
Także i Abel przyniósł z pierworodztw trzód swoich i z tłustości ich.
I wejrzał Pan na Abla i na ofiarę jego.
Ale na Kaina i na ofiarę jego nie wejrzał...

Biblia Święta – Brytyjskie i Zagraniczne Wydawnictwo Biblijne

Więc Abel był pasterzem a Kain rolnikiem! Zauważyłem to dopiero teraz, dzięki Robyn Davidson – tej, która przewędrowala z wielbłądami prawie 3,000 km po australijskiej pustyni.

Dalszy ciąg biblii według Robyn Davidson brzmi tak:
naśladowcy Kaina pozostają w jednym miejscu, przywiązani do ziemi i jej plonów. Naśladowcy Abla wędrują ze swoimi stadami w poszukiwaniu paszy.
Produkty roli – wysokokaloryczne, o małej zawartości protein, jednorodne – są gorsze niż produkty hodowli. Mogą wyżywic więcej ludzi, lecz strawą o niższej jakości. Koczownicy są zdrowsi, gdyż lepiej się odżywiają, mają bardziej urozmaicony tryb życia, nie są dotknięci okresami nieurodzaju, gdyż przenoszą się z miejsca na miejsce.
Potomstwo rolników jest chorowite, dręczą je epidemie, które nie dotykają ludzi pozostających w ciągłym ruchu. Kobiety ludów osiadłych mają dużo miej swobody, są regularnie w ciąży, gdyż rola potrzebuje wciąż nowych rąk do pracy.
Koczownicy nie mogą gromadzić dóbr i nie mogą ich ukryć przed oczami współtowarzyszy, a ludzie żyjący za roli zatracili kulturę dzielenia się wszystkimi dobrami. Nadmiernie ekspoloatowana ziemia traci wydajność, rozrost rodzin zwiększa zapotrzebowanie na płody rolne. Rozwiązanie jest proste – powiększać tereny uprawne – karczować lasy, wypędzać koczowników z bezpańskich stepów.
Powstają wsie, zupełnie nowa forma społeczności, nowy kod moralny, skoncentrowany na ochronie prywatnej własności. Następuje specjalizacja, coraz większe różnice majątkowe, segregacja społeczeństwa. Nagromadzone dobra kuszą złodziei, powstaje zapotrzebowanie na zawodowych strażników.
Kolejny etap rozwoju to miasta, konglomeracje ludzkie, wymagające instytucji utrzymujących spójność siłą, pojawia się policja, wojsko, urząd podatkowy, kościół.
Naśladowcy Abla są skazani na wymarcie. Każdy wartościowy skrawek ziemi został zajęty przez ludy osiadłe, pozostały pustynie, szczyty gór, tereny arktyczne.
Naśladowcy Kaina przehandlowali zanurzenie się w Naturze na dominację nad Naturą. Natura stała się przeciwnikiem, którego trzeba podporządkowac ludzkim wymaganiom. Ludzie przestali być homo sapiens, stali się homo arrogans.
Ziemia staje się miejscem niemożliwym do życia. Coraz częściej przywołuje się wizję Apokalipsy, podczas której tylko wierni wyznawcy prawdziwej religii zostaną uratowani.
Nienawidzący życia Bóg z radością zniszczy Ziemię, tę Ziemię.

Robyn Davidson nie kpi sobie z religii, nie jest też działaczką na rzecz ochrony przyrody. Jest wędrowcem. W swoim eseju wspomina, że słowo wędrówka tłumaczy się na francuski l’errant. Rdzeń tego słowa to err – błądzić, popełniać błędy, a zatem i uczyć się na błędach.

Nie mam więc do niej pretensji, że przedstawiła rozwój ludzkości nieco jednostronnie. Dla porządku przypomnę, że Adam i Ewa, po Kainie i Ablu, spłodzili jeszcze Seta. Z rodu Seta wywodzi się Noe, a zatem, zakładając, że podczas potopu utopili się potomkowie Kaina (i Abla jeśli miał potomstwo), jesteśmy wszyscy potomkami Seta – co za ulga.

Podczas wędrówki przez pustynie Australii Robyn miała okazję bliżej poznać tradycje i kulturę Aborygenów i wielokrotnie stawia ją jako wzór harmonijnego współżycia człowieka z naturą. Dowód jest prosty – Aborygeni żyli w Australii ponad 40,000 lat i utrzymali tutejszą przyrodę w dziewiczym stanie.
Nie byli oni nomadami w powszechnym rozumieniu tego słowa. Nie byli też pasterzami jak Abel. Byli myśliwymi i zbieraczami, pozostawali w ciągłym ruchu na terenach gdzie żyły duchy ich przodków, nie gromadzili dóbr, kobiety pełniły role równie istotne jak mężczyźni, nie rozmnażali się nadmiernie.

Na marginesie wspomnę, że stosunki między członkami aborygeńskiej społeczności są określone przez skin name czyli imię określające pokrewieństwo z szeroko rozumianą rodziną. Wchodzący w świat dorosłych Aborygen znając swoje skin name wie jak się ma zachować w stosunku do ludzi wokół niego. Z kim może utrzymywać kontakt, komu okazywać specjalny szacunek, za kogo ponosi odpowiedzialność, z kim może się ożenić – to ostatnie było bardzo istotne w niewielkich społecznościach i skutecznie chroniło Aborygenów przed poczęciem dzieci z wadami genetycznymi.

Robyn Davidson ma chyba zbyt niespokojnego ducha, by dołączyć na stałe do aborygeńskiej społeczności. Zresztą takich autentycznych aborygeńskich społeczności już nie ma.
Po zerwaniu z Salmanem Rushdie Robyn czuła potrzebę działania, zrobienia czegoś na własną rękę. Przez przypadek spotkała Narendrę, człowieka ze społecznych wyżyn Rajastanu, który zaproponował, żeby przyjechała do Indii, tu znajdzie coś dla siebie.

Stary mit głosi, że bóg Sziwa zesłał Rabari na Ziemię, aby zajmowali się wielbłądami…

Znalazła – wędrowne plemię Raika zwane również Rabari. Zajęło jej ponad rok, zanim znalazła grupę koczowników, która zgodziła się ją przyjąć. Po pierwsze takich grup nie ma już wiele. Niektóre z nich mają już stałe siedliska i udają się tylko na krótkotrwałe wyprawy z bydłem, pozostawiając kobiety w domu. Po drugie koczownicy obawiali się, że Robyn stanie się przynętą dla porywaczy, liczących na sowity okup. Po trzecie obawiali się, że nie da sobie rady i narobi kłopotu. Po czwarte wreszcie podejrzewali, że jest mężczyzną  i narobi kłopotu ich kobietom.

Ostatecznie znalazła odważnych w sąsiednim stanie Gujarat. Dang czyli grupa koczowników liczyła 50 osób, które wyruszały w drogę z 20 wielbłądami i stadem 5,000 owiec. Wódz grupy – Phagu – zwołał konferencję z udziałem swojej żony i starszyzny. Robyn musiała odpowiedzieć na wiele pytań i ostatecznie została zaakceptowana. Każdy członek dangu musi mieć określone relacje z resztą grupy, a więc Phagu zaadoptowal Robyn jako swoją córkę.
Gdy decyzja została ogłoszona, Robyn zostala otoczona przez kobiety, które przyniosły jej słodycze i drobne prezent oraz nadały jej imię Ratti-ben – siostra z krwi. Pokazały jej jak ma załadować swoje rzeczy na wielbłąda, jak go rozładować i jak przygotować sobie legowisko. Legowisko miała rozbijać między dwoma gałęziami swojej rodziny – rodziną swojego „ojca” i rodziną jego brata.
Robiło się ciemno, trzeba było szybko przygonić jagnięta, które na noc przywiązywało się do długich sznurów. Wreszcie pora na gotowanie kolacji – zawsze takiej samej – chleb roti z kaszy jaglanej i zupa z maślanki.

Rozkład dnia wyglądał mniej więcej tak: pobudka przed 5. To dla kobiet. Mężczyźni spędzali noc pilnując owiec. Kobiety myły garnki, doiły owce, ubijały mleko, żeby oddzielić masło i maślankę. Po śniadaniu wyganiano owce na wyznaczone pastwisko. Mężczyźni szli w poszukiwaniu nowych terenów, kobiety zaś udawały się do najbliższej wioski po zakupy.

Wyznaczone pastwisko, najbliższa wioska – nie wygląda to na swobodne życie z dala od cywilizacji. Cywilizacja wpycha się wszędzie. Dang musiał uzgadniać każdy swój ruch z miejscową osiadłą ludnością. Głównym argumentem na korzyść koczowników było dostarczenie bezpłatnego nawozu. Jest to coraz mniej atrakcyjny towar, ciągłe więc trzeba planować kolejne ruchy, co staje się coraz bardziej uciążliwym zajęciem.

Zależnie od planu dnia czasem dang pozostawał na noc w tym samym miejscu, czasem wędrował na nowe. Czasem trzy kilometry, czasem pięćdziesiąt. Bagaże, dzieci i chorych ładowano na wielbądy, i w drogę.
Po przybyciu na miejsce obozu pierwszą sprawą było przyniesienie wody – czasem kilkaset metrów, czasem kilka kilometrów. Pora na gotowanie obiadu. W tym czasie w pobliże obozu, w tumanach kurzu, wpływały strumienie owiec. Pasterze przynosili nowonarodzone jagnięta, przyganiali wielbłądy, oddzielali jagnięta od matek, przeglądali wyposażenie i wreszcie mogli dołączyć do swoich rodzin.

Nadchodziła najmilsza część dnia. Rozpoczynała się kilku minutami ciszy dla rozładowania zmęczenia i emocji, po czym następował przegląd wydarzeń dnia. Powoli rozmowy cichły, znużeni ludzie zapadali w sen. Noce były dla Robyn wyjątkowo nieprzyjemne. Przywiązane wokół jej legowiska owieczki wskakiwały na nią, potrącały, lizały. W rezultacie rzadko spała dłużej niż 3 godziny.

Swoje doświadczenia z tej wyprawy opisała w książce Desert Places, która jest nieosiągalna w Australii, w związku z czym opieram się tu na materialach podanych w źródłach.

Robyn myślała, że spędzi z koczownikami cały rok. Wytrzymała niewiele ponad miesiąc. Przyczyn było wiele – bardzo istotną był brak snu. Koczownicy spali w nocy tylko 3-4 godziny, ale potrafili zapaść w odżywczy sen w każdej wolnej chwili. Robyn nie posiadła tej umiejętności. Drugi problem to bariera językowa. Robyn nie znała języka koczowników, porozumiewała się z nimi w jezyku hindi, który obie strony znały dość słabo. To uniemożliwiało jej autentyczne uczestnictwo w życiu obozu, a mnie nastraja dość sceptycznie do jej entuzjastycznych ocen stosunków społecznych w dangu.
Po trzecie czuła się bezużyteczna, nawet próby lekcji angielskiego dla obozowych dzieci nie były udane. Zdawała sobie sprawę, że jest dodatkowym ciężarem dla grupy, która i bez tego ma wiele codziennych kłopotów.
W wywiadze dla Dumbo Feather ocenia ten projekt jako całkowitą porażkę.

Pozostała jednak w Rajastanie, ale w zupełnie innej roli. Jej znajomość z Narendrą – rajastańskim arystokratą, który zachęcił ją do przyjazdu do Rajastanu – przekształciła się w uczucie i trwały związek. Po śmierci Narendry Robyn zachowała dużą posiadłość, w której zatrudnia bardzo liczny i niezbyt użyteczny personel. To miejscowy sposób dobrowolnej dystrybucji bogactw. Być może lepszy niż dążenie za wszelką cenę do wysokiej wydajności pracy i utrzymywanie rzesz bezrobotnych na zasiłkach.

W swoich publikacjach i wypowiedziach Robyn stale podkreśla pozytywy pradawnego życia Aborygenów i koczowniczych plemion. Nie ma jednak złudzeń co do kierunków rozwoju cywilizacji.
Paradoksalnie nadruchliwość stała się znakiem naszych czasów. Ponadnarodowe korporacje, biznesmeni spedzający całe lata w hotelach i samolotach. Ludzie masowo zmieniający kraje dla kariery, lub znalezienia jakiejkolwiek pracy, lub ucieczki przed wojną czy innym kataklizmem.
Nie da się to jednak porównać do tradycyjnego koczownictwa. Tam i wtedy ludzie czuli stale bliski związek z terenami, w których przebywali i ze swoją społecznością. Nowoczesny nomada jest oderwany od swoich korzeni. Zaprawdę nie nomada lecz monada – samotna jednokomórkowa istota.

Cóż nam pozostaje?
W każdej religii – pisze Robyn – można znaleźć motyw porzucenia osiadłego życia i ruszenia własną drogą do boskości. Sadhu (Hindi), który porzucił dom aby żyć jako żebrak, pielgrzymi w drodze do Santiago lub Mekki, Budda. Tylko w drodze możemy odkryć lepszą część nas samych.

Źródła:
Robyn Davidson – No fixed address, Nomads and the fate of the planet.
Wywiad z Robyn Davidson w Dumbo FeatherKLIK.

Poprzednie posty Lecha o Robyn Davidson:
Dziewczyna z wielblądami
Dalszy ciąg opowieści  o dziewczynie z wielbłądami
Wyprawa

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Lech Milewski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s